Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Dorota Chojnowska

 

– Tak – po raz kolejny powtarzam tę samą formułkę. – Sama zbudowałam ten rower. Tak, to jest bambus. Pani też zaprasza mnie do domu na obiad?

Kobiety irańskie mają w sobie moc! Gdy zapraszały mnie do siebie, nie działał żaden wykręt – na przykład, że nie jestem głodna. Ani argument, że dokądś się spieszę. Ani że najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty. Madonny szyickie puszczały to mimo uszu. Miało być tak, jak one chciały. No i właśnie dzięki nim i żyję, i tyję… Mimo że całe dnie jeżdżę na bambusowym rowerze.

Nieznajoma, czyli dłoń, która mnie zniewoliła

– Gdzie jest restauracja? – pytam chłopców przy głównej ulicy Nadoushan.

– Po co chcesz iść do restauracji? W meczecie dają jedzenie za darmo!

No tak, zbliża się Aszura. Kobiety noszą się na czarno, w telewizji i na ulicach grają żałobne pieśni o bitwie pod Karbalą w 680 roku. Po jednej stronie stanął wówczas Husajn, syn przybranego syna Mahometa – za nim poszli szyici.

Po drugiej stronie stanął kalif Jazid I, syn założyciela dynastii Umajjadów Mu’awija – za nim poszli sunnici. Husajn poniósł klęskę i zginął. Tych, którzy mu towarzyszyli, a nie zginęli, przez trzy dni trzymano bez jedzenia i picia, po czym i tak zabito. Oszczędzono jedynie kobiety i dzieci poniżej szóstego miesiąca życia. Dlatego podczas muharramu, czyli miesiąca poprzedzającego Aszurę, nikomu nie może zabraknąć jedzenia ani picia. W miastach rozdaje się słodką jak ulepek herbatę, daktyle i ciasteczka. Zaś w Nadoushan w meczecie wydawano darmowe jedzenie. Na ucztę zeszło się całe miasteczko.

Podjeżdżam bliżej. Nagle jakaś ręka wyrywa mi rower. Inna ciągnie mnie do meczetu z taką siłą, że ledwo udaje mi się przed wejściem wyskoczyć z butów. Za chwilę ta sama dłoń stanowczym ruchem usadza mnie na dywanie. Nareszcie mam możliwość spojrzeć w twarz mojej nowej znajomej. Kobieta ma jasną cerę i błękitne oczy, a w ręku talerz i śpiące dziecię. Za chwilę talerz trafia do mnie. Muszę jeść, ale małymi kęsami, nie wypychając policzków, bo wszystkie okoliczne telefony skierowane są na mnie. Tak, jestem gwiazdą – większą niż symboliczna trumna Husajna, która stoi pod ścianą.

– A może wpadniesz do mnie na herbatę? – proponuje jedna z kobiet. Moja nowa znajoma ciska wzrokiem w jej stronę potężny piorun. Kobieta wycofuje się. Ale już za chwilę podchodzi kolejna chętna, po niej jeszcze jedna, i jeszcze – wszystkie chcą mnie ugościć. Odstraszanie wzrokiem przestaje wystarczać. Następuje wymiana zdań. Niech zwycięży najlepsza, myślę. Instynkt samozachowawczy podpowiada mi, że nie wchodzi się między walczące szyickie madonny.

W końcu gra toczy się o wysoką stawkę. Dla Iranki bowiem splendor wśród sąsiadek jest równie ważny, co cnota i skromność, której krągłości codziennie owija czarnym czadorem.

W końcu dochodzą do porozumienia. Podnoszę się, choć jeszcze nie wiem, komu przypadłam w udziale. Grunt to zachować spokój i płynąć z tłumem. A tłum wylewa się z meczetu i płynie uliczką, aż dopływa do domu, przed którym stoi właścicielka dłoni, od której wszystko się zaczęło.

Wchodzę, jedna z kobiet rozkłada na podłodze ceratę. Za chwilę do okna pukają trzy sąsiadki. Siadają na wszystkich trzech fotelach. Nikt ich nie częstuje herbatą i nikt nie zabawia rozmową. Kobiety robią mi zdjęcia jak żuję, przełykam i podnoszę do ust kolejną porcję ryżu. Za chwilę wychodzą, a do okna pukają kolejne trzy. Przy trzeciej zmianie dziękuję za gościnę i wychodzę. Na drogę dostaję woreczek suszonych morw. Słodkich jak miód – bo szyickie madonny lubią słodycz. Ale żadna morwa nie smakuje tak słodko, jak zwycięstwo. Moją wizytą będzie żyła wioska przez najbliższych kilka dni. Tylko że ja będę już w tym czasie daleko, więc to właśnie ona – moja gospodyni, szyicka madonna, będzie spijać całą śmietankę!

Maryam, czyli dziewica w turkusowym kasku

Co nie udało się madonnom z Nadoushan, udało się Maryam. Dziewica w turkusowym kasku przejęła mnie w Isfahanie. O ile w przypadku irańskich panien dziewictwo wypada mieć, o tyle rower już niekoniecznie. Jeśli zaś mają rower, to nie zapuszczają się z nim szczególnie daleko. Maryam jest inna. Niedawno z powodu przedłużającego się doła psychicznego ruszyła w samotną podróż do Afganistanu. Iranka, która nie lubi nosić chusty, przeżywała katusze, pa-trząc na burki, dlatego pojechała dalej, do Indii.

– Tam było już w porządku – odsłania wytatuowaną na łydce mapę Indii z zaznaczoną trasą. – Później były Chiny – Maryam pokazuje kolejny tatuaż, tym razem jing i jang w formie pierścionka na dłoni.

Po powrocie zrozumiała, że rower czyni cuda. Poczuła w sobie energię do naprawy tego świata i od razu na celownik wzięła irańskie tyłki.

– Co masz do nich?

– Są tłuste! – odpowiedziała, zaciągając się papierosem.

Rzeczywiście, te po trzydziestce są tłuste. Szczególnie wśród kobiet. Maryam doskonale wie dlaczego – nigdy przecież nie odcisnęło się na nich rowerowe siodełko.

– Widzisz, tu nie ma kultury sportu, tak jak u was.

W Europie biegacie, chodzicie na siłownię, wieczorami uderzacie na miasto, na dyskoteki. Cały czas się ruszacie, a Irańczycy? U nas nie ma ścieżek rowerowych, nie ma zbyt wielu siłowni, nie ma barów z alkoholem ani dyskotek. Co zatem robi zwykły Irańczyk? Siedzi w domu i je. A co zje, to popija albo alkoholem z kontrabandy, albo słodką jak ulepek herbatą.

W ten sposób rok po roku irańskie cztery litery niczym galareta rozpływają się i zajmują coraz większą powierzchnię dywanu. Trzeba zatem niezłego kopa, żeby je poderwać.

I tu Maryam widziała moją rolę. Właściwie nie moją, tylko mojego bambusowego roweru. W głowie miała wizję zlotu z bambusowym rowerem w roli głównej atrakcji.

– Niech zobaczą i niech zrobi im się wstyd, że kobieta może zbudować rower i pojechać, a oni tylko tyją! – Maryam miała wobec mnie konkretne plany, dlatego postanowiła dołączyć i mieć mnie na oku, aż dojadę do Teheranu.

Ale zanim weźmiemy kurs na stolicę, musimy zajrzeć do świątyni Vank w ormiańskiej dzielnicy Isfahanu. Wchodzimy, stawiamy rower i Maryam znika. Pojawia się po godzinie.

– Gdzie byłaś?

– Paliłam świeczkę przy ikonie z madonną.

– Przecież jesteś szyitką.

– Maryam (Maryja), matka Isy (Jezusa), należy też do nas. Ma nawet swoją surę w Koranie. Ja zawsze palę świeczkę przy ikonach z Maryam. W domu też.

– Masz w domu ikonę?

Tak naprawdę Maryam zabrała ikonę swojej matce. Ale miała do tego prawo, bo akurat z tą madonną związał ją los jeszcze przed urodzeniem. Matka Maryam ciężko przeżywała ciążę. Wszystkie badania potwierdzały straszną prawdę – pod sercem nosi chłopca. A ona tak bardzo chciała mieć dziewczynkę! Niestety, płeć dziecka poznała zbyt późno, by dokonać aborcji. Ale pewnej nocy dziewiątego miesiąca ciąży przyszła do niej we śnie Maryja z ikony.

– Nie martw się, urodzisz dziewczynkę – powiedziała i podała jej orzeszek pistacjowy. Matka wzięła, a kiedy tylko włożyła go do ust, obudził ją pierwszy skurcz. O świcie tuliła do serca zdrową dziewczynkę. Nikt nie miał wątpliwości, jak jej dać na imię…

Z Isfahanu można wyjechać autostradą lub wcale.

Autostrada ma trzy-cztery pasy w każdym kierunku oraz trzypasmowe zjazdy i wjazdy, które musimy przeciąć. Maryam płynnie zmienia pasy, ja zatrzymuję się na każdym rozwidleniu, schodzę z roweru i czekam na moment, w którym mogę przebiec. Im dalej od miasta, tym mniej zjazdów, coraz bardziej zaś zaczyna dokuczać huk ciężarówek przejeżdżających kilkanaście centymetrów obok nas. Jednak kiedy zapada ciemność, ich reflektory oświetlają nam drogę, więc coś za coś. Nie ma tego złego… Do hotelu dojeżdżamy o trzeciej nad ranem. Już w pokoju opieram się o ścianę i osuwam na ziemię. Żyjemy… Maryam jak gdyby nigdy nic ścieli sobie łóżko.

– Nie mówiłam ci, ze mną nie zginiesz? Jestem zawsze na wszystkie strony zabezpieczona – mówiąc to, z czoła zdrapuje hinduskie bindi, a z szyi zdejmuje tesbih, czyli islamski różaniec, do którego doczepiła chrześcijański krzyżyk.

Za chwilę z kieszeni wyciąga pistolet na kapiszony.

– A to po co?

– Na dzikie psy.

Maryam umie się zabezpieczyć od wszystkiego, z wyjątkiem religijnych fanatyków. Dlatego po prostu omija ich szerokim łukiem. Ci z Kaszan, których spotkałyśmy dwa dni później, byli wyjątkowi. W ich przypadku łuk powinien sięgać Teheranu. Tym bardziej że już lada moment zacznie się Aszura…

– Nawet nie wiesz, co o nas gadali! – mówi mi zaraz po przyjeździe do miasta. – Jutro z samego rana wracam do Teheranu i tobie dobrze radzę, zrób to samo.

Jak dobrze, że nie znam perskiego! Dzięki temu mogę szczerze włączyć się w wymianę uśmiechów i cieszyć widokiem ulic przybranych jak u nas w Boże Narodzenie. Tylko zamiast kolęd słyszę pieśni żałobne o śmierci Husajna.

– Zwróciłaś uwagę na ich rytm? Beat ma częstotliwość bicia ludzkiego serca. Słuchając takiej muzyki, łatwiej wpadasz w trans i tracisz nad sobą kontrolę. Nie wiem, co zrobią ci mężczyźni, jeśli zobaczą cię z aparatem…

Po tych słowach zapadła wymowna cisza. To znaczy taka, w której powinnam wymówić jedyne właściwe słowo… Tylko że ja nie chcę kopać tłustych irańskich tyłków w Teheranie! Chcę przeżyć Aszurę tu, w Kaszan.

– Zostaję.

Maryam nawet nie próbowała ukryć złości. Wróciła do Teheranu sama. Spotkałyśmy się jeszcze tylko raz.

Nie utrzymujemy kontaktu.

Świętowanie zaczyna się dzień przed właściwym dniem Aszury. Zatem aparat chowam pod chustę i idę na główny bazar Kaszan. Tam mijają mnie kolejne hay’yaty, czyli grupy mężczyzn, którzy śpiewają, biczują się lub biją w piersi, aż echo rozchodzi się pustymi ulicami bazaru. W ten sposób wyrażają żal za Husajnem i pokutę za grzech przodków, którzy opuścili go w drodze do Karbali. Husajn wiedział, że czeka tam na niego armia Jazida. Pozwolił więc odejść tym, którzy nie chcieli umierać.

Samo biczowanie przypomina taniec. Mężczyźni pełnym gracji ruchem wykonują uderzenia w rytm pieśni żałobnych. W tym czasie kobiety w czerni z telefonami w wyciągniętych dłoniach z pierwszej linii rejestrują każdą sekundę spektaklu. W pewnym momencie widzę, że jedna z komórek celuje we mnie. Wyciągam swój aparat i też celuję. Wymiana uśmiechów. Nie jest źle. Nagle na moim nadgarstku zaciska się czyjaś dłoń. Czuję szarpnięcie. Znowu ktoś prowadzi mnie przez tłum, ale tym razem stawia na podwyższeniu i mówi: – Stąd będziesz miała lepsze ujęcia. Rób zdjęcia i pokaż światu, że nie jesteśmy dzicy!

Już się nie boję Aszury…

Reykhane, czyli czerni czar

W Iranie każdy spacer owocuje kilkoma znajomościami. Reykhane poznałam na ulicy. Tak po prostu się uśmiechnęłam, ona odwzajemniła uśmiech, dalej poszło już jak z płatka. Z rodziną chodziła od meczetu do meczetu i przy wejściu zapalała świeczki, takie jak prawosławni zapalają przed ikonami. – Za każdym razem, kiedy zapalam świeczkę, wypowiadam życzenie.

– Ile musisz zapalić świeczek?

– Czterdzieści.

– To masz czterdzieści życzeń?

– Nie, jedno…

Czy Reykhane myślała o małżeństwie? Po babci trupie! Kobieta o filuternie zakręconych blond loczkach przetańczyłaby jeszcze niejedną noc. Tylko z kim?

– Bo mój stary już do niczego się nie nadaje! – mówi, a wszystkie kobiety dookoła wybuchają gromkim śmiechem. –  Jesteś bardzo mądra, że nie wyszłaś za mąż – dodaje. – Faceci są przereklamowani, rodzina dodaje tylko siwych włosów, chociaż życie bez dzieci… głos jej poważnieje. Babcia miała 15 lat, gdy wydano ją za mąż, urodziła sześcioro dzieci. Teraz wychowuje wnuki i prawnuki i jest szczęśliwa.

Matka Reykhane wyszła za mąż w wieku 20 lat. Urodziła troje dzieci. Nie pracuje. Reykhane ma 22 lata, studiuje farmację i anglistykę, chce na kilka miesięcy pojechać do USA na staż. A potem? Wróci do kogoś, dla kogo wkłada najpiękniejszy czador. Bo Reykhane wie, że to w czerni kobieta jest najpiękniejsza.

Farideh, Zohra, Negar i Mitrze, czyli seksowne kreacje

Nie wszystkie Iranki noszą czerń i czadory. Farideh najchętniej nosi kolorową chustę i manto, czyli płaszcz przed kolana. Też kolorowy. Mieszka w centrum Isfahanu w dwupoziomowym mieszkaniu, gdzie posiłki jada się przy stole, a na ścianie wiszą papirusy z Egiptu i reprodukcja „Ostatniej wieczerzy” da Vinci. Jej mąż pracuje w banku, syn zaś jest obiecującym architektem, który prawdopodobnie pije i pali, a na pewno nie odmawia namazu, czyli codziennej modlitwy. Nie czyta też poezji, co w Iranie zakrawa na niezły skandal! Poetów bowiem Irańczycy otaczają niemal boską czcią, zarówno współczesnych, jak i tych dawnych. Ze szczególnym namaszczeniem podchodzą do dzieł Hafeza tworzącego w XIV wieku. Niełatwo zrozumieć jego wiersze przepojone sufickim mistycyzmem. Farideh jednak próbuje, regularnie uczęszcza więc na wieczory poetyckie. Zajęcia z interpretacji wierszy Hafeza mają klasyczną, perską formę. Zainteresowani gromadzą się w altance w parku i słuchają słów poety i śpiewu ptaków.

– Na pierwsze spotkanie przyszło zaledwie kilka osób – wspomina. – Teraz nie mniej niż czterdzieści. Zatem od dwóch lat o tej samej porze Farideh zarzuca chustę i wychodzi z domu na spotkanie z kolejnymi wierszami. Ahmad, jej mąż, wie, że nie ma takiej siły, która mogłaby ją zatrzymać.

– Gdyby ajatollahowie zadecydowali, że od jutra możesz z odkrytą głową iść na spotkanie z poezją Hafeza, zdjęłabyś ją?

– Nie, chusta daje mi poczucie bezpieczeństwa. Zresztą całe życie ją noszę, dlaczego miałabym to zmieniać? Zohra, choć dużo młodsza od Farideh, również nie myśli o odkryciu głowy. Mieszka w Qom, drugim świętym mieście Iranu, a to zobowiązuje! W Qom większość kobiet nie tylko podczas Aszury ubiera się w czarne czadory. Zohra nie należy do wyjątków. Tym bardziej że studiuje teologię i ma nadzieję, że za kilka lat będzie mogła wygłaszać kazania piątkowe w kobiecej części meczetu. Póki co raz w tygodniu jako wolontariuszka oprowadza niewiernych po najświętszym meczecie w Qom, wzniesionym wokół grobu Fatimeh Masumeh.

– Ona jest dla nas tym, kim dla was jest Maryam – tłumaczy. – Przy jej grobie ogarnia mnie błogi spokój. Po prostu lubię tu przychodzić.

Masumeh, córka siódmego i siostra ósmego imama, podobnie jak Husajn zginęła z rąk sunnitów. Jej grób od razu zasłynął cudami, stąd wkrótce wyrósł wokół niego potężny meczet i jednocześnie centrum myśli szyickiej. To właśnie tu studiował Chomeini, a później wygłosił swoje pierwsze kazanie przeciwko szachowi.

– Można powiedzieć, że u grobu Masumeh powstał rewolucyjny ferment, który doprowadził do upadku dawnego reżimu – wyjaśnia Zohra.

Szał zapoczątkowanej w Qom rewolucji odcisnął się na życiu młodego wówczas Farhada. Poznałam go w Aqdzie. Sam do mnie podszedł, bo rower bambusowy działa jak magnes – przyciąga wszystkich, i to demokratycznie bez wyjątku – młodych i starych, biednych i bogatych, kobiety i mężczyzn.

– Moja córka ciągle się mnie pyta, dlaczego jej to zrobiłem – wyznaje po chwili rozmowy.

– Ale o co jej chodzi?

– Że przeze mnie musi zakrywać głowę.

– Zmusza ją pan do tego?

– Ależ skąd! Ma mi za złe, że podczas rewolucji walczyłem po stronie Chomeiniego. Negar też nienawidzi chust! Nie tylko zresztą chusta jej przeszkadza. Wszystkie nakazy i zakazy dotyczące ubrania mocno utrudniają jej życie. Bo jak ma uszyć seksowną kreację, kiedy ta musi mieć długość do ziemi i rękaw do nadgarstka? Projektantom mody trudno funkcjonować w republice islamskiej nie tylko ze względu na rygorystyczne zasady hamujące ich wenę twórczą.

– Prowadzenie sklepu w Teheranie jest bardzo drogie, nie stać nas na to. Więc trudno nam się utrzymać.

– Ale w jakiś sposób przecież sprzedajesz swoje ubrania?

– Tak, raz w miesiącu z innymi projektantami wynajmujemy mieszkanie w centrum Teheranu i robimy wyprzedaż.

– Skąd wasi klienci wiedzą gdzie i kiedy?

– Tym zajmują się agencje reklamowe. Rozsyłają do ludzi SMS-y z informacją o wyprzedaży. My płacimy tylko za liczbę wiadomości.

Negar wyrobiła sobie renomę i jakoś wiąże koniec z końcem.

– Ale i tak najlepiej sprzedają się zachowawcze projekty – mówi z goryczą i na tablecie pokazuje mocno zabudowaną stylizację. Za chwilę kolejną i kolejną, i nagle wyświetla się ikona z Matką Boską.

– Jesteś chrześcijanką?

– Nie, ale lubię patrzeć na te obrazy. Uspokajają mnie…

Oficjalny dress code również nie odpowiada Mitrze.

To typowa mieszkanka bogatszej dzielnicy Isfahanu, chusteczkę narzuca dość symbolicznie na tył głowy. Szczególnie gdy wychodzi na randkę z Madżdidem. Najczęściej idą na most Khaju, bo tam zawsze w którejś z wnęk znajdują święty spokój. Mogą się przytulić, pocałować i snuć marzenia o emigracji, do jakiegoś kraju, gdzie kobieta nie musi być madonną.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup