Zaznacz stronę

Tekst: Dariusz Fedor;

Ten jeden siedział w bramie Lal Kila w Agrze. Miał pomarańczowy turban, siwą brodę i twarz szczęśliwego świętego, który już o niczym nie musi myśleć, bo wszystko wie. Widywałem podobnych na ghatach Mathury, w jatkach Bikaneru, w bramach Mandawy, przed świątynią szczurów w Deśnok. Odwieczni, zrośnięci z krajobrazem. Tłum opływał ich obojętnie, mi się też opatrzyli. Tego jednego nie dało się ominąć. Skinął na mnie ręką i wskazał oczami na okrągły koszyk z plecionki. Przykucnąłem. Odkrył wieczko. Wąż był czarny i lśnił w słońcu. Uniósł się, kołysząc, i zastygł w bezruchu na wysokości mojej twarzy. Pierwszy raz w życiu patrzyłem w oczy kobry. Chciałem ją dotknąć. Powoli wyciągałem rękę. Święty patrzył uważnie. Wtem wąż drgnął. Zrozumiałem ostrzeżenie. Wstałem, rzuciłem parę rupii i poszedłem szukać ochłody wśród czerwonych murów fortu.

Tych dwóch wyszło z cienia na jednej z dużych ulic Delhi. Mieli sine szmaty na głowach i brudne dhoti wokół bioder. Rozglądali się nerwowo, bo proceder, który uprawiali pokątnie, był tu nielegalny. Starszy machnął na mnie ręką, a gdy zbliżyłem się, z pudełka wyciągnął gada. Chciałem go dotknąć. Ale młodszy oberwaniec od razu zarzucił mi kobrę na szyję, a drugą wcisnął w dłoń. Zastygłem w bezruchu. Węże były szare i matowe. Żywe, ale otumanione. Ten na szyi przesuwał się z wolna, ten w dłoni lekko prężył. „Zaklinacze” w pośpiechu zdjęli je ze mnie, pobrali należne rupie i zniknęli wśród drzew. A do mnie powoli docierało, w jak wariackim przedstawieniu wziąłem udział. Splotły się te obrazy z Indii w mej pamięci: kobra w słońcu – kobry w cieniu; czujny wzrok gada – węże bez czucia; zaklinacz święty – zaklinacze zbrukani. Mocny splot.

W tym numerze splatają się – jak losy – opowieści z Turcji i Armenii; Chin i Tajwanu; Peru i Brazylii; Bangladeszu i Indii. Teraźniejszość plecie się z przeszłością w relacji z powrotu Fiedlera na szlak ojca, w opowieści Jagielskiego o afrykańskim Che Guevarze, Tomalika o udzielnym księstwie w Australii. A to przecież nie wszystko.

 

Numer 2/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2016.

Kup