Zaznacz stronę

Tekst: Dmytro Antoniuk;
Tłumaczenie: Iwona Boruszkowska;

Kwietniowa noc, nie mogę zasnąć. Jednostajny szum za oknem nie pozwala zmrużyć oka. Wychodzę na balkon i widzę, jak ulicami ciągnie niekończąca się kolumna autobusów. Zmierza na północ. Mam prawie dziesięć lat, mieszkam w Kijowie, a transport jedzie do Czarnobyla i Prypeci

Niewiele wtedy rozumiałem, ale razem z kuzynką byliśmy szczęśliwi, że rok szkolny skończył się miesiąc wcześniej. Mogliśmy pojechać z rodzicami w Karpaty, stamtąd do krewnych do Moskwy, a do domów wróciliśmy dopiero we wrześniu. Mojej mamie, która dzięki znajomym z milicji dowiedziała się o katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej (wszystko trzymano w tajemnicy, a w Kijowie nawet odbył się pierwszomajowy pochód), niewiarygodnym wysiłkiem udało się dostać bilety, mimo że ludzie masowo zaczęli opuszczać miasto. Sama została, ponieważ nie dawano urlopów w pracy.

Taka była wiosna 1986 roku. Później stale przechodziliśmy badania lekarskie, oddawaliśmy krew do analizy, piliśmy w celach profilaktycznych czerwone wytrawne wino i nawet podczas największych upałów nie otwieraliśmy okien. Minęło ponad 30 lat i Czarnobyl powrócił do mojego życia. Pracuję tam jako przewodnik.

Turystyczna mekka Ukrainy

Pierwsi nielegalni turyści zaczęli pojawiać się w zonie już w połowie lat 90. Oficjalne zorganizowane grupy rozpoczęły zwiedzanie po 2002 roku, kiedy ONZ opublikował raport, w którym stwierdzał, że w większości miejsc w czarnobylskiej strefie zamkniętej można przebywać bez większego zagrożenia dla życia. Od tego momentu napływ turystów z roku na rok się zwiększa. Dziś codziennie przyjeżdżają tu setki ciekawskich. Przede wszystkim z zagranicy.

Wśród prostych postsowieckich ludzi powszechne jest mniemanie: „Czarnobyl?! Pojechałbym tam tylko, jakby mi zapłacili, a i jeszcze bym się zastanawiał”. Taka postawa, oczywiście, świadczy o nieznajomości realnego obrazu zanieczyszczenia strefy i stopnia zagrożenia zdrowia.

Czarnobylska strefa zamknięta składa się obecnie z dwóch części: trzydziestokilometrowej, buforowej, i dziesięciokilometrowej. W tej ostatniej nie zaleca się turystom przebywania dłuższego niż doba, a w poszczególnych miejscach nie dłuższego niż godzina. Wynika to z tego, że mimo usunięcia w latach 1986-90 warstw śmieci i zanieczyszczonej gleby pozostałości promieniowania tła są tam czasami bardzo wysokie. Jednak przewodnicy doskonale znają wszystkie niebezpieczne miejsca i nigdy nie prowadzą do nich ludzi bez ostrzeżenia i szczegółowych instrukcji.

Jak w ogóle wygląda oficjalna podróż do zony? Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że nie można się tam dostać bez zgody tamtejszej administracji. Można wcześniej wysłać zapytanie do urzędników, ale trzeba zarezerwować sobie czas, bo nie odpowiadają oni od razu i nie zawsze jest to odpowiedź pozytywna. W większości wszystko można załatwić za pośrednictwem kilku kijowskich biur podróży, które mają na to monopol i spopularyzowały wycieczki do zony. Z ich pomocą, po otrzymaniu pozwolenia, można nawet własnym środkiem transportu przemieszczać się po wszystkich ciekawych miejscach. Częściej jednak turyści jeżdżą autobusami biur podróży w towarzystwie przewodników.

Istnieje kilka wariantów zwiedzania strefy: jednodniowy, dwudniowy, a nawet tygodniowy. Ten ostatni popularny jest głównie wśród naukowców i na przykład fotografów dzikiej przyrody, ale większość osób przyjeżdża na jeden dzień. Nawet szczególnie się nie spiesząc, można w ciągu doby zobaczyć wszystko, co najciekawsze. A jeżeli ktoś chce więcej – w zonie jest dobry hotel z restauracją i bezprzewodowym wi-fi.

Z Kijowa do Czarnobyla są 134 km, to około dwóch godzin jazdy. Pierwszy punkt kontrolny „Dytjatky” znajduje się na wjeździe do trzydziestokilometrowej strefy. Każdy przewodnik obowiązkowo przekaże turystom wszystkie najważniejsze zasady bezpieczeństwa, zanim przekroczą szlaban. Najważniejsze jest to, że zabronione jest wywożenie z zony jakichkolwiek „pamiątek” – ukraińskie prawo przewiduje za to karę do trzech lat pozbawienia wolności. A dla własnego zdrowia lepiej nie pić i nie jeść na zewnątrz w dziesięciokilometrowej strefie, nie grzebać w ziemi, nie siadać na niej i nie używać miejscowej wody ze studni czy zbiorników, nie zbierać owoców, grzybów, jagód. Choć są ludzie, dla których miejscowe owoce i dary lasu w żaden sposób nie stanowią zagrożenia.

Samoosiedleńcy

Ludzie ci to jedna z tajemnic zony. Ich historie są w większości tragiczne. Po wzorcowej ewakuacji Prypeci, o czym opowiem dalej, na początku maja 1986 roku przyszła kolej wysiedlania wsi. Wtedy Wielkanoc zbiegła się z 1 maja i ludzie, nie wiedząc o katastrofie, gdyż władze dalej milczały, jak zawsze nakryli świąteczne stoły u siebie na podwórzach, zaprosili krewnych i przyjaciół. Dokładnie w tym czasie wsie otoczyło wojsko i rozkazało w kilka godzin zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy – cenne przedmioty, dokumenty, odzież – i wyjechać z nimi w nieznanym kierunku. Kobiety zaczęły płakać, biadolić, nie rozumiejąc, cóż to za niewidzialny wróg, z powodu którego są zmuszeni opuścić swoją ziemię i cały dobytek. Ci ludzie nadal pamiętali Niemców i strzelaniny, i ten strach – ale jakieś promieniowanie? Cóż to w ogóle jest? Dlaczego powinniśmy uciekać? Żołnierze nie potrafili niczego wyjaśnić, nie mogli też odpowiedzieć na pytanie, na jak długo trzeba porzucić domy. Nikt sobie nie wyobrażał, że na zawsze. Dziś po całej Ukrainie rozrzucone są zbudowane trzydzieści lat temu wioski, w których żyją potomkowie mieszkańców Czarnobyla. Ale nie wszyscy pogodzili się z nakazem rządu. Już po miesiącu niektórzy zaczęli wracać do swoich gospodarstw nielegalnie i „sami się osiedlać” – stąd samoosiedleńcy. 1-2 tysiące „nielegalnych”. Podobnie jak ich przodkowie od setek lat, nadal sadzili owoce i warzywa, pili miejscową wodę, oddychali tym powietrzem – krótko mówiąc, robi wszystko, co oficjalnie zostało zabronione. Niewiarygodne, lecz prawdziwe: prawie nikt nie zapadł na raka czy chorobę popromienną. Jeśli ktoś z  samoosiedleńców umierał, to tylko ze starości. Dziś zostało ich nieco ponad sto osób. Są to wyłącznie starzy ludzie, przeważnie samotni, najmłodszy ma około osiemdziesięciu lat, najstarszy ponad sto. Zasadniczo mieszkają w prywatnych domach w Czarnobylu, ale znajdą się też tacy z wyludnionych wsi.

Do końca 2015 roku w Zalesiu (wieś, która przed katastrofą liczyła ponad dwa tysiące mieszkańców) żyła babcia Rozalia Iwanowna. Całe życie była sama, a przed wybuchem pracowała jako nauczycielka języka ukraińskiego i literatury. Ponieważ Zalesie było po drodze do Czarnobyla, często zabierałem grupy turystów, żeby pokazać im gospodarstwo Rozalii Iwanowny. W przeciwieństwie do porzuconych i często zniszczonych domów niegdyś wielkiej wsi, stuletnia drewniana chata pani Rozalii była zadbana, podobnie ogród. Raz w tygodniu dowożono artykuły spożywcze. Kiedy była w dobrym humorze, zapraszała do domu, częstowała jabłkami. Jeden z moich kolegów znalazł ją w grudniu martwą, leżącą w łóżku. Zostały zwierzęta – kot i pies, które potem ludzie zabrali do Czarnobyla, żeby wilki ich nie zjadły.

Samoosiedleńców władza nie zawsze tolerowała. W latach 90. specjalnie podpalano im domy, żeby zmusić ich do wyjazdu. Nic to nie dało. Dopiero w 2007 roku nadano im oficjalny status, zaczęto przywozić jedzenie i wypłacać emeryturę.

Czarnobyl

Wielu myli miasta Czarnobyl i Prypeć. Niektórzy uważają, że to jedno i to samo, ale oczywiście tak nie jest. Czarnobyl to starodawne miasto, istniejące już pod koniec XII wieku, i właśnie dlatego jego imieniem nazwano elektrownię. Prypeć w momencie rozpoczęcia budowy elektrowni jeszcze nie istniała.

Dziś Czarnobyl, jak i cała strefa, to swego rodzaju muzeum sowieckie na otwartym powietrzu. Przy wjeździe stoi metalowa płyta pomalowana na żółto i niebiesko, ale z sierpem i młotem. Dalej, na jednej z głównych ulic, duży pomnik Lenina. Prawdopodobnie jeden z ostatnich w Ukrainie. Chociaż dekomunizacja postępuje wszędzie szybko, tu wszystko wygląda jak trzydzieści lat temu: nazwy ulic są takie same, sklepy, przystanki autobusowe, budynki – jak w Związku Radzieckim. Tylko nowy hotel dla turystów przynosi powiew nowoczesności.

Czarnobyl to w połowie miasto widmo. Większość domów jest opuszczona, jednak w wielopiętrowych blokach mieszkają pracownicy elektrowni i ci, którzy wznoszą nowy sarkofag – w dziesięciokilometrowej strefie mieszkać zabroniono. Razem w systemie zmianowym przebywa tu około pięciu tysięcy ludzi, mieszkają dwa tygodnie tutaj, dwa w domach. Właśnie dla nich pracują sklepy, poczta, dworzec autobusowy, a nawet klub sportowy. Porzucone budynki w Czarnobylu oddzielone są od domów mieszkalnych ogrodzeniem. Jednak nie przeszkadza to dzikim zwierzętom się tu przedostać. Wilki, lisy, dziki są częstymi gośćmi.

W Czarnobylu znajduje się kilka zabytków. Niestety, nie zachował się wspaniały, drewniany kościół z XVIII wieku, ale jest późniejszy kamienny kościół i synagoga, zamieniona przez komunistów w komisariat wojskowy. Na jej fasadzie nadal wisi radziecka gwiazda zamiast gwiazdy Dawida. Pochowany jest tu cadyk Menachem Nachum i znajduje się pomnik ofiar Holokaustu, do którego przyjeżdżają chasydzi, obojętni wobec Prypeci i wszystkiego, co związane z wybuchem w Czarnobylu.

Przy wyjeździe z Czarnobyla, zaraz obok remizy, znajduje się dziwny pomnik likwidatorów katastrofy. Wznieśli go sami likwidatorzy na własny koszt. Nie ma go w żadnym rejestrze, ani nie wyróżnia się szczególnie pod względem artystycznym, jednak stanowi pewną ciekawostkę dzięki swojej amatorskości i naiwności autorów. Właśnie obok niego zbierają się likwidatorzy i ich rodziny w każdą rocznicę katastrofy. Nieco dalej mamy placyk, na którym zaprezentowano sprzęt i technikę pomocną w likwidowaniu następstw katastrofy. Mimo że co jakiś czas próbuje się je oczyścić, wciąż silnie promieniują, znajdują się więc za ogrodzeniem z odpowiednimi znakami ostrzegawczymi.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup