Zaznacz stronę

Tekst: Marcin Kydryński

Tata był po czterdziestce.  Stał przede mną smukły, uśmiechnięty. Trzymał nad głową czerwony parasol. Powiedział: „Chyba już czas, żebyśmy o tym porozmawiali”. Przytulił mnie. Tak dobrze było doświadczyć tego dotyku raz jeszcze. Poczułem wilgnące w krtani ciepło; skurcz na krawędzi szczęścia, bólu i ulgi

Co mnie zdumiało, to cisza. Nagła pustka po drapieżnym, wilczym warkocie generatora. Stanęło powietrze. Śmigło wiatraka przy łóżku znieruchomiało. Trwało chwilę, nim pierwsze krople spłynęły do oczu i pojąłem, że to nie deszcz, ani nie los, przed którym miał mnie uchronić czerwony parasol taty, ale gorący pot.

To nie może być, pomyślałem, że nie porozmawiamy. Wyślizgnąłem się z płytkiego snu, jak spod moskitiery. Jeszcze nie otworzyłem oczu, które zaczęły łzawić od słonego potu, a może czułych wspomnień, gdy już przypomniałem sobie: nie, proszę, tylko nie to: tylko nie w Liberii. 

A jednak. Buchanan. Liberia. Co ja tu robię? Mijały kolejne dni, a nie potrafiłem spojrzeć na to miejsce inaczej, jak tylko na ściek, odpad, odbyt Afryki.

Nie zaczęło się źle. Liberia odsłoniła mi swoją pierwszą twarz parę tygodni wcześniej, w Sierra Leone.  Plaże Monrowii i brokuły dżungli interioru miały mi się dopiero objawić w swym bezczelnym pięknie. Jak często zdarza się w historiach z podróży, zaczęło się od dziewczyny. 

Przeprawialiśmy się wspólnie przez rzekę Moa, promem skleconym z beczek, w kierunku Zimmi i dalej, do granicy. Natychmiast zorientowałem się, że dziewczyna nie jest stąd, nie mówi w krio, nie mówi w mende. Wśród wyciszonych, spowitych w etniczne szaty Sierraleonek ona, w obcisłych dżinsach, w czapce rasta na kołtunie z dredów, obwieszona hippisowską biżuterią, uwierała szorstką urodą. Podniesionym głosem, który przypominał mi nagrania pieśni Buiki, budziła sparaliżowaną upałem przystań: „Ach, małpa, małpka, małpiątko! Nareszcie, mniam! Yummy! Macie też jeżozwierza, cool! Super!”. 

Wybaczcie, ale nie ma możliwości, żebym z pomocą dostępnych w alfabecie łacińskim liter zapisał wam, jak wymawiała angielskie słowo porcupine – jeżozwierz. Ani Buchanan – gdy wyznała mi, skąd pochodzi. Bowiem, w swoim pojęciu, mówiła właśnie po angielsku.

  Prom się spóźniał. Spawali go właśnie po drugiej stronie, odległy swąd dotykał naszych nozdrzy. Na brzegu kobiety z lasu gotowały bush meat. Dwie dziewczyny prały w rzece bieliznę i smuga trującego mydła pędziła przed sobą z prądem ławicę złotych ryb. Lokalny wulkanizator opon rowerowych kucał na brzegu, zanurzając dętkę w wodzie. Badał, czy roztopiony przed chwilą kauczuk ściśle zasklepił pęknięte miejsce. Nastoletni chłopak ociosywał maczetą kokosy i sprzedawał je, wypełnione wonnym sokiem, spragnionym wędrowcom. 

Pasażerowie w oczekiwaniu na przeprawę posilali się mięsem z kadzi, w której pływała czaszka jeżozwierza. Bez kolców. W innej dymiły zwłoki małpy. Dziewczyna z Liberii była inna. Głośna, dumna, wyniosła. I najwyraźniej głodna. 

W Afryce lubię przekraczać granice na piechotę, spacerem, przez ziemię niczyją. Do Liberii prowadzi rdzewiejący most wśród płowych pól. Za nim jest posterunek graniczny. Surowy urzędnik imigracyjny z powagą lustruje mój paszport. W mundurze khaki, zapięty mimo upału pod samą szyję, zadaje serię krępujących pytań. A po co, a dokąd to, a kto, co, który hotel, kogo znam. Bez uśmiechu. W rubryce „narodowość” wpisuje „Holland”, co już nawet przestało być anegdotyczne, stało się rutyną. Podany przeze mnie zawód, music promoter, zdaje się nie mieć odpowiednika w tym kręgu kulturowym. W mrocznej izbie posterunku, który w założeniu jest pierwszą wizytówką kraju, wszystkie ściany ozdobione są plakatami drużyny Realu Madryt. Zwinne postacie piłkarzy dają wnętrzu złudzenie życia. We wstęgach wątłego światła, zmrużonego przez okiennice, sportowcy w finezyjnych pozach wyglądają niczym skrzydlate amory na freskach dawnych mistrzów. Cios. Stempel. Uścisk dłoni. Głosem spod ziemi mężczyzna wymruczał, niczym Barry White: „Welcome to Liberia”. Ale jakoś bez przekonania.

Wynająłem kierowcę imieniem Akim, który prowadząc nie własny wóz, stresował się ogromnie, gdy przez okna przenikał kurz. Kazał jechać z zamkniętymi szybami. Klimatyzacja, ma się rozumieć, nie działała. Przy każdym postoju wycierał wnętrze samochodu szmatką, otarłszy nią najpierw pot spod baseballowej czapki. W następnych dniach zaistniał w moim życiu jako „Dr No”, bowiem na wszystkie prośby i pytania miał jedną odpowiedź: „Nie, nie możesz tego zrobić, to nie tak, jak w twoim kraju, to jest Afryka!”. 

– Mój drogi, nie mogę tego zrobić, bo to jest Liberia – odpowiadałem.

Akim wlał niechętnie do baku parę galonów benzyny, czerpiąc słoikiem wprost z beczki z paliwem, i pierwszego dnia zawiózł mnie do Robertsport.

To jedyne miejsce, gdzie działał jeszcze mój telefon, żebrząc o kreskę zasięgu z Sierra Leone. Potem nie było już nic. Przewodnik Lonely Planet, który po raz pierwszy po trzydziestu latach zamieścił w swoim afrykańskim tomie parostronicową wzmiankę o Liberii, opatrzył nadmorskie, graniczne miasteczko Robertsport określeniem lovely. Trupi wrak monumentalnego hotelu z 1973 roku, w którego holu ze spękanego betonu pasły się teraz kozy, domagałby się zapewne innego przymiotnika. Ale widok z wyłupanych oczu okien był istotnie uroczy: dżungla zstępuje stromo wprost do oceanu, krawędź białej plaży lśni jak czysty paznokieć, rudy biszkopt słońca nurza się w horyzoncie, jak w mlecznej, słodkiej kawie. Raj dewelopera. Lovely indeed.

Postąpiłbym nieuczciwie, gdybym swój hotel w Robertsport nazwał burdelem. To raczej, według lokalnych standardów, pałacyk nowożeńców o zapraszająco szerokich łóżkach pod czerwonym światłem, jak wywnioskowałem z koloru nieczynnej żarówki. Byłem jedynym gościem. Miasto nie miało prądu. Nie miało też bieżącej wody. W łazience pokoju za 50 dolarów znalazłem wiadro z deszczówką, w której lęgły się larwy niepojętych gatunków. Nie narzekałem. Wody ani prądu nie pamiętałem od miesiąca. Okna wychodziły na spowity w drut kolczasty barak misji ONZ. UNMIL. United Nations Mission In Liberia. W kontenerach, jakich używają zwykle robotnicy budowlani, siedziało dwóch zmęczonych facetów w niewygodnych, zbyt ciepłych mundurach koloru indygo. Wojna skończyła się dokładnie dziesięć lat wcześniej, a oni wciąż zadrukowywali maczkiem tony papieru, za spore pieniądze. Plus premia za pracę w trudnych warunkach. Plus kolejna za działanie w strefie wysokiego ryzyka. Mnie też żadna firma nie chciała ubezpieczyć, kiedy mówiłem dokąd jadę: Monrowia.

Z wdzięcznością przyjąłem nieobecność zwinnych czarnych myszy, które hodowałem w tapczanie w Kono, diamentowej stolicy Sierra Leone. Owszem, piłem tam sporo, ale bez przesady. Myszy tego szczególnego gatunku powinny być zresztą, jak głosi szpitalna legenda, białe. Choć w tej części świata bywa różnie.

W Robertsport pierwszej nocy znalazłem stację benzynową Total. Trafiłem tam bez trudu, tak jak statki zawijają do portu wiedzione smugą światła latarni morskiej. Stacja bowiem jest jedynym źródłem trwałej energii w wymarłym mieście. Jakżeby: taka elegancka stacja bez generatora na ropę, niczym szewc bez butów? 

Nastoletnie uczennice odrabiają tu lekcje w sinej poświacie jarzeniowych lamp sklepu. Przysadzista sprzedawczyni irchową szmatką wyciera z uwagą każdą puszkę konserwowej szynki, po kolei. Dobrze mieć choć takie zajęcie. Na chwilę ruszyć dłońmi, źrenicą. Tej szynki nikt nie kupuje. Jest dekoracją. Nikt też nie sięga na półkę z alkoholem, dopóki nie przyjedzie jeden z dwóch chłopaków z UNMIL. Lokalne lowelasy i posępni mafiozi o zaciętych twarzach, odziani w ciężkie, czarne skórzane ramoneski mimo mdlącego nawet w nocy upału, grzecznie wyciągają dłonie po fantę. 

Zawołałem chłopca, który przyklejał spocony nos do szyby sklepu. 

– Na co miałbyś ochotę? – spytałem rozluźniony bezpiecznym stężeniem zimnego piwa w zagotowanej krwi. – Weź cokolwiek z lodówki, proszę – powiedziałem. 

Chłopiec stał chwilę nieruchomo, nie mogąc rozwiązać zagadki. Po raz pierwszy w życiu miał przed sobą lodówkę. Nie umiał jej otworzyć.

Na stacji Total w Robertsport nikt nie tankuje jak człowiek. Jedyne dwa samochody w mieście należą do UNMIL. Reszta to motocykliści. Mają pluszowe małpki i miśki przytroczone do nieczynnych przednich reflektorów. Ubrani w koszulki z wizerunkiem Obamy, z liberyjskimi flagami wszczepionymi w karoserie swoich motorów, jak trzmiele patrolują zgasłe ulice. Im sprzedaje się paliwo w plastikowych butelkach po coli. 

Chodziłem na stację co wieczór, jak astmatyk, złakniony powietrza. Co innego miałem robić po zmroku, który gasi życie około siódmej, w miasteczku bez prądu? W pokoju mogłem zażywać tylko parowej kąpieli, a pojęcie „świeże powietrze” budziło jedynie smutny uśmiech tęsknoty.

Jednej z tych nocy, kiedy niczym z butli tlenowej wchłonąłem już chłód z klimatyzowanego wnętrza i uzupełniłem poziom elektrolitów dwiema puszkami heinekena, wracałem do hotelu główną ulicą. Zapomniałem latarki. Szedłem ociemniały, kaleki, wśród sfory bezpańskich psów. Wyciągałem przed siebie ramiona, bezradny, próbując przypomnieć sobie mapę metrowej głębokości dziur w asfalcie.  Gdy mijali mnie nieliczni przechodnie, nie widziałem ich twarzy. Rozpoznawałem tylko ruch powietrza, zapach skóry, barwę głosu.

Kadry z tych pierwszych dni w Liberii: 

Dwóch nigeryjskich żołnierzy z batalionu UNMIL w Tubmanburgu przyjechało do Robertsport na jednodniową przepustkę. Nigdy wcześniej nie widzieli morza. Próbuję sobie wyobrazić to uczucie. W pełnym rynsztunku, w kamizelkach kuloodpornych, skórzanych butach, panterkach, z karabinami, robią sobie nawzajem zdjęcia na plaży, gdzie z trudem łapię w upale oddech. 

– Możesz nam walnąć fotę? – pytają, pozując z kałasznikowami na tle oceanu. Jest południe. Słońce wisi nad głową jak miecz. Matryca aparatu nie rejestruje detali ich czarnych twarzy.

Ta sama plaża o zmierzchu, gdy długie cienie smutnych psów marszczą się w złotych kałużach światła. Mężczyzna struga siekierą łódź z pojedynczego pnia drzewa.

– Jak długo? – pytam.

– Siedem dni – mówi.

Jeszcze Robertsport. Wyszedłem rano z białego hotelu. Po południu wróciłem do budynku w kolorze mocnej, soczystej zieleni. Nie poznałem go. Nie mogę sobie przypomnieć, w jakiej książce dla dzieci wcześniej, podobna historia. W Alicji… kiedy przemalowywano róże?

Tubmanburg, Bomi County. Mieszkam w schronisku Czerwonego Krzyża. W miasteczku nie ma żadnego innego wolnego łóżka, bo jedyny hotel najpierw zbudowali, potem w całości wypełnili chińscy robotnicy. Pokój ma dwa na trzy metry. Nie ma natomiast prądu ani, rzecz jasna, wody. Generator włączono na trzy godziny o ósmej wieczorem, by uprzywilejowana społeczność miasta mogła obejrzeć w sali konferencyjnej półfinał Pucharu Afryki 2013: mecz Ghana – Burkina Faso. Piłkarze obu drużyn mają włosy tlenione na blond. Jak modsi w Londynie lat sześćdziesiątych. Mają też czerwone irokezy, jak punkowcy tamże, dekadę później. Wszystko, byle się wyróżnić, byle zostać zapamiętanym i zyskać nadzieję na lukratywny transfer. Ekscentryczna postać Maria Balotellego z minionych rozgrywek Euro całkowicie zmieniła futbolową modę Afryki. Pamiętam plażę w Maputo, w Mozambiku, gdzie roiło się od klonów włoskiego czarnoskórego piłkarza, jak od małych krabów podczas odpływu.

Sala konferencyjna to pomieszczenie, w którym nie chciałoby się nawet umrzeć. Wracam do pokoju. W mojej norze nie ma wiatraka. Nie sposób oddychać, myśleć, żyć. Stoję z kibicami w kolejce do latryny, bo tylko korytarz daje złudzenie przewiewu. Spłukuję po sobie kubkiem wody z kadzi. Po szarożółtej terakocie podłogi pokoju błądzą karaluchy. Nerwowo zmieniają kierunek, to tu, to tam, baczą wąsami. Na ścianach skrapla się mój pot. Naga żarówka w czasie meczu mży światłem. Kolor tego światła nie rozjaśnia mroku, jest zaropiały. Sączy się z sufitu jak miód. Oddech mam krótki, nerwowy, niczym zmęczony pies. W rogu nory, na szklanym stoliku stoi telewizor z odtwarzaczem DVD. Jest, oczywiście, dekoracją. 

Przypominam sobie słowa mojego sześcioletniego wówczas syna Frania, który w pewnej dość dramatycznej chwili zauważył rzeczowo: „to jest sytuacja, w której warto by powiedzieć «kurwa»”. Wołam zatem, bezsilny, na cały głos, choć nie leży to w moim zwyczaju: „Kurwaaaa!”. Dzieci na podwórku powtarzają ze śmiechem, jak echo: „Kurwaaaa, kurwaaaa…!!!”.

Jeszcze Tubmanburg: nowa władza zaordynowała budowę asfaltowej drogi. Tymczasem wytyczono ją na papierze, w Monrowii, jak sądzę. Nikt chyba nie przejechał się na miejsce ewentualnej budowy. Droga przyszłości biegnie przez dzielnicę mieszkalną: stare domy, werandy. Buldożery przeszły idealnie według planu. Przez środek pokoi, kuchni, tarasów, korytarzy. Widzę całe rodziny, jak przygotowują ryż, niczym na teatralnej scenie, w kuchni, od której oderwano czwartą ścianę. Ludzie trwają zawieszeni, na krawędzi, w domach i w życiach przeciętych na pół.

W nadmorskiej wiosce dziewczyna w wieku maturalnym ma na uszach słuchawki od ipoda, a na piersiach kanarkową koszulkę ze srebrnym napisem z cekinów: Dance/Rock/Jump/Enjoy. W upale jak stukilowa sztanga, dziewczę siedzi w kurzu na klepisku przed chatą. Pije ciepłą wodę z plastikowej torebki. Bez drgnienia nerwu twarzy rzuca wyssany plastik za siebie, gdzie śmieci sięgają już po jej kształtne kostki. Nikt tu nie postępuje inaczej. Ani w Etiopii. Ani w Tanzanii czy w Sudanie. Znają się? Umówili? Przecież to tysiące kilometrów. Tylko w Rwandzie nieskazitelna czystość, porządek, harmonia. Skwery w Kigali i gliniane domostwa w górach bez jednej choćby plastikowej torebki powstrzymanej w locie kolcami akacji. Dokładnie zamiecione piaszczyste podwórka. Czemu tam? Czy ład przed domem to lekarstwo na chaos w duszach?

W wioskach mijanych po drodze pyszni się nieobjęta mnogość dóbr. Ale to nie Afryka, którą pamiętam sprzed lat na targu, powiedzmy, w Timbuktu. Tam rękodzieła, czar przedmiotów pojedynczych, dziergane miesiącami koce, brązy wprost z kuźni, zawiłe niczym partia szachów dywany Tuaregów, pustynna broń pamiętająca czasy Ibn Battuty, srebrna biżuteria o niepowtarzalnym wzorze, rzeźbione wielbłądzie siodła kryte owczą skórą. Tu trwa plastik z Chin, w miliardzie powtórzonych identycznych form, dostępny dla każdego. 

Bądź szczęśliwy, ktoś powie, albowiem na twoich oczach ziszcza się sen ubogich tego świata. Ale ja pamiętam samotne drzewo w bezmiarze płowej pustyni, w somalijskiej wiosce Ceel Buh. W południe, w plamce cienia jedynej akacji stara kobieta wyplatała z trawy pojemnik na wielbłądzie mleko. Podszedłem, wziąłem ten przedmiot z niedowierzaniem do ręki. Był jak mandala, był jak Manhattan, był jak mapa nocnego nieba, był jak rezonans magnetyczny mózgu mądrego człowieka, był jak warkocz z tysiąca godzin najwyższego skupienia. Pomyślcie: dzban na mleko uwity z pustynnej trawy, nie szerszej niż wielbłądzia rzęsa. Zdobny we wzory. I nie uroni ani jednej kropli. 

„Zdumiewające jest, jakiej godności nabierają te przedmioty wytworzone przez człowieka – zauważał Elias Canetti, wędrując po suku w Marrakeszu w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. – (…) Do pustki naszego nowoczesnego życia przyczynia się bowiem to, że otrzymujemy wszystko wykończone, dostarczone do domu i gotowe do użytku, niczym z brzydkich czarodziejskich aparatów”.

Choć to politycznie niepoprawne, okrutne i z dzisiejszej perspektywy zapewne nieludzkie – stawiam ten jeden przedmiot w palcach somalijskiej kobiety przeciw miliardom żółtych chińskich wiader i kanistrów. Choć przecież wiem, że one, lekkie, dostępne za cent, odmieniły Afrykę, ratują życie. 

Plaża w Buchanan o zachodzie słońca, jak z fototapety w taniej restauracji. Smród. Pół miasta wypróżnia się tam wspólnie, nim przyjdzie przypływ i zabierze odchody. To forma życia towarzyskiego. Mijam jednego z defekujących mężczyzn. Jest kompletnie goły. Z dyskrecją odwracam głowę, udaję, że go nie zauważam.

– Cześć, jak się masz, skąd jesteś? – zagaduje przyjaźnie, nie przerywając naturalnej czynności.

Po zmierzchu kurz na głównej ulicy w Buchanan jest gęsty i światła motocykli unoszą się w nim jak latarnie głębinowych ryb w mroku oceanu. Oddycham z trudem, ktoś zakneblował mi usta cuchnącą, mokrą ścierką. Z przesterowanych głośników pobliskiej knajpy wali rap z taką siłą, że czuję, jakby bito mnie po twarzy. 

Jeśli rap, to i czynny generator. Prąd, a zatem może i chłodne piwo, dedukuję. Jedyny sens, treść, kropla życia. Od tygodni żywię się wyłącznie piwem i ryżem z gotowanymi liśćmi kassawy. Pali trzewia niczym kwas siarkowy. Zabija każdą bakterię. Piwo zaś paruje całą powierzchnią skóry w tym samym tempie, w jakim je piję. Nawet podchmielonym być tu nie sposób, zdaje się. 

Graham Greene, wędrując po Liberii w 1935 roku, zwierzał się z podobnych rozterek w Podróży bez map:

„Można było tylko pić. Lecz upić się było już trudnością. Alkohol wypływał wraz z potem w chwili picia. Wyścig między nocą a stanem upojenia wchodził w swą szaleńczą fazę wraz z nadejściem ciemności. Wciąż bałem się szczurów. Potrzebowałem sprowadzić sen, lecz picie okazywało się bezużyteczne. Większą część nocy leżałem przytomny, słuchając, jak gryzonie łażą po ścianach”.

Przypomina się fragment z Pilcha. „Jawa jest jednym wielkim powodem do picia”. I dalej: „Nałóg powoduje bezsenność, która napędza nałóg”. 

Dziewczyna za więziennymi kratami baru ma może szesnaście lat. Podaje piwo Club, znakomite. Starannie przeciera papierem szyjkę butelki. Lokalny zwyczaj, osobliwy w miejscu, gdzie bakterie nieomal widać, zawieszone w nieruchomym powietrzu. Na ścianie znak: zakaz palenia. Ogarniam wzrokiem ten bar i odnoszę wrażenie, że jest jednym z nielicznych miejsc na ziemi, gdzie właściwie wszystko powinno być wolno. Dziewczyna z Liberii wydaje resztę, nie patrząc ani razu w moim kierunku. Ma na sobie obcisły t-shirt w panterkę, z różowym napisem Tough Girls Wear Pink. Zaprojektowałbym ci inny, mamroczę: „Liberian Girl Never Smiles”. Ale do czego ma się uśmiechać, swoją drogą. Do myśli, że resztę życia spędzi za kratami tej szczurzej nory, tej kostnicy, pod nagą świetlówką, w łomocie rapu? Każda dziewczyna, jaką spotykam w tym kraju, chce stąd uciec. Mają ambitne plany. Marzą o Hollywood, nic mniej. Mężczyźni wolą pojechać do Europy, przekonani, że każdy Afrykanin zostaje tam z miejsca gwiazdą futbolu. Patrzę na drużynę, dajmy na to, Francji i nie wydaje mi się, by tutejsi chłopcy byli dalecy od prawdy.

Dziewczyna z Liberii. Ta, która smakuje jeżozwierze; ta, która wyciera zza mocnych krat szyjkę butelki piwa; ta, która wyrzuca za siebie każdy śmieć, jaki ma w ręku, i nie odwraca już wzroku. Dziewczyna na demonicznej Atlantic Street w Buchanan: Hana w masce z popiołu na twarzy lub Alberta o przyklejonych, długich rzęsach. Mieszkają w nieczynnym od piętnastu lat klubie nocnym, Club 54. Wnętrze jak wrak Titanica; spalone poręcze, zapadłe schody, stłuczone szkło, niewidome żyrandole. Maty z trzciny sugerują ściany i podział na pokoje. Dwa bloki dalej Rose: w mysim, cuchnącym zmierzchu bez światła, zwisa na kratach baru, jej usta szukają powietrza. Wreszcie Janice. Gdybym przeszedł się z nią warszawskim Nowym Światem, dostałaby tuzin propozycji pracy od agencji modelek, fotografów, projektantów, właścicieli czerwonych ferrari. Zagrałaby parę epizodów w telenowelach, zatańczyła z gwiazdami. Patrzę w jej oczy i jak każdy fotograf, jestem na mgnienie zakochany. Te oczy mówią: „zabierz mnie stąd”. Zastanawiam się, czy rzeczywiście znalazłaby szczęście w moim kraju.

Janice, moja Dziewczyna z Liberii. Wyobrażałem ją sobie pewnie trochę inaczej, dziewiętnastoletni, słuchając piosenki Michaela Jacksona, Liberian Girl, gdzie zmysłowe dziewczę szeptało czułe słowa w niepojętym języku. Jak się później okazało, w suahili, choć nikt w Liberii tego języka nie rozumie. A przecież było przynajmniej szesnaście innych do wyboru, jeśli nie liczyć angielskiego, którego brzmienie tutaj jest nie do rozpoznania.

Widzę, jak dziś smukłe ciała dziewczyn z Liberii chwieją się na krawędzi plaży w nadziei, że odpływ oceanu zabierze je do lepszego świata, niczym łódki z kory. Bo przecież wszystko miało być od początku nie tak. Nie tak.

Mniej więcej w czasie, gdy Jackson czarował miliony ludzi opowieścią liryczną o liberyjskiej dziewczynie, Thomas Quiwonkpa, nazwijmy go w niedoskonałym języku naszej kultury politycznej „przywódcą opozycji”, został publicznie zamęczony, wykastrowany, poćwiartowany i zjedzony na oczach tłumu. Do tamtej pory przez ponad dwadzieścia lat wędrowałem po Afryce, a nie słyszałem o podobnym incydencie. Liberia była jednak odmienna od wszystkiego, czego doświadczyłem wcześniej.

Na marginesie: jest dzisiaj w dobrym, politycznie poprawnym tonie napisać: „W Afryce spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy niczym się od nas nie różnią”. Brzmi dla niektórych szlachetnie, ale to nie mój pogląd. Nie tylko dlatego, że z łatwością dowiodę, iż w Afryce lepiej od nas biegają, tańczą i rzeźbią w drewnie. Że statystyczny przechodzień na ulicy w Dakarze przypomina antycznego dyskobola, a w moim mieście często worek ziemniaków. System wartości muezina z Omdurmanu jest tak odmienny od przemyśleń maklera giełdowego z Wall Street, że równie dobrze mogliby należeć do dwóch odmiennych gatunków zwierząt na odległych od siebie planetach. Mnie równie daleko do każdego z nich, choć staram się zrozumieć obu. Z różnym skutkiem.

Co też znaczy: w Afryce? Somalijski pasterz wydaje mi się tak oddalony od zanzibarskiego rybaka, jak wielbłąd od rekina. Kairski taksówkarz tak inny od myśliwego Mursi, jak pyton od lamparta. Wierzę, że te sformułowania nie wartościują. Lub robią to à rebours, bo właśnie odrębność jest dla mnie wartością. Różnorodność fascynuje. Odmienność nie budzi poczucia wyższości, ani kompleksów. Rozczulają mnie nastoletnie studentki afrykanistyki, gdy protekcjonalnie utożsamiają się z mieszkańcami odległego kontynentu, częstokroć widząc jego mieszkańców jedynie na filmach BBC. Jest książka antropologa nazwiskiem Colin Turnbull, o „ludziach nie znających miłości”. Mówi o życiu w dalekich od Krakowskiego Przedmieścia górach ugandyjskiej prowincji Karamoja. To jedna z ważniejszych moich lektur w latach studiów, na zajęciach z antropologii kulturowej. Czytałem ją na wiele księżyców przed chwilą, w której po raz pierwszy zobaczyłem Afrykę, nim dotarłem do obozu Kakuma i spotkałem Karamojongów. Zapamiętałem z tej książki wyraźnie, że jesteśmy różni, a pojęcia takie jak moralność, mądrość, miłość nie dają się jednoznacznie przetłumaczyć na wszystkie języki naszej planety. W niektórych mają odmienne od naszych odcienie i nie pozostaje nic innego, niż próbować to zrozumieć przez ćwiczenia z empatii. W wielu językach te słowa po prostu nie istnieją. 

Liberia zatem, jeśli pozwolicie, wydała mi się inna.

W którym momencie wszystko poszło nie tak? Być może od samego początku, w 1819 roku, to był zły pomysł Kongresu Stanów Zjednoczonych, by uwolnionych niewolników odesłać z powrotem do Afryki. Choć hasło brzmiało godnie i przeznaczono na tę podróż 100 tysięcy ówczesnych dolarów, głównie chodziło o to, by młodzi, silni, bystrzy i od niedawna wolni ludzie nie zasiali w konserwatywnym białym społeczeństwie zamętu. Statek „Elizabeth” wywiózł ich więc na zesłanie bez prawa powrotu, ale opatrzono tę ekspedycję etykietą prawości. 

Może to był zły znak, że zanim w ogóle znaleziono miejsce na osadę, co czwarty z uwolnionych zmarł na malarię? Może miała się w przyszłości zemścić decyzja, by ziemię dla nowo przybyłych wymusić od miejscowego władcy za bezcen, przystawiając mu pistolet do czoła? 

Co stało się potem, stało się naprawdę. Nie było eksperymentem psychologii społecznej. Philip Zimbardo zastanawiał się nad tym szczególnie ostrym zakrętem ludzkiej duszy dopiero sto pięćdziesiąt lat później, gdy studentów Uniwersytetu Stanforda podzielił na dwie grupy i umieścił w więzieniu w rolach strażników i więźniów. Eksperyment przerwano po sześciu dniach, gdy okazało się, że studenci obdarzeni przywilejem władzy nie zawahali się przed upodleniem, torturą, zniszczeniem grupy zdefiniowanej jako słabsza. 

Na idyllicznych plażach Afryki Zachodniej niedawni niewolnicy, z Biblią w ręku, nie pojawili się, by szukać śladów przeszłości i odnaleźć stęsknione rodziny. Znając jedynie zasady funkcjonowania wielkich plantacji Południa, zastosowali je wobec rdzennej afrykańskiej ludności. Zmusili do pracy, nałożyli podatki, pozbawili praw i ziemi. Zbudowali na wybrzeżu osiedla na wzór miast Ameryki. Wystrugali werandy, kolumnady. Ubrani w krynoliny, fraki i czarne cylindry podążali w dewastującym upale do licznych kościołów, a swój kraj, pod amerykańską flagą, ochrzcili Christopolis. Biblię czytali jednak nieuważnie. Nie im pierwszym i nie ostatnim umknęły przykazania miłości. Przejawy buntu topili we krwi, uważając Afrykanów za podludzi. W 1845 roku ustanowili konstytucję, której mottem stało się zdanie: „Przywiodło nas tu umiłowanie wolności”. Nowe państwo, na z górą wiek przed Ghaną pierwsza w Afryce niepodległa republika, pierwszy kraj rządzony przez czarnych, ostatecznie nazwano zatem Liberią, wolną ziemią. Z gwiazd amerykańskiego sztandaru pozostała w nowej fladze jedna. Jedna była też partia polityczna, towarzystwo wzajemnej adoracji o nazwie True Whig Party. Skupiała przedstawicieli paru rodzin i w jej rękach rządy w Liberii, niczym w faraońskim Egipcie, pozostały przez ponad sto lat, co stanowiło precedens w dziejach nowożytnego świata.

Jeśli idea apartheidu oznacza segregację rasową w imię dominacji, to konstytucja Liberii wprowadziła apartheid w radykalnej formie. Sytuacja przypominała trwające w Indiach od pokoleń napięcie między braminami a niedotykalnymi, których uważa się za nieczystych. Miało się to powtórzyć nieomal wiek później w Niemczech, a potem w Rwandzie pod koniec XX stulecia. Usankcjonowano prawnie wyższość jednej rasy, kasty nad drugą, choć obie były dokładnie w tym samym kolorze. Nie myślcie, że segregacja odmiennych kolorów wydaje mi się naturalna, uprawomocniona. Nie, jest tylko dla sędziów łatwiejsza. Tu zadano sobie szczególny trud. Odcienie barw zaczęły robić różnicę.

Choć pierwsi czterej prezydenci byli Mulatami i ton czerni skóry w znacznym stopniu decydował w nowym kraju o statusie społecznym, wydaje się ironią losu, że Stany Zjednoczone nie uznały państwowości Liberii aż do czasów Lincolna. Wcześniej żaden polityk w Waszyngtonie nie życzył sobie spotykać czarnego ambasadora. 

Bogata w rudę żelaza, drewno, wkrótce także właścicielka największej na planecie plantacji kauczuku, co nie było bez znaczenia w chwili, w której świat wsiadł do samochodu, Liberia prosperowała znakomicie. Walutą był dolar amerykański. Stanowiąca 4 procent ludności kraju, elita Amerykano-liberyjczyków ze stolicy, nazwanej na cześć prezydenta USA Jamesa Monroe Monrowią, trzymała w rękach 60 procent bogactwa kraju. Potomkowie niewolników z Alabamy i Wirginii zniewolili kilkanaście rdzennych plemion i nie upłynęło wiele czasu, jak zaczęli sprzedawać Afrykanów jako siłę roboczą Hiszpanom, na plantacje w Fernando Po.

Spójrzmy z innej perspektywy, oczami zamożnej kasty. W którym momencie wszystko poszło nie tak, pytali? Komu przeszkadzały nasze baseny, klimatyzowane limuzyny, hollywoodzkie wille, dzieci stylizujące się na kalifornijską młodzież, nasze sprzedawane koncesje na wydobycie złóż, wyrąb lasów, zbiór kauczuku z miliona wydzierżawionych firmie Firestone akrów tubylczej ziemi? Komu zawadzały narzucone przez nas podatki i etniczna segregacja? Czyż nie dobrze to wymyśliliśmy? Czy nie trwało to w solidnych podstawach wiek cały, nim ciemny lud doprowadził kraj do katastrofy? Skłócone afrykańskie plemiona po prostu nie dojrzały do samostanowienia. Może to nie był system idealny, ale zapewne w tym miejscu najlepszy z możliwych. Pytali, jak troskliwy opiekun: gdzie popełniliśmy błąd? „What did we do that was wrong?”, jak w przejmującej piosence Beatlesów o rodzicach dziewczyny, która uciekła z domu. Która kropla przelała czarę goryczy?

Przepraszam, jeśli ten ostatni akapit zabrzmiał sarkastycznie. Z wyższością. Jakbym wiedział, co było właściwe. Co było wyjściem najlepszym. Kto miał rację. Prawy człowiek, który nigdy tam nie był,  powie: ja wiem.

Zazdroszczę mu. Bo ja nie wiem.

Co zatem było tą kroplą, która przelała czarę?

W tym wypadku to nie była kropla, to było ziarnko. Ziarnko ryżu; najważniejszej, dla niektórych mieszkańców Liberii jedynej, potrawy. 

Gdy w kryzysie lat siedemdziesiątych spadły ceny kauczuku, ówczesny prezydent William Tolbert, nie przeczuwając, że tym samym uczyni się ostatnim z dynastii czarnych osadników, próbował dźwignąć upadającą ekonomię kraju. Nie pomogły kolejne rejestracje szemranych statków. Liberia, skrawek dżungli na krawędzi Afryki, miała wówczas największą flotę globu. Na papierze. Ale kryzys zaciskał pętlę. Czy prezydent poprosił swoją minister finansów, Ellen Johnson Sirleaf o radę, nie umiem powiedzieć. To, jak zostanie udowodnione, istotne pytanie. Decyzja jednak zapadła i spośród kilku możliwych do spowodowania plag, prezydent Tolbert wybrał szczególnie niefortunną. Drastycznie podniósł cło na ryż. Krwawe zamieszki z kwietnia 1979 roku były, chciałoby się rzec kolokwialnie, początkiem końca. Gdyby ten koniec nie okazał się tak długi, tak niezrównanie brutalny. 

Kto chce zrozumieć Afrykę, powinien czytać Szekspira, mówił Ryszard Kapuściński. Ciekawi historii Liberii powinni zacząć lekturę od Tytusa Andronikusa. W walce o sukcesję do tronu na każdej stronie roi się tam od rytualnych ofiar z ludzi, brutalnych gwałtów, połączonych z odcinaniem rąk i języków oraz karmienia matek mięsem ich pomordowanych dzieci.

Wychowani w dżungli, w ubóstwie na granicy przeżycia, rdzenni Afrykanie nie czytali Szekspira. Etnolodzy tłumaczą niezwykłe okrucieństwo konfliktów w Liberii odwiecznymi wierzeniami, w myśl których kanibalizm jest formą przejęcia siły ofiary, a masakrowanie ciał warunkiem koniecznym, by duch wroga nie przetrwał i nie szukał zemsty.

Ze względu na swą geograficzną niedostępność, a także niewielkie zainteresowanie rządzącej elity z wybrzeża życiem wnętrza kraju, w Liberii bardziej żywe niż gdziekolwiek indziej pozostały do dziś tradycje sekretnych stowarzyszeń, tajemnych inicjacji. Gdy popytasz po wsiach, dowiesz się, że obrzędom przewodzi  diabeł, a czarownik, pod postacią lamparta, porywa dzieci na ofiarę. Do czasów mojej podróży przetrwały historie o „wydzieraczach serc”, którzy nocami mordują zbłąkanych wędrowców w wampirycznym rytuale. Pisał o nich Graham Greene, wędrując po Liberii w latach trzydziestych ubiegłego wieku, i wspominał podążający jego śladami dwa pokolenia później brytyjski reporter Tim Butcher w Chasing The Devil. On Foot Through Africa’s Killing Fields. Wiarygodne opisy inicjacyjnych obrzędów leśnych stowarzyszeń „Poro” – dla mężczyzn i „Sande” – dla kobiet nie istnieją. Uczestnicy przysięgają pod groźbą kary męczeńskiej śmierci nigdy nie ujawnić szczegółów rytuału. Istnieją jednak liczne przesłanki, które pozwalają przypuszczać, że towarzyszą mu akty kanibalizmu i składanie ofiar z ludzi. Ceremonie prowadzi szczelnie zamaskowany kapłan, zwany powszechnie bush devil – leśnym diabłem. Pojawia się czasem w wioskach, tańcząc w sprawach mniejszej wagi, stąd wiemy o jego istnieniu. Maski z Liberii, które mam w swojej kolekcji, nigdy nie mogły zawisnąć w domu. Wszyscy się ich panicznie bali.

Kiedy grupa dziewiętnastu młodych żołnierzy pod przewodnictwem Thomasa Quiwonkpy i Samuela Doego obaliła w 1980 roku Tolberta, oprawcy mieli na twarzach właśnie takie rytualne, plemienne maski. Te moje może? Boję się przypuszczać. Zamordowali beznamiętnie dzieci prezydenta, a jemu samemu długo wypruwali wnętrzności. Spośród zamachowców nowym prezydentem obwołał się sierżant Doe, na którego rozkaz żołnierze, po pijanemu, publicznie rozstrzelali na plażach Monrowii ministrów byłego rządu. Sporo było przy tym zabawy, śpiewów, uciech gawiedzi. Cyrk. Teatr.

Doe okazał się okrutnym, chciwym człowiekiem. Bez wizji innej, niż nepotyzm; bez planu lepszego, niż etniczne czystki. Codziennie oglądał w telewizji, zamiast Jacksona w MTV, wystąpienia Ronalda Reagana. Może nawet próbował się uczyć, ale niewiele z przemówień amerykańskiego męża stanu rozumiał, był półanalfabetą, z trudem sklecał zdania. Ciężko go winić, wychował się w wiosce w dżungli. Z chłopa król. Los zadrwił, czyniąc go prezydentem i kusząc bajecznym bogactwem. Przyjechali do stolicy współplemieńcy, nieznani krewni, koledzy z lasu. Nepotyzm w Afryce ma inne źródła, wynika z odwiecznego, świętego obowiązku, by zadbać o rodzinę, choćby najdalszą. Więzy krwi, przynależność klanowa, tradycja plemienia zobowiązują jak przysięga. To prawo tak silne, jak nasza troska o własne dzieci. 

Stany Zjednoczone, w trosce o dobro swoich interesów w Afryce, przez lata wspierały nowego prezydenta. W zamian za nieograniczony dostęp do lotniska Robertsfield, koncesje na kauczuk i żelazo oraz zgodę na umieszczenie pod Monrowią nadajnika Głosu Ameryki. W Liberii znajdował się także iście bondowski system nawigacyjny Omega, który kontrolował ruch morski na Atlantyku. A ambasada amerykańska w stolicy stała się centrum wywiadowczym dla agentów pracujących w całej Afryce. Trwała zimna wojna, także na wrzącym kontynencie, i dla Ameryki ten przyczółek miał znaczenie strategiczne. Na konto Doego, bo przecież nie do budżetu kraju, płynęły miliony dolarów rocznie. 

To banalne. Żal pisać o tym na tak wielu stronach, ale wojna w Liberii toczyła się od początku wyłącznie o pieniądze dla paru facetów. O nic więcej. Jawna gangsterka. Jakby się zastanowić, może to jednak w sumie i uczciwiej, niż wywijać dla niepoznaki krzyżem czy półksiężycem.

W konfliktach o przywileje, wobec ostentacyjnego faworyzowania prezydenckiego plemienia Krahn, rdzenni Afrykanie zaczęli mordować się między sobą, w odwiecznych sąsiedzkich  rzeziach. Najbliższy współpracownik prezydenta, wspomniany Quiwonkpa, po kolejnych sfałszowanych wyborach, które jego koledze z wojska miały zapewnić następne lata nieograniczonej władzy i gotówki, postanowił obalić Doego. Choć jego przewrót był, co zaskakujące, bezkrwawy, mówiliśmy już, jak ludzie prezydenta postąpili z Quiwonkpą na oczach mieszkańców miasta. To nie były wieki średnie. Myśmy wtedy słuchali już Michaela Jacksona. Przypomnę: zjedli go.

Ostatecznie Doe znalazł skutecznego przeciwnika w postaci kształconego w Ameryce cwanego młodzieńca nazwiskiem Charles Taylor, który bez trudu zebrał pospolite ruszenie wśród skrzywdzonych przez Doego plemion i najemników szkolonych w Libii. Wszak pułkownik Kaddafi nie odpuścił żadnej okazji, by wystąpić przeciw sojusznikom Ameryki. 

– Cokolwiek zrabujecie po drodze, będzie wasze – obiecał Taylor. – I na dziewczynach sobie poużywajcie – dodał mimochodem. 

Jednym z dowódców chaotycznej armii Taylora został Prince Johnson, który prędko odłączył się od swego lidera, skonfliktował z nim i sam ruszył na stolicę ze swoją zbieraniną uwolnionych więźniów, głodujących wieśniaków i znarkotyzowanych dzieci. I to właśnie oddziały Prince’a ostatecznie dopadły Doego w Monrowii. Prince chciał od prezydenta tylko jednego. Nie flagi, nie nut hymnu, żadnych tam, psia mać, patriotycznych ceregieli. Chciał kodu dostępu do konta.

Mówimy wciąż o czasach, w których Lech Wałęsa zakładał Solidarność jako formę protestu przeciwko rządzącym elitom. O dniach, w których siadaliśmy do okrągłego stołu. W 1990 roku Prince Johnson musiał znać historię wielkiego polskiego negocjatora. Sam postanowił postąpić jednak inaczej. Uznał, że nie ma czasu na politykę. Wraz z kolegami torturował prezydenta cały dzień, co skwapliwie zarejestrował na filmie. Widzimy go, jak zrelaksowany siedzi za biurkiem, sączy budweisera, a młoda Afrykanka, niczym na przedstawieniach ze starożytnych waz, chłodzi go ogromnym wachlarzem. Prezydent klęczy u stóp Prince’a, prawie nagi, postrzelony w nogi, zalany krwią. Prince pyta Doego o pieniądze. Nieusatysfakcjonowany odpowiedziami, każe swym żołnierzom zadawać głowie państwa kolejne cierpienia. To zajęcie sprawia mu wyraźną satysfakcję. 

Kat, niczym spragniony pochlebstw student łódzkiej szkoły, wręczał potem swój film dziennikarzom w charakterze upominku z Liberii. Bary całej Afryki Zachodniej bawiły się przy kopiach VHS jak na najlepszym meczu. 

Prince Johnson nie zamęczył prezydenta na śmierć osobiście. Po dniu tortur pozwolił mu wykrwawić się w wannie, a następnie kazał swoim ludziom obwozić zwłoki po Monrowii, żeby nikt nie zwątpił w śmierć tyrana. Wszak władca, otaczając się szamanami z Togo i Beninu, twierdził, że posiada nadprzyrodzoną moc, która pozwala mu znikać w momencie zagrożenia. Ewentualnym plotkom o cudownym zniknięciu wodza wypadało zatem skutecznie zapobiec.

To nie Prince Johnson został jednak następcą Doego, a przebiegły i charyzmatyczny Charles Taylor. W korupcji, fałszowaniu wyborów i okrucieństwie prześcignął swoich poprzedników i dopiero w 2012 roku, niespełna dekadę po zawieszeniu broni, został skazany za zbrodnie wojenne na pięćdziesiąt lat więzienia. 

Co zaś stało się z jego antagonistą Prince’em, spytacie być może? 

Odwiedziłem w Monrowii Muzeum Narodowe. Parę posępnych, butwiejących instalacji. Kilka masek. Seria zdjęć przypadkowej kanadyjskiej rodziny, która mieszkała w mieście przed wojną. Wątła kolekcja współczesnych bohomazów stylizowanych na ludowe, jakich powstydziliby się artyści spod warszawskiego Barbakanu. Ale między innymi, w osobnej gablocie, but. But wojskowy, maleńki, rozmiar góra 40. Należał do Prince’a Johnsona. Tkwi w muzeum jak relikwia. Czyżby Prince poległ śmiercią bohatera w walce o niepodległość? Bynajmniej. Jest dziś, gdy piszę te słowa, senatorem z Nimba County w rządzie nagrodzonej Pokojową Nagrodą Nobla pani Ellen Johnson Sirleaf, pierwszej afrykańskiej kobiety na stanowisku prezydenta. I to przez dwie kadencje. Czy tej samej, która była ministrem finansów w rządzie obalonego przez Doego Tolberta, spytacie? Tak, tej samej.

Doe. To zdarzenie z innej, odległej epoki. Wszystko zostało już napisane o tej szczególnej chwili afrykańskiej historii. Między innymi Ryszard Kapuściński w Hebanie streszcza rzetelnie przebieg akcji. Spójrzmy na to, o czym nie wspomniał, z braku dowodów w tamtych czasach. 

Kapuściński opisując z detalami tortury, jakie przyszły senator w rządzie pokojowej noblistki serwuje pochwyconemu Doemu, nie wspomina wszelako – a dwaj badacze historii Liberii nie zgadzają się w tej istotniej sprawie – co stało się z jednym z obu odciętych uszu prezydenta. Martin Meredith w swej kanonicznej książce The State of Africa mówi, że Prince Johnson sam zjadł ucho Doego na oczach torturowanego. Colin M. Waugh natomiast w dziele Charles Taylor and Liberia: Ambition and Atrocity in Africa’s Lone Star State relacjonuje, że Prince nakarmił Doego jego własnym odciętym uchem. Na lata przed Hannibalem Ridleya Scotta. Za tą ostatnią wersją przemawiałyby relacje najbardziej doświadczonego w liberyjskich wojnach brytyjskiego dziennikarza Jamesa Brabazona, który w swym literackim reportażu Mój przyjaciel najemnik wspomina podobną sytuację: 

„Trzema zdecydowanymi cięciami partyzanci oddzielili ucho więźnia od jego głowy, potem wepchnęli mu je do ust”. Chwilę potem wyjęli więźniowi serce i zjedli, co Brabazon pewną ręką sfilmował i umieścił w dokumencie o zapożyczonym od Greene’a tytule Liberia: Journey Without Maps. Brabazon brał już wtedy udział w walkach nowych rebeliantów, którzy dążyli z kolei do obalenia Charlesa Taylora. 

Szekspir by tego nie wymyślił. Jego postacie były jednak złożone, oprócz zamiłowania do pieniędzy i potworności, miewały szersze horyzonty.

Właściwie wszyscy, którzy pisali o niekończących się rzeziach w Liberii, zwracali na to uwagę: żadna z walczących frakcji nie miała nigdy programu, wizji, myśli politycznej, filozofii, planu innego, niż obalenie kolejnego dyktatora, a dalej miało już pójść samo. To były walki bez idei. Rzezie dla radości zadawania bólu. Prowadzone przez przypadkowych wiejskich chłopców, którym kałasznikow w dłoni dawał poczucie przynależności; przez znarkotyzowane dzieci, którym poprzedni prezydent wymordował całą rodzinę, bo pochodziła z niewłaściwego plemienia, lub dzieci zwyczajnie w tym celu porwane z domów. Przez więźniów, których uwalniano w zamian za udział w walkach, lub przez zwykłych bandytów, którym obiecywano łup. Rebelianci, co z upodobaniem pokazywały media, nie przypominali bojowników żadnej wcześniejszej wojny. Odurzeni tanimi narkotykami, mieli na twarzach maski, na głowach wielobarwne peruki, stroili się w suknie ślubne, wkładali najdziwniejsze teatralne przebrania. Dla zastraszenia wroga, a także z wiarą, że stają się kimś innym, przeto im samym nie grozi niebezpieczeństwo. Powiecie, że epatuję w tych słowach potwornością. Skąd. To zaledwie preludium do grozy, niemożliwej do opowiedzenia.

Film Jeana-Stéphane’a Sauvaire Wściekły pies pokazuje wiernie, choć powściągliwie, Liberię tamtych lat. W role półobłąkanych dzieci-żołnierzy wcielili się autentyczni nastoletni weterani leśnych oddziałów. I choć film wydaje się absurdalną kreacją chorego umysłu, jest w istocie precyzyjnym zapisem autentycznych wydarzeń, nakręconym w oryginalnej scenerii.

Ciekawą postacią tego teatru był Joshua Milton Blahye, który w oddziałach Doego przeciwko Taylorowi walczył wraz ze swym oddziałem nago. Otrzymał przydomek General Butt Naked (Generał Gołodupiec, mniej więcej). Być może byłoby to nawet zabawne, gdyby nie zwyczaj, któremu Joshua oddawał się każdego dnia przed walką. W książce/albumie Tima Hetheringtona Long Story Bit By Bit: Liberia Retold Joshua mówi: 

„Gdy miałem jedenaście lat, przeszedłem inicjację na kapłana i składałem ofiary z ludzi samodzielnie przez następnych lat czternaście. (…) W kwietniu 1996 roku, na kilka dni przed zawieszeniem broni, spotkałem Chrystusa. Nie wiedziałem, że to Chrystus, ale wiedziałem, że to boskie światło przykazuje mi albo pokutować i żyć, albo odmówić mu i zginąć. Siedziałem wtedy na krześle, czekając na moich żołnierzy, by obmyli mi ręce z krwi dziewczynki, którą właśnie złożyłem w ofierze. Rozciąłem jej plecy i wyjąłem serce tak, by wciąż biło. Potem pocięliśmy je i zjedliśmy. A zatem to jasne światło właśnie wtedy pojawiło się nade mną, na chmurze, i usłyszałem głos «Synu, czemu jesteś niewolnikiem»?”.

 Joshua jest dzisiaj pastorem w Monrowii. Można go zobaczyć i posłuchać w filmie dokumentalnym Cannibal Warlords of Liberia, dostępnym bez trudu na YouTube. 

Spotkałem któregoś dnia w Monrowii chłopaka imieniem Buster. Mógł mieć  dwadzieścia parę lat. Niegdyś walczył przeciwko Butt Nakedowi w szeregach zwerbowanego przez Taylora oddziału dzieci, zwanego Small Boys Unit. Dziś szanuje pastora. Powiedział, że mnie do niego zaprowadzi, bowiem pastor za kilkaset dolarów chętnie udziela wywiadów dziennikarzom, którzy lądują w Monrowii. O co miałbym go spytać? Jak wybierał małe dziewczynki (little girls), które składał w ofierze przed każdą bitwą? Kierował się ich urodą? Alfabetycznie? Jak to się właściwie robi, żeby serce wciąż biło, gdy je kroisz dla swoich żołnierzy? Czy studiował chirurgię?

Innego dnia spotkałem mężczyznę, który przedstawił się jako General Pussyface (Generał Cipkolicy). Spotkałem go w West Point. To, jak mówią, najgorszy slums Afryki, gdzie żaden obcy o zdrowych zmysłach nigdy się nie pojawi. Cóż, upał miesza w głowie, a dzień wcześniej spotkany na ulicy chłopiec imieniem Mohammed przekonał mnie, że zostanie moim przewodnikiem. Mieszkał właśnie w West Point i tak mu dobrze z oczu patrzyło. 

– Spotkasz tam wielu przyjaciół do fotografowania – mówił.

Znalazłem się zatem w West Point z Cipkolicym. Przysięgam, chciałbym wam przekazać jego historię, bo opowiadał sporo o walkach w szeregach Taylora, ale naprawdę nic nie zrozumiałem. To mogłoby stanowić powód do językowych kompleksów, gdyby z pomocą nie przyszedł Brytyjczyk przecież, James Brabazon, wspominając spotkanie z Sekou Connehem, przywódcą rebelianckiego ruchu przeciw Taylorowi: 

„Conneh i jego ludzie wysławiali się w sposób nieomal niezrozumiały. Zupełnie jakbym nagle musiał rozwiązywać jakąś słowną szaradę, w czterdziestostopniowym upale i po ciemku, a w dodatku wszyscy wokół byli uzbrojeni. Kiedy rozmawiali ze sobą, gubiłem wątek. Mój angielski pozostawał dla nich taką samą zagadką”.

Ktokolwiek wędrował po Afryce Wschodniej, gdzie angielski jest językiem urzędowym, rozmawiał z Ugandyjczykami na Wyspach Ssese, z Kenijczykami na Lamu, Zanzibarczykami – zrozumiał zapewne wszystko. Jak i w Sudanie czy Swazilandzie. W Sierra Leone, gdzie angielski w swojej łamanej Afryką starobrytyjskiej formie nosi nazwę krio, podróżny stąpa już mniej pewnie. W Liberii dogadanie się graniczy z cudem, porozumienie jest właściwie niemożliwe. „Pussyface” ostatecznie, nie mogąc wejść ze mną w dyskusję na żadnym uczciwym poziomie, zażądał niezdrowej fanty dla córeczki Reginy, którą trzymał w objęciach. Ja zaś grzecznie wymówiłem się od kolacji z ulicznego psa. 

West Point to rynsztok Monrowii. W lichych izbach, skleconych z desek i blachy falistej, na niewielkiej powierzchni półwyspu wegetuje kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Brak wody, kanalizacji, jakichkolwiek perspektyw. Wąskie piaszczyste ścieżki między domostwami w porze deszczowej zmieniają się w strumienie błota. A Monrowia, obok pobliskiego Freetown w Sierra Leone, to deszczowe stolice świata. Mimo bryzy od oceanu powietrze tu stoi. Upał dławi, mdli, obezwładnia. Co jednak uderza najpierw, to smród. Gniją resztki pożywienia. Rybie truchła, czaszki chudych psów, skóry opasłych szczurów. Mało kto ma tu parę liberyjskich dolarów na inne jedzenie. 

Nietoperze nad West Point – miliony upięte jak winogrona w gałęziach wiekowych drzew. Ich roje o zmierzchu. Skórzane skrzydła muskają moją twarz, przynoszą ukojenie, niczym wachlarze Dalekiego Wschodu.

I fetor kału. To spore miasto, takie mniej więcej Kutno, stłoczone na powierzchni mniejszej od warszawskiej Starówki, ma pojedyncze, zapchane latryny. Na plaży otaczającej półwysep ludzie myją się i defekują. Tłumnie. Obok siebie. Jednocześnie. Trudno znaleźć choćby metr czystego piasku. Między górami ludzkiego gówna, padłych zwierząt i śmieci, w bursztynowym świetle zachodzącego nad Atlantykiem słońca dzieciarnia gra w piłkę, bawi się, po swojemu szczęśliwa.

Jest owszem jeden szpital, kościół i boisko. Jest kilka burdeli ciemnych i głośnych. Są ze dwa kina, w których wyświetla się głównie mecze futbolowe lub w ostateczności bollywoodzkie tańce. Prąd dostarczają generatory, więc hałas jest trudny do udźwignięcia, człowiek czuje się jak na lotnisku. Ci ludzie mieszkają w chatach skleconych z falistej blachy i prawie całym ich majątkiem jest wspomniane chińskie wiadro. Prawie, bowiem mają też telewizor z talerzem satelitarnym. To nowość wśród najbiedniejszej afrykańskiej społeczności. Wegetujący w West Point wiedzą, jak wygląda świat poza granicami ich dzielnicy. W relacjach zza rogu widzą bajeczne limuzyny i nadmorskie wille za ścianami kolczastego drutu. Ich pierwszą refleksją jest być może myśl: walczyliśmy tak długo. Ćwierć wieku rzezi, by usunąć kolejno Tolberta, Doego, Taylora. Gdy wędrowałem wśród chat West Point, minęło już dziesięć lat, odkąd w czerwcu 2003 roku Taylor ustąpił i uciekł do Nigerii. A przepaść między elitą Monrowii a biedotą interioru i slumsów stała się jeszcze bardziej bolesna. Tak naprawdę nic się nie zmieniło od czasów pierwszych wyzwolonych niewolników, którzy stworzyli ten podział. Jest tylko bardziej dramatycznie, bo po raz pierwszy w historii odrzuceni, wykluczeni, pogardzani mogą codziennie oglądać życie swoich elit z bliska, w telewizji. Reality show, w rzeczy samej. Wróciliśmy do punktu wyjścia, myślą. Pani prezydent Ellen Johnson Sirleaf była przecież ministrem finansów w rządzie Tolberta. Ale następni uzurpatorzy sprowadzili na kraj takie piekło, że dawny reżim powitano tu niczym oczekiwany powrót Jezusa.

Dzieje Liberii nie skłaniają do optymizmu. Twarze, które mijam w Monrowii, a zwłaszcza te w głębi kraju, to oblicza ludzi, którzy jeszcze niedawno blokowali drogi wyjazdowe z miasta jelitami wyciągniętymi z ciał wciąż żyjących ofiar. Wspomina o tym Tim Butcher w Chasing The Devil, z czasów swej dziennikarskiej pracy w stolicy. To ludzie, którym zabrano  niewinność i ćwierć wieku życia, nie proponując niczego w zamian. Jedzą psy złapane na ulicy. Jak długo będą przeglądać się potulnie w lusterkach floty nowych land cruiserów swoich sąsiadów, trudno powiedzieć. 

Pan Ryszard był optymistą. Wierzył w człowieka, ufał mu, dostrzegał w nim dobroć, nawet w trudnych chwilach, kiedy ledwie się tliła. Ale odniosłem wrażenie, że Liberia nawet i jego przerosła.

W ostatnim dniu pobytu w Monrowii wstąpiłem do knajpki Mamy Soko, na ulicy bocznej od Broad Street, zamówiłem kurczaka. Pogodna, korpulentna pani ucieszyła się na wieść, że jestem z Polski.

– Był tu kiedyś jeden gość z Warszawy – powiedziała z nostalgią. – Zawsze siadywał w tym miejscu, w którym pan teraz, pod wiatrakiem. Strasznie narzekał na upał. Mieszkał w hotelu, tuż za rogiem. Ale tej rudery nie ma już od lat. To był czas wojny, już chyba za Taylora. Do mnie codziennie przychodził. Wie pan, że on książkę potem napisał i tam o mnie wspomina? 

Mama Soko rozpromieniona pobiegła za ladę, spod której błyskawicznie, jakby miała ten gest od dawna wystudiowany, wyciągnęła tom o barwnej okładce, jakże innej niż oryginał z Czytelnika, z roku 1998. The Shadow of the Sun.

Już w domu, w Warszawie, sięgnąłem po Heban

„Starsza, nieufna i ciągle spoglądająca na drzwi kobieta miała tylko jedną potrawę: szaszłyki z ryżem. Wpatrywała się w drzwi, bo nigdy nie wiedziała, kto wejdzie – klienci, żeby coś zjeść, czy rabusie, żeby jej wszystko zabrać. 

– Co mam robić? – spytała nas, podając talerze. Już straciła wszystkie nerwy i wszystkie pieniądze. – Straciłam życie – powiedziała, nawet bez rozpaczy, ot tak, żebyśmy po prostu o tym wiedzieli”.

Na koniec zatem dobra wiadomość. Mama Soko nie straciła życia. Minęło piętnaście lat. Mama promienieje. Rosyjskim biznesmenom przynosi talerze pełne rozmaitych wystawnych, kosztownych dań. Kurczak po dwadzieścia dolarów. Ale fakt: świetny, ostry, w warzywnym sosie.

– Niech pan go koniecznie pozdrowi, tego pisarza z Polski! – mówi z uśmiechem.

– Chętnie, odwiedzam go często – odparłem zgodnie z prawdą, nie wnikając w szczegóły.

Następnego dnia wyjechałem bez żalu.

Nigdy tu już nie powrócę, pomyślałem. Tak jak i tata z czerwonym parasolem, którego przecież nigdy nie miał, nie wrócił już, by porozmawiać. 

Afryka. Opowieści podróżne

Przeczytałeś/aś tekst z antologii „Afryka. Opowieści podróżne”.

Kup