Zaznacz stronę

Tekst: Adrian Bąk;

Zdjęcia: Laurent Kronental;

Strzeliste wieżowce, hotel Hilton, ludzie w dobrze skrojonych garniturach, podróżni z walizkami, automatyczne drzwi, piękna dziewczyna na segwayu, w powietrzu wszystkie perfumy świata. To jest dzielnica La Défense, biznesowe centrum Paryża, północno-zachodnie rogatki miasta. A teraz jeszcze jedne ruchome schody, dwadzieścia kroków w prawo i…
– Widzisz ten szlaban? – pyta Bertrand.
– Chodźmy tam, pokażę ci inny Paryż

Na bocznym parkingu przy jednym z wieżowców policja przeszukuje grupkę młodocianych. Mają wymięte podkoszulki i spodnie z obniżonym krokiem. Głowy spuszczone, przed nimi policjant wyjmuje kajdanki, za nimi odpicowany SUV ze stajni Chevroleta.

Fikuśne-futurystyczne cité Émile’a Aillauda

Szlaban się otwiera, chevrolet szuka wolnego miejsca, a Bertrand wskazuje najpierw na prawo, później na lewo. Tu lśniący, szklany biurowiec Société Générale z jednostronnie spadzistym dachem przypominającym dziób wielkiej łodzi. Cud architektury, najnowsza duma La Défense. Tam, w oddali, inne wieżowce – wyglądają jak skupiska walców pokrytych różnokolorowymi freskami, które w zamyśle miały przedstawiać chmury na tle nieba. Stąd i ich nazwa – Wieżowce Chmur, Tours Nuages. Gdybym nie widział je dzień wcześniej na fotografiach w internecie, pomyślałbym, że to kiczowata fatamorgana albo wielka sceneria na potrzeby niskobudżetowego filmu z okresu nowej fali o pierwszym osiedlu bloków projektowanych w kosmosie. Gdy miniemy mostek przebiegający nad ulicą Boulevard Circulaire, ta fatamorgana nabierze całkiem realnych kształtów. Wchodzimy na przedmieścia zwane tutaj banlieues, na osiedle Émile’a Aillauda – urodzonego w Meksyku francuskiego architekta. Na zdjęciach paraduje z nieodłączną kokardą pod szyją.

Aillaud wybudował to osiedle w latach siedemdziesiątych z myślą o robotnikach i imigrantach, głównie z Afryki Północnej. Chciał im umilić życie, a do zdyscyplinowanej i statycznej francuskiej architektury wnieść powiew świeżości i odrobinę szaleństwa. Uczeń Le Corbusiera – ojca blokowisk i papieża modernizmu, który bloki nazywał „maszynami do mieszkania” – nadawał  budynkom wymyślne i fikuśne formy, uzupełniając osiedla futurystycznym sztafażem.

Bertrand, mój przewodnik, dziennikarz kanału informacyjnego Vice News i pracownik firmy modowej ASOS, wychował się w tym miasteczku – choć nie na osiedlu Aillauda, a położonym dwa przystanki kolejowe dalej osiedlu Le Bateau, którego już nie ma, bo zostało zburzone.

Od dziesięciu lat mieszka jednak w Paryżu, w okolicy stacji metra Barbès – Rochechouart, i Paryż zdążył go już wchłonąć w zupełności. Szczupły, ubrany w modny płaszcz, spodnie slim fit, spiczaste buty, żółto-pomarańczowy szal i okulary retro sprawia wrażenie przesiąkniętego paryskim sznytem francuskiego inteligenta. Zupełnie nie pasuje mi do przedmieść – z obdrapaną ławką, na której siedzi, i blokowiskiem w tle, komponuje się jak hiszpańska bródka i wąsiki na reprodukcji Leonardowskiej „Mony Lisy” Marcela Duchampa. Zresztą ja również nie jestem tu mile widziany (mimo że bez paryskiego sznytu): z wyciągniętym mikrofonem, zbierającym dźwięki do radiowego materiału (pierwsza zasada radiowca na wyjeździe – nagrywaj wszystko, bo unikalne dźwięki, podobnie jak wielkie myśli, pojawiają się niespodziewanie), zwracam uwagę grupki młodzieńców w koszulkach Barcelony i Paris Saint-Germain, a jeden z nich wyciąga w moją stronę środkowy palec. Chwilę później podchodzi do nas i nakazuje schować mikrofon, a najlepiej w ogóle się ulotnić. Tłumaczę, że mikrofon to nie kamera i że zbieram tylko dźwięki, których przecież nie widać. Na pytanie, co widzi złego w zbieraniu dźwięków, macha ręką i odchodzi.  

Dźwięków na razie jak na lekarstwo, w ich poszukiwaniu wchodzimy więc głębiej w osiedle – w języku tutejszym cité. Patrzę na jeden z  wieżowców Aillauda, który z bliska jest karykaturą samego siebie: obdrapane i odpadające płytki elewacyjne, poprzecinane ubytkami w kształcie długich bruzd, które wyglądają jak wielkie rany albo zmarszczki na żelbetowym cielsku blokowiska. Małe okna bez balkonów, w połowie kwadratowe, a w połowie w kształcie kociego oka z zadartym zewnętrznym kącikiem. Wiele z nich zasłoniętych różnokolorowymi firankami albo zasłonami z grubego brezentu (dlaczego, przecież światło wpadające przez te okna i tak musi być tam towarem luksusowym?). Drut wystający z okna na pierwszym piętrze skrzypi przy każdym podmuchu wiatru. Na nim suszy się bielizna poprzyczepiana drewnianymi spinaczami. Wyżej, w oknach, inne przedmioty trzepoczące jak ptasie skrzydła: prześcieradła, dywany, poduszki, zasłony, ubrania. Jedne zaczepione na sznurkach wewnątrz budynków, inne na drutach wystających na zewnątrz, jeszcze inne przytrzaśnięte zamykającymi się z góry w dół oknami. Większość w kolorze białym, niczym białe flagi wywieszane w geście poddania się czy rezygnacji. Próbuję nagrać ten skrzypiący drut z bielizną i uderzające o ścianę wieżowca prześcieradło z drugiego piętra. W powietrzu wisi silna woń proszku do prania.

Przechadzamy się kolejnymi alejkami, mijając co rusz sztucznie usypane i wyłożone jasnobrązowymi kafelkami pagórki i powszczepiane w nie drzewka – część wizjonerskiego pomysłu Aillauda. A oto jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc na osiedlu – rzeźba węża z otwartą paszczą na pół zatopionego w owalnym, betonowym podwyższeniu mającym imitować zbiornik wodny. Pod zadartym grzbietem węża śpi kloszard o twarzy tak zniszczonej, jakby przebiegł mu po niej maraton, obok siatka z alkoholem i ubraniami. Dwóch chłopców wbija piłkę do bramki, za którą służy kolejna część uniesionego grzbietu węża. Mała dziewczynka w pomarańczowym hidżabie i takich butkach próbuje wejść do wężowej paszczy. Stojąca niedaleko matka przywołuje ją do siebie.

Émile Aillaud pragnął, żeby jego osiedle dodawało lokatorom prestiżu i pobudzało wyobraźnię. Dziś jednak zdaje się kpić z mieszkańców. Zamiast służyć emigrantom, wprowadzać ich do wielkiego świata, stało się przystanią bezrobotnych, wykluczonych i bezdomnych. Niespełnione marzenia, niespełniona utopia. Co jednak ciekawe, to dzielnica La Défense, a nie wschodnia część Nanterre, nazywana jest czasem dzielnicą samobójców, jak wyczytam gdzieś jeszcze przed spotkaniem z Bertrandem. – Nic dziwnego – odpowiada. – La Défense pozuje na Manhattan, na Londyn. To właśnie w szklanych wieżowcach i drogich mieszkaniach ludzie coraz częściej targają się na swoje życie.

 

Nowe-stare cité Le Bateau

Czas goni, ale namawiam jeszcze mojego przewodnika, by pokazał mi miejsce, w którym dorastał, czyli Le Bateau, a właściwie nową jego odsłonę. Jedziemy koleją podmiejską RER dwa przystanki, wysiadamy na przystanku Nanterre-Ville. Po drodze prawdziwa mieszanka kulturowa: kobieta w czadorze kupująca owoce od Azjaty, czarnoskóry mężczyzna czytający „Libération”, na przystanku autobusowym para rodem z filmu Bollywood, a za rogiem arabska młodzież kopiąca piłkę po ulicy. Ta część Nanterre różni się jednak od sąsiadującego z La Défense osiedla Émile’a Aillauda. Bliżej jej do gustownego przedmieścia – z jednopiętrowymi domkami w starym francuskim stylu ze spiczastą kalenicą, z modnymi brasserie, latarniami typu pastorał, placami zabaw w żywych kolorach, przystrzyżonymi drzewkami przy ulicach, odmalowanymi przejściami dla pieszych. Taki obraz Nanterre byłby jednak niepełny, bo na makietę nowoczesnego przedmieścia trzeba nałożyć jeszcze drugą – makietę odchodzącego miasta. Przechodząc uliczkami Nanterre, co rusz można się bowiem nadziać na zaniedbane drewniane domostwa z wybrakowanymi okiennicami, opuszczone zakłady przemysłowe, ogrodzenia z szarej, kruszącej się cegły, sterty śmieci przy ulicach czy lumpiarskie towarzystwo rozsiane po zaułkach. Bywa, że te dwie makiety miasteczka nachodzą na siebie w obrębie jednej ulicy, czasem nawet kilku kroków.

O, jak choćby przy Rue Thomas Lemaître, na której rogu stoi starodawna, dwupiętrowa kamieniczka z nieotynkowaną, a jedynie wybiałkowaną ścianą i odmalowanym na niej napisem „Tabac-Restaurant”. Kamieniczka częściowo przerobiona na hotel o nazwie „Au Bon Accueil”, a obok niej zapuszczony i pusty lokal usługowy, przypominający stróżówkę, z odłażącymi od cegły płatami farby, tworzącymi wgłębienia, rowki i wypukłości, które wyglądają jak system naczyń krwionośnych albo trójwymiarowa mapka Himalajów w skali jeden do kilkudziesięciu tysięcy. Tymczasem dziesięć kroków dalej – zupełnie inny świat. Jeszcze w fazie tworzenia, murowania, wygładzania, malowania. Sterylne osiedle zadbanych, szeregowych bloków – z dużymi, plastikowymi oknami, miejscami garażowymi, punktami usługowymi na parterze, lampkami ogrodowymi na energię słoneczną. Tak, tak, nowe Le Bateau, jeszcze nie w pełni oddane do użytku, jeszcze nieprzecięte wstęgą. Pytam Bertranda, co stało się z ludźmi mieszkającymi w starych blokowiskach. – Większość przeniesiono do innych mieszkań socjalnych, do innych cité, część zamieszkała tutaj. Nie było ich tak znowu dużo, bo Le Bateau wyludniało się w sposób naturalny. Starzy umierali, nowi nie chcieli tu mieszkać, z czasem przybywało więc pustostanów, rosły też rachunki dla tych, którzy zostawali.

Le Bateau po francusku znaczy „łódź”. Moje Le Bateau to była taka tonąca łódź.

 

Ciche-szemrane cité L’Abreuvoir

Z Nanterre jadę na kolejne przedmieścia, do położonego po drugiej stronie miasta departamentu Sekwana–Saint-Denis. Znanego również jako departament nr 93, który ma jeden z najwyższych wskaźników przestępczości w całej Francji i posłużył podobno za pierwowzór filmu „13 Dzielnica”. Ponad czterdzieści procent młodzieży nie ma tutaj pracy. Sekwana-Saint-Denis to miejsce do życia dla wielu imigrantów, głównie z krajów arabskich i Afryki Północnej. Przyjmuje się (bo oficjalnych statystyk dotyczących pochodzenia etnicznego we Francji nie ma), że w Sekwana–Saint-Denis mieszka około pięciuset tysięcy muzułmanów (cały Paryż ma ponad dwa miliony mieszkańców).

Jednym z  nich jest Fouad, czterdziestoletni muzułmanin algiersko-tunezyjskiego pochodzenia, z którym umawiam się na przejażdżkę po wschodniej części departamentu. Dziadek Fouada w latach pięćdziesiątych zaciągnął się do francuskiej armii i wyemigrował na przedmieścia. Najpierw mieszkał w tymczasowych slumsach, później za żołnierską pensję kupił niewielki dom w departamencie nr 93. I to właśnie w domu dziadków, w miejscowości Drancy, Fouad mieszkał do trzynastego roku życia, gdy jego matka, po tym, jak ojciec Fouada zniknął bez śladu, została zmuszona przenieść się do mieszkania socjalnego położonego w pobliskim Bobigny. Dziesięć lat temu, po śmierci matki, Fouad przeprowadził się do sąsiedniego Bondy, gdzie założył rodzinę. Tak czy inaczej, na przedmieściach mieszka od zawsze.

Z Fouadem umawiam się niedaleko dworca w Bondy, w knajpie Le Murat, przy rondzie Place de la République. Gdy wchodzę do środka, wita mnie szerokim uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Ostrzyżony niemal na zero, w dobrze skrojonym garniturze, lśniąco czarnych butach i z modnym zegarkiem na ręce sprawia wrażenie prezesa wielkiej firmy albo uznanego polityka. Fouad prawie zawsze wkłada ciemne garnitury i płaszcze, nawet na nieformalne spotkania, takie jak to ze mną. We Francji ubiór jest ważny, podkreśla Fouad, ubiór to twoja wizytówka, twój styl, twoja pozycja. Fouad wkłada więc garnitury, żeby pokazać, że Arab na przedmieściach też może być kimś ważnym – kimś, z kim należy się liczyć. Tym bardziej że od roku pracuje w urzędzie miasta w Bondy  jako łącznik między mieszkańcami a lokalnymi władzami. A więc najpierw, przez chwilę, miasteczko Bondy, o którym mógłbym napisać, że czas się tu zatrzymał. I byłaby to prawda, patrząc na wielki zegar na budynku dworca kolejowego, którego wskazówki – mimo południa – układają się w godzinę dziewiątą jedenaście. Mógłbym również napisać, że miasteczko Bondy ten czas wyprzedza. I też byłaby to prawda, bo jak mówi Fouad – Bondy w ostatnich latach przeszło metamorfozę. Dziesięć lat temu, jako jedno z kilkunastu miast w całej Francji, zostało wybrane do programu renowacji przestrzeni miejskiej – odrestaurowano centrum, kilka szkół i przedszkoli, place zabaw, miejską infrastrukturę i wiele mieszkań socjalnych. Mógłbym wreszcie napisać, że to czas wyprzedza Bondy, bo także tutaj, szczególnie w centralnej i północnej części miasteczka, zachowało się wiele nieremontowanych blokowisk, tworzących zamknięte osiedla biedoty i psujących ten nowy, promowany przez lokalne władze entourage.

Jadę z Fouadem do Bobigny, mijając właśnie tę inną twarz Bondy. Najpierw rzędy pojedynczych, opasłych bloków, przypominających olbrzymie klatki więzienne– mieszkania w nich są przedzielone słupami elewacyjnymi. Dalej – długie falowce z żelbetowymi płytami balkonowymi, często podwiązanymi siatkami, mającymi chronić przechodniów przed odpadającym tynkiem. Balkony, które uginają się od prania, doniczek, dziecięcych wózków, rowerów, desek do prasowania, suszarek i anten satelitarnych, wyglądają, jakby za chwilę miały runąć na ulicę, pociągając za sobą całe blokowiska. Jeszcze dalej wysłużone, ciemnobrązowe kamienice naszpikowane na parterze kolorowymi i często staroświeckimi szyldami azjatyckich czy bliskowschodnich restauracji i barów szybkiej obsługi oraz innymi punktami usługowymi – od fryzjera przez sieci komórkowe po sex-shopy. W jednej z takich kamienic dostrzegam wybite okno z zawieszoną na ostrej krawędzi szkła parą kapci.

Fouad zabiera mnie na jedno z najbardziej niedostępnych osiedli w Bobigny – cité  L’Abreuvoir, będące jednym z tzw. miejsc wrażliwych, oznaczonych nawet na specjalnych mapach publikowanych przez policję, gdzie policja z reguły się nie zapuszcza. Mój przewodnik po ukończeniu szkoły został tu zatrudniony jako społecznik w lokalnych władzach i zajmował się trudną młodzieżą z okolicy, głównie kumplami z osiedla. Żeby czuć się pewnie na osiedlu, nauczył się boxe française, francuskiej odmiany kick-boxingu, co przydało mu się kilka lat później, gdy przed kinem dla dzieci obezwładnił szaleńca z bronią w ręku.

Od tego czasu znają go tu prawie wszyscy, dwa lata temu wziął nawet udział w wyborach na burmistrza (zajął czwarte miejsce, ale nie powiedział ostatniego słowa).  

Gdy dojeżdżamy do L’Abreuvoir, czuję się trochę zawiedziony. Spodziewałem się tego, co widziałem przed chwilą za oknem samochodu: monstrualnego, a zarazem klaustrofobicznego osiedla z rzędami rozpadających się obskurnych blokowisk, ścianami wymalowanymi kolorowymi graffiti, dilerami narkotyków na każdym rogu, hałaśliwą młodzieżą grającą w koszykówkę i słuchającą ordynarnego hip-hopu ze starych kwadratowych boomboxów. Tymczasem L’Abreuvoir wygląda niepozornie i w dodatku jest nad wyraz ciche. A cisza to najgorszy wróg każdego radiowca – ciszy nie da się nagrać, cisza jest bezdźwięczna. (Gdy w radiu zapada cisza, to znak, że coś poszło nie tak). Choć akurat tutaj cisza wprawia mnie w zakłopotanie z jeszcze innego powodu –  mam bowiem wrażenie, że jest to cisza świadoma. Że całe osiedle właśnie wstrzymało oddech, żeby przez okna ukradkiem prześwietlić nieproszonych gości. Czuję się nieswojo, ale nieśmiało wyciągam mikrofon. Nagrywam tę ciszę, przerywaną tylko sennym świergotem ptaków, w nadziei, że przedmieścia przemówią do mnie niespodziewanie.

Nagrywam, ale też patrzę z coraz większym zainteresowaniem – osiedle L’Abreuvoir wygląda znajomo. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to dwa okrągłe blokowiska, zbudowane na kształt szerokich stożków, w kolorze zielonym, z oknami i małymi balkonikami wychodzącymi w każdą stronę. Blokowiska przypominające trochę grube latarnie morskie, tyle że bez laterny i daszka. Dalej inne wieżowce – ciemnogranatowe i układające się na kształt litery Y. Gdy pytam Fouada o początki tego osiedla, wymawia nazwisko dobrze mi znajome, tak że teraz ja uśmiecham się do niego szeroko. Jak się okazuje, L’Abreuvoir, podobnie jak osiedle w Nanterre, również zostało zaprojektowane przez Émile’a Aillauda. Tak jakby francuski architekt nie chciał się ze mną rozstać, za to chciał mnie przekonać, że jego styl ma jednak urok i nie zasługuje tylko na wywołującą politowanie abstrakcję w stylu retro. Tym bardziej że jak przeczytam później, było to pierwsze zaprojektowane przez niego osiedle, o którym pisał w „Przeglądzie Estetyki”, w wydaniu z lipca 1962 roku, tak: „Gdy czerpiesz korzyści płynące z funkcjonalizmu, zarówno te sanitarne, jak i ekonomiczne, jedyne, co ci pozostaje, to zamieszkiwać to miejsce i czuć się jak poeta”.  Wówczas osiedle L’Abreuvoir (przekładając na język polski wodopój) zostało okrzyknięte „osiedlem na miarę 2000 roku”. Później jednak, w latach dziewięćdziesiątych, stało się ośrodkiem handlu heroiną, znanym w całym okręgu paryskim. Do dziś poziom przestępczości jest tu bardzo wysoki, czego Fouad nieraz doświadczył na własnej skórze. Tymczasem spójrz, po lewej stronie, na ten blok, na te okna…

 

Ten blok to najbardziej charakterystyczny budynek L’Abreuvoir. Właściwie nie blok, a monstrualnie długi na ponad kilometr trzypiętrowy falowiec (tyle że bez – jak na falowce przystało – galerii i balkonów), w kolorze wypłowiałego różu, który z lotu ptaka przypomina wijącego się raz w prawo, raz w lewo węża. Dopiero przyglądając mu się z bliska, dostrzegam obdrapane i poszarzałe ościeżnice, odpadającą gdzieniegdzie elewację, pordzewiałe parapety. Moją uwagę przyciągają też okna, a raczej odbijające się w nich drzewa i liście na tych drzewach. Falujące i mieniące się na wietrze z odległości kilku metrów, wyglądają jak płynące z okien łzy. Gdy dotykam elewacji, brudzę palce od kurzu. Pod parapetami dostrzegam grzyb i pleśń. Z jednego z okien wyrasta nagle głowa starszego mężczyzny o twarzy bladej jak biała herbata, który przestraszony mikrofonem, szybko znika za wzorzystą firanką.

Zostawiam jednak gigantyczne blokowisko i razem z Foaudem spaceruję Rue de Teheran przebiegającą przez osiedle. Z jednego z okien płynie leniwa, latynoamerykańska muzyka, przerywana okrzykami seksualnego uniesienia. Kilka kroków dalej dobiega mnie zapach palonej marihuany, który wraz z kolejnymi krokami zamienia się w woń odpowiadającą smażonym plackom ziemniaczanym. Co ciekawe, z żadnego okna nie słyszę ani radia, ani telewizji. Zastanawiam się, czy to dlatego, że L’Abreuvoir świat zza miedzy po prostu nie interesuje, czy dlatego, że zwyczajnie nie ma na ten świat pieniędzy.

Gdy pytam Fouada, kto mieszka w tych blokowiskach, odpowiada, że osiedle zostało zaprojektowane z myślą o klasie robotniczej i klasie średniej, ale klasa średnia to już w L’Abreuvoir właściwie przeszłość. – W ostatnich dwudziestu latach nastąpiła istotna zmiana, jeśli chodzi o tkankę społeczną tego cité. Klasa średnia wyprowadziła się w poszukiwaniu lepszych warunków życia, ponieważ te mieszkania robiły się dla rodzin coraz mniejsze. W dodatku rosła przestępczość, życie tutaj stawało się coraz mniej bezpieczne. W efekcie został tylko proletariat, ludzie najbiedniejsi, wielu weszło na ścieżkę przemocy. Dla nich nie ma stąd wyjścia, a Paryż traktują jak obcy świat, który nie jest im pisany i który po prostu ich nie chce.  

Mój przewodnik dodaje, że duża w tym wina lokalnych władz. – Ludzi próbuje się na siłę asymilować, nazywa się ich Francuzami, a nie daje im się warunków do życia godnych obywatela tego kraju – mówi, gdy mijamy właśnie wypchane i niedomykające się śmietniki, niektóre przyozdobione graffiti z niezrozumiałymi dla mnie wzorami i hasłami. Fouad wskazuje na jeden z okrągłych bloków w kolorze zielonym, z nierównomiernie ułożonymi czarnymi płytkami w części parterowej. – Zobacz, to jest najlepszy przykład, jak się tu traktuje mieszkańców. Ten blok jest wyłożony zielonymi kafelkami. Gdy te dolne zaczęły odpadać, zamiast zielonych wstawiono czarne, które wzięto z budynku obok – mówi i pokazuje teraz palcem na kolejny okrągły budynek z wybrakowanymi płytkami, który wygląda jak niedokończona zabawka z klocków Lego.   

Przebieżkę Rue de Teheran przerywa telefon z urzędu miasta. Fouad musi wracać do Bondy, ma ważne spotkanie. Rozstaję się więc z L’Abreuvoir, patrząc po raz ostatni na kolejne futurystyczne osiedle Émile’a Aillauda, kolejną niespełnioną utopię, która zamiast humoru i poetyckości, o czym marzył architekt, przywołuje raczej nastrój głębokiej melancholii. Gdy dojeżdżamy z powrotem na dworzec, Fouad znowu ściska mi dłoń i żegna się takim samym szerokim uśmiechem, jak na powitanie, po czym szybko wchodzi do samochodu i odjeżdża.

Stoję teraz na placu przed budynkiem dworca, a przede mną wielka jak dom sterta śmieci: drewniane skrzynki, styropian, pozostałości po owocach i warzywach, plastikowe torebki, szczotka z odłamaną rączką, folia, kawałki taśmy, podarte spodnie… Wszystko z przydworcowego bazaru, który właśnie pustoszeje i ginie w vanach i pick–upach przygotowany do odjazdu z racji zachodzącego powoli słońca. Chwilę później od sterty śmieci przegania mnie pracownik służb porządkowych, który zaczyna polewać ją mocnym strumieniem wody.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup