Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Marek Kamiński

Kwiecień 2015, gdzieś w Niemczech. Droga wiodła z Kaliningradu w Rosji do Santiago de Compostela w Hiszpanii, miejsca – jak głosi tradycja – pochówku świętego Jakuba Apostoła. Pokonywałem ją pieszo

Minąłem już Berlin oraz Lipsk i kierowałem się w stronę Kolonii i dalej, do Akwizgranu, by następnie przekroczyć granicę belgijską. Dwudziestego trzeciego kwietnia późnym wieczorem doszedłem do Marburga. Tego dnia ostatnie kilka kilometrów poprzedził krótki postój u Klausa, mężczyzny, który przez trzydzieści lat żył draussen, czyli „na zewnątrz”. Trudno powiedzieć, że był bezdomny, to słowo nie oddaje tego, co się z nim działo. Klaus świadomie zrezygnował z domu. Wyjechał do Barcelony i krok po kroku opanował rozmaite chytre sztuczki, które pozwalały mu wyżebrać pieniądze na jedzenie. Przechadzał się pomiędzy turystami z lalką na plecach. On grał na organkach, a lalka się uśmiechała, przewracała oczami. Ludzie rzucali pieniądze. Wreszcie zamieszkał w miasteczku pod Marburgiem, w domu o szachulcowych ścianach, jakich pełno w środkowych Niemczech. Wewnątrz miał stare, zakurzone meble, pomieszczenie ogrzewała stojąca w kącie koza, a na bielonych ścianach wisiały dywany. Wszystko to wyglądało jak relikt lat siedemdziesiątych, zbyt solidny, by popaść w ruinę, i zbyt już wrośnięty w przeszłość, aby kiedykolwiek jeszcze dogonić upływający czas. Tak samo zresztą prezentował się gospodarz – z długimi włosami koloru słomy, które przycinał powyżej oczu i zostawiał długie z tyłu, nadając sobie tym samym wygląd podstarzałego pazia; w grubym, zmechaconym swetrze i ze spracowanymi, niedomytymi dłońmi. Rozmawialiśmy o jego perypetiach, o tym, że przez dwadzieścia lat włóczył się po świecie, a potem Klaus chwycił za bęben djembe i z papierosem zwisającym z dolnej wargi zaczął wybijać jakiś podstawowy, zdaje się afrykański rytm, jakby znów znalazł się na ulicy w Barcelonie. Gdy rozstaliśmy się chwilę później, krzyknął za mną: „Have a good luck!”.

Stamtąd prowadziła wąska, wiejska droga. Po obu stronach rosły drzewa i gęste chaszcze, stały jakieś gospodarskie zabudowania. Na poboczu zauważyłem oznaczenie: Jakobsweg, wyjątkowe w tych stronach. Szło się dobrze – dziesięć kilometrów to pestka, to tyle ile przechodzi się czasem w granicach jednego większego miasta. A poza tym Klaus był jednym z tych niezwykłych ludzi, których można spotkać na szlaku i którzy swoim zapałem potrafią tchnąć w pielgrzyma nową energię. Historia Klausa w jakimś sensie usprawiedliwia moją własną – gdy rozmawialiśmy, czułem między nami silną więź. Pojmowałem jego wybory, doceniałem je, i nie musiałem tłumaczyć dlaczego idę z Kaliningradu do Santiago, bo Klaus rozumiał to dobrze, może nawet lepiej niż ja sam.

O zachodzie słońca znalazłem się na rozległych, zielonych pagórkach pokrytych polami upraw. Do Marburga dotarłem już po zmierzchu. Pewien student zaoferował, że przenocuje mnie w swoim mieszkaniu. Miałem szczęście, że znów udało się bez trudu zorganizować kąt do spania i miejsce, w którym można się odświeżyć czy zjeść kolację. Tym bardziej że im bliżej końca tego krótkiego etapu się znajdowałem, tym bardziej opadałem z sił. Chwilowy entuzjazm ustąpił potwornemu zmęczeniu i znużeniu.

Ulice miasta o tej porze były już puste. Liczyłem numery domów przymocowane do ścian kamienic. Młody, niewysoki chłopak wyszedł mi na spotkanie i przywitał się ze mną jak ze starym znajomym, którego nie widział od bardzo dawna. Miał rzadki zarost, zmierzwione, czarne włosy. Nie mógł uwierzyć, że idę z Rosji, że jestem w drodze już od miesiąca i pokonuję dziennie czasem pięćdziesiąt kilometrów albo i więcej. Śmiał się hojnie, a gdy kończył zadawać pytanie, jego głos, zamiast opadać, wznosił się w wyrazie zachwytu i niedowierzania. Mieszkał w osobnym pokoju w apartamencie dzielonym przez kilka osób. Gdy pięliśmy się klatką schodową na bodaj trzecie piętro, zaproponował, że weźmie mój plecak.

– Wyglądasz na wykończonego – dodał ze śmiechem.

Na ścianie jego pokoju wisiała gitara, dwie inne stały obok. Panował tu zwyczajowy, studencki bałagan. W holu pod ciężarem prania uginały się rzędy suszarek, na drzwiach były poprzyklejane plakaty, znaki drogowe typu „zakaz parkowania”. Z ramki na wprost wejścia do pokoju patrzyła na nas jakaś secesyjna piękność o obnażonych piersiach.

– Przygotować coś do jedzenia? A może chcesz się odświeżyć – zapytał gospodarz.

– Może… może dasz mi chwilę? Spróbowałbym pomedytować – odpowiedziałem z wysiłkiem.

Chłopak przypatrywał mi się przez moment, a potem znów wybuchnął śmiechem.

– Myślałem, że poprosisz o jedzenie albo będziesz chciał wziąć prysznic, a ty najpierw chcesz medytować.

Okazało się, że on również praktykuje medytację, więc usiedliśmy obok siebie i każdy z nas próbował się wyciszyć. Nie minęło nawet kilka minut, gdy poczułem, że głowa leci mi do tyłu. Wyprostowałem się na chwilę, a potem znów zgiąłem w łuk. Każda część mojego ciała zdawała się ważyć setki kilogramów. Przypomniała mi się historia o mistrzu zen, który osiągnąwszy oświecenie, zadał pytanie: „Gdzie jest moje ciało? Nie mogę go znaleźć?”.

To czasem pojawiające się odczucie, że mnie nie ma, lekki strach z tego powodu. Gdzie jestem, skoro nie ma mnie tutaj? Kiedy „Ja” znika, człowiek staje się wszechświatem, jest bez granic, nieskończony.

Ale w małym studenckim pokoju w Marburgu moje ciało nie tylko nie chciało zniknąć, ale każdą swoją komórką dawało znać: „jestem i bolę”. Więc zamiast siedzieć prosto, jak mój towarzysz, kręciłem się, wierciłem, aż w końcu położyłem się na podłodze i wyciągnąłem nogi na łóżko. Podpierając głowę ręką, trąciłem jedną z gitar. Pudło rezonansowe wydało głośny stukot. Chłopak obok mnie otworzył oczy. Bez słowa wstał i zamknął okno, a potem zaprowadził mnie do kuchni.

Siedzieliśmy w półmroku, jedząc kanapki z serem, pijając kefir. Chłopak opowiadał:

– To mój piąty semestr, więc jeszcze półtora roku. Prawdopodobnie kolejny spędzę w Madrycie. Gdy zrobię licencjat, planuję wyjechać za granicę na wiele lat. Nie wiem jeszcze, co będę robił, pewnie podróżował. Nie potrzebuję wiele, by przeżyć. Chcę zobaczyć jak wyjdzie. Od czasu do czasu pracować, może znaleźć jakieś zajęcie dla wolnego strzelca. Nie wiem. Sporo już jeździłem, byłem w Australii, w Norwegii, ostatnio na Bałkanach przez jakiś miesiąc, i to sprawia mi ogromną frajdę. W ten sposób mogę zrozumieć, czego naprawdę chcę od życia, czym powinienem się zająć. Na studiach się tego nie dowiesz. No, tak że…

– Zawiesił głos, obracając w dłoniach kubek po kefirze. Jego wyczekiwanie miało pewnie skłonić mnie, bym mówił. Może chciał usłyszeć, co o jego planach sądzi ktoś taki jak ja? A może była w tym tylko kurtuazja? Może miał na myśli zupełnie inne wyprawy, inne drogi do samopoznania?

Zatoczyłem wzrokiem po pomieszczeniu, a potem przeczesałem włosy i odruchowo ukryłem twarz w dłoniach. Byłem bardzo, bardzo zmęczony. Zniechęcony. Nie pamiętam już, o czym myślałem w tej konkretnej chwili, ale pewnie o rodzinie, o moich dzieciach. Siedziałem w kuchni jakiegoś niemieckiego studenta, chłopaka, którego widziałem po raz pierwszy i ostatni w życiu, który był dokładnie taki sam jak tysiące, miliony innych ludzi w jego wieku i miał te same oczekiwania wobec życia, które i ja miałem, gdy byłem dwudziestodwulatkiem – tyle że wpadło między nas prawie trzydzieści lat doświadczeń, zachwytów i rozczarowań, a za mną były dziesiątki tysięcy kilometrów, w tym ponad tysiąc przebytych w ciągu ostatniego miesiąca.

Co miałem mu powiedzieć? Czy miałem jeszcze siłę i chęć mówić cokolwiek? Byłem zbyt wyczerpany, by zebrać myśli.

W końcu odezwał się on:

– Ty też będziesz podróżował…

– Tak – mruknąłem i zaraz dodałem, siląc się na uśmiech: – Odrobinę.

– Więc…

Żułem resztkę kanapki i próbowałem uniknąć jego spojrzenia. Rzuciłem coś o studiach – studiował matematykę – pytałem nieskładnie o jakieś teorie, ale nie mogliśmy się dogadać. Żaden z nas nie wiedział, o co chodzi temu drugiemu.

W Trójmieście moje dzieci już pewnie spały. A może Kasia pozwoliła im tego dnia posiedzieć dłużej, sprawdzić w internecie, gdzie tym razem ich tata spędza noc?

– Rok temu byłem przez miesiąc w Norwegii – kontynuował chłopak. – Wędrowałem po płaskowyżu Hardangervidda. Chciałem być sam. Szukałem odosobnienia. Czasami przechodziłem trzydzieści, czterdzieści kilometrów dziennie, ale się nie spieszyłem. Łowiłem ryby, przyglądałem się pięknym krajobrazom. Tak naprawdę nie chodziło o wędrówkę, ale o samotność, o to, by się uwolnić od wszelkich zależności. Być sam ze sobą. To było cenne przeżycie. Ty też robiłeś kiedyś coś takiego?

Odpowiedziałem, że odbyłem wiele wędrówek w samotności. Setki kilometrów, dziesiątki dni.

– I co o tym sądzisz? – zapytał. – Co myślisz o samotności.

– Myślę, że możesz być wtedy bliżej Boga.

– Brakuje ci ludzi? Przyjaciół? Rodziny?

– Nie, to… – odwróciłem głowę i zapatrzyłem się w ścianę za plecami chłopaka. – Nie wiem. To zależy od ciebie, od tego jak radzisz sobie ze światem. To zależy od ciebie… Chodzi o priorytety…

Trudno mi było znaleźć właściwe słowa. Chciałem jedynie położyć się i zasnąć. Po jakimś czasie chłopak spytał:

– Czym właściwie jest Trzeci Biegun? Przejrzałem twój profil na Facebooku i znalazłem informację o Trzecim Biegunie. Co to takiego?

Pytał o hasło mojej wyprawy do Santiago. Cztery tysiące kilometrów w sto dni. Podróż najstarszym europejskim szlakiem pielgrzymkowym.

– Nie jestem pewien. Doszedłem na bieguny północny i południowy, ale może ten trzeci jest trudniejszy?

– Gdzie on jest? – dociekał.

– Gdzie jest?

– Tak.

– W głowie.

– To jakiś rodzaj oświecenia?

– Nie jestem pewien. Oświecenie to… Może… Może to jakaś droga? Taka, którą każdy musi przejść. Oświecenie to jednorazowe przeżycie. Trzeci Biegun to długa droga.

– To brzmi jak jakaś zagadka.

– Proszę?

– Dla mnie to zagadka – powiedział pogodnie. – Wydaje mi się, że sam wciąż nie wiesz, czego naprawdę szukasz.

Nie wiem, czego szukam, nie wiem, po co idę do Santiago de Compostela. Chłopak mógł mieć rację. Może tylko wydawało mi się, że wiem, i może cała ta podróż nie miała sensu. Tysiąc kilometrów wcześniej również byłem skłonny przyjąć taki punkt widzenia, ale z większym optymizmem. Nieopodal Koszalina i Chełmskiej Góry, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej, spotkałem kobietę, która zadała mi pytanie: po co idę do Santiago. Odpowiedziałem, że nie wiem. Ona na to, że też się wybiera na pielgrzymkę do Hiszpanii. I powiedziała coś jeszcze, zdanie, na które czekałem i poniosłem w dalszą drogę jak własne. Powiedziała:

– Idzie pan do Santiago, żeby spotkać tam lepszego Marka. On teraz tworzy się u celu pańskiej wędrówki.

Zmiana nie zachodziła we mnie, nie stawałem się lepszym, oświeconym, wspaniałym człowiekiem. Podróż nie przypominała wygodnej medytacji, nie wypełniały jej ćwiczenia duchowe. Podróż okazała się męcząca, nieprzyjemna i pełna zwątpienia. Ale może na jej końcu rzeczywiście czekał ktoś, kogo mógłbym zabrać ze sobą z Santiago i mieć przy sobie już zawsze, ktoś, kto pomagałby mi wstać, gdy upadnę. Żeby go spotkać, trzeba było przejść tę drogę do końca. Trzeba było pogrążyć się w jeszcze większym trudzie i zmęczeniu, coś stracić, żeby coś potem zyskać.

Ale kiedy tej nocy pełnej ciemności siedziałem w kuchni studenckiego mieszkania w Marburgu, wszystko to wydawało się bardzo odległe, obce i niedostępne. Znajdowałem się w pół drogi – już nie wierzyłem w siebie, ale wciąż jeszcze nie wierzyłem w lepszego Marka. I wcale nie byłem pewien, czy uda mi się go odnaleźć.

Podczas mojej pierwszej wizyty w Santiago de Compostela w 1998 albo 1999 roku, w każdym razie jeszcze przed milenium, usłyszałem pewną historię, która na wiele lat zapadła mi w pamięć. Powtórzył mi ją spotkany przypadkiem pielgrzym czy ksiądz – dziś nie pamiętam już, kim był, ale przypominam sobie, że spytał mnie o pochodzenie, a gdy odparłem, że jestem Polakiem, dodał:

– W takim razie słyszałeś pewnie o Paulu Bulgerinie.

Ja jednak nie miałem pojęcia, o kim mowa, więc mężczyzna zabrał się do wyjaśniania:

– Paul Bulgerin mieszkał na waszym polskim Pomorzu, ale zdaje się, że wtedy, w XV wieku, ono było niemieckie. Pochodził ze wsi Wusseken nad jeziorem Jamno. Nie jestem pewien, do jakiego należał stanu, ale przypuszczam, że nie był tylko prostym chłopem. Czy historia zapamiętałaby chłopa? Wątpię. A Bulgerina zapamiętała, choć on sam miał w tym udział. Widzisz, nie wiadomo o nim wiele ponad to, że w napadzie szału zabił swojego brata, Bertesa, i aby odpokutować zbrodnię, jak nakazywał „sposób papieski”, wyruszył w pielgrzymkę do Composteli. Przewędrował całą Europę, a gdy dotarł do Santiago, zgodnie ze zwyczajem pątników, spalił szaty wędrowca i poszedł nad ocean, by tam obmywszy ciało, pozostawić dawne życie i jego grzechy za sobą. Ale nawet po przebyciu tak trudnej i długiej drogi Bulgerin wcale nie czuł ukojenia. Wtedy jeden z mnichów polecił mu, by udał się do miejsca jeszcze świętszego…

– Gdzie? – wyrwało mi się, jakby to do mnie zwracał się mnich sprzed wieków. Mój rozmówca uśmiechnął się ze zrozumieniem i odparł:

– Och, było wówczas takie miejsce. Niektórzy mówili, że jest bardziej święte niż Compostela. Rzecz w tym, że znajdowało się właśnie na Pomorzu i to nie dalej niż milę od wioski, z której Paul Bulgerin wyruszył. To go, jak pewnie przypuszczasz, trochę skołowało. Zaraz, jak ono się nazywa? Mówili na nie…

– Golenberg? Chełmska Góra? – wtrąciłem, a mężczyzna klasnął w dłonie.

– O właśnie! Czyli jednak znasz tę historię.

– Nie.

– To skąd…?

– Kiedy miałem szesnaście czy siedemnaście lat, zamieszkaliśmy z matką w Koszalinie. To miasto na Pomorzu. Jezioro Jamno jest niedaleko, a Chełmska Góra leży na przedmieściach.

Mężczyzna zamyślił się, podrapał po łokciu i wreszcie skwitował rzecz z rozwagą mędrca:

– No proszę, czy to nie wspaniały zbieg okoliczności?

Przyznałem mu rację, zadziwiony tą opowieścią, a on wzruszył tylko ramionami, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że takie rzeczy w Composteli zdarzają się bez przerwy.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup