Opublikowano

W drodze do Chavín de Huántar. Osiemnasty kilometr

Najpierw wcale nie wyróżnia się na tle innych ośnieżonych szczytów. To sprawa oświetlenia? Kursu i kąta, pod którym nadlatujemy? Jednak im mniejsza odległość dzieli nas od lodowo-skalnej bariery Białych Kordylierów, tym wyraźniej wyrasta ponad resztę otaczających go pięciotysięczników

Tekst: Roman Warszewski

1.
Podwójna śnieżna kopuła przedzielona głęboką przełęczą zaczyna zdecydowanie górować nad pozostałymi kolosami. Rośnie coraz bardziej, aż przesłania co najmniej połowę bulaju awionetki. Wstrzymujemy oddech. Twarzami przywieramy do szyb. Szeroko otwartymi oczami chłoniemy przepastny górsko-powietrzny przestwór przed nami, pod nami, obok i wokół nas. W całej okazałości mamy przed sobą Huascaran – najwyższy szczyt peruwiańskich Andów. Dla Inków i ich współczesnych potomków to wielkie bóstwo – apu. Dla nas – widok jedyny w swoim rodzaju. Taki, który potrwa tylko sekundy i już nigdy więcej się nie powtórzy. Dlatego trzeba go chłonąć, chłonąć, chłonąć…

Zaraz potem czujemy falę niespodziewanego powietrznego przypływu. Awionetka kołysze się, jakby jakiś gwałtowny nurt chciał ją porwać, uprowadzić i unieść w dół koryta wzburzonej rzeki. Czy to silny powietrzny wir – najpewniej jeden z wielu istniejących w pobliżu tak wielkiej śnieżno-lodowej czaszy? Podmuch wiatru, dla którego nasz samolot, a właściwie samolocik był czymś na kształt zabawki? A może na własnej skórze, w sposób najbardziej namacalny, doświadczamy istnienie grawitacji? Przecież tak wielki górski kolos musi przyciągać naszą awionetkę z siłą porównywalną z tą, z jaką Słońce przyciąga Ziemię.

Samolocik, drżąc, jakby poruszał się po dwustuletnich kocich łbach, robi dwa nawroty – raz w prawo, drugi raz w lewo i wykonuje dwa pełne okręgi wokół podwójnej lodowo-śnieżnej kopuły; siedzący po prawej i lewej burcie samolotu w równym stopniu mogą nasycić się niezwykłym widokiem. Nadłożyliśmy drogi, ale będąc tak blisko takiego majestatu i takiej potęgi, nie można było tego nie zrobić.

Nim jeszcze zdążyliśmy ochłonąć – ostro pikujemy ku ziemi. Maszyna uspokaja się, jej tor, choć wiodący stromo w dół, stabilizuje się i wyrównuje. Choć niechętnie, Huascaran wypuszcza nas ze swoich objęć. Jeszcze przez chwilę jakby nas ściga, ale słabnie coraz bardziej i nie daje rady… Każda minuta przybliża nas do lotniska w Ancie.

2.
To lądowisko to dziw nad dziwami. Od dawna popada w zapomnienie i otwiera się je tylko sporadycznie, jak pojawiają się tacy straceńcy jak my. Bo obsługę specjalnie trzeba było ściągnąć na nasz przylot. Tym bardziej nie chcieliśmy się spóźnić.

Anta to małe lotnisko w pobliżu Huaraz w Peru. Jeden krótki pas startowy i niewielka wieża kontrolna. Z kolei Huaraz leży w prowincji Ancash, u stóp najwyższego peruwiańskiego łańcucha górskiego – Białej Kordyliery. W tych szerokościach geograficznych to wielka gratka. Dlatego Huaraz – znane z nawiedzających je co jakiś czas bardzo silnych trzęsień ziemi – od wielu lat jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się w Ameryce Południowej ośrodków sportów zimowych. Przez cały rok oferuje śnieg pod równikiem. Jest czymś w rodzaju peruwiańskiego Zakopanego i Davos – w jednym.

Przede wszystkim rzeźba stała tu na bardzo wysokim poziomie. I to jeszcze na jakim! Gdy reprodukcje tutejszych rytów i płaskorzeźb ujrzał Pablo Picasso, był nimi zafascynowany. Nie mógł wyjść z podziwu widząc ich dojrzałość i artystyczną konsekwencję. A przede wszystkim urzekła go abstrakcyjność formy. Uznał, że twórcy z Chavín de Huántar zasługiwali na miano zaawansowanych abstrakcjonistów cztery tysiąclecia przed Europejczykami.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Pływacy z Morza Marmara

Zdobywcy Sarayburnu wiedzą, że z falą idącą od stalowego kolosa nie wolno walczyć – jej trzeba się poddać. Tylko wtedy uda się wrócić

Tekst i zdjęcia: Piotr Milewski

Siódma rano. Słońce wspina się nad azjatycką częścią Stambułu. Nad brzegiem Morza Marmara parkują skutery i motocykle. Mężczyźni, którzy z nich zsiadają, witają się serdecznie, a potem wchodzą na skały nabrzeża i zajmują stałe miejsca. Jedni rozkładają dywaniki, inni mają tu betonowe wiatrochrony, za którymi można rozpalić ogień i coś upichcić. Z toreb wyciągają arbuzy, pomidory, oliwki i orzechy. Na skałach nabrzeża ustawiają szklanki, leją do nich z termosów kawę i herbatę. Wieczorami z wnętrza plecaka wychynie butelka z czymś mocniejszym.

Rozmawiają o pogodzie, interesach, polityce i gospodarce. Gestykulują, wznoszą wzrok do nieba, śmieją się albo modlą, grają na instrumentach, śpiewają. Co jakiś czas ktoś powstanie, wykona kilka skłonów i wymachów ramion, a potem zanurkuje w morzu. Woda chłodna, a nurt bystry. Trzeba uważać, by nie zepchnął pływaka na pełne morze, bo powrót może okazać się ponad ludzkie siły. Z wody wystają tylko głowy i ramiona.

Nieopodal przepływają statki wycieczkowe i olbrzymie transportowce. Fale kołyszą śmiałków, którzy nic nie robią sobie z bliskości stalowych kolosów. Najważniejsze to nie walczyć z falą, tylko się jej poddać.

Każdy pływak ma swoje ulubione miejsce. Kilku idzie nabrzeżem na wierzchołek cypla i stamtąd spływają z nurtem wzdłuż kamienistego brzegu.

W sezonie zbiera się ich kilkudziesięciu, a w weekendy nawet 150. Zimą pozostaje kilku najwytrwalszych. Nazywają się Sarayburnu fatihleri, czyli Zdobywcy Sarayburnu – cypla rozdzielającego Morze Marmara, Bosfor oraz Zatokę Złoty Róg, tego, na którym stoją słynna świątynia Hagia Sofia oraz Pałac Topkapi. Mają od dwudziestu do siedemdziesięciu lat. I mają swojego króla. To Hasan, sześćdziesięciosiedmiolatek, który kąpiele w Morzu Marmara praktykuje już od ponad czterdziestu lat. Poznać go można od razu – spalony słońcem, o siwych włosach i takowej brodzie. Uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Każdy z towarzyszy podchodzi i wita się z nim, a potem z pozostałymi. Należy do nielicznych, którzy kąpią się przez cały rok, nawet zimą, gdy temperatura wody spada do pięciu stopni, a skaliste brzegi przykrywa śnieg. Jest też Hakan, Abdullah i Kamil, od dekadę młodsi od Hasana, którzy zażywają kąpieli od dwóch dekad, i młodszy, 45-letni Ali Haydar, który kąpie się od siódmego roku życia. Przyprowadzają ze dzieci i wnuki.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Lung ta – drobiny wszechświata

O czym szumią tybetańskie flagi modlitewne?

Tekst i zdjęcia: Michał Kaczmarek

Lubiłem na nie patrzeć, jak swobodnie falują na wietrze, jak stają się czystym ruchem. Wydawało się, że żyją własnym życiem. Ich ruch potwierdzał ich istnienie. Ten sam ruch sprawiał, że z każdym porywem wiatru ubywały, stawały się coraz słabsze, coraz bardziej postrzępione. Fascynowało mnie ich stopniowe zanikanie. Ten sam wiatr, który dawał im życie, równocześnie prowadził je do unicestwienia, rozszczepiał ich misterną tkaninę na drobne nitki ulatujące w niekończący się wszechświat. A może nie tyle je unicestwiał, lecz zmieniał ich stan skupienia, poddawał je przemianom w cząstki jeszcze bardziej ulotne i elementarne. To, co wiatr czynił z nimi, to samo czas robił z ludźmi. Ta świadomość dawała ukojenie.

Zanim zobaczyłem je w nepalskich i himalajskich krajobrazach, zapamiętałem je z miejsc zupełnie innych i nie tak odległych. Któregoś roku powiewały na szczycie Velkej Deštnej w Orlickich horach. Wraz z licznymi dzwonkami wisiały pod sufitem Pešákovnej chaty w Jizerce, w czeskich Górach Izerskich. Były w niektórych polskich schroniskach, nad półką z książkami w Jagodnej w Górach Bystrzyckich albo w sali jadalnej schroniska na Śnieżniku. Nieco później natknąłem się na nie także w chatce pod Czernicą w Górach Bialskich. Zazwyczaj nie było ich wiele, zaledwie pięć albo dziesięć f lag modlitewnych nanizanych na pojedyncze sznurki. Być może ci, którzy kiedyś podróżowali po Azji, przywieźli je stamtąd i w dobrej wierze zaszczepili buddyjskie akcenty w sudeckiej rzeczywistości. Jeszcze inni wieszali je w Alpach, choćby na jakimś kopcu kamieni koło Rudolfshütte albo na balkoniku chaty Glocknerblick nad Kaprun w Wysokich Taurach.

Czasami przypatrywałem się im z bliska. Zdawały się opowiadać o tybetańskich i himalajskich światach, o tajemniczych znaczeniach i symbolach, o jakichś odległych, nieosiągalnych krainach leżących daleko na Wschodzie. Nie myślałem wtedy za bardzo nad tym co z sobą niosły i co znaczyły.

Tybetańskie f lagi modlitewne. Na ich temat powstało już kilka książek, żeby wymienić tylko: Tada Wise’a „Blessings on the wind. The mystery & meaning of Tibetan prayer flags” (2002), czy też Diane Barker „Tibetan prayer flags.
Send your blessing on the breeze” (2003). A oprócz tego co najmniej jedna praca doktorska: Katherine Anne Paul „Words on the wind. A study of Himalayan prayer f lags” (2003). Pisano w nich, że f lagi modlitewne wywodziły się z przedbuddyjskiej religii bon będącej połączeniem szamanizmu i animizmu. Dopiero z czasem, wraz z rozprzestrzenianiem buddyzmu w Tybecie, dołączano na nich elementy tradycji buddyjskiej. Na f lagach modlitewnych stopiły się zatem znaczenia i symbole pochodzące z różnych religii.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Jak byk mnie zaskoczył na rykowisku

Tekst i zdjęcie: Piotr Horzela

Kilka lat temu wybrałem się do otoczonego borami domu rodzinnego. Jak to zwykle bywa w moim przypadku, po powitalnej kawie z rodziną ruszyłem na obchód „mojego” lasu. Tym chętniej, że był wrzesień, co oznaczało porę rykowiska i grzybobrania

Podczas takich wypadów zwracam uwagę na to, co się zmieniło w krajobrazie, jak wygląda poziom wody w bagienkach, czy pojawiły się grzyby w odpowiedniej ilości, by wyjść z koszykiem na grzybobranie, jaki fragment lasu gospodarczego (bo z małymi wyjątkami tylko takie mam w okolicy) został wycięty, gdzie posadzono młode drzewa, co wywalił wiatr, jakie tropy widnieją na piaszczystych drogach i oczywiście co dzieje się na „moich” śródleśnych łąkach.

Było popołudnie, więc nie spodziewałem się jeleni na łąkach, zwykle pojawiają się nie wcześniej niż godzinę przed zmierzchem. Ale lisa? Saren? Jenotów? Może wilka? Na takie spotkania o tej porze dnia można było liczyć.

Gdy dotarłem na miejsce, nie zastałem ani wilków, ani lisa, saren też nie było. Za to na środek odległej części łąki wkroczył potężny jeleń. Dostałem gęsiej skórki, dawno nie widziałem tak potężnego byka. Zwierzak wyszedł, uniósł głowę, niemal kładąc poroże na linii kręgosłupa i ryknął nisko. Raz, dwa… Stałem znieruchomiały. Wszystko działo na tyle daleko, że nie było nawet sensu podnosić obiektywu. Byk skończył się odzywać, odwrócił się do mnie tyłem i penetrował wzrokiem ścianę świerków, a ja cofnąłem się nieco w las, by niezauważenie się do niego zbliżyć. Jednak zanim dotarłem na odległość zdjęcia… byk zawrócił do lasu. Zaczął tonąć w paprociach, później w świerkach, by w końcu zniknąć mi zupełnie z pola widzenia.

Diabli… Wydawało mi się, że jestem tak wcześnie… a przyszedłem za późno. No cóż, tak to z tym lasem jest, że nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

Usiadłem na skraju łąki i uznałem, że poczekam. Może jeszcze się dziad pokaże. Mijał czas, słońce zniknęło za linią koron drzew. Z miejsca, któremu przyglądał się byk, wyszły na łąkę cztery łanie z cielakami. Po kolejnych kilkunastu minutach odezwał się w gąszczu nasz byk. Gdy widoczność pozwalała jedynie na rozróżnienie sylwetek, wyszedł na łąkę i zaczął się koncert.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Terra obscura

Tekst i zdjęcia: Rufus Wierzbicki

Gdy zapragniemy wyruszyć w nieznany ląd, możemy go zawczasu obejrzeć. Mamy pod ręka trójwymiarowe obrazy satelitarne, pomiary geodezyjne, atlasy i mapy topograficzne. Każdy strumień, przełęcz i szczyt są już nazwane. Przed podróżą możemy zaplanować każdy nasz krok; policzyć kilometry do pokonania, wybrać dogodne miejsca noclegu i zaopatrzenia. Współczesny świat jest jak na dłoni.

Łaknę przygody. Siedzę przy biurku, zastanawiam się nad celem kolejnej podróży i pragnę najprawdziwszej przygody. Terra incognita, ten odwieczny magnes wszystkich odkrywców, już dawno odeszła. Obecna jest na innych planetach i dostępna przyszłym pokoleniom. Tu, na naszym globie zapełniliśmy już wszystkie białe plamy map. W rozpaczy zaczynam w tych mapach wydzierać dziury. Ruszam na daleką Północ i wbrew wszystkiemu porzucam wiedzę. Nie znam nazw szczytów, nie znam ich wysokości. Nie wiem, gdzie jest dogodne przejście, nie mam pojęcia, jak geodeci nazwali strumień, którego lodowate wody ugaszą moje pragnienie. Zagłębiam się w świat nieznany i nienazwany; wędruję po omacku, uparcie odkrywając dla siebie skrawki ostatnich odludzi tej ziemi.

Opowieść podróżna z Kontynentów nr 36

Opublikowano

New York puzzle

Tekst i zdjęcia: Tomasz Siuda

Usłyszeć melodię kilkuset języków w ciągu jednego zaledwie dnia. Zobaczyć wszystkie możliwe odcienie ludzkiej skóry w trakcie przejażdżki metrem. Przejrzeć się w oczach o kształtach migdałów, księżyca czy wąskich jak krawędź kartki papieru. Pójść spacerem z Italii przez Polskę do Chin, by dojść do zielonego lasu (Green-Wood Cemetery) i, zostawiając za sobą widok Manhattanu, zanurzyć się medytacyjnie w mistyczny świat katakumb.

New York Puzzle to projekt, który realizowałem wspólnie z Fundacją Key 4 Tommorow, z Anną i Radkiem Fiedlerami. Wyobrażaliśmy sobie, że będzie on jak prawdziwa przejażdżka nowojorskim metrem, która może stać się podróżą dookoła świata, nauką otwartości i i tolerancji dla tych, którzy tego potrzebują. Chcieliśmy z uważnością przyjrzeć się, jak to jest możliwe, że pod tak niewielkim skrawkiem nieba mieści się tak wielka różnorodność. Jak to możliwe, że te chaotyczne puzzle tworzą jednak całość, i czym jest ten obraz.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Droga 66. Alfabet

Wiatr sypie w oczy piaskiem… Droga sypie opowieściami…

Tekst: Anna Olej-Kobus
Zdjęcia: Krzysztof Kobus

A

Angel, czyli Anioł Drogi 66

Patrzy na mnie roześmiany, jakby dostał właśnie najpiękniejszy prezent od losu. W pewnym sensie tak jest, tyle że Angel nie czekał, aż spełni się jego marzenie, lecz walczył o nie ze swymi przyjaciółmi.

– Wspaniale, że tu przyjechaliście! Moje przesłanie dotarło do świata! Nie tylko do Stanów, lecz do całego świata, bo przecież od trzydziestu lat udzielam wywiadów. A to przesłanie jest bardzo proste: jeśli człowiek czegoś naprawdę chce i nie poddaje się, to w końcu zrealizuje swoje marzenie.

Angel Delgadillo to wcielenie amerykańskiego snu. Syn emigrantów z Meksyku przeciwstawił się losowi – i wygrał. Skromny, wiecznie uśmiechnięty fryzjer z malutkiego miasteczka odmienił los tysięcy ludzi. Dziś ma ponad 90 lat i w najśmielszych snach nie spodziewał się, że stanie się wzorem dla kolejnych pokoleń.

– Moje miasto umarło w piątek 22 września 1978 roku o godzinie 14.30 – mówi powoli, byśmy zrozumieli, co to dla nich wszystkich znaczyło. – Wcześniej Drogę 66 przemierzało nawet kilka tysięcy samochodów dziennie. Ale gdy skończono budować I-40, Seligman umarło. Na dziesięć długich lat… Rząd nas skreślił. Powiedział, że to koniec Drogi 66.

Angel się nie poddał. Założył stowarzyszenie i gdzie się dało mówił, żeby stworzyć drogę historyczną od Seligman do Kingman. Oczywiście nikt z władz go nie słuchał.

– Niektórzy mówili mi: „Angel, jesteś tylko zwykłym fryzjerem. Co możesz zrobić?”. A ja pisałem, dzwoniłem, jeździłem na spotkania i znowu pisałem, i dzwoniłem, i jeździłem. Ludzie z rządu czegoś o nas nie wiedzieli: że część z nas dorastała w czasie Wielkiego Kryzysu.

To była twarda szkoła życia, z której Angel wyniósł lekcję, że nigdy nie wolno się poddawać. I w końcu dopiął swego.

– W październiku 1987 roku otworzono pierwszy odcinek Historic Route 66. To było dziełem nas, ludzi. Nie rządu, nie wpływowego kongresmena, nie utytułowanego profesora albo prawnika ze znajomościami. Nie. To zrobiliśmy my, zwykli ludzie. I to jest nasze przesłanie dla świata. Nigdy się nie poddawać, bo tylko jedna osoba może powstrzymać cię przed spełnieniem marzeń. Ty sam.

Przed wejściem do najsłynniejszego fryzjerskiego zakładu Route 66 stoi wycięta z kartonu postać Jamesa Deana, legendarnego buntownika z Hollywood. Angel też był buntownikiem. Tyle że miał bardzo konkretny powód. Ratując ukochane miasto od zapomnienia – uratował znacznie więcej.

B

Bagdad Cafe – życie jak film

Choć na mapie istnieje miejscowość Bagdad, to słynną kawiarnię znajdziesz w Newberry Springs. Na poboczu drogi stoi niewielki budynek, rozsławiony kameralnym filmem z 1987

„Bagdad Cafe”. Jego bohaterki – Jasmin i Brendę – dzieliło wszystko: kultura, kolor skóry, doświadczenie życiowe. A jednak zostały przyjaciółkami, zmieniając zapyziałą Bagdad Cafe w miejsce pełne radości i magii. Ta historia wzruszyła ludzi na całym świecie, zaś aktorka CCH Pounder (filmowa Brenda), opowiada, że do dziś dostaje listy od ludzi, którzy pod wpływem filmu postanowili zrobić coś ze swoim życiem. Rzucają więc nierokujące związki, kiepskie prace, zdobywają się na pojednanie z bliskimi i przestają spełniać nieswoje marzenia.

Niektórzy wyruszają do Newberry Springs, szukając inspiracji w legendarnym Bagdad Cafe. Tymczasem życie dopisało własny scenariusz: od kiedy Andree Pruett zakupiła słynną kawiarnię, stała się jedną z legend Drogi 66. Kiedyś razem z mężem byli scenarzystami, ale w końcu zmęczył ich pośpiech Los Angeles. Postanowili rozpocząć nowy rozdział w życiu na pustyni Mojave. Do Newberry Springs trafili przypadkiem, a gdy dowiedzieli się, że kawiarnia jest na sprzedaż – zmienili plany i wkrótce stali się jej właścicielami.

– To miejsce nazywało się wtedy Sidewinder Cafe. Wyobrażasz to sobie? Kawiarnia pod grzechotnikiem, no przecież to nie mogło przyciągnąć ludzi! – Andree uśmiecha się na to wspomnienie.

Kilka razy była na krawędzi bankructwa. Dwadzieścia lat temu na Drodze 66 było znacznie mniej turystów. Do tego w krótkim czasie straciła syna, a potem męża.

– Musiałam zająć się restauracją. To mnie uratowało. Miałam tyle na głowie, że nie mogłam po prostu usiąść i się załamać. Co dzień patrzę na ich zdjęcia i myślę, że spodobałoby im się to, co tu stworzyliśmy. Pozwoliłam ludziom zostawiać okruchy ich życia… – pokazuje ściany wokół. Dosłownie każdy centymetr wnętrza pokrywają wizytówki, bilety lotnicze, zdjęcia, kapelusze, przypinki. – Napisałam nawet scenariusz „The Real Bagdad Cafe”. Kto wie, może przeczyta go ktoś z Hollywood?

To może być przebój. Na razie marzyciele z całego świata przybywają tu śladami Jasmine i Brendy…

C

Cars, czyli kreskówka Auta

John Lasseter obiecał żonie i piątce synów, że tym razem na wakacjach nie będzie pracować. Ale nie da się uciec przeznaczeniu… Podróż Drogą 66 i widok zamierających miasteczek zainspirowały go do stworzenia niezwykłej kreskówki o samochodach. Wkrótce animatorzy Pixara przejechali całą Route 66: nocowali w przydrożnych motelach, przesiadywali w zakurzonych barach, a z opowieści spotykanych ludzi tworzyli historię wyścigówki odkrywającej sens życia (oraz przyjaźń i miłość!) w zapomnianej przez świat mieścinie.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Zapomniane Królestwo Piękna

Zdjęcie to obraz, obraz to ikona. I tylko z pozoru fotografia jest bardziej ludzka niż boska

Tekst: Ks. dr Łukasz Leonkiewicz

W tradycji chrześcijańskiej, a dokładniej w sferze kultu, bardzo wcześnie pojawia się obraz jako stały jego element. Początkowo sztuka chrześcijańska miała symboliczny charakter, co wiązało się z okresem prześladowań i potrzebą kamuflowania swojej wiary w przestrzeni publicznej. Znane są wszystkim symbole wypracowane i używane w tamtym czasie – ryba, krzyż, kielich, pelikan, paw, feniks, kotwica, Dobry Pasterz, baranek czy gołąb. Jednak bardzo szybko w sferze prywatnej, do której należały katakumby i znajdujące się w nich groby, pojawiają się także przedstawienia osobowe wyobrażające Chrystusa, Orantkę – Matkę Bożą, świętych lub sceny biblijne. Od IV stulecia, po edykcie mediolańskim w 313 roku i uwolnieniu przestrzeni publicznej dla chrześcijan, sztuka chrześcijańska rozwinęła się jeszcze bardziej. Pojawiły się pierwsze bazyliki, a w nich freski i mozaiki. Obraz stał się elementem kultu nowej religii, towarzyszył za życia jako „okno ku wieczności” (Michel Quenot) i po śmierci, jako świadectwo uobecnienia się wieczności dla osoby zmarłej.

Andriej Smolnikow, Rosja. Życie między ikonami. I miejsce w kategorii LUDZIE konkursu ORTHphoto

Obraz, czyli z greckiego po prostu ikona (η εικόνα), miał stwarzać poczucie żywej obecności umieszczonych na nim osób, ich realności oraz wprowadzać wierzącego człowieka w osobistą relację z osobą na niej przedstawioną. Właśnie osobowy wymiar pierwszych ikon był ważną cechą obrazu. Wcześniejsze symbole zostały zamienione ikonami, które przedstawiały konkretną osobę, kogoś ważnego i bliskiego. Z tego właśnie powodu znalazły swoje miejsce w świątyni chrześcijańskiej, która przestała być świątynią „nieznanego Boga” (Dz 17, 23), jakiegoś abstrakcyjnego bóstwa lub siły boskiej, a stawała się mieszkaniem Bogoczłowieka Chrystusa, konkretnego, realnego, Którego „widzieliśmy i Którego świadkami jesteśmy” (Dz 3, 12-15).

Konkretność obrazu ikonowego, jego personalistyczny charakter, sprawił, że w rozwijającym się chrześcijaństwie stał się on dominującym sposobem przedstawiania Boga, który stał się człowiekiem, Jego Matki i świętych. Ikona miała na celu przybliżyć świat boski rzeczywistości empirycznej. I taką też rolę pełniła sztuka chrześcijańska w ogóle w pierwszych wiekach, ale także później, w szczególności w Bizancjum, które w swym idealnym wyrazie miało być namiastką Królestwa Bożego na ziemi.

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36

Opublikowano

Vanlife, czyli jak odzyskać wolność

Covid, który pozamykał ludzi w domach, nas – paradoksalnie – otworzył na świat, na drugiego człowieka. Natalia, ja i nasze małe dzieciaki Malika i Mandela, przez 10 miesięcy podróżowaliśmy campervanem. To był czas wielkiej wolności. Wolności od informacji, krzyku, szumu medialnego, strachu przed zarazą

Tekst i zdjęcia: Marek Wielgus, gowild.pl

Być jak Mandela, czyli | INSPIRACJA

Na początku był film: „Mandela: Long walk to freedom”. RPA, lata 50. poprzedniego wieku. Czas głębokiego apartheidu, ale i walki o wolność Czarnych. Jeden z jej liderów, Nelson Mandela, trafia na 27 lat do więzienia. Jedna trzecia życia za kratkami… Większość ludzi takie doświadczenie zmieniłoby we wraki – myślałem, oglądając film. Jak to się stało, że ten człowiek wyszedł na wolność pozytywnie odmieniony? Ludzki, współczujący? Że potrafił upominać się już nie tylko o prawa Czarnych, ale także Białych? Czarni zniewoleni przez Białych, Biali zniewoleni przez system, przed którym nie umieli już uciec. Do wolności wiodła go długa droga. Ale – jak się okazało – do przejścia.

Los Mandeli mnie inspirował. Gdy w 2018 roku przyszedł na świat nasz syn – dokładnie 100 lat po narodzinach afrykańskiego bohatera – daliśmy mu na imię Mateusz Mandela. Pierwsze imię to decyzja Natalii, kochanej żony: żeby w „tolerancyjnej” Polsce nie miał przerąbane na starcie – argumentowała. Imię drugie to był wybór mój. Kocham Afrykę, spędziłem tam dwa lata, pracując i podróżując. I podziwiam Nelsona Mandelę.

Jego życie i dokonania inspirują mnie do tego, by pielęgnować w sobie poczucie wolności, by dbać o nią dla siebie i najbliższych. To z tego powodu wyruszyliśmy z żoną i dwójką małych dzieciaków w trwającą 10 miesięcy podróż campervanem. Na sześć miesięcy zatrzymała nas Sardynia.

Być ze sobą, czyli | SARDYNIA

Rajskie plaże, skaliste zatoczki, kilometry skał, góry. Sardynia to wymarzone miejsce dla wszystkich kochających outdoor. My od zawsze byliśmy aktywnymi ludźmi, blisko związanymi z przyrodą. Trekking, wspinaczka, żeglarstwo, pływanie, rowery, podróże. Tę aktywność, jak i umiłowanie natury, wyssaliśmy z mlekiem, a potem spędzając z rodzicami miesiące pod namiotami, na żaglach, w górach, w leśniczówkach i lasach. Klimat tej bujnej wyspy malował więc uśmiech na naszych twarzach. Przez pół roku pobytu raptem siedem dni przesiedzieliśmy w vanie, czytając, grając i bawiąc się – bo padało. Słońce tu to wielkie codzienne błogosławieństwo (drugi to cannonau, pierwsze czerwone wino, po piciu którego nie bolała nas głowa). Na wschodnim wybrzeżu dzień rozpoczynaliśmy na brzegu, stojąc kilka metrów od morza i patrząc na budzące się słońce. Wieczorem mówiliśmy mu dobranoc, ciesząc się kolorami zachodu. Tu czuliśmy się bardzo mocno częścią tej planety, mając dookoła tylko majestatyczne szczyty, przyrodę, zwierzęta, siebie… i brak zasięgu. A dzikie zachodnie wybrzeże? Morze, klify, skały, za plecami góry, a wokół siebie ni żywej duszy, bo najbliższe miejscowości daleko za nami; człowiek nie zdążył tu nic jeszcze zepsuć komercyjnym wyścigiem… W tym cudownym krajobrazie dogoniło nas jednak to, przed czym uciekaliśmy. Na plażach zanurzaliśmy ręce w „złocisty piasek”, a on okazywał się mikroplastikiem, plastikowym pelletem. Stawialiśmy stopy na plażach tak, by zostawić ślad na piasku, a ślad się nie odciskał. Strumyki – skażone, bo wypływają z dawnych kopalń, całe połacie ziemi i morza – zanieczyszczone, bo to poligony wojskowe.

Z danych, które wypluł mi google, w 2019 r. Sardynię odwiedziło 3,44 miliona turystów. Promil tej rzeszy dotarł tu, gdzie my, na dzikie plaże zachodniego wybrzeża. A kto zadawałby sobie trud – jak my – studiowania opracowań naukowych, raportów, wiadomości? Kto, mając choćby niewielką znajomość oceanografii i meteorologii, potrafiłby połączyć niewygodne fakty? A fakty były zatrważające: ta na pierwszy rzut oka rajska wyspa, złote plaże, szmaragdowa woda została zamieniona w wielki śmietnik… przez nas wszystkich. Ale jak?!

Fragment opowieści podróżnej z Kontynentów nr 36