Zaznacz stronę

Tekst: Witold Szabłowski

Cała ta nasza wyspa to jedno wielkie kuriozum. Spójrz chociażby na prawo, o tam, na katedrę. Z minaretem

Potężna gotycka katedra pnie się wzdłuż korony figowca i wybucha strzelistym łukiem prosto w niebo. Po bokach ma dwie urwane w pół wieże. Człowiek, stojąc pod nią, zgodnie z zamierzeniem budowniczych zatapia się w myślach o sprawach ostatecznych, by chwilę później przypomnieć sobie niemieckie i francuskie katedry z XIII czy XIV wieku, które górują nad całymi miastami. Ta w mieście Famagusta (po grecku Gazimagusa) w nieuznawanej przez świat Tureckiej Republice Cypru Północnego nie ustępuje im ani gabarytami, ani okazałością. 

I nagle obuchem w łeb. Z wieży kolosa rozlega się głośne „Allach akbar”. To imam wzywa muzułmanów na modlitwę. 

Dopiero teraz dostrzegam, że do lewej wieży katedry doklejony jest cieniutki muzułmański minaret – by go zobaczyć, trzeba podnieść głowę naprawdę wysoko. Na nim małe głośniki, wystarczająco jednak silne, by głos muezina wypełnił cały plac. XIII-wieczna katedra św. Mikołaja, duma rządzących w tym czasie Cyprem Lusignanów, jest dziś meczetem imienia Lala Mustafy Paszy. To, mówiąc oględnie, kontrowersyjny imiennik dla świątyni. Lala był osmańskim dowódcą, który w 1571 roku zdobył Famagustę, a weneckiego obrońcę miasta Marco Antonio Bragadina kazał pozbawić nosa i uszu, potem żywcem obedrzeć ze skóry, skórę wypchać sianem, przywiązać do grzbietu woła i puścić w miasto. Podobno Lala zdenerwował się, widząc, jak niewielu Wenecjan trzeba było, by skutecznie stawić opór jego flocie – sześć tysięcy chrześcijan broniło się przed stoma tysiącami Turków niemal rok. 

W środku meczetu – jeszcze dziwniej. Wszystko wyłożone zielonymi dywanami, a gorzki zapach przepoconych nóg miesza się ze słodkim zapachem jakiegoś chemicznego środka, który ma zabić ten pierwszy zapach. Przed wejściem stoją ustawione rządkiem buty z przydeptanym tyłem – tak noszą obuwie ci, którzy dużo się modlą. Zamiast pięć razy na dzień je wkładać i zdejmować, zasznurowywać i rozsznurowywać – wolą przydeptać. 

I w tym wszystkim – gotyckie okna, strzeliste łuki, sklepienia żebrowe. 

Człowiekowi przypomina się w takim miejscu pierwszy kościół parafialny, w którym był chrzczony, bierzmowany i w którym przeżywał pierwsze religijne uniesienia. I zaczyna sobie wyobrażać, jak by to było, gdyby mu tam domontowali minaret. Jakby wywalili ołtarz i całkiem to miejsce wybebeszyli. I jakby całkiem wbrew architekturze budynku walnęli swoje najświętsze miejsce – wskazujący Mekkę mihrab – w poprzek konstrukcji. Myślę, że jeśli Samuel Huntington miał rację i koniec końców nasza cywilizacja zderzy się z arabską, mój neogotycki kościół w Ostrowi Mazowieckiej kiedyś też tak będzie wyglądać. 

– Ta katedra jest równie kuriozalna, jak cała nasza wyspa – kwaśno uśmiecha się Omer, rodowity cypryjski Turek, z którym umawiam się na kawę pod Lala Mustafa Pasza. Omer jest ciut po pięćdziesiątce, ma kraciastą koszulę i sumiasty, turecki wąs. I wymienia. Pierwsze kuriozum? Państwowości północnego Cypru nie uznał żaden kraj świata, a jedynie wchodząca w skład Azerbejdżanu Nachiczewańska Republika Autonomiczna. Kolejne? Jego obywatele, by jechać za granicę, muszą mieć paszport turecki. Jego budżet w lwiej części zależy od subwencji przysyłanej przez Ankarę, a jego place wypełnione są pomnikami Atatürka. W dodatku w środku Nikozji stoi ostatni mur w Europie, dzielący stolicę obu państw na pół. 

Mimo tego wszystkiego Turecka Republika Cypru Północnego ma dobrze funkcjonującą demokrację, system wielopartyjny i z roku na rok coraz lepsze wskaźniki gospodarcze. 

Jednak Omer tęskni za czasami, gdy Turcy i Grecy mieszkali po sąsiedzku. – Całkiem dobrze możemy żyć razem – mówi. – Wiem, że brzmi to dziwnie, skoro od czterdziestu lat żyjemy oddzielnie. Ale i my, i Grecy dużo się przez tę rozłąkę nauczyliśmy. I dopiero teraz widzimy, co zostało stracone.

Zapowiada się dłuższa historia. Zamawiamy więc po kawie po turecku na głowę, a ja zamieniam się w słuch. 

Z Omerem siedzimy w kawiarni, która kiedyś była medresą, muzułmańską szkołą, dokładnie u stóp meczetu vel katedry. Kawa parzy nas w języki, a Omer gładzi się po wąsie i szuka w pamięci lat, gdy Cypr był jednym krajem. – To był trudny czas – mówi. – Ginęli ludzie, sytuacja była napięta. Dwadzieścia tysięcy Turków musiało uciekać z domów, bo Grecy ciągle na nas napadali. Mój daleki kuzyn zginął zastrzelony przez grecką bojówkę. 

W 1960 roku rządzący Cyprem Brytyjczycy godzą się, by wyspa ogłosiła niepodległość. Prawo przewiduje wspólne rządy Greków (stanowili około osiemdziesięciu procent populacji) i Turków. 

Ale siedem lat później w Grecji dochodzi do władzy junta czarnych pułkowników, której jednym z celów jest przyłączenie Cypru do swojego kraju. W lipcu 1974 roku pułkownicy inspirują w Nikozji zamach stanu. Odsuwają Turków od rządzenia wyspą. 

W odpowiedzi na Cypr wkracza turecka armia i zajmuje niemal połowę jego terytorium. 

– Najpierw odetchnęliśmy – wspomina Omer. – Miałem piętnaście lat, mieszkaliśmy z rodzicami w Famaguście. Ojciec miał sklep z ubraniami. Pomyśleliśmy: teraz będzie spokój. Ludzie przestaną do siebie strzelać, usiądziemy, zastanowimy się, co dalej. Ale jak tylko turecka armia trochę okrzepła, zaczęła się kolonizacja. Rząd z Ankary zaczął zasiedlać zdobyty kawałek ziemi osadnikami, głównie chłopami z Anatolii. Tam rodziny miały po kilkanaścioro dzieci, mało ziemi, mało pieniędzy, więc kolonizowanie Cypru było szansą na lepsze życie. 

– Jak ich przyjęliście? 

– To był szok. Zajęli domy po Grekach, ich ziemię, ich maszyny, i zaczęli gospodarzyć. Nabudowali meczetów, nazwozili swoich imamów. To był świat, jakiego wcześniej nie znałem. My, Cypryjczycy, niezależnie, czy Grecy, czy Turcy, mieliśmy swoją kulturę, przyzwyczajenia, nawyki. Dobra kawa, muzyka, literatura. Do meczetu – tylko od wielkiego dzwonu. Ci ludzie takiego życia nie znali. Nagle okazało się, że są nam dużo bardziej obcy niż Grecy! 

Dziś tureccy osadnicy to jeden z najpoważniejszych problemów w rozmowach o zjednoczeniu wyspy. Według raportu Rady Europy ich liczba przewyższyła znacznie populację rdzennych Turków cypryjskich. Pierwszych jest około stu dwudziestu tysięcy, drugich – tylko osiemdziesiąt tysięcy. 

Gdy jedzie się samochodem z bombonierkowego portu Girne (gr. Kyrenia) – gdzie dobrą rybę i szklankę anyżkowej rakii można spożyć w miejscu, w które kiedyś wpływały rzymskie galery, w stronę Dipkarpaz (gr. Rizokarpaso) – widać po drodze cerkwie, które zostały po Grekach. Wciśnięte gdzieś między kępki kłujących krzaków, ziemię koloru cyprysowej kory a sterty kamieni, stoją jak niemi świadkowie historii. Zatrzymujemy się przy jednej z nich. Może mieć sto lat, a może mieć i pół tysiąca; ptaki zrobiły w niej gniazdo i teraz, wystraszone naszą niezapowiedzianą wizytą, nerwowo krążą pod sufitem jak bezzałogowe drony. W miejscu, gdzie zapewne stały carskie wrota, Ahmed ze Stambułu wyrył scyzorykiem „byłem tu”. 

Żółw zielony (łac. Chelonia mydas), jeśli w pierwszych dniach życia nie zje go mewa albo drapieżna ryba i jeśli ma trochę szczęścia i nie wplącze się w rybackie sieci, może żyć osiemdziesiąt lat. Jego karapaks jest oliwkowozielony, a plastron – spodnia część skorupy – żółty, niemal miodowy. 

Hassan, Turek od lat mieszkający na Cyprze, jest lekko po sześćdziesiątce, ma wygolone na łyso włosy i jeden cel: chce, żeby jego wnuki też mogły zielono-miodowego żółwia zobaczyć na wolności. Teraz łapczywie pochłania ryż z kawałkami kurczaka, a między jednym kęsem a drugim przekazuje mi najważniejsze informacje o życiu plaży, na którą z jego restauracji mamy doskonały widok. 

Życie to przede wszystkim żółwie morskie. 

Plaża to Golden Beach, położona prawie na końcu długiego cypla, który wieńczy kontur wyspy. Absolutny unikat. Ze względu na żółwice, które składają tu jaja, na kilkukilometrowym pasie złotego piasku nie wolno stawiać hoteli ani żadnej innej infrastruktury. Bungalowy z desek i prowizoryczna restauracja Hassana to jedno z niewielu miejsc, gdzie można zatrzymać się na noc. – Wyobrażasz sobie inne państwo, które wstrzymałoby biznes turystyczny, żeby ratować żółwie? – pyta Hassan. 

Nie wyobrażam. – Ja tu przyjechałem w latach dziewięćdziesiątych – mówi Hassan. – Skończyłem oceanografię w Izmirze i dostałem pracę jako nauczyciel. Warunki? Doskonałe. Piętnaście lat pracy – i emerytura. To dlatego, że ludzie wykształceni bali się tu przyjeżdżać. Musieli nas jakoś zachęcić. 

Jako oceanograf Hassan jeździł często nad morze przyglądać się żółwiom. Na Cyprze jaja składają dwa gatunki: rzadki żółw zielony i nieco częściej spotykany żółw karetta. – Wiedziałem, że są zagrożone. Ale nie wiedziałem, jak poważny to problem. Dopiero jak na moich oczach z roku na rok przypływało ich mniej i mniej, zrozumiałem, co się dzieje. Dziś przypływa może dziesięć procent tego, co pamiętam z moich pierwszych lat.  Hassan jako młody emeryt postawił nielegalnie skleconą z desek budę nad morzem. – Jeszcze nie wiedziałem, co dokładnie mam robić – wspomina. – Żółwice przypływają tu między kwietniem a wrześniem. Składają jaja. Potem odpływają, a kilka tygodni później z jaj wykluwają się małe żółwiki i maszerują prosto do morza. Kiedy tu zamieszkałem, turyści pojawiali się raz na miesiąc. Cała Golden Beach była dla mnie. 

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił Hassan, było znakowanie gniazd. Potem zaczął je ogradzać. Jeszcze później – przenosić małe żółwiki do morza. – Pierwsze godziny są kluczowe – mówi. – Wtedy zlatują się tu mewy chyba z całego Morza Śródziemnego. Mały żółwik to dla nich łatwa zdobycz. Przekąska, która się składa niemal wyłącznie z białka. 

Dziś Hassan co roku ściąga na wyspę kilkudziesięciu wolontariuszy z całego świata, którzy przez cały okres lęgowy żółwich jaj biegają po plaży i noszą małe żółwiki. Najpierw – do bazy Hassana, gdzie są ważone, mierzone i – jeśli tego potrzebują – zostają na kilka dni, by nabrać sił. 

Potem żółwiki lądują w morzu. – W tym roku mieliśmy sto pięćdziesiąt żółwich gniazd – chwali się Hassan. – W każdym średnio po sto jaj. Przez nasze miski i plastikowe wanny przeszło więc kilkanaście tysięcy małych żółwików. Pracowaliśmy dzień i noc przez kilka miesięcy; jeszcze tego nie odespałem. Ile z tych maluchów przeżyje? Cóż, natura jest nieubłagana. Jakieś piętnaście, góra dwadzieścia. Mało? My przynajmniej próbujemy coś robić. Wiesz, że żółwica wraca rodzić na tę plażę, na której sama przyszła na świat? U nas ma taką szansę, bo – w przeciwieństwie do lepiej rozwiniętych krajów – nie zabetonowaliśmy wybrzeża. 

Na środku drogi stoi osioł, więc żeby w niego nie uderzyć, stajemy. Wtedy z krzaków wychodzi cała ośla rodzina. Wsadzają głowy do samochodu, węszą, szczerzą zęby. 

Jesteśmy na to spotkanie przygotowani, mamy dla nich jabłka i marchewki. – One są tak dobre w wyciąganiu marchwi od turystów, jak nasz rząd w ciągnięciu dotacji z Ankary – śmiał się dzień wcześniej Omer, nasz znajomy z Famagusty. Od niego wiemy, że od Dipkarpaz, malowniczego miasta, największego na cyplu wieńczącym kontur Cypru, aż do końca wyspy jest ich królestwo. Osły to też pozostałość po tureckiej inwazji na wyspę. – To zemsta Greków – śmieje się Omer. Gdy ich greccy właściciele musieli z dnia na dzień zostawić swoje gospodarstwa i uciekać przed wojskiem, wypuścili zwierzęta na wolność. Te poradziły sobie z tą wolnością na tyle dobrze, że dziś – jak wylicza Mehmet Demirci, burmistrz Dipkarpaz – na jednego człowieka zamieszkującego te okolice przypadają aż dwa zwierzaki. 

To rodzi spore problemy. Dzikie osły często niszczą uprawy tureckich rolników. – Zrobić im nic nie można, są pod ochroną. Za zabicie osła płaci się tysiąc euro albo idzie do więzienia – rozkłada ręce Demirci. – A dla nas to jest naprawdę poważny problem. Rok temu młody chłopak zginął w wypadku, bo próbował ominąć stojące na środku drogi zwierzę. 

My na wszelki wypadek nie dociskamy gazu. Na noc zatrzymujemy się w ładnych drewnianych bungalowach nad samym morzem. Jest już po sezonie, jesteśmy jedynymi gośćmi. Gospodarz zaprasza nas na herbatę do domu, gdzie na podłodze siedzą jego kuzyni, a na ścianie gra wielki plazmowy telewizor. Na ekranie – relacja z Ameryki zalewanej przez wodę niesioną przez huragan Sandy. 

Jeden z kuzynów, na oko osiemnastoletni, szczególnie intensywnie wgapia się w stojących do pół uda w wodzie nowojorczyków. Przed tygodniem przyjechał z Anatolii. Mieszka tam z rodzicami i ośmiorgiem rodzeństwa w małej wiosce. Pierwszy raz w życiu ją opuścił na dłużej – pomaga przy remoncie. 

– Masallah, masallah – powtarza teraz co chwila, co w tym kontekście należy rozumieć jako „dobrze im tak” albo „chwała Allachowi, że zesłał tę wielką wodę na Amerykę”. 

Nasz gospodarz jest trochę zmieszany. Zwraca chłopcu uwagę, że ma gości z Europy i nie powinien tak się przy nas zachowywać. Ale chłopiec wzrusza tylko ramionami i z przejęciem patrzy, jak Ameryka pogrąża się w wodzie. A po chwili patrzy na nas i pokazuje ręką na szyję. To by zrobił wszystkim Amerykanom. Ameryka to szatan. Czyste zło. Allach dobrze robi, że ją karze. Chłopiec w swojej wiosce chodził do medresy i ma bardzo jasny obraz świata. Wie dokładnie, co jest dobre, a co złe. 

Właściciel bungalowów wyciąga mnie na papierosa. 

– Przepraszam za niego – mówi, wskazując ręką na zapatrzonego w telewizor kuzyna. – Powinien być uprzejmiejszy. Ale ja go rozumiem. Jestem z tej samej wsi; też kiedyś chodziłem do tej samej medresy i miałem radykalne poglądy. 

– I co się zmieniło? – dopytuję. 

– Zamieszkałem na Cyprze. Tutaj mam turystów z całego świata, również z Ameryki czy z Grecji. Jak się ich widzi tylko w telewizji, wyglądają strasznie. Ale jak przyjeżdża człowiek z żoną, dzieckiem, jak się z nim wypije herbatę, zapali papierosa, nagle się okazuje, że wszyscy są tacy sami. 

– To dlaczego tak się nienawidzicie? – pytam, skoro mamy taki nieoczekiwany przypływ szczerości. 

– Myślę – mój gospodarz głęboko wciąga papierosowy dym w płuca – że nienawidzimy się, bo jesteśmy do siebie za bardzo podobni. 

Greczynka Maria Georgiou płynie na Cypr z Anatolii, gdzie mieszka, małą, zatłoczoną łodzią. Jest rok 1895. Maria wszystkim pasażerom opowiada o celu swojej podróży. Siedemnaście lat wcześniej jej syn został porwany przez nieznanych ludzi. Robiła wszystko, by go znaleźć. Bezskutecznie. 

Aż do dnia, gdy w rozpaczy pomodliła się do Andrzeja Apostoła. W odpowiedzi święty ukazał jej się we śnie i kazał płynąć do poświęconego mu, zapomnianego już klasztoru na samej północy Cypru, w miejscu, gdzie on sam zatrzymał się przed swoją ostatnią podróżą do Palestyny. 

– Czy twój syn miał jakieś znaki szczególne? – pyta Marię jeden ze współpasażerów, młody derwisz. 

Kiedy matka wyjawia te znaki, derwisz bez słowa zdejmuje koszulę. To on jest jej zaginionym, a teraz cudownie odnalezionym synem. Razem płyną na Cypr, odnajdują klasztor i dziękują świętemu. Za nimi najpierw setki, a zaraz potem tysiące wiernych, którzy słysząc tę historię, niosą do tego dotąd niezbyt popularnego miejsca swoje modlitwy i problemy. 

W 1974 roku, w przededniu tureckiej inwazji na wyspę, klasztor św. Andrzeja jest jednym z najważniejszych świętych miejsc dla wszystkich Cypryjczyków – Greków i Turków. Od 1974 roku Grecy robią wszystko, by móc tu przyjeżdżać. Przez wiele lat – bezskutecznie. 

Od żółwiej plaży Hassana do klasztoru św. Andrzeja to tylko kilka kilometrów dziurawą, rozpadającą się drogą. Tuż przed ostatnim skrętem mały placyk imienia Bülenta Ecevita, tureckiego premiera, który podjął decyzję o wysłaniu wojsk na Cypr. Ot, mała złośliwość wymierzona w docierających tu Greków. 

Wokół klasztoru łazi kilkanaście nieziemsko spasionych kotów. Za nimi – stragany, na których można kupić tureckie amulety: niebieskie z czarnym okiem, strzegące przed złym spojrzeniem; breloczki i pocztówki z monastyrem, ceramiczne słoniki i plastikowe figurki z Matką Boską, amfory z gipsu wzorowane na starorzymskich, latarnie morskie i obrazki o tematyce marynistycznej. Słowem – cały chłam, który można kupić w każdej innej miejscowości wypoczynkowej nad Morzem Śródziemnym. Stragany schodzą w dół, w stronę morza, wzdłuż muru klasztoru, którego prostokątna bryła dochodzi do nadmorskich skał. 

W środku klasztor niszczą pleśnie. Na zewnątrz białe kiedyś ściany zioną grzybem. Trudno się dziwić. Od czterdziestu lat nikt o to miejsce nie dba. 

Dziś mogą tu przyjechać i Grecy. Kilka lat temu napięcie na wyspie zelżało i granica między turecką a grecką częścią wyspy jest otwarta. Wolno odwiedzić, nie wolno zamieszkać. 

Przyjeżdżają więc. I płaczą, widząc, jak ich klasztor niszczeje, choć i Turcy, i ONZ, i Unia Europejska obiecywali, że lada chwila ruszy jego remont. Wrzucają więc po kilka euro do wielkiej puszki na datki, która stoi w centralnym punkcie cerkwi, tuż obok ikony z samym św. Andrzejem. Kiedy rozpocznie się renowacja, nie wie nikt. W styczniu rząd północnego Cypru zapowiedział, że może wreszcie w tym roku. Zostało to uznane za gest dobrej woli. 

– Wolę, by klasztor sczezł, niż ma być remontowany przez Turków – odpowiedział na to grecki patriarcha Cypru Chryzostom II.

Numer 2/2013

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2013.

Kup