Opublikowano

Chłopczyk z wąsami

Staruszek stał przy drodze gdzieś na skraju pustyni Thar. Jak nakazuje w tych stronach obyczaj, miał na sobie tylko dwa zwoje białego płótna: dhoti, którym opasał biodra, i pagri, znany z perskiego jako turban. Zamaszystym gestem pokazał kierunek i, stukając sękatym kijem, ruszył przodem. Poszedłem za nim. Nie wypadało się wymówić. 

Niedługa to była droga. Nieopodal, w cieniu rozłożystego drzewa (może to była aśwattha, może bargad – nie wiem), którego cień sięgał asfaltu, stała jego lepianka. Musiałem zgiąć się wpół, by zmieścić się w niskich progach. „Po co za nim idę?”– pytałem sam siebie, ale przecież znałem odpowiedź. „Zaraz oblepi mnie gromada proszalnych dzieciaków o zaropiałych oczach, zaraz zaczną mnie kłuć w oczy swą nędzą, zaraz ją poczuję…” – pomyślałem z przestrachem. Tak, znałem już wonie Indii i nie przeszkadzały mi w poznawaniu ich fascynującej kultury. I bukiet rozkładającej się materii, odchodów i snującego się nisko dymu z tlących się wysypisk. I smród rynsztoka opływającego wielopiętrowe wielkopańskie rezydencje w bogatej części Mumbaju. Bosą stopą deptałem szczurze łajno parujące po deszczu na wyłożonej marmurem posadzce świątyni ascetki Karni Maty w Deśniok. Wtykałem nos do bieda-chatynek (trzy żerdki i spłachetek folii nad głową) w slumsach w Bikanerze. Przeciskałem się przez tłum ciągnący do rzeki Jamuny w zaduchu ciasnych uliczek Mathury… 

W chatce było czysto i nie czuć było biedy. Klepisko było wymiecione do gołej gliny, na półeczkach stały równo ustawione słoje i kilka domowych sprzętów. Pod ścianą, w mroku, łóżko. Staruszek zatoczył ręką półkole gestem: witam w moich skromnych progach! Był dumny i chciał się pochwalić. A ja poczułem wstyd, bo mimowolnie nałożyłem na niego – i na jego współziomków, i na indyjskie dzieciaki, i na całe Indie, Boże wybacz… – krzywdzący stereotyp. 

W kramiku obok były tylko najtańsze radźasthańskie papierosy. Kupiłem parę paczek. „Po co? Przecież nigdy nie paliłeś”– spytała. „Coś trzeba kupić”– odparłem zmieszany. Leżą teraz jako pamiątka tego dnia gdzieś między moimi książkami. 

Wieczorem tańczyliśmy na pustyni Thar. Chłopczyk, który wraz z ojcem był nam przez chwilę „wodzirejem”, miał z pięć lat. Dumny ze swego krwistoczerwonego stroju wirował wokół ogniska i przybierał w tańcu wojownicze pozy. Dziś na zdjęciach wygląda tragikomicznie, skłania ku współczuciu. Ale przecież tam-wtedy… Sumiaste wąsy domalowane czarną farbą na jego poważnej dziecięcej buzi były obrzędową maską, przenoszącą nas, świadków tego widowiska, w świat mitów, ze strefy profanum do strefy sacrum. Wszak wojownik musi mieć wąsy, a on grał rolę – nie, nie GRAŁ, on BYŁ, hic et nunc, wojownikiem. 

Wiatr od pustyni ucichł, opadły ziarna płowego piasku i wreszcie można było spojrzeć w górę, w gwiazdy. Ich obraz, obraz tamtego blasku nad pustynią, czekał w pamięci od lat na trafne nazwanie – na te oto słowa Wincentego z Beauvais, na które natrafiłem przed kilku dniami: Jakże wielki jest najskromniejszy powab tego świata. 

Colin Thubron napisał, że jest taki typ podróży, które rozpoczynają się dużo wcześniej, nim przekroczy się próg domu. A ja mam swoją definicję: jest taki typ podróży, które – raz odbyte – trwają w nas na zawsze, krążą w pamięci, ukazując się raz z lewa, raz z prawa, raz w świetle, raz w cieniu, raz z góry, raz z dołu. I wracają. 

Ja zawsze będę wracał do Indii. To mój krąg podróżny, moje boże wirowanie. 

W tych „Kontynentach”– wyczekanych, powiększonych – wirujemy ze świątobliwym Rumim i jego derwiszami. Krążymy wokół ukrytych sensów afrykańskich masek, iberyjskich krucyfiksów i pirenejskiego Anioła. Przeciskamy się przez ucho igielne Kanału Panamskiego. Nasłuchujemy światłoszelestów w Algierii. Zanurzamy się w nurt historii rodzimego miasta Ryszarda Kapuścińskiego i głębiej – w dzieje pogranicznych Górnych Łużyc. Zawracamy z zamkniętych szlaków na Wschód. Modlimy się za Ukrainę. Patrzymy na Indie piękne – przez ich kolory, i straszliwe – przez losy wystawionych na sprzedaż dziewczynek. Włóczymy się po Kostaryce, przemierzamy rowerem australijski szlak – najtrudniejszą drogę na Ziemi, siadamy do kolacji nad gotowaną kozią głową. Jesteśmy wszędzie, a nawet w Polsce, w przesmyku suwalskim. I – świętujemy. Jesteśmy już z Wami 10 lat. Piękna podróż, nieprawdaż? Wędrujemy dalej? W drogę!

Dariusz Fedor, redaktor naczelny

wstęp do jubileuszowego numeru 37/38