Opublikowano

Kolor

Zagubili się. Stali pośrodku ogromnej hali i rozglądali się bezradnie. Wokół krzątali się w pośpiechu ci, którzy wiedzieli, co należy robić w ostatnim dniu wielkich międzynarodowych targów turystycznych: wystawcy, podróżnicy, organizatorzy, tour-operatorzy, rozbieracze stoisk… Tych dwoje nie wiedziało. Byli z innego świata. Ona miała na sobie coś jakby długą suknię, na niej kabacik, biodra przepasała patchorkową ni to zapaską, ni to fartuchem w tęczowe paski. On – w utkanej z grubej wełny ciemnobrązowej ni to sukmanie, ni to płaszczu z jedną klapą–wyłogiem wykończonym kolorową krajką – wyglądał na jej starszego brata. Twarze mieli jak dzieci: ciepłe i dobre, koloru kawy z mlekiem. W rękach trzymali smoki.

Szczękały metalowe profile rzucane na posadzkę, trzaskały półki, stukały młotki, warczały wiertarki, szurały wózki wywożące cały ten targowy majdan do ciężarówek. A oni stali jak na warcie, bez ruchu i tylko czarnymi oczami wodzili po hali. Znikąd pomocy.

Tak ich zapamiętałem. Ale nie pamiętam już, co mnie do nich mocniej przyciągnęło: niespotykany – nawet w tym miejscu – strój, czy te głowy smoków. Podszedłem. Uczepili się mnie jak ostatniej deski ratunku.

Znali tylko kilka słów po angielsku. Zrozumiałem, że są z Bhutanu. Że pierwszy raz w Europie, debiutują na targach. Że zostali wysłani. Że stoisko mieli malutkie. Że już się spakowali w drogę powrotną, ale nie mają miejsca na wszystko, co przywieźli. Więc – co robić? Smoki do kraju już nie wrócą.

– Chcesz je?

Chciałem.

Podawali mi je ostrożnie, z pietyzmem. Ten, który miała w dłoniach ona, miał gniewne oczy, w rozwartej paszczy lśniły długie białe kły, a język zwijał się do środka. Z głowy sterczały pionowo białe rogi. Ten, którego trzymał on, też rozwarł paszczę, ale oczy miał piękne i łagodne. Głowę zdobił mu jakby mały diadem. Obu z potylicy zwisały szerokie kolorowe wstążki i filcowe dredy. Drewno, w którym je wyrzeźbiono, było misternie wymalowane w błękity, zielenie, czerwienie, żółcie, pomarańcze, szafrany… Piękne.

– Nie są groźne?
Zaprzeczyli stanowczo. Przecież to smoki opiekuńcze – zrozumiałem z ich tłumaczeń. Smoki intrygowały mnie, bo podobne widziałem na niezrównanych zdjęciach Bartka Sabeli, który fotografował buddyjskich mnichów wirujących na dziedzińcu klasztornym w tajemnym rytuale.

– Ile?
Nie chcieli wiele. Wyjąłem parę banknotów, uścisnęliśmy sobie dłonie i więcej tej dwójki nie zobaczyłem. Wrócili do siebie do Bhutanu – Krainy Smoków, Druk Yul. Para zagubionych Drukpów. Smoków.

Smoki, które od nich wziąłem, zamieszkały u mnie, zadomowiły się, strzegą domu i domowników.

I to właśnie one – smoki ze Smoczej Krainy – wprowadzają w ten numer „Kontynentów” opowieścią bhutańską Nataszy Goerke. W świat smoków himalajskich zaś wprowadza Maciej Magura Góralski. To dopiero on, teraz, wyjaśnił mi, że moi strażnicy to Smok (ten z rogami) i Lew Śnieżny (ten z diademem). I że nie są to gadżety dla turystów, tylko prawdziwe klasztorne maski naścienne, używane w rytualnych tańcach. Smoki też (niech już zostaną w liczbie mnogiej) wprowadzają do tego numeru „Kontynentów” – nareszcie! – kolor i zdjęcia. Wędrujmy więc smoczym śladem – po Smalandii i po Czarnogórze; nad Bugiem i po Wełtawie; z Izmiru do skarbca Krezusa; po bezkresach Patagonii – i po mitycznych wioskach w Peru; po szczytach: K2 – i Aconcagua; po pustyni w Mauretanii – i po Himalajach; po świetlanym Delhi – i spowitym wojennym mrokiem Charkowie. I – w głąb czasów. Do afgańskiego aresztu razem z Ryszardem Kapuścińskim i po starodawnych szlakach Japonii z Rudyardem Kiplingiem.

Zapraszam!

Dariusz Fedor, redaktor naczelny

Opublikowano

Śladami Chopina i George Sand

Mając na myśli podróż Chopina na Majorkę, automatycznie kojarzymy jego pobyt w Valldemossie, w klasztorze Kartuzów. Mało kto wie, że dużo czasu kompozytor spędził w Palmie, stolicy wyspy. I nie był to czas radosny

tekst: Konrad Tołłoczko

Jest jesień roku 1838. Aurorę Dupin, Baronową Dudevant, która zaistniała w świecie literatury pod pseudonimem George Sand, dręczy stan zdrowia jej syna Maurycego (Maurice’a). Chłopiec cierpi na silne ataki reumatyzmu. Zimą dolegliwości na pewno się nasilą, a Paryż nie jest dobrym miejscem dla tak delikatnego dziecka.

Z radą śpieszą Manuel Marliani – pisarz i polityk – i jego żona, Hiszpanka. Opowiadają o Balearach, których przyjazny klimat śródziemnomorski niewątpliwie wywrze dobroczynne skutki na zdrowiu Maurycego. Podobne opinie Sand słyszy od konsula hiszpańskiego Mendizabala i muzyka majorkańskiego, señora Valldemossy (który był nauczycielem fortepianu Izabelli II i cesarzowej Eugenii).

Chopin, już wtedy niedomagający i wyczerpany, zapala się do pomysłu – oznajmia, że i on na pewno podreperowałby siły, towarzysząc rodzinie Sand w wyprawie. Chęć wyjazdu podsycają od dawna jego przyjaciele, którzy martwią się o zdrowie kompozytora i wielokrotnie radzą mu wyjazd i dłuższy pobyt na południu Europy dla zmiany klimaty i otoczenia. Lekarz, doktor Gaubert, opiekujący się Chopinem jest przekonany, że nie cierpi on na gruźlicę, zatem wielokrotnie namawia Sand, aby zabrała go w podróż, podczas której mógłby odpocząć i nabrać sił. Zaleca zdrowotne, długie spacery na świeżym powietrzu.

We wspomnieniach Historia mojego życia George Sand pisze, że gdy już przygotowywała się do podróży, Chopin wielokrotnie powtarzał, że chętnie zamieniłby się z Maurycym. Trudno się dziwić: jego znajomość z Sand trwa od sześciu miesięcy, Chopin jest zafascynowany wspaniałą kobietą i chce być blisko niej także po to, by wygasić wspomnienia po nieudanym związku z Marią Wodzińską.

W owym czasie George Sand liczy 34 lata, ma za sobą okres burz i młodzieńczych buntów. Fryderyk Chopin ma 28 lat i „krwawiącą pierś”, która nie pozwalała mu w pełni cieszyć się przeżywanymi właśnie młodzieńczymi latami. Dwie osobowości, najbardziej wyrazisty przykład najżywszych kontrastów. Ona – impulsywna pisarka o silnym, ognistym charakterze i ostrym piórze adresowanym dla miłośników duszy i ciała. On – uosobienie delikatności w kruchym ciele Wielkiego Polaka. Elegancki, doskonale ubrany, zwykle w żakiet zapięty pod samą szyję na dwa rzędy guzików, uzupełniał strój apaszką w kolorach malwy, niebieskim lub beżowym. Jego smukłe i szczupłe palce zawsze w rękawiczkach. Na maleńkich stopach – wysokie botki. Kwintesencja wytwornego i subtelnego stylu, który jakże często można odnaleźć w jego twórczości. Zrozumiałe jest, dlaczego Liszt nazywał go księciem.

Dzieci George, piętnastoletni Maurice i dziewięcioletnia Solange, to bardzo wesoły dodatek do tej zacnej, a zarazem niezwykle romantycznej pary.

Tak więc zapada decyzja o podróży na Majorkę. „Kiedy mój ojciec Maurice Sand opowiadał mi o Majorce, odnosiłam wrażenie, że ta tak odległa już w czasie podróż była niezapomnianym przeżyciem z czasów młodości jego matki” (fragment wspomnień Aurory Sand).

Ale czy faktycznie tak było? Przyjrzyjmy się tej historii, która miała początek właśnie w Palmie.

Na pokładzie „El Mallorquin”

George Sand z dziećmi rozpoczyna podróż nieco wcześniej, na początku października. Chopin dołącza do nich dopiero w Perpignan. Świeży jak różyczka i „różowy jak rzodkiewka” przybył do nich po czterech dniach podróży w towarzystwie Mendizabala, dyliżansem pocztowym, który jechał do Madrytu.

Skompletowana grupa podróżników rusza statkiem „Phenicien” z Port Vendres do Barcelony. Uważają bowiem, że podróż lądem mogła być dla nich zbyt niebezpieczna, zważywszy na wojnę domową w Hiszpanii, która znacznie utrudnia przemieszczanie się po kraju.

Po kilku dniach spędzonych w stolicy Katalonii wsiadają na pokład statku „El Mallorquin”, na którym spędzają ciepłą, ciemną noc, rozświetloną jedynie fosforyzująca lampą pokładową. Na pokładzie śpią wszyscy z wyjątkiem Sand, Chopina i… steru, którego śpiew wydaje im się tak delikatny, jakby i on kontemplował cudowną atmosferę nocy owianej łagodną morską bryzą.

Zbliżają się do brzegów Majorki. Promienie wschodzącego słońca złocą się na poszarpanych skałach wybrzeża wyspy, ozdobionych palmami i krzewami aloesów.

O godzinie 11.30 dnia 8 listopada 1838 roku „El Mallorquin”, potocznie zwany przez mieszkańców wyspy „El Pages”, dobija do portu w Palmie. „El Pages” w miejscowym dialekcie oznacza dosłownie „Wieśniak”. Przydomek ten pochodzi od figury maszkarona wyrzeźbionego na dziobie, a przedstawiającego postać w stroju ludowym. Odbijające się w turkusowej wodzie żagle, maszty, liny i sztagi statku są niczym fale narysowane na morskiej tafli.

Opublikowano

Przez ile dróg musi przejść każdy z nas?

Kiedy wyruszasz na wędrówkę ultradługodystansową w USA – przez pięć miesięcy żyjesz jak w pocztówce. Przejdziesz trzy, a może i pięć tysięcy kilometrów i przemierzysz najpiękniejsze góry na kontynencie. Zobaczysz krajobrazy tak zachwycające i w takiej w ilości, że trudno Ci je będzie zapamiętać i przyswoić. Albo – nie zobaczysz nic

Tekst: Kamila Kielar

Na szlaku doświadcza się wielu wrażeń i wynika to nie tylko z dystansu, ale i z tempa chodzenia, czyli 5 km/h. Pozwala ono na bardzo dokładną obserwację tego, co dzieje się wokół. Nic Ci nie umknie, bo po prostu poruszać się będziesz zbyt wolno, żeby odwracać wzrok.

W którymś jednak momencie dostrzeżesz, że ta pocztówka zaczyna umierać na Twoich oczach. I zdasz sobie sprawę, że za kilka lat świat wędrówek długodystansowych może przestać istnieć w formie, w jakiej wielu wędrowców – w tym ja – doświadczyło ich i je pokochało. Po dwukrotnym przejściu całych Stanów Zjednoczonych dwoma równoległymi pasmami górskimi prowadzącymi z południa na północ, czyli w sumie ponad 10 tysięcy kilometrów, również zdaję sobie sprawę, że wędrówka taka powoli przestaje być możliwa i znalazła się w ogniu gwałtownych zmian.

Kryzys klimatyczny odczuwa się w każdych górach na świecie. Jeśli jednak spojrzymy na USA, to najbardziej jest to widoczne na Zachodnim Wybrzeżu, na które ogromny wpływ mają ocieplające się potężne ilości wody Oceanu Spokojnego. Dlatego dziś opowiem Ci o kultowym szlaku Pacific Crest Trail, przebiegającym przez trzy najbardziej zachodnie Stany kontynentalnego USA: Kalifornię, Oregon oraz Waszyngton.

Wędrówki długodystansowe to zawsze był sposób na to, żeby odciąć się od zgiełku, społeczeństwa, wsiąknąć prawdziwie w naturę i zrozumieć to, co zachwycało pierwszych amerykańskich przyrodników. Ale w coraz większym stopniu szlak przeobraża się w demonstrację degradacji ekologicznej, wywołanej ocieplającym się klimatem i trudno na nim skupić się wyłącznie na przyrodzie czy pięknych widokach.

W środowisku wędrowców ponownie głośno się zrobiło o warunkach w kalifornijskich górach Sierra Nevada rok temu, bo po raz kolejny dały o sobie znać anomalie pogodowe. Poprzedni śnieżny rekord padł w roku 2017 (wtedy przechodziłam ten szlak), a w 2023 roku właśnie stracił swój rekord w kategorii największej pokrywy śnieżnej. W ostatnim sezonie w górach Sierra Nevada zanotowano prawie czterokrotnie większą ilość śniegu, niż obserwuje się w regularnym roku.

Śnieżne rekordy, które pojawiają się co kilka lat, są poprzedzielane latami suszy i poważnych niedoborów wody. Kalifornijskie góry popadają z jednej skrajności w drugą, a jednocześnie ogólna ilość wody w przyrodzie zachodniego wybrzeża USA maleje.

Show degeneracji środowiska składa się z wielu elementów. Te najbardziej widoczne lub odczuwalne to coraz wyższe temperatury, mniejsze opady śniegu i deszczu (czy w ogóle brak śniegu), wysuszone źródła, pożary i dym w powietrzu czy ogołocony lasy. Każdy z tych elementów zaczyna definiować wędrówkę każdego wędrowca. Już ich obecna generacja musi się dostosować, bo jest to opowieść o teraźniejszości, nie tylko o przyszłości.

Szlak ognia

Najbardziej popularnym sposobem na przejście wspomnianych szlaków ultradługodystansowych jest thruhike, czyli przemarsz o długości kilku tysięcy kilometrów w jednym sezonie, od Meksyku do Kanady, na raz. I to właśnie staje się powoli niemożliwe. Oczywiście, że zawsze wybranie się na wiele miesięcy w góry to była podróż wymagająca poświęceń, energii, czasu oraz dobrej psychiki. Ale i tak pomimo wszystkich tych wyzwań robiło się ją na spokojnej głowie i dla przyjemności. Teraz, wraz z wydłużającym się sezonem pożarowym, coraz bardziej prawdopodobne jest, że długodystansowa wędrówka szlakiem zostanie zakłócona przez ogień i dym. Pożar nie tylko może zakończyć samą podróż, ale przede wszystkim zmieni doświadczenie na szlaku. Zaczyna być niebezpiecznie, a już na pewno przestaje być beztrosko.

Sama pamiętam chodzenie przez spalone tereny i dostosowywanie do nich elementów wędrówki. Na pozostałościach po ogniu, nawet takich kilkuletnich, nie można rozbijać namiotu, bo drzewa i gleba są niestabilne. Czasami trzeba schodzić z trasy, omijać ogromne części spalonego szlaku lub szukać dla nich alternatyw. Innym razem trzeba długo wędrować przez ogołocone, wyschnięte i spalone terytoria. Niektórzy całkowicie rezygnują z całych spalonych fragmentów szlaku i na nie już nie wracają. Wędrówka przez krainę ognia to w tej chwili standard wędrówki na zachodnim wybrzeżu.

Opublikowano

Tapati Rapa Nui – perła Wyspy Wielkanocnej

Patrzymy sobie w oczy przez chwilę. Ja i on – olbrzymi, kamienny posąg o żółtym zabarwieniu od ustawionego na trawie reflektora. Z miną posępną, skupioną, jakby zasłuchaną. A za jego plecami ocean. Wiem, że tam jest, choć skrywa się pod osłoną nocy. Zdradza go dźwięk szalejących fal i szum roztańczonego wiatru wykorzystującego tę bezkresną przestrzeń

Tekst: Ewa Wilczyńska-Saj

Z przodu stoi kobieta o egzotycznej urodzie, ubrana jedynie w spódnicę z białych piór i dwie łupiny kokosa zamocowane na bujnych piersiach. Boso, z muszelkami przy kostkach, z rozwianymi, długimi włosami o kruczoczarnej barwie. Przeplata między palcami dłoni jasny sznurek i, zmieniając jego układ, opowiada jakąś historię.

Nie jest to jeszcze śpiew, ale nie nazwałabym już tego mową. Samogłoski dominują w poszatkowanych sylabach, a oddech zgrabnie komponuje się z wiatrem, który również dorwał się do mikrofonu. Na nią pada światło drugiego reflektora, tym razem białe. Poza tym jest ciemno i trudno dojrzeć nawet innych słuchaczy siedzących na trawie w naturalnie ukształtowanym amfiteatrze. Noc jest pełna gwiazd, choć z zupełnie innych gwiazdozbiorów niż te widziane po europejskiej stronie globu.

Nie rozumiem nic z tego, co się dzieje, choć jestem tak oczarowana, że mam dreszcze na całym ciele. „Muszę tu wrócić” – myślę – „ale już bardziej świadomie. Poznać tę kulturę, to miejsce, ten język. Czuję, że muszę!”.

I wróciłam.
Siedem festiwali później.

Maleńki, trójkątny koniec świata

Dotrzeć na Wyspę Wielkanocną, a właściwie Rapa Nui – to nie lada wyzwanie. Nawet dla wprawnego obieżyświata z Europy. Blisko dwie doby w samolotach, trzy przesiadki, no i ten ostatni odcinek – zdecydowanie najbardziej emocjonujący – pięć i pół godziny samolotem nad samym oceanem! A po drodze nic poza wielką wodą, chmurami i ich wspólnym spektaklem. Aż w końcu pojawia się niepozorny skrawek lądu, daleko na Południowym Pacyfiku, i endorfiny szaleją.

Podekscytowana schodzę po schodkach przystawionych do samolotu, bezpośrednio na płytę niewielkiego lotniska. Figlarny wiatr od razu wplątuje się we włosy, a twarz pokrywa delikatna mgiełka oceanicznej wilgoci, przemycając przy okazji aromat egzotycznych kwiatów. Świadomość, że znów odwiedzam jedno z najbardziej tajemniczych miejsc na Ziemi, potęguje doznania.

To tu, zaledwie kilka kroków od lotniska, w cieniu majestatycznych posągów Moai, odbywa się festiwal jak z innej bajki. Jakby człowiek lecąc tym ostatnim samolotem, przysnął na dłużej i przeniósł się w świat z pogranicza snu i baśni. Radość, zabawa, muzyka i pozorna beztroska przejmują władzę nad mieszkańcami jedynego miasteczka na wyspie – Hanga Roa.

Na dwa tygodnie w roku, w szczycie sezonu przypadającym na styczeń i luty, Rapanujczycy wracają do swoich korzeni. Podkreślają swoją polinezyjską naturę, wyciągają dumnie do wierzchu osiągnięcia kulturowe, a chilijska flaga powiewa nieśmiało tylko w administracyjnych punktach. Czując się w tym czasie mocno nie na miejscu. Dodatkowo eksponowany na każdym kroku język rapanui spycha powszechny hiszpański na dalszy plan i czaruje swoją osobliwą intonacją. Wszystko to ma moc zatrzymywania czasu i potwierdzi to każdy, kto dał się uwieść magii Rapa Nui.

Po co to wszystko?

Odkąd świat dowiedział się o istnieniu wyspy, jej mieszkańców odciągano od własnej tożsamości. Już sama nazwa Wyspa Wielkanocna wydaje się nieco groteskowa dla miejsca, które nie ma pojęcia o Bogu zza wielkiej wody, a nawet dalej. Potem europejskie przepychanki wielkich żeglarzy o władzę nad tym lądem i misje chrześcijańskie, by pokazać, w co mają wierzyć lub czego zaniechać. Tak więc tatuaży zakazano, ciała okryto, imiona zamieniano, a nawet ich świętą ziemię odebrano, gdy ostatecznie wkroczyło Chile. Uznało, że ma tu blisko (bagatela, jakieś 3600 kilometrów), więc ta wyspa będzie ich. Od wtedy język hiszpański rozgościł się, kokosząc natarczywie pomiędzy posągami Moai, wraz z nowym prawem i zasadami. A kultura Rapanui zaczęła zatracać się coraz bardziej. Skomplikowana historia tego zakątka pokazuje wiele więcej przyczyn galopującego upadku rapanujskich korzeni, ale teraz nie o tym. Tym razem będzie o tych dobrych wpływach z zewnątrz, dźwiganiu się wyspiarzy i triumfie tradycji, którego opisywany festiwal jest czołową gwiazdą.

Tapati Rapa Nui

Nazwa ta oznacza Tydzień [kultury] Rapa Nui, ale z czasem wydarzenie rozwinęło się do tego stopnia, że ogromu aktywności nie dało się zmieścić w siedmiu dniach. Dlatego wydłużono obchody do dwóch tygodni. W tym okresie od rana do później nocy odbywają się konkurencje, prezentacje i koncerty. Można by powiedzieć, że dzienne wydarzenia są bardziej dla rdzennych mieszkańców, a nocne ścinają z nóg turystyczną część publiczności. Ale to by było zbyt duże uproszczenie. Bo jak konkurencje rękodzielnicze czy zawody sportów wodnych są ciekawe do obejrzenia przez chwilę i po kilku pamiątkowych zdjęciach można udać się na zwiedzanie wyspy, tak jest kilka wyjątków, które budzą ogromne emocje. Zwyczajnie szkoda by było je pominąć.

Fragment opowieści podróżnej autorstwa Ewy Wilczyńskiej-Saj z „Kontynentów” nr 41
Instagram: @e_w_a_w_a_y
Facebook: EwAway
Patronite: EwAway

Opublikowano

Tutaj jest Haiti

Siedzą na skrzyniach, we trzech, pośrodku getta. Upał daje się we znaki, do tego trzeba się bezustannie odpędzać od much. Jeden z chłopaków ma koszulę w kwiaty, jest pogrążony w zadumie. Drugi ma oczy skośne, rysy jak z Polinezji. Ten jest skory do żartów, stroi grymasy do przechodzących dziewczyn, one przewracają oczami. Trzeci jest milczący, skoncentrowany, bezemocjonalny. Rozgląda się, nasłuchuje. Gdyby któryś z tych trzech chłopaków wyszedł z getta i trafił w ręce Bwa Kale, zostałby spalony żywcem. Egzekucji dokonano by za dnia, przed posterunkiem policji, bo tak w Port au Prince postępuje się z członkami gangów

Tekst: Tomasz Kunicki

Ma oliwkową koszulę, resztkę włosów, rozbiegane oczy, spracowane dłonie.

– W Port au Prince pracuję od szesnastu lat. Wszystko już widziałem. Wszystko. Na wspomnienie trzęsienia ziemi mam ciarki. Moja rodzina wróciła do Irlandii, do Galway. Wyjechali po tym, jak jednego dnia przez kilka godzin śledził nas człowiek na motocyklu. Wyjechali, bo bali się porwania. Każdy tutaj boi się porwania.

Ludzie, którzy tu ze mną byli, dziennikarze, widzieli wiele. Ale jeden z nich widział piekło. Byliśmy na skraju dzielnicy, skupieni, skoncentrowani na wydostaniu się, kiedy ulicę zablokowało około dwudziestu motocykli. Na każdym siedział mężczyzna z bronią. Na teren getta powoli wjechał czarny samochód. Z samochodu bez słowa wyszedł dobrze ubrany mężczyzna. Miał lufę przystawioną do skroni. Widzieliśmy coś, czego się nie powinno widzieć. Czego naprawdę nigdy się nie powinno widzieć. Widzieliśmy coś, z czym nie wyjeżdża się poza granicę getta. Widzisz, miałem wtedy samochód, którego klakson nie działał. Ja zwykle się nie denerwuję, widzisz, mieszkam w Port au Prince od dziecka. Ale wtedy tak, wtedy byłem zdenerwowany. Wtedy myślałem tylko o jednym: „jak?”. Tylko to jedno „jak?” kołatało mi się w głowie. „Jak się stąd wydostać?”. I wiesz, co zrobiłem? Nacisnąłem ten klakson. I ten klakson zadziałał ten jeden, jedyny raz i motocykle powoli się rozstąpiły, a ja powoli wyjechałem. I potem nie zadziałał już nigdy, już ani razu więcej. A potem, jadąc dalej, widziałem w lusterku ludzi jadących za mną, ulica za ulicą, zakręt za zakrętem. Ale przestali, zniknęli gdzieś w oddali. Nie wiem, dlaczego. Nie wiem, jak to się stało.

Czarny samochód podjeżdża pod dom, dom się rozpada, tak jak wszystko wokół. Ale mimo tego rozpadu coś się tu dzieje, jest jakiś ruch i jakieś życie. I zanim ktoś z tego samochodu wysiądzie, przebiega przed nami trójka dzieci, poganiając patykami plastikowe kółka. I jeszcze zanim drzwi się otworzą, przeleci biały karaibski ptak. I robi się ciszej, a chłopaki już nie żartują. A dziewczyna, która przechodziła ulicą, stoi w cieniu, przed fasadą na wpół rozsypanego domu i rzuca spojrzenia to na nas, to na samochód.

– Ey, Blanc! Tak wołają, kiedy się przechodzi i patrzą albo ze zdziwieniem, albo z ciekawością, a potem znikają, giną w tłumie, zapadają się w oddalenie, w gęstwinę straganów, kramów, bo całe miasto to wielkie targowisko, każdy sprzedaje to, co ma, marchew, cebulę, pomidory, plantany, kolczoch, groszek gołębi pwa kongo, sułtański turban, owoce flaszowca albo jabłko cukrowe, granat, limę, hibiskus, nerkowce, żywe kozy lub indyki. Nie ma przestrzeni publicznej i prywatnej, wszystko jest częścią wielkiego punktu wymiany i są nawet malunki naiwnych malarzy, okazja dla turystów – ale tu nie ma turystów, hotele wietrzeją puste, z basenów spuszczono wodę, a dzikie drzewa mangowe rosną na dziedzińcach.

Trzy dni nie słyszałem strzałów. Tak, ja cztery dni nie słyszałem strzałów, teraz jest okres świąteczny, jest spokojnie. Jest spokojnie, bo gangi się barykadują, boją się ludzi, boją się policji, boją się Stanów Zjednoczonych, które chcą tu wprowadzić żołnierzy. Ale żołnierze już byli w 1915 i potem w 1994 i teraz chcą przyjść znowu. Niech przyjdą, mówią ludzie, a nuż pomogą, bo tu już nie ma innego rozwiązania, nie ma recepty dla tego miasta. Ale Stany chcą pieniądze za porządek, najpierw x. Ale x to za mało, za to możemy posprzątać lotnisko i pałac prezydencki. Niech będzie 2x. Ale chodzą słuchy, że może znajdzie się 4x. Więc trzeba przełożyć termin, jeszcze poczekać. A miasto wciąż żyje zawieszone i czeka, jakby się zamyśliło nad sensem swojego istnienia.

Żeby wjechać do getta, trzeba zapłacić przy bramie. Sean, kiedy chce się poruszać po getcie, kupuje paczkę papierosów. I najpierw podsunie papierosa tu, zaraz podetknie tam, aż w końcu sami podchodzą, witają się, pierzcha podejrzliwość, zaczynają się żarty, słychać śmiech. Ale w dłoniach nadal mocno trzymają ciężkie, błyszczące w słońcu, wypolerowane karabiny. Bo chociaż teraz można wjechać, to może się przecież okazać, że wyjazd nie będzie łatwy. Bo może trzeba będzie poczekać, aż skończą strzelać. Bo tutaj teraz trwa wojna, my przeciwko nim.

Czy on się modli? On nie. Ale dzwonią do niego, proszą, żeby umówił ich z ounganem. Prosi się zwykle o dwie rzeczy. Pierwsza jest prostsza: szczęście. Można odprawić modlitwę w tej intencji. Druga jest bardziej skomplikowana. Druga rzecz to zemsta. O tym się już tak otwarcie nie mówi, te sprawy są tutaj bardziej ukryte, zachowane w milczeniu…