Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Stachyra;

Tylko woda i drzewa. Drzewa i woda. Ganges spływa tu aż z Himalajów, zespalając się z innymi świętymi rzekami Indii

Niebo usiane tysiącami diamentów. Wpatruję się w blask ogniska, ogrzewam dłonie – grudniowe noce bywają tu, w delcie Gangesu, naprawdę chłodne. Nagle z daleka, od strony rzeki, słyszę huk wystrzałów. Przebiega mnie dreszcz. W oddali dostrzegam wieżyczki strażnicze. Instynktownie rozglądam się wokół. Delikatny wiatr porusza wysokimi palmami, otaczają mnie liche, gliniane chaty kryte strzechą. Nie ma żadnego ogrodzenia, żadnej broni. Rzeka płynie ledwie kilkanaście metrów ode mnie. Idą…? Podobno świetnie pływają. Wracam pośpiesznie do mojej glinianki. I czekam.

„Przyszedł do wioski położonej o dwa kilometry stąd. To naprawdę blisko. Musiał być głodny, zabił trzy kozy” – nazajutrz dowiaduję się o nocnej wizycie.

Tygrysy zazwyczaj trzymają się z dala od osiedli ludzkich. Wolą polować na zwierzynę w swoim królestwie, w dżungli. A więc zeszłej nocy były to strzały ostrzegawcze, służące ludziom, ale i mające odstraszyć drapieżnika.

Tym razem ucierpiały tylko zwierzęta gospodarskie. Zdarzają się jednak ofiary w ludziach. Większość to śmiałkowie – zawodowi zbieracze miodu, wybierający się w głąb dżungli, by zarobić na utrzymanie rodziny. Tygrysy atakują też rybaków, którzy wpłynęli zbyt głęboko w las. Bo Sundarbany, czy też Shundorbon (zależnie czy mówimy w hindi, czy w bengali, lokalnym języku), to nic innego jak „piękny las”. Najpopularniejszy gatunek drzewa to sundari – „piękność”.

 Cisza i zgiełk
10 000 km kw. lasu namorzynowego, większa część w sąsiednim Bangladeszu. To największy tego typu las na świecie. Drzewa mangrowe zatrzymują kilka razy więcej dwutlenku węgla niż te rosnące w lasach deszczowych. Są niezwykle cenne.

Rytm dnia odmierzają tutaj przypływy i odpływy. Rankiem błotniste podłoże odsłania się, obnażając gęstą sieć powykręcanych korzeni, niczym chude szpony wbijające się łapczywie w grząską ziemię. Wokół drzew można zobaczyć też setki niewielkich „pachołków” wyrastających z ziemi. To korzenie oddechowe. Po sześciu godzinach słona woda sięga już gałęzi sundari. Zdaje się, że las tonie.

W lipcu ściana deszczu łączy się z rzeką na krótką chwilę, rozrzedzając lepkie i parne powietrze. W styczniu poranna mgła delikatnie okrywa osamotnione pola, nadchodzą też wieczorne chłody, łatwiej jest wypatrzyć zwierzęta wychodzące z dżungli do wodopoju.

Tylko woda i drzewa. Drzewa i woda. Ganges spływa tu aż z Himalajów, zespalając się z innymi świętymi rzekami Indii. Po rezerwacie można poruszać się tylko łodzią. Schodzenie na ląd jest zabronione ze względu na tygrysy i krokodyle, ale również, aby chronić delikatną przyrodę przed stopą człowieka. Z pozoru surowy i monotonny krajobraz kryje w sobie jeden z najbogatszych ekosystemów na kuli ziemskiej. Wiele gatunków jest zagrożonych, kilka już nie istnieje.

W Sundarbanach cisza onieśmiela, wręcz przeraża. Szczególnie jeśli ktoś przyjechał tu z pobliskiej metropolii – niemal 15-milionowej Kalkuty.

Howrah. Największa stacja kolejowa w Indiach, zbudowana jeszcze za Brytyjczyków. Hałas, pokrzykiwania, uliczni sprzedawcy, kulisi w czerwonych uniformach z wieżą tobołków na głowie. Garam chai, gorąca herbata! – wykrzykuje piskliwym głosem nastolatek z wielkim, metalowym czajnikiem w ręku. Wręczam mu trzy rupie i dostaję mocną, słodką herbatę z mlekiem, doprawioną świeżym imbirem. To tzw. kulhar chai, podawany w małych, glinianych naczyniach. Zdaniem prawdziwego degustatora kulhar nadaje herbacie niezwykły smak. Ale wypierają go plastikowe, jednorazowe kubeczki, zaśmiecające indyjskie ulice.

Z Kalkuty to tylko 100 km, jednak podróż zabiera pół dnia. Z miasta prowadzi Basanti Highway, która z autostradą ma niewiele wspólnego. Co chwila mijam a to spacerujące poboczem kozy, a to dziecko wybiegające niespodziewanie na ulicę. Łatwo tu o wypadek. Sprawca rzadko zatrzymuje się, by pomóc ofierze. W obawie przed linczem, ze strachu przed policją.

Samochodem można dotrzeć do ostatniego punktu na stałym lądzie, Godkhali – niewielkiej, acz tętniącej życiem przystani. Za równowartość 6 groszy przedostaję się na drugą stronę rzeki. Podróż zabiera niecały kwadrans; drewniana, rozbujana łódka bardziej przypomina tratwę napędzaną silnikiem samochodowym. Może pomieścić nieregulaminowo nawet 60 osób. Czasem kilka motocykli i tuzin rowerów.  Już tutaj widać różnicę. Coraz mniej osób rozumie hindi; kobiety w sari i grubych okularach świergoczą w bengali, mishti bhasha, „słodkim języku”, francuszczyźnie Indii, jak tu powiadają. Cumujemy.

Stręczyciele i dziewczęta
Gosaba, niewielka mieścina na rozdrożu, lub w tym przypadku raczej „rozwodziu”. Swoiste wrota do Sundarbanów. Jest tutaj niewielki targ, na który zjeżdżają się mieszkańcy okolicznych wiosek i odległych wysp, jest świeża woda kokosowa, krewetki tygrysie, coca-cola i lejsy. To tu odbywa się też przerzut ofiar handlu żywym towarem, tu są siedziby stręczycieli. Bo Sundarbany to nie tylko piękny las. To też piękne dziewczęta. Zresztą płeć nie ma znaczenia, chłopcy też są w cenie. Kalkuta znajduje się tuż „za rogiem”, a w niej największe azjatyckie centrum prostytucji, Sonagachi. Młode dziewczęta, a często po prostu dzieci, z bengalskiej stolicy sprzedawane są dalej – do południowych Indii, Nepalu, Bangladeszu lub nawet na Bliski Wschód. Więzione, gwałcone, często nie dożywają trzydziestki. Jeżeli mają „szczęście” zostać w kraju, to po „spłaceniu długu” często i tak nie mają po co wracać. Hańba, jaką okryłyby rodzinę, okazałaby się gorsza niż śmierć. Zaginione córki Sundarbanów. Tak bym je nazwała.

Do drzwi puka czarujący młody mężczyzna i prosi o rękę córki. Nie żąda nawet posagu (w Indiach to rodzina panny młodej wypłaca posag rodzicom przyszłego zięcia). Mieszka w mieście, gdzie zapewni dziewczynie godziwe życie. Czego pragnąć więcej… Za kilka miesięcy chłopak zapuka do drzwi sąsiadów.

Zazwyczaj rekrutacja młodych dziewcząt to sprytny podstęp; daleki wujek obiecujący pracę sprzątaczki czy tajemniczy młodzieniec, który sprzedaje dziewczę stręczycielowi po romantycznej ucieczce z wioski. Dziewczynki sprzedawane są do domów publicznych, jako niewolnicza pomoc domowa lub zmuszane do małżeństwa w odległych regionach Indii, gdzie współczynnik feminizacji jest znacznie niższy w wyniku selektywnych aborcji. Często zawiła sieć, jaką tworzą pośrednicy oraz skorumpowana policja, uniemożliwia odnalezienie ofiary. Czasem wracają. Handel żywym towarem w Bengalu to aż 40 % tego procederu w skali całego kraju.

Woda i wyspy
Chwytam kilka owoców, tabliczkę czekolady i wskakuję do rikszy. Stąd droga prowadzi dalej przez interior zielonej wyspy.

Riksza rowerowa wygląda jak drewniana deska towarowa zaprzęgnięta do jednośladu. Siadam na boku, podwijając nogi. Przy każdym wyboju podskakuję wysoko, a jest ich tutaj wiele; muszę manewrować między przytrzymywaniem plecaka a chwytaniem się czegokolwiek, żeby nie spaść. Te niewygody rekompensuje jednak wszystko inne. Błoga cisza. Śpiew ptaków. Palmy kokosowe uginające się pod ciężarem dojrzałych owoców. Wszędobylskie czarne kozy. Małe chatki porozrzucane na poletkach ryżu o niewiarygodnie intensywnej zieleni. Przy każdej znajduje się staw, jedyne źródło słodkiej wody w tym regionie. Zwykle wykopywany jest sztucznie, w kształcie prostokąta. Napełniony monsunowym deszczem, dostarcza wodę przez cały rok. Jest fundamentalny dla przetrwania. To tutaj kąpie się cała rodzina, tej wody często używa się do gotowania. Jej mętne czeluści zamieszkiwane są przez ryby i krewetki, wyławiane w porach obiadu.

Roześmiane dzieci machają mi z daleka. Turystyka jeszcze nie nauczyła ich wyciągać rąk po drobne. Nawiązują kontakt, nie oczekując niczego w zamian. Mężczyźni w tradycyjnym lungi, kraciastej chuście przewiązanej wokół pasa, witają mnie w radosnym zawołaniu kemon achen, jak się masz? Przechodzące kobiety uśmiechają się serdecznie. Wszystkie ubrane są w kolorowe, proste sari. Niektóre z nich, te szczególnie sędziwe, nie posiadają choli, bluzeczki zakrywającej biust. Ich obwisłe piersi wyglądają zza niedbale przepasanego skrawka tkaniny. Dawniej kobiety w Indiach nie zakrywały piersi. Jeszcze w XIX wieku na południu była to forma ucisku niższych klas – tylko te wyżej postawione miały prawo zakrywać swój tors.

Docieram do następnego portu. Stąd jeszcze raz muszę dostać się na drugą stronę rzeki. Sundarbany to sieć większych i mniejszych wysp. Ich nierówne brzegi są stale kształtowane przez wodę. W wyniku zmian klimatycznych, cyklonów i powodzi niektóre wyspy zanikają, inne zaś się pojawiają. Czekamy, aż chybotliwa łódka się zapełni. W najgorętszej porze dnia może to potrwać nawet godzinę.

Pieśniarze i święta
Nagle drogę przecina mi grupka mężczyzn w pomarańczowych szatach, długie włosy opadają im na chude ramiona, w rękach dzierżą ektarę, prosty bengalski instrument strunowy. Jeden z nich, z zamkniętymi oczyma, unosi ręce do góry w tanecznym geście, a jego wibrujący głos dochodzi do moich uszu: Amar praner manush acche prane… Bóg mieszka we mnie. Na pierwszy rzut oka przypominają sadhu, wędrownych ascetów. Lecz są to baulowie, charakterystyczni dla Bengalu mistyczni pieśniarze. Łączą w sobie nurty hinduizmu i islamu. Często praktykują tantrę, sprzeciwiają się podziałom kastowym. Indyjski noblista Rabindranath Tagore był pod silnym wpływem twórczości bengalskich bardów. Shantiniketan, niewielkie miasteczko nieopodal Kalkuty, gdzie założył słynny uniwersytet, jest dzisiaj centrum tradycji baulów. Pozdrawiam ich złączonymi dłońmi na wysokości czoła i daję kilka monet.

Sundarbany to dom nie tylko tygrysów bengalskich, ale i czterech milionów ludzi. Ten odosobniony region Indii dał życie specyficznej kulturze i wierzeniom, często opartym na odwiecznych relacjach człowieka z drapieżnikami i siłami natury. Życie płynie tutaj powoli, czas odmierzają przypływy i zbiory ryżu. W tej części kraju żyzna ziemia pozwala nawet na dwukrotne plony w ciągu roku. Nigdzie nikomu się nie spieszy, kobiety leniwie odwiedzają sąsiadki, mężczyźni grają w karty, w najgorętsze upały wszyscy drzemią w glinianych chatach, których cień przynosi nieco ulgi, wieczorami zaś ruszają na pobliski targ.

W nocy nierzadko słychać awantury, są zdrady i rodzinne tragedie, zakazane młodzieńcze miłostki, knucia i intrygi. Ot, zwykłe życie.

Monotonię przerywa co jakiś czas wesele w wiosce, na które zaproszeni są wszyscy sąsiedzi. Curry podawane jest na suszonych liściach bananowca, lokalna grupa przygrywa tradycyjne melodie, by o północy zostać wypartą przez młodzieńców ze wzmacniaczem i muzyką techno na telefonach komórkowych. Zaczynają się pląsy, mężczyźni w jednej grupce, kobiety w drugiej. Śmiech, radość. Za zasłoną, gdzie panna młoda oczekuje przeniesienia do swojego nowego domu, rzęsisty płacz.

Są też cykliczne święta religijne lub wiejska mela, czyli festyn. Do wiosek zajeżdżają wtedy przenośne karuzele, które rozkładają się na czyimś polu. Drewniane budy sprzedają słodkie jalebi, różową watę cukrową, prażone orzeszki i kolorowe balony. Podekscytowane dzieci gromadzą się i wyciągają z rąk ciepłe monety. Niektóre z nich tylko obserwują. Grupki nastolatków przechadzają się i wypatrują ładnych dziewcząt. One zaś stoją z boku, czasem popatrzą zalotnie, zachichoczą i czerwieniąc się, spuszczą wzrok. Być może będzie następne wesele.

Są jeszcze walki kogutów. Co czwartek, zwykle w chłodniejsze miesiące. Wszyscy w wiosce czekają na sezon. Niemal każdy ma w swojej zagrodzie takiego koguta. Istnieją różne gatunki, mniej lub bardziej cenione. Ten najdroższy może mieć równowartość nawet całego domu. Hazard to ryzykowne zajęcie. Lecz jest to okazja do spotkań, emocji, oderwania się od rutyny. I oczywiście do picia haria, lokalnego trunku z ryżu. Z okolicznych wiosek przybywają kobieciny, niosąc na głowie dzbany wypełnione białawym, mętnym płynem. Zawartość alkoholu jest znikoma, dlatego mężczyźni ustawiają się w kolejce i piją po kilka kubków z rzędu. Aż poczują przyjemny zawrót głowy. I kibicuje się wtedy raźniej.

Wczesnym świtem mężczyźni wyruszają na ryby, kobiety natomiast wybierają się nad rzekę, by zająć się połowem krewetek. Zanurzone po pas w błotnistej wodzie, przeczesują rzekę plastikową siecią. Te same krewetki sprzedawane za bezcen na lokalnym targu w Kalkucie osiągają monstrualne ceny. Praca kobiet czasem opłacana jest krwią – nieraz zdarzają się ataki krokodyli. Częstokroć śmiertelne.

Niezaprzeczalnym królem lasu jest jednak sher, czyli tygrys. To on dyktuje tutaj warunki. Choć jego populacja nie przekracza już setki, nadal budzi szacunek i strach. Aby się przed nim uchronić, tubylcy zwracają się do lokalnego bóstwa, unikatowego dla tego regionu. To Bonbibi (czasem Banbibi, znowu różnica w wymowie hindi i bengali), czyli „żona lasu”. Co ciekawe, kierują się do niej zarówno hindusi, jak i muzułmanie. Islam zabrania oddawania czci bóstwom, jednak religia często przybiera koloryt lokalny, dostosowuje się do warunków kulturowych, tworząc unikalną syntezę. Maleńkie świątynie poświęcone Bonbibi można nieraz spotkać na skraju lasu. Bo dżungla to miejsce święte, dom duchów, demonów i bóstw; daje schronienie i żywność, ale przynosi też śmierć. Należy czuć przed nią bojaźliwy szacunek. Opatrzność Bonbibi jest szczególnie potrzebna, kiedy zbieracze miodu wybierają się do lasu.

Tygrys i miód
Ekonomia Sundarbanów opiera się głównie na rolnictwie, rybołówstwie i ostatnimi czasy turystyce. Jednak to zbieracze miodu i ich niebezpieczne wyprawy do dżungli osławiły ten region.

Sezon przypada między majem a czerwcem, chociaż z roku na rok miodu jest coraz mniej – zmiany klimatyczne zaburzają naturalny proces zapylania. Kwiaty zakwitają wcześniej, pszczoły pracują mniej, a to powoduje mniejszą ilość pyłków następnej wiosny.

Profesja ta przekazywana jest w rodzinie od pokoleń, jednak aby zbierać w dżungli miód, trzeba posiadać specjalne pozwolenie od lokalnych oficjeli. Nie jest łatwo. Tygrysy wymagają szczególnej ochrony, choć kiedy znajdziemy się już na ich terytorium, to my jesteśmy w większym zagrożeniu.

Na wyprawy wyrusza grupa sześciu-ośmiu osób, czasami wraca pięć. Zanim wejdą do dżungli, modlą się do Bonbibi o opiekę przed Dakshin Rai, demonem lasu, który może wcielić się w postać tygrysa. W tym samym czasie żony, które pozostały w wiosce, przestrzegają rytuałów charakterystycznych dla wdów; nie wcierają we włosy olejku, nie używają mydła do kąpieli, stronią od mięsa, nie jedzą chili, ubierają się w żałobne szaty.

Aby uchronić się przed ewentualnym atakiem, zbieracze miodu zakładają na tył głowy maskę przedstawiającą twarz. Tygrys atakuje zwykle od tyłu. Mówi się jednak, że trik ten nie działa już na te drapieżne koty, które dawno odkryły podstęp. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego tygrysy bengalskie szczególnie zasmakowały w ludzkiej krwi. Teorii jest kilka: słona woda powoduje ich dyskomfort, który prowadzi do zawyżonej agresji; częste cyklony i inne anomalie są przyczyną tego, że w rzekach pływa wiele ludzkich ciał; ciągłe przypływy i odpływy sprawiają, że trudno upolować w lesie zwierzynę – człowiek staje się bardzo łatwym celem. Wcześniej, kiedy populacja tygrysów była jeszcze dość wysoka, zabijały one regularnie około 50 osób rocznie. Krążą legendy o vidhwa palli, wiosce wdów. Dzisiaj jest to kilka nieszczęśników, o wiele więcej ginie w paszczy krokodyla czy od ukąszeń węży. Z drugiej strony, oficjalne dane niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością – wiele rodzin ofiar tygrysa, które udały się do dżungli bez zezwolenia, nie zgłasza tego faktu policji.

Turyści i bacpakerzy
Za nielegalne wtargnięcie na teren rezerwatu grozi wysoka kara grzywny. Takie zezwolenia potrzebne są również napływającym w te strony turystom, dla których buteleczka złotej substancji stanowi znakomitą pamiątkę z egzotycznego krańca świata. Nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jaką drogę musiał przejść, zanim znalazł się w ich plecakach. Pośrednicy kupują miód od wieśniaków za przysłowiowy psi grosz, na półkach eleganckich sklepów cena przewyższa tę pierwotną nawet kilkusetkrotnie.

Do Sundarbanów turystów zwykle przyciąga tygrys. Choć pozostało ich niewiele, nadal można je spotkać, to kwestia szczęścia. Wiele osób nie zobaczywszy pasiastej bestii jest rozczarowanych. Inni mówią, że Sundarbany oferują o wiele więcej. Zachwycają się głęboką ciszą, czystością i potęgą natury, setką kolorowych ptaków, ogromnymi krokodylami, delfinami, ospałymi waranami… Ich serca ujmują mieszkańcy wiosek.

Dzisiejsi turyści to głównie backpakerzy chcący zobaczyć nieodkryty zakątek Azji lub indyjska klasa średnia, najczęściej wycieczkowicze z Kalkuty.  Ich niekontrolowany napływ powoli zaburza ekosystem. Powstają nowe hotele, wiele z nich nie spełnia podstawowych wymogów związanych z ochroną środowiska. Sterty śmieci zalegają pod drzewami, plastikowe butelki unoszą się na rzece. Miastowi przynoszą tu swoje zwyczaje, przy okazji zarażając nimi lokalnych, którzy przez wieki żyli w zgodzie z naturą. Zdaje się, że do Sundarbanów wielkimi krokami zbliża się katastrofa ekologiczna.

Śmieci i ekolodzy
Nikt nie wie, co zrobić z zalewem plastiku, opakowaniami po ciasteczkach, styropianowymi talerzami, butelkami po napojach gazowanych… Nie istnieje tu żaden system wywozu śmieci czy wysypisko. Odpady pali się lub wrzuca do rzeki. Słyszy się o planach budowy wielkich resortów turystycznych, z setką pokoi i prywatnym basenem. Czasami z nadmiaru łodzi zapełnionych turystami na rzece tworzy się korek. Warkot motoru odstrasza dzikie zwierzęta, spaliny utrudniają oddychanie.

Aby rozwinąć infrastrukturę turystyczną, buduje się nowe drogi, wycina drzewa. Riksze rowerowe napędzane siłą mięśni zastępowane są wielkimi, charczącymi rikszami motorowymi, które są w stanie pomieścić dwa razy więcej ludzi oraz dowieźć ich szybciej na miejsce. Oszczędność czasu, większy zysk.

W sąsiednim Bangladeszu władze zapowiedziały budowę elektrowni w odległości zaledwie kilku kilometrów od rezerwatu. Chociaż jest on wpisany na listę UNESCO, co podkreślają liczne lobby sprzeciwiające się powstaniu elektrowni, budowa nadal stoi pod znakiem zapytania.

Poziom wody wzrasta tutaj o kilka milimetrów rocznie. Wysokie, błotniste wały na brzegach rzeki nie zawsze zdołają uchronić przed zalaniem połaci ziemi. Powodzie są dosyć częste. Przedostanie się wody słonej do stawów grozi katastrofą. Ryby umierają, woda staje się niezdatna do picia, plony zostają zniszczone, a ziemia ulega erozji. Jakby tego było mało, dochodzi zagrożenie cyklonami, dość charakterystycznymi dla Zatoki Bengalskiej. Ostatni z nich, Aila, w 2009 roku pozostawił milion osób bez dachu nad głową. Szacuje się, że w wyniku tej katastrofy handel żywym towarem w tym regionie wzrósł nawet kilkusetkrotnie. Pośrednicy wykorzystali desperację i brak perspektyw ludzi pozostawionych na pastwę losu. Wielu z nich, przygniecionych biedą, wyjechało do Kalkuty w poszukiwaniu zatrudnienia, gdzie zazwyczaj pracują na budowie, ciągną riksze (piesze riksze można już spotkać tylko w tej bengalskiej metropolii, w reszcie kraju zostały zakazane) lub po prostu zasilają rzesze bezrobotnych.

Na szczęście w okolicy działa coraz więcej organizacji ekologicznych starających się uświadomić powagę problemu i apelujących o opamiętanie się. Powstają przedsiębiorstwa, które oferują mikrokredyty na odbudowę domów. Grupy aktywistów walczą z handlem ludźmi, organizując warsztaty w szkołach. Rząd rozpoczął inwigilację hoteli niespełniających określonych warunków, promując ekoturystykę. Przynajmniej w teorii.

Krzyk ptaków
Spłoszone, podrywają się do lotu. Z oddali słyszę tajemniczy łomot, niby to bębny, lecz jakieś inne… To muzyka elektroniczna. Zaraz potem zza zakrętu rzeki wyłania się biała łódź uginająca się pod ciężarem dziesiątków roztańczonych ciał. Jedne kobiety piszczą z zachwytu, inne obsługują brzuchatych mężów. Młodzież wywija koszulkami, a na widok kobiety z Zachodu nie obywa się bez wyzywających gwizdów. Agencje turystyczne nie dbają o pozory. Klient płaci, klient nasz pan. Witajcie w raju.

Dotarłam.

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup