Zaznacz stronę

Poniżej publikujemy fragment książki Taba-Taba Patricka Deville’a, wyd. Noir Sur Blanc 2020

Powieść rozpoczyna się w Mindin, położonym na przeciwległym wobec Saint Nazaire brzegu Loary, na początku lat 60. XX wieku, w dawnym lazarecie, który przekształcono w szpital psychiatryczny. Kulawy chłopiec, którego ojciec jest administratorem szpitala, zaprzyjaźnia się z jednym z pacjentów, dawnym marynarzem, który, kiwając się w przód i w tył, powtarza bez przerwy ten sam zagadkowy  zwrot: Taba-Taba. Począwszy od tego momentu Patrick Deville opowiada Historię, zmieniając perspektywę widzenia raz na makro, raz na mikro. Francja to nie tylko sześciokąt (Hexagon) na mapie: narrator wędruje po całym świecie, wspominając kolonialną epopeję nie tylko z jej klęskami, ale też ryzykownymi przedsięwzięciami (kanały Sueski, Panamski).

Ten wielki powieściowy fresk prowadzi nas od Napoleona III aż do zamachów, które ostatnio wstrząsnęły Francją, opisując  po drodze okopy I wojny światowej, Front Ludowy, kapitulację, okupację, ruch oporu, Vercors, wyzwolenie.

 

Powieść została wyróżniona Prix Roger Callois.

drobne ślady

Tamtego majowego popołudnia 2015 roku, leżąc z założonymi pod głowę rękami w jednym z pokoi w hotelu Barceló w Managui, pomyślałem sobie, że najbliższe miesiące spędzę na przeglądaniu archiwum Monne, a potem wybiorę się samochodem w te wszystkie regiony we Francji, o których będzie mowa w dokumentach. Rozbudziwszy się już zupełnie, usiadłem na łóżku i zajrzałem do kalendarza, aby rozpisać sobie na daty ów mglisty jeszcze projekt, zanim jednak doszedłem do pustych kartek, przejrzałem te, które już zapisałem. Wróciły do mnie twarze mijane od stycznia.

Szukając opowieści z przeszłości, niemal wszędzie napotykałem tropy francuskie, którym przyglądałem się z rosnącą uwagą już od czterech miesięcy. A dokładniej od chwili, gdy dwóch młodych francuskich islamistów zamordowało w Paryżu, w imię świętej wojny, kilku dziennikarzy i rysowników. Wiadomość o zamachu w redakcji „Charlie Hebdo” dotarła do mnie, gdy przebywałem w Valais, w wiejskim domku należącym do rodziny Yersinów. Po kilkudniowym pobycie w Paryżu i w Saint-Nazaire luty spędziłem w Ekwadorze. Znajomy zostawił mi na jakiś czas mieszkanie w Quito. Nazajutrz po przyjeździe, idąc stromą uliczką prowadzącą do świątyni w Guápulo, dostrzegłem napis w języku francuskim namalowany białą farbą na czerwonym murze: „Nie jestem Charlie”, nie udało mi się jednak ustalić, kto był jego autorem i co ktoś taki mógł robić na tej ulicy.

Podzieliłem się tą zagadką z Edwinem Madridem, z którym wyruszyłem na północ, wzdłuż pasma wulkanów Kordyliery. Wracałem do badań nad wyprawą La Condamine’a, wysłanego tu przez Ludwika XVI z misją dokonania pomiarów równika, od którego kraj wziął ostatecznie swoją nazwę. Chciałem również dowiedzieć się czegoś więcej o absurdalnym pomyśle prezydenta Gabriela Garcii Morena, aby uczynić z Ekwadoru kolonię francuską: w 1862 roku Napoleon III, zaangażowany już w awanturę meksykańską i budowę Lazaretu w Mindin, zrezygnował ostatecznie z tej propozycji.

Z kruchej pamięci krótkotrwałej korzystać możemy dopóty, dopóki hipokamp jej nie wymaże. Na wszelki wypadek zapisywałem więc w kalendarzu nazwy, numery telefonów i adresy hoteli: w Puerto Ayora na wyspach Galapagos, które García Moreno również chciał oddać Francji, zatrzymałem się w Finch Bay, natomiast w Guayaquil, gdzie trafiłem za generałem San Martinem, zmarłym w Boulogne-sur-Mer — wziąłem pokój w hotelu Ramada. W połowie lutego byłem znowu w Szwajcarii i zatrzymałem się w hotelu de la Rose we Fryburgu; potem był Lyon, następnie po raz kolejny wiejski dom w Valais oraz w Chamonix, wreszcie hotel Bauer w Wenecji, gdzie pojechałem, aby złożyć hołd dziełu Daniele Del Giudice. Daniele był z nami, gdy pod koniec lat osiemdziesiątych wybraliśmy się z grupką znajomych z „Charlie Hebdo” i „Canard Enchaîné” do Londynu. Chętnie powspominałbym z nim wspólne wieczory spędzone w pubie Front Page, gdyby nie to, że Daniele stracił pamięć i przebywa w klinice na wyspie Giudecca po drugiej stronie Canale Grande. Motorówką pożyczoną od Roberta Ferrucciego i jego kuzyna Giorgia przepłynęliśmy wolno — wraz z Véronique Yersin — pod oknem kliniki, tym samym, w które od drugiej strony wpatruje się ten, co zapomniał, że pisał kiedyś książki.

W połowie marca wróciłem do Santiago de Chile i do hotelu Grand Hyatt przy avenida Kennedy. O Francji mówi się często więcej za granicą aniżeli na tarasach kawiarni paryskich. Podczas obiadu z Jorge Edwardsem, pełniącym jeszcze niedawno obowiązki ambasadora Chile we Francji, mogłem się przekonać, jak wielki niepokój o przyszłość budzą kolejne zamachy. Po powrocie do Europy spędziłem kilka dni w Madrycie, w otoczonej parkiem rezydencji ambasadora francuskiego zakupionej w 1941 roku przez Pétaina, a tydzień później — pod koniec kwietnia — byłem już w hotelu Botolph Club przy Commonwealth Avenue w Bostonie, gdzie zieleniły się drzewa, w niedalekim Bostonie trwały zamieszki rasowe, a kilku amerykańskich pisarzy protestowało na łamach prasy przeciwko przyznaniu redakcji „Charlie Hebdo” waszyngtońskiej nagrody wolności słowa i oskarżało Francję o nadmierny laicyzm — podobnych argumentów użył zresztą przeciwko Republice sam Pétain w 1941 roku — za co jednak utarł im nosa Salman Rushdie. I wreszcie w maju tego 2015 roku, po krótkim pobycie w hotelu National w Bernie i po obejrzeniu wystawy Gauguina w Bazylei, wylądowałem na kilka dni w hotelu Victoria w Warszawie, gdzie wpadłem na kolejny z tropów dotyczących dziejów Francji — od Ludwika XVI po Pétaina — a mianowicie na wzniesiony w 2005 roku u zbiegu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu pomnik generała de Gaulle’a, który jeszcze jako kapitan doradzał polskim wojskowym na początku lat dwudziestych, podczas wojny z Armią Czerwoną Trockiego. W polskim hymnie pada jednak nadal nazwisko Bonaparte. 

Kiedy odłożyłem kalendarz i wróciłem do pozycji horyzontalnej na łóżku, było dla mnie jasne, że tych drobnych śladów francuskich, począwszy od Drugiego Cesarstwa, kiedy to powstaje Lazaret, a dziewczynka w białej sukience opuszcza Kair, szukać będę nie tylko w archiwum Monne, ale i na całym świecie.

historyczny kanał

Pośród ludzkich wynalazków, którymi interesowałem się bez opamiętania od czasów Lazaretu, figurowały pomniki konne i sztuczne arterie wodne: Kanał Sueski, przekopany w Egipcie przez Ferdinanda de Lessepsa, Kanał Panamski, którego budowy nie było de Lessepsowi dane ukończyć, i wreszcie niewykopany dotąd Kanał Nikaraguański.

W kwestii tego ostatniego coś się ruszyło, zatem z Warszawy przeniosłem się do San José, aby tu, w stolicy Kostaryki, pospacerować sobie w deszczu. Do baru w hotelu Balmoral przy avenida Central zaprosiłem na wieczór Carlosa Cortesa i Rodriga Sota, którzy dwadzieścia lat temu pomogli mi odtworzyć losy Williama Walkera i jego pomysłu na przywrócenie niewolnictwa, urzędowego zastąpienia języka hiszpańskiego angielskim oraz wykopania w Nikaragui kanału łączącego Atlantyk z Pacyfikiem. Sto pięćdziesiąt lat później ten ostatni pomysł zaczęli realizować Chińczycy.

W Managui spotkałem Sergia Ramireza i Antoine’a Joly’ego. Pierwszy był wiceprezydentem republiki sandinistowskiej po rewolucji w 1979 roku. Właśnie wydał pamflet zatytułowany Un cuento chino, wyśmiewający absurdalny projekt kanału. Drugi był wówczas ambasadorem Francji w Managui i przesłał dopiero co do gazet długi artykuł Un sueño francés, w którym przypomina historię kanału od czasów Drugiego Cesarstwa.

Po rozstrzelaniu Williama Walkera w 1860 roku, w chwili gdy Lesseps dopinał swój projekt egipski, Napoleon III podpisał z nowym rządem w Nikaragui umowę na wykopanie kanału transoceanicznego. Stany Zjednoczone i Anglia zagroziły wojną. Cesarz podjął rękawicę i postanowił niebawem, że zaatakuje Meksyk. Budowę w Panamie, na której zatrudnienie — jako zwykły kopacz — znalazł Paul Gauguin, Lesseps zainicjował więc z powodów politycznych, niejako wbrew geologii.

Dziś mamy rok 2015 i Daniel Ortega, który ponownie jest prezydentem republiki, cieszy się z podpisanego niedawno kontraktu z Hong Kong Nicaragua Canal Development Investment Co. Ltd. Odpowiednia ustawa przydziela Chińczykom pięćdziesięcioletnią koncesję na budowę kanału, z opcją jej przedłużenia na następne pół wieku, dając im tym samym możliwość wywłaszczania buntujących się chłopów z terenów przeznaczonych pod inwestycję. Od stu pięćdziesięciu lat lista ofiar kanału widma staje się coraz dłuższa i dłuższa. Mimo że atutem Chińczyków było z pewnością doświadczenie związane z trwającą tysiąc lat budową liczącego blisko dwa tysiące kilometrów długości Wielkiego Kanału z Hangzhou do Pekinu, to projekt nikaraguański był niczym innym, jak tylko świadectwem imperializmu nowego typu. Firma HKND przedstawiła wprawdzie plany stworzenia dwóch portów — Brito nad Oceanem Spokojnym i Aguila nad Morzem Karaibskim — przede wszystkim jednak weszła w posiadanie olbrzymich terenów rolnych, bez jakiegokolwiek zobowiązania, że budowa kanału zakończy się przed upływem stu lat.

Ameryka Środkowa była odpowiednim miejscem do tego, abym powrócił do moich planów i raz jeszcze skupił się na Francji roku 1860. Rok ten tkwił w mojej pamięci tak wyraziście, jakbym go przeżył. Każdego ranka czekałem wtedy na gazetę z doniesieniami o odkryciu świątyń w kambodżańskim Angkorze przez Henriego Mouhota. Lub też — niczym wywołany przy stoliku niewidzialny duch z przyszłości — zjawiałem się w biurze Wiktora Hugo w Guernesey, na sześć lat przed tym, kiedy to obaj pisaliśmy wspólnie Pracowników morza, i stanąwszy za plecami pisarza, czytałem jego majowy list do Garibaldiego z poparciem dla wyprawy tysiąca we Włoszech. Hugo przykładał suszkę i sięgał po następną kartkę, aby napiętnować spalenie Pałacu Letniego w Pekinie przez koalicyjne tym razem wojska francuskie i angielskie. „Pierwszemu z dwóch bandytów na imię Francja, drugiemu zaś — Anglia”. I wielkie nazwisko Hugo otoczone jest czcią zarówno w całej Azji, jak i w Meksyku, pisarz nazwał bowiem kolonialne zapędy Drugiego Cesarstwa „pogwałceniem praw wolnego narodu”.

w stronę Francuzów

Kimże jest jeden król przy jednym Francuzie?

Saint-Just

Życie narodów, podobnie jak i ludzi, nie trzyma się chronologii i bywa, że w półśnie znowu jesteśmy młodzi i pełni werwy, po przebudzeniu smutno nam zatem, że w oczach innych jesteśmy tak starzy. I bywa też, że wydarzenia ukryte pod warstwą kurzu stuleci nagle zaczynają oddziaływać na teraźniejszość i burzą przyszłość.

Chociaż przyszło mi do głowy, aby zająć się historią kanału i pozostać w Nikaragui, to jednak wiedziałem, że od kilku dni wisi nade mną ten projekt związany z Monne, i przypomniawszy sobie telegram wysłany po wyzwoleniu przez de Gaulle’a do przebywającego nadal w Brazylii Bernanos — „Pana miejsce jest wśród nas” — czułem, że moja obecność w kraju jest obowiązkowa i nie mogę nie odpowiedzieć na apel zniecierpliwionych rodaków, gotowych zgromadzić się na placu Trocadéro i ruszyć tłumnie w stronę quai d’Orsay, aby domagać się mojego powrotu i żądać, bym stanął na czele Komitetu Ocalenia Publicznego.

Uznałem więc, że przyszedł czas opuścić pokój w hotelu Barceló, ruszyć na lotnisko imienia Augusta Cesara Sandina w Managui, a potem zajrzeć do obejmującego sto pięćdziesiąt lat archiwum Monne, przerzucić stosy francuskiego konfetti i odnaleźć w nich duchy dzieciństwa: Taba-Tabę w jego niebieskim uniformie z przydziału i tę dziewczynkę w białej koronkowej sukience, która w Marsylii schodzi wraz z rodzicami ze statku należącego do kompanii Messageries Impériales i na dworcu Saint-Charles wsiada do pociągu jadącego do Paryża, i wreszcie jej wnuka, który był barytonem, ale także motocyklistą, a później klownem.

Taba-Taba,  Patrick Deville, wyd. Noir Sur Blanc 2020