Zaznacz stronę

Tekst: Dariusz Fedor;

Światła stało się mniej, jakby ktoś zasunął zasłonę. Pierwszy tu raz w ciągu dnia nie musiałem mrużyć oczu – rozejrzałem się zaskoczony. Samochody, tuktuki, motory – cały ten delhijski traffic powszedni trąbiący, szukający choćby skrawka jezdni dla siebie – stanął. Gałęzie sandawilli przestały się kołysać i ciężko zwisły pod ciężarem szkarłatnych kwiatów. I nagle zrobiło się żółto-szaro. Kierowca taksówki, który wiózł nas na lotnisko, bo już trzeba było wracać do Polski, dotoczył auto pod betonowy filar wiaduktu i zamilkł. Spojrzałem na niego niepewnym wzrokiem.

– Lu? – spytałem. – Lu – odpowiedział i lekko się skulił.

A wtedy zaczęło się.

Kłąb splątanych gałązek, paprochów, śmieci wypada zza betonowego filara i w wirze żółtego pyłu skacze pięć metrów w górę – pięć metrów w dół, nie tykając betonu pod – nie tykając betonu nad. Taniec ekstatyczny, bezładny, bezgłośny. Wreszcie rozbija się o filar i już jako żółty tuman sunie ku nam, zbiera po drodze piach, śmieci, i rzuca w auto, i szarpie nas. Teraz już go nie tylko widzę, już go słyszę – bo to nie szum ulicy narastał, to huk tego wiatru! Wóz się kolebie nerwowo, jest duszno, mimo że klimatyzacja chodzi, że szyby zamknięte. Huk narasta, wreszcie grzmot! Piorun?! Burza?! Będzie deszcz? Tak, pierwsze wielkie krople klepią w maskę, pierwsze i ostatnie, bo już po wszystkim. Znów jest jasno, zastygły ruch rusza, czas znowu płynie, świat normalnieje.

Lu rodzi się na północnym zachodzie, wśród wydm oddalonej o kilkaset kilometrów radźasthańskiej pustyni Thar. Rusza w Indie w maju, by przygotować je na czas monsunów. Czytałem o nim, że od wieków fascynował ludzi, wzmagał natchnienie poetów, odczucia mistyków, siał ferment w umysłach mędrców. Byłem go ciekaw, ale nie spodziewałem się, że go spotkam.

Że poznam jego siłę. Był przecież jeszcze kwiecień. Niespodziane. Spotkania, widoki, odkrycia. Smaki, zapachy, kolory. Nieraz wystarczy zejść z utartego szlaku, zmienić kierunek czy czas – choćby o drobinę coś w życiu przesunąć, by doświadczyć nowego, by poznać, by zrozumieć. By stało się niespodziane. Wystarczy tylko przekroczyć próg.

Za progiem są egzotyczne i dziewicze Sundarbany, gdzie znikają tygrysy. I wiekowy pałac maharadży, gdzie właśnie znaleziono ukryte przed ponad stu laty portrety kobiet z haremu.

I republika mnichów, gdzie kobietom wstęp wzbroniony. Jest półwysep Shimokita, gdzie wierni okrywają kamienne idole chustami, by dodać im choć trochę człowieczeństwa. I Kambodża, gdzie ludzie mówią językiem przypominającym ćwierkanie gekonów. I miasteczka w Gwatemali, gdzie można sobie kupić majańskiego szamana. I zaułki Hawany, gdzie można się nauczyć kombinować jak nigdzie na świecie. I miasteczko w Gruzji, gdzie młodzi mężczyźni co roku udowadniają swoją męskość. I Bośnia i Hercegowina jest tuż za progiem, i Krym, i Mołdawia, i Cypr, i warownia w Aragonii, i Everest, który już nie jest za progiem możliwości.

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup