Zaznacz stronę

Tekst: Jerzy Bralczyk;

Zyski i straty można pojmować niejako symetrycznie – jak plusy i minusy, jak początki i końce. Plus nie istnieje bez minusa; gdy jest początek, i koniec być musi. Ktoś zyska, to inny straci (stare przysłowie: „zysk jednego, strata drugiego”). Raz strata, raz zysk (dawne powiedzenie: „lub strata, lub zysk”). A więc dialektycznie: jedno warunkuje drugie (nawet mówiono: „nie ma zysku bez straty”, a także: „gdzie zyski, tam i straty”). Obawy każą widzieć straty, nadzieje – zyski. I jedno może zastąpić drugie. „Tam się utraty boim, gdzie największy zysk mieć możem”– mówili odważni. I rzadko bywają bez domieszek – wtedy są czyste. Czysta strata boli najbardziej, czysty zysk – najbardziej cieszy.

Strata najczęściej bywa bolesna, przykra, istotna, dotkliwa, znaczna… Czasem, rzadziej, mówimy o małej, nieznacznej stracie – tak pocieszamy siebie i innych, właściwie taka mała strata to coś jak zysk– bo tak mówimy, gdy spodziewaliśmy się większej. Bywa niepowetowana, nie do odrobienia, nieodwracalna – ale to, że tak mówimy, wskazuje, że mogłaby być do odrobienia, odwrócenia i że można ją jakoś powetować. Może być też do przewidzenia, wtedy się jej uniknie, na przykład mówiąc wcześniej coś o niepotrzebnej stracie czasu czy pieniędzy.

I uniknąć jej można, i skutki odrobić. A jak już się zdarzy, można się z nią pogodzić, a czasem z góry coś spisać na straty i już.

Poważniejsza jest utrata, ta rzadko bywa czasowa, zwykle ma też konsekwencje. Utrata sił, wzroku, słuchu, mowy, pamięci zazwyczaj jest trwała; posady, popularności czy przywilejów – bardzo traumatyczna; czci, honoru i praw – instytucjonalnie wykluczająca. Co utracone, rzadko bywa odzyskiwane. Jak utratę powetować? A najgorsza jest zatrata. To ostateczna zguba, zagłada, zniszczenie. Tu już nie patrzy się na to, co mianowicie się traci – jak w stracie czy utracie. Zatracie ulega wszystko.

Dodajmy dla porządku, że duże są różnice między straceńcami i zatraceńcami. Straceniec jest gotowy na wszystko, odważny, nie dba o życie, podziwiamy taką dzielność. A zatraceniec to niegodziwiec i hultaj.

Spisujemy go na straty.

Samo tracenie wzięło się zapewne z tarcia. Prasłowiańskie tratiti znaczyło ‚zużywać, niszczyć, marnować’, też ‚pozbywać się’, a można było niszczyć i tracić coś, co się rozcierało; słychać tu praindoeuropejski rdzeń ter-, czyli ‚trzeć’. A zysk, u nas od piętnastego wieku, jest z prasłowiańskiego jz-iskati, czyli ‚wyszukać, znaleźć, szukając’, bo jskati to było ‚szukać’. Zyskiwaliśmy dawniej, szukając – potem zyskiem zaczęliśmy nazywać i to, co do nas przychodziło i bez szukania.

Lubimy zyski, swoje oczywiście. Ale wobec cudzych bywamy podejrzliwi. Zyski się w końcu ciągnie – ten czasownik nie brzmi najlepiej. Trudno też nam przyznać, że kieruje nami chęć zysku – to cecha innych, chciwych zysku. Zapewne też nie zawsze godziwego. Nawet podłego. Strzegł się go Maciek Dobrzyński, którego „nie zwiodły ani chęć osobistej sławy, ni zysk podły”. Bo zysk, jak pisał biskup Krasiński w słowniku synonimów, mógł być osiągany „drogą sprawiedliwą lub niesprawiedliwą”.

Niesprawiedliwych, niegodziwych, podłych zysków trzeba unikać, nawet bardziej niż strat. Czyż bowiem strata zawsze jest zła? Andrzej Maksymilian Fredro w szesnastym wieku pisał „strata rozumu uczy”.

A Stefan Żeromski posunął się kiedyś do dziwnego paradoksu: „Przez ból posiadania dostępuje się łaski utraty. Przez łaskę utraty dostępuje się bólu posiadania. To jest wąż starożytnych, który oplata koło naszego życia”. Nie bardzo wiemy, co też miał na myśli, ale może to i prawda.

Kto wie.

 

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup