Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia:  Piotr Trybalski

Żeby tu żyć, trzeba kombinować. Kubańczycy są mistrzami w tej konkurencji

FERNANDEZ
Ma 48 lat i próbował uciekać trzy razy. I trzy razy mu się nie udało. Odpowiednio wcześniej zjawiali się panowie z Komitetu Obrony Rewolucji i mówili: Nie rób tego. Teraz Fernandez siedzi na murku w Baracoa i patrzy spode łba. Trzy lata stracił w armii, w Hawanie. A potem było leczenie, schizofrenia. – Cały czas mnie obserwują. Chcą mnie wykończyć, wiesz, ten stary z tym drugim – wypowiadając ostatnie zdanie, najpierw dotyka brody, a potem dwoma palcami uderza w miejsce na pagonach.

Fernandez mówi perfekcyjnym angielskim, mieszka z ojcem w niebieskim bloku tuż nad morzem. Widok ma jak w hotelu za tysiąc dolarów! Do tego trzy pokoje, kuchnię, pralnię; sofę, stół, dwa fotele, dwa łóżka i trochę garnków. Nie ma za to żony, opuściła go w 1990 r. – Poszły szukać lepszego życia. Bo matka też odeszła, jak się zaczął głód, tak zwany okres specjalny. Upadł Związek Sowiecki, a z nim Kuba, beneficjent bratniej pomocy. Ludzie chudli wówczas po dziesięć kilo, a z ulic zniknęły psy. Teraz Fernandez ma 24 dolary miesięcznej renty i dalej jest chudy.

KRYSTIAN
– On jest stuknięty – mówi o Fernandezie Krystian. – Uczy wszystkie kurwy w mieście angielskiego, wierzy, że w ten sposób łatwiej wyrwą się z wyspy, w ramionach jakiegoś białasa. Krystian pochodzi z Brzegu, Kubę obrał za drugą ojczyznę. Ma 41 lat i mieszka na wyspie od jedenastu, w Baracoa od czterech. Jest fotografem. Codziennie wieczorem wraz z kumplami wystaje pod kościołem, niedaleko rzeźby Hatueya, „pierwszego rewolucjonisty z czasów konkwisty”. Ten Indianin przypłynął z Hispanioli, by ostrzec lokalnych Indian przed Hiszpanami. Spłonął na stosie w 1512 r.

Krystian do polityki się nie miesza. W grudniu 2015 ożenił się z lokalną pięknością, tancerką. Kupił dom. Wsiąkł, traktują go jak swojego. Latem ucieka na Ibizę, jest vidżejem w klubach. – Zarabiam tyle, że mogę skromnie mieszkać tu, na Kubie. Bo ze zdjęć wyżyć się nie da. Średnia miesięczna płaca na wyspie to 584 peso (ok. 24 dolarów). Żeby żyć, trzeba kombinować. Kubańczycy są mistrzami w tej konkurencji.

TANIA
Krystian wskazuje ładną Mulatkę. – Tania pracuje na trzy etaty – objaśnia. Ma 26 lat, jest pielęgniarką, po pracy jeszcze jeden etat, a w domu ma chorą psychicznie matkę. Brak jej jednego zęba na przedzie, ale nie przeszkadza jej to wychodzić wieczorem w miasto. – Sprzedaje swoje ciało turystom, jak wiele innych dziewczyn – Krystian uważa, że tak jest i nikt nie robi z tego problemu. A dziewczyny nie są głupie, tylko zdesperowane. – Wiele z nich ma studia, poukładane w głowie. Jadą do Hawany, bo tam jest pieniądz. Często lądują na dołku. Policja ogranicza napływ ludzi ze wschodnich prowincji. Wymaga kart pobytu. Odsyła do domu. A one i tak wracają. W Hawanie prostytutka może zarobić 100 dolarów dziennie. I nawet jeśli pracuje tylko raz w tygodniu – w porównaniu do państwowej posady zarabia fortunę.

SERGIO
Baracoa leży na końcu kubańskiego świata, państwowym Viazulem jedzie się stąd do stolicy 19 godzin i płaci 66 dolarów. Dobrze żyją tu tylko właściciele casas particulares – pokoi wynajmowanych turystom za równowartość 20-25 dolarów dziennie. Z jednego można więc wyciągnąć w sezonie nawet 500 dolarów miesięcznie, już z podatkiem. A w Hawanie to nawet i więcej. W tym roku w stolicy zaczęło brakować wolnych pokoi dla turystów. Sergio ma 42 lata i wynajmuje w Hawanie trzy, a jesienią będzie miał kolejne trzy, bo kupił drugie mieszkanie. Początki były nielegalne, rząd zezwolił na wynajem prywatnych pokoi dopiero w 1997 r. Rodzina Sergia mieszkała wówczas w solarze – małej klitce w głębi kamienicy, bez okien. – Gdy przyjechał pierwszy turysta, Włoch, ojciec zrobił sobie legowisko pod stołem, nie było więcej miejsca. Włoch wciąż przyjeżdża, co roku, niezmiennie. – Kuba jest teraz smacznym kąskiem. I trzeba się spieszyć. Bo Amerykanie przez podstawionych Kubańczyków wykupują masowo mieszkania, nawet po kilkanaście – tłumaczy Sergio. Rynek jest ogromny, ludzie zdesperowani. Co sobotę na Paseo del Prado w Hawanie spotykają się handlarze nieruchomości.

Na kartonach wypisują oferty, namawiają. – Skoro za niezły apartament z trzema sypialniami trzeba zapłacić 25 tysięcy dolarów, to kogo na to stać, jak nie obcokrajowców?

RITA
Piękna, 35-letnia Mulatka wynajmuje cztery pokoje, w sezonie ma z tego 100 dolarów dziennie. Musi jeszcze zapłacić sprzątaczkom i kucharkom, które zatrudnia nielegalnie, bo rząd zezwala w kilku branżach wyłącznie na samozatrudnienie. – Jeśli ktoś tylko narzeka na rząd i nie chce mu się pracować, niech nie ma pretensji, że bieduje. Rita otwarcie sympatyzuje z partią, wierzy w rewolucję i jej owoce. Tak samo jak Nemencio z Viñales. Ma żonę i dwójkę dzieci, dwa domy, wynajmuje pięć pokoi. Pilotuje grupy. – Wiesz, rewolucja przyniosła dobre rzeczy. Mamy bezpłatną służbę zdrowia, szkolnictwo. W kraju jest bezpiecznie. Ale niektóre rzeczy, no… nie są doskonałe.

NEMENCIO
Wieczory spędza na werandzie ze szklaneczką rumu. Na kolację – za 10 dolarów od głowy – podaje turystom langusty, kilka rodzajów mięs, piwo. To rarytasy, których przeciętny Kubańczyk nawet nie ogląda – w dalszym ciągu jada głównie ryż, czarną fasolę, jajka. Na specjalną książeczkę, wprowadzoną w 1963 r., otrzymuje miesięcznie 2,5 kg ryżu i litr oleju, ćwierć kilo masła, codziennie chleb, 5 jajek w tygodniu, czasem trochę wołowiny i kurczaka – nie więcej niż 1,5 kilo miesięcznie, dwa kilo cukru. Rząd subsydiuje towary aż w 88 proc.

RODRIGO
W małej pizzerii na pięć stolików w La Palma niedaleko Viñales na klientów czeka pięć kelnerek. Do tego z okienka do wydawania dań wygląda dwóch kucharzy. A i tak wszystko idzie mozolnie. – Nauczyłem się pracować, gdy kelnerowałem w prywatnej restauracji w Trynidadzie – Rodrigo ma 24 lata i cały dom na głowie. Matka uciekła z Kuby z włoskim turystą. Chłopak dorabia, pilotując zagraniczne grupy, zna angielski, za dzień takiej pracy dostaje 15 dolarów. – Nasza mentalność i małe zarobki sprawiają, że generalnie nic nikomu się nie chce. Wszyscy marzą, by wyjechać do Stanów. Wydaje im się, że od razu będzie eldorado. A tam trzeba dużo pracować, nie tak jak u nas. Rodrigo nie planuje wyjazdu, nie ma też nadziei, że matka zabierze go kiedyś do Włoch.

HIPOKRATES
Za małe pieniądze na państwowej posadzie nie chce się pracować także Hipokratesowi. Mieszka niedaleko ulicy Colon w Hawanie, ma 43 lata. – Jestem artystą, czasem wypalam na drewnie różne mądre sentencje, po angielsku i hiszpańsku, próbuję to sprzedać. Od wielu lat próbuje też wyremontować mieszkanie, a jest ono od frontu, z balkonem, znaczy się prominentne. W środku straszą gołe pustaki, worki z cementem, wśród których da się wypatrzyć lodówkę, stary telewizor, łóżko i santeryjską kapliczkę. Bratanek – Johny – mieszka w Seattle, jest trenerem szermierki. Czasem przysyła pieniądze wujkowi. Hipokrates jest na cenzurowanym, w młodych latach handlował narkotykami, wpadł, siedział. – Każdy mój ruch obserwują ci z Komitetu Obrony Rewolucji. Prawie naprzeciwko mieszka szef jednej z komórek w tym kwartale kamienic.

CHICHI
Kilka kamienic dalej mieszka kumpel Hipokratesa, 48-letni Chichi. Żyje w solarze, na antresoli podpartej zbutwiałymi belkami, bez okien, z cieknącym sufitem, tak jak spora większość habaneros – mieszkańców stolicy. W więzieniu siedział cztery lata, za narkotyki. Nie chce opowiadać o tamtych czasach. Czasem pracuje – przymusowo – na budowie pod Hawaną. To forma resocjalizacji dla byłych więźniów, ale Chichi uważa, że to zwykła kontrola. Przyjaciele tymczasem całe dnie wysiadują na progu salonu tatuażu, prowadzonego przez młodego Tvsun.

MARIA
Wieczory na głównych placach kubańskich miast rozświetlają ekrany telefonów komórkowych. Internet na Kubie rozprzestrzeniał się powoli, aż do 2016 r. W oddziale państwowej Nauty. Kubańczycy siedzą na Facebooku i w komunikatorze IMO. A Maria z siostrą, córką, synem i ojcem siadają co wieczór na ławeczce w centrum pięknego Remedios. Tani telefon marki BLU – popularnej w Latynoameryce brazylijskiej firmy z siedzibą niedaleko Miami – za który zapłaciła 100 dolarów, przechodzi z rąk do rąk. Rodzina uśmiecha się do siebie. Po drugiej stronie Cieśniny Florydzkiej, w Little Havana – jak nazywają kubańską dzielnicę Miami – siostra Marii też się uśmiecha. – Bez pomocy siostry nie przetrwalibyśmy – Maria nie ma złudzeń, jak większość Kubańczyków. – Nie ma takiej rodziny, która nie miałaby kogoś w Stanach, kto nie wspierałby jej finansowo.

OTWARCIE
Na Kubie żyje 11 mln mieszkańców, do tego ponad 2 mln mieszka w USA, blisko 70 proc. w stanie Floryda. Większość z pierwszego pokolenia emigrantów dotarła tam nielegalnie. To balseros – uciekli na tratwach, kiedy jeszcze administracja prezydenta Billa Clintona nie zrewidowała porozumienia z Kubą i nie wprowadziła tzw. polityki mokrej stopy – suchej stopy. Po 1996 r. Kubańczyk, który dostał się nielegalnie na terytorium USA, mógł się starać o stały pobyt pod warunkiem, że stanął suchą stopą na lądzie. Złapani na wodzie byli odsyłani na Kubę lub w inne wskazane miejsce. Ci, którzy otrzymali prawo pobytu w USA, pracują i wspierają rodziny na wyspie. Emilio Morales, szef The Havana Consulting Group, szacuje, że tylko w 2014 r. emigranci przesłali na wyspę poprzez Western Union i tzw. kurierów ok. 3,13 mld dolarów. W 2015 r. dotarło blisko 4 mld dolarów. Pozwala to funkcjonować dwóm trzecim gospodarstw domowych, utrzymuje 90 proc. rynku handlu detalicznego i zapewnia tysiące miejsc pracy Kubańczykom.

Po marcowej (2016 r.) wizycie Baracka Obamy – pierwszego prezydenta USA, który odwiedził wyspę od czasów rewolucji – nastroje na Kubie nie poprawiły się, mimo że padło wiele deklaracji. Gość obiecał zniesienie embarga i stwierdził, że zmiany w polityce obu państw będą widoczne od razu. Kraje ponownie otworzyły ambasady. Dowodem polepszenia relacji miało być wpłynięcie 2 maja tego samego roku do hawańskiego portu pierwszego od ponad 40 lat promu pasażerskiego z USA. Na „Adonii” przybyło kilkuset turystów, niewiele jednak brakowało, a zabrakłoby tam Kubańczyków. Dopiero na dwa tygodnie przed rejsem rząd Kuby uległ naciskom i wycofał się z decyzji zabraniającej rejsu pasażerom urodzonym na Kubie. Problem mieli też pasażerowie z paszportami USA. Embargo zakazywało jakiegokolwiek finansowania rządowych firm i instytucji na Kubie. A wyjazd turystyczny – wypoczynek na wyspie, transport i noclegi w państwowych hotelach – łamał ów zakaz. Dlatego rejs reklamowany był jako „edukacyjny”, w czasie którego odbywały się zajęcia z historii, kultury i muzyki kubańskiej. W porcie tłumy, amerykańskie flagi, euforia. Fotoreporterzy i zagraniczne telewizje. – Witajcie na kubańskiej ziemi! Witajcie w ojczyźnie. Z radości płakali i goście, i gospodarze.

CO DALEJ?
W Castrowską retorykę, że to amerykańskie embargo i brak dostępu do ropy były źródłem wszelkiego zła i usprawiedliwieniem sytuacji na wyspie, nie wierzy już nikt. Albo nie przyznaje się, że nie wierzy. – Przypadek Wenezueli jest już ostatnim dowodem na to, że socjalizm w Latynoameryce się nie przyjął – Walter Russel Mead z „The American Interest”, dwumiesięcznika, który na bieżąco analizuje ruchy USA na arenie międzynarodowej, pisze wprost, mocno.

– Bracia Castro młodsi nie będą i świetnie zdają sobie sprawę, że integracja z USA to jedyny sposób na zapewnienie przyszłości Kuby. I przyszłości dla samych siebie oraz własnych rodzin. Dlatego przygotowują się do tego pełną parą. Najatrakcyjniejsze plaże kubańskich cayos – archipelagów niewielkich, bajecznych wysepek – to wielki plac budowy, na którym wyrastają kolejne hotele. W czerwcu 2016 r. otwarto pierwszy od 1959 r., zarządzany przez amerykańską sieć Sheraton, hotel w Hawanie. Cały biznes zorganizowanej turystyki na Kubie jest w rękach rządu. W firmach takich jak Transtur, Viazul, Gaviota, we wszystkich hotelach i restauracjach na zarządczych stołkach siedzą ludzie powiązani z PCC –  Komunistyczną Partią Kuby – dzieci, wnuki, córki, zięciowie. W 2016 roku na VII kongresie PCC przyjęto plan: do 2030 r. ma powstać 108 tys. pokoi hotelowych. A jest o co walczyć. Kubańskie PKB to w 10,1 proc. turystyka i podróże, w 2015 r. ponad 3,5 mln turystów odwiedziło wyspę, pozostawiając 1,9 mld dolarów. Według ostatnich szacunków rocznie może na Kubę przyjechać aż 10 mln turystów z USA.

DEPTAK MIŁOŚCI
Wzdłuż długiego na siedem kilometrów nadbrzeżnego deptaku Hawany, Maleconu, każdego wieczora tłumy Kubańczyków i turystów urządzają sobie fiestę. Żegnają dzień, wpatrując się w zachodzące słońce. Leje się rum, gra muzyka, wraz z zapadającym zmrokiem deptak opanowują zakochani, niestroniący od miłości i prostytutki, niestroniące od miłości za pieniądze. W kilka majowych wieczorów 2016 roku Malecon był zamknięty dla ruchu – kręcono zdjęcia do ósmej części amerykańskiego hitu „Szybcy i wściekli”. W tym samym czasie Kubańczycy próbowali podglądnąć wydarzenia  na Paseo del Prado. Na kilka godzin najsłynniejsza kubańska ulica zamieniła się w wielki wybieg, na którym najnowszą kolekcję domu mody Chanel pokazał Karl Lagerfeld, symbol tego, z czym całe życie walczył Fidel Castro. Kubańczykom zakazano wstępu. Ale pierwszy raz mogli złamać tę blokadę – pokaz zobaczyli kilka dni później, w internecie.

To wydarzenie stało się symbolem zmian na Kubie, która po 57 latach wchodzi w czas nowej rewolucji, informacyjnej. Rządzący wyposażyli Kubańczyków w potężną broń – dostęp do niecenzurowanej informacji. Czy wyspiarze zdecydują się z niej skorzystać? Czy zbliżenie z USA to dobry krok? Czy w związku z napływem turystów z USA wzrosną płace? Wszyscy zadają te same pytania i spekulują.

– Niby Raúl ma rządzić tylko do 2018 r., ale nikt nie wie, ile w rzeczywistości potrwają rządy braci Castro – Nemencio ma wątpliwości, że dyktator  brat szybko odda władzę. Nim Fidel Castro w wieku 90 lat odszedł

z tego świata, komentował obecne zmiany na swój sposób. Po wizycie prezydenta Baracka Obamy, podczas której nie uwzględniono spotkania z najważniejszym z komendantów rewolucji, wydał krótkie oświadczenie: „Nie potrzebujemy żadnych prezentów od imperium. Jesteśmy w stanie produkować żywność i bogacić się pracą i inteligencją naszych ludzi”. Wystąpienie Obamy nazwał słodką gadką. „Nie wierzę w politykę Stanów Zjednoczonych” – podsumował.

Tymczasem efekt odwilży w relacjach politycznych już jest. Na lądowe granice z USA, szczególnie meksykańską, rzuciły się tłumy nielegalnych uchodźców z Kuby. Ich liczba przekroczyła w 2016 r. 43 tys. i jest największa od dekady. Jeszcze w połowie minionego roku Kubańczycy wieszczyli kłopoty. – Boimy się, że oni zlikwidują porozumienie mokrej stopy – suchej stopy i już nie da się uciec do USA – Raúl Sunie, któremu udało się przepłynąć cieśninę i stanąć suchą stopą na plaży Florydy, podzielił się swoimi obawami z reporterem dziennika „El Nuevo Herald”. I rzeczywiście tak się stało. Jedną z ostatnich decyzji administracji byłego prezydenta USA Baracka Obamy była likwidacja porozumienia. Od stycznia tego roku Kubańczycy są traktowani na równi z innymi emigrantami. Co do intencji kubańskiego rządu złudzeń nie ma Yoani Sánchez, słynna kubańska blogerka i dysydentka: – To zbliżenie z USA jest zasłoną dymną, sposobem, by odwrócić oczy od Kuby i łamania praw człowieka na wyspie.

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup