Wśród nocy i lodów, Fridtjof Nansen
Nie ma nic wspanialszego nad noc podbiegunową. Jest to kraina marzeń, widziana w tak delikatnych tonach, że delikatniejszych prawie wyobrazić sobie nie można; są to barwy zamienione w coś nieokreślonego. Jeden cień zlewa się z drugim, tak że nie wiadomo, gdzie się kończy jeden, a drugi zaczyna, a jednak wszystkie są widoczne. Nie ma form wyraźnych, wszystko jest cichą, pełną marzeń muzyką, jakąś oddaloną smętną melodią wydobywającą się z przytłumionych stron. Czyż wszelka piękność życia nie przypomina tej nocy wzniosłej, cichej i czystej? Tak, gdyby miała jaśniejsze kolory, straciłaby na piękności.
Niebo przypomina ogromną kopułę o błękitnym szczycie; błękit ten przechodzi niżej ku horyzontowi w kolory zielony, liliowy i fioletowy. Po polach lodowych snują się blade fioletowobłękitne cienie z jaśniejszym bladoczerwonym odcieniem, tam, gdzie świecą ostatnie odblaski znikającego światła dziennego. U góry, na błękicie kopuły, jaśnieją gwiazdy i zapowiadają spokój, a są to wierni przyjaciele. Na południu świeci czerwonożółty księżyc, otoczony żółtym pierścieniem i lekkimi złotymi chmurkami pływającymi na lazurowym tle nieba.
Zorza północna rozciąga swój jaśniejący srebrny płaszcz po nieboskłonie i kolor jego zmienia się to w żółty, to w zielony, to w czerwony; światło bez chwili spokoju to się rozszerza, to się zmniejsza, to znowu zabłyśnie nagle wielu pasami jaśniejącego srebra, po których tryskają lśniące, faliste promienie; po chwili wszystko znika. Wnet potem zjawia się znowu w formie języków ognistych u zenitu, a za chwilę strzela jasny promień od horyzontu, prosto do góry, a wszystko zlewa się z blaskiem księżyca. Zdaje się, że to westchnienie jakiegoś znikającego ducha. Tu i tam zjawiają się jeszcze lekkie promienie świetlane, jakieś nieokreślone, mgliste: to kurz złocistego płaszcza zorzy północnej. Oto znowu światło się zwiększa, strzelają liczne błyskawice do góry i nieskończona gra wszczyna się na nowo. A przy tym ciągle ta martwa cisza, czyniąca wrażenie symfonii bezmiarów.
(…)
Poskoczyłem w tył i w drodze spotkałem Mogstada biegnącego też z łopatą; wstrzymałem go. Gdym doszedł do dachu, pokrywającego część pokładu tam, gdzie były schody na dół, zauważyłem, że płótno ugina się pod ciężarem leżących na nim brył lodu i śniegu, oprócz tego inne bryły padały bez przerwy przez barierę na pokład. Obawiałem się, aby lada chwila dach się od tego ciężaru nie załamał i żeby lody nie zamknęły wejścia do kajut. Wpadłem do salonu i zawołałem, aby kto żył, szedł na pokład, lecz nie przez boczne drzwi, tylko przez pokój do gry w karty. Wynieśliśmy potem worki z salonu i umieściliśmy te, które już znajdowały się na pokładzie, w bezpiecznym miejscu. Obawiałem się, aby, przy załamaniu się dachu na pokładzie, lody nie wpadły przez otwarte drzwi boczne i nie zasypały schodów, wiodących na dół, a tym sposobem nie zamknęły nas na dole, jak w pułapce.
(…)
Taka walka pomiędzy masami lodów przedstawia bezsprzecznie wspaniałe widowisko. Każdy przyznaje, że stoi wobec tytanicznych potęg; lękliwe umysły czują strach i mają przekonanie, że lodom nic oprzeć się nie może. Gdy ciśnienie lodów rozpoczyna się, wtedy doznajemy wrażenia, że ani jedna piędź powierzchni ziemi nie pozostaje w spokoju.
Z początku daje się słyszeć w wielkiej pustyni śnieżnej hałas podobny do podziemnego grzmotu oddalonego trzęsienia ziemi; hałas ten stopniowo się zbliża z wielu stron. Milczący świat lodów wypełnia się echem tych grzmotów; olbrzymy przyrody stają do walki. Lody zaczynają wszędzie pękać, podnosić się i w jednej chwili człowiek znajduje się wśród tej walki.
Ze wszystkich stron słychać wycie i grzmoty, lody drżą wszędzie i ryczą pod stopami, nie ma nigdzie spokoju. W półcieniu widać, jak zbliżają się powstające łańcuchy wzgórz, jak się wznoszą i opadają. Kry grubości trzech, czterech i pięciu metrów pękają i wyskakują jedne przez drugie, jak piórka. Góry są bardzo blisko, człowiek ucieka, aby życie uratować, ale nagle pęka lód przed nogami i otwiera się czarna przepaść, z której bucha woda. Wówczas zwraca się w inną stronę, ale w ciemnościach widzi, że nadchodzi właśnie nowa góra brył lodowych; zwraca się jeszcze w inną stronę, ale i tam dzieje się to samo. Wszędzie grzmoty i ryki, podobne do huku ogromnego wodospadu, wybuchów i salw armatnich.
Wszystko się zbliża, kra, na której stoimy, ciągle się zmniejsza, woda ją zalewa, nie ma już żadnej ucieczki, chyba wdrapać się na przewracające się bryły i dostać się na tamtą stronę piętrzących się lodów. Wtem zaburzenie się zmniejsza, hałas się oddala i ginie stopniowo w przestrzeni.
To się dzieje tutaj na północy z miesiąca na miesiąc, z roku na rok.

Powyższy fragment pochodzi z książki Fridtjofa Nansena „Wśród nocy i lodów”

