Zaznacz stronę

Tekst: Jarosław Mikołajewski

Antonio zaprosił mnie na Sycylię. Jadę. Ale KIM JEST ANTONIO?

Dzwoni Biagio i mówi: „Przyjedź na Sycylię. W końcu kwietnia Antonio robi swój festiwal”. Biagio Guerrera jest poetą, performerem, coraz bardziej pieśniarzem. Pisze i śpiewa w dialekcie, którego dialektem nie wolno nazywać, bo sycylijski to język. „Język – mówiono mi na studiach – to dialekt, który zrobił polityczną karierę”. Zgodnie z takim kryterium sycylijski rzeczywiście byłby tylko dialektem. A przecież jest językiem, bo: wystarczy tym, którzy nim mówią; nie musi się wspierać pojęciami z innych narzeczy; w nim albo wokół niego powstała wielka literatura. 

I nie myślę tu o dziełach noblistów – Pirandella czy Quasimodo – którzy pisali po włosku, podobnie jak Leonardo Sciascia i Giuseppe Tomasi di Lampedusa, autor „Geparda”. Myślę  o Ignazio Buttitcie, Sebastiano Burgaretcie, Biagio Guerrerze.

Wizjoner i mafia

Dzwoni więc Biagio i w imieniu Antonia Presti zaprasza na festiwal Fiumara d’Arte. A ja zaproszenie przyjmuję i 24 kwietnia ląduję na Punta Raisi, czyli w Palermo. Odbieram bagaż, dzwoni telefon. – Czekam na zewnątrz – z sycylijskim akcentem mówi po włosku ktoś, z kim za chwilę pojadę do Castel di Tusa. 

Jedziemy autostradą wzdłuż północnego wybrzeża. Po lewej co chwilę spoza żywopłotów wyłania się morze. Po prawej – góry Nebrodi, o których, od kiedy znam Sycylię, myślę, że są bardzo stare. Nie chodzi o ich geologiczny wiek. Raczej o ich zastygły rysunek. Pejzaż wygląda jak szkic wykonany piórkiem, powleczony zgaszoną farbą. Nebrodi mają w sobie znużenie starego człowieka. 

Po drodze pytam o Antonia, którego nie znam. Nie wiem, co robi, skąd ma pieniądze na festiwal poezji, ile ma lat. 

– To wizjoner – orzeka mój przewodnik. – Nie wszyscy go rozumieją. Wielu rzuca mu kłody pod nogi. Walczy z mafią, był nawet w więzieniu. 

Rozumiem, że teraz to i tak nic nie zrozumiem. Spytam Biagia.

Bezinteresowność i pieniądze 

Mijamy Cefalù. Z radością dowiaduję się, że będziemy tam czytać wiersze. Znowu chcę stanąć pod tą wielką górą, zawisłą nad morzem jak ogromna ryba, w mieście, które jest jak prowincjonalna miniatura całej sycylijskiej wspaniałości. Ciasna plaża wciśnięta w średniowieczne uliczki. Chrystus Pantokrator, nie mniej wspaniały od tego z Monreale, tylko wtłoczony w ciaśniejsze ramy miejscowej katedry. Portret Antonella w maleńkim muzeum. Pod kamiennym, rybim kolosem, który Bóg wie kiedy zastygł nad miastem w powietrzu, wszystko jest tutaj małe. Chciałbym kiedyś wspiąć się na tę rybę, na tę skałę, zobaczyć z góry poszarpany brzeg, który stare góry oddziela od starego morza: ostatni widok ludzi, którzy, jak dwa dni później opowie mi starzec pijący w barze migdałowe wino, wspinali się na szczyt, żeby umrzeć. 

Skręcamy w stronę Castel di Tusa. Dowiaduję się, że miasto Tusa jest na górze, a nad morzem, tam, gdzie jedziemy, jest Castel di Tusa, ruina baszty z wątłą linią plaży. Słyszę też wiele słów o wspaniałości i bezinteresowności Antonia. A także o tym, że bezinteresowność ceni u innych.

– Antonio – mówi mój przewodnik – współpracuje tylko z tymi artystami, którzy poddają się jego wizji i nic nie chcą za udział w festiwalach, spotkaniach. Jeśli tylko ktoś wspomni o pieniądzach, przyjaźń i współpraca skończona.

Odbieram to jako informację, że za czytanie wierszy i spotkania w szkołach pieniędzy nie dostanę. 

Kiedy skręcamy ku morzu i dojeżdżamy do kamienistej plaży z widmem niedostępnej baszty, przed hotelem widzę dwa policyjne auta. Przewodnik macha funkcjonariuszom ręką na powitanie. – U Antonia – wyjaśnia – często zatrzymuje się Rosario Crocetta…

Chichół i flafluga

Crocetta to nazwisko, które znam dobrze. O nowo wybranym szefie regionu Sycylia czytałem w gazetach, lecz przede wszystkim przypominam sobie, że opowiadał mi o nim Andrea Camilleri, powieściopisarz. I ześlizgując się myślami z Castel di Tusa na Camilleriego, zastanawiam się nad specyficzną historią jego języka. Powieści historyczne, eseje i wiersze Andrea pisze na ogół po włosku. Kryminały o komisarzu Montalbano, którym zawdzięcza sławę i pieniądze – w języku, który nie jest włoskim ani sycylijskim. Jest językiem zapamiętanym z dzieciństwa, które spędził w Porto Empedocle, zwłoszczonym przez późniejsze życie w Rzymie. 

Język Camilleriego jest przedmiotem analiz, prac naukowych, obserwacji. Również krytyki purystów języka włoskiego i sycylijskiego. Ojciec Montalbana układa swoje opowieści ze słów sycylijskich, wyspiarską składnią, wpuszczając w swoje zdania tyle włoszczyny, ile trzeba, by czytelnik, rozumiejąc doskonale narrację, ulegał złudzeniu, że słyszy język Palermo, Agrigento, Vigaty (nazwa fikcyjna, za którą kryje się Porto Empedocle).

Mam z tym językiem swoją prywatną przygodę. Tłumaczyłem cztery powieści o Montalbano, a praca nad spolszczeniem nieoczekiwanie otworzyła mi furtki do dzieciństwa mojego nieżyjącego już ojca. Przykład? Proszę. Otóż w przerwach w pracy komisarz z Vigaty miał zwyczaj robić coś, co Camilleri oddał po sycylijsku czasownikiem „tambusiare”. Czyli nic nie robić. Tracić czas na bezproduktywnym przechodzeniu z kąta w kąt. Kiedy tłumaczyłem pierwszą powieść z cyklu o Montalbano, „Kształt wody”, przyszło mi do głowy, że tata to nicnierobienie nazywał smytłaniem. „Co się tak smytłasz?”, pytał, kiedy miał wrażenie, że nic nie robię, tylko się kręcę po domu. I tak, szukając języka dla przekładu Camilleriego, odgrzebałem tę prowincjonalną rzeczywistość, której się wstydziłem przed kolegami ze szkoły. Język ojca. Język Sochocina, w którym się urodził, i Płońska, w którym mieszkał do wojny. Ojciec nie kładł się w cieniu, tylko szedł do cigędzi. Kiedy chciał nas poinformować, że jest brzydka pogoda, mówił, że jest chichół (deszcz zacinany przez wiatr) albo flafluga (coś jak mżawka, ale bardziej dosadna). U Camilleriego nie znajduję tak bogatego wachlarza słów na określenie deszczu, chociaż na deszczu Sycylijczycy się znają, i Camilleri wpuszcza do swojej fikcji trochę miejscowej mądrości, zrośniętej z wiedzą o ludziach i ziemi. W powieści „Kryjówka” babcia bohaterki tłumaczy jej, że są trzy rodzaje deszczu: dobry, zły i głupi. „Głupi – wyjaśnia – niczego nie załatwia. Ledwie zrasza powierzchnię ziemi, ale tak słabo, że ta nawet nie odczuje ulgi. A wręcz przeszkadza, bo coś obiecuje, a potem niczego nie spełnia, wywołuje pragnienie dobrej, świeżej wody, a potem go nie syci. (…) Dobry jest ten, który, gdy nadejdzie odpowiednia chwila, czyli kiedy ziemia go potrzebuje, od pierwszych kropel jest mocny, soczysty, stanowczy. I trwa nieprzerwanie przez wiele godzin. Ziemia bardzo lubi ten rodzaj deszczu. Bo nie tylko obmywa jej skórę, lecz wchodzi w nią coraz głębiej, sięga korzeni, nawet te zapuszczone najdalej, które odradzają się, dostają nowej energii. Również nasiona, które tylko na niego czekają. Szczęśliwe, wszystkie się zaczynają otwierać. Krótko mówiąc, dobra woda przynosi wiosnę. (…) Zły deszcz jest wściekły, gwałtowny, złośliwy. Jest tak potężny, że zrywa liście z gałęzi, obcina główki kwiatom, depce trawę. Przynosi wiele złego i nic dobrego. A czasami zmienia się w grad. A grad jest już bardzo zły, bo niszczy wszystkie plony”. 

Dialektem deszczu jest tutaj nie język, lecz stopień wtajemniczenia tych, których on moczy, ich uwaga dla wydarzenia, jakie za jego sprawą się staje. 

Tłumacząc słowa Camilleriego na mowę ojca, zacząłem rozumieć, po ilu latach! – przecież już tłumaczyłem wcześniej z dialektu, choćby z friulańskiego, w którym Pasolini pisał pierwsze i ostatnie wiersze – jaką sprawę w języku włoskim załatwia dialekt, doceniłem też eksperyment językowy Camilleriego. Zrozumiałem, że dla pisarzy, którzy znając włoski, piszą w dialekcie, narzecze własnego regionu to wybór precyzji i bliskości. W dialektalnych słowach, jak w płońskich wtrętach taty, jest nie tylko „co”, lecz i „jak”, w dodatku oswojone, ocieplone pamięcią dzieciństwa, bezpiecznego, skupionego na samej istocie rzeczy.   

Polityka i ideologia

„Wobec braku wyraźnej przewagi politycznej – mówił Camilleri zdesperowany tym, że ostatnie wybory nie wyłoniły wyraźnej większości – na Sycylii Crocetta odrzuca ideologię, ograniczając swój program do kilku jasnych, wyrazistych propozycji: reforma prawa wyborczego, prawo o unikaniu konfliktu interesów, przywrócenie zasady, zgodnie z którą ludzie karani i objęci dochodzeniem nie mogą wejść do parlamentu, cięcia wydatków na politykę. To jedyna nadzieja na dzisiaj: składać skromne projekty i iść powoli do przodu z pomocą parlamentu, który dotychczas kolejne rządy trzymały na uboczu…”. 

– Crocetta – mówi mi później jeden ze współpracowników Antonia – zamieszkał w Castel di Tusa na czas wyborów, od wyborów minęło pół roku, ale on stąd się nie ruszył. Przyjeżdża praktycznie co wieczór. Patrzy na morze, spaceruje, odpoczywa, je kolację, śpi, a rano wraca do Palermo. Na pewno go spotkacie.

Postęp i zbawienie

Antonio Presti ma ponad pięćdziesiąt lat. Jest szorstki, władczy, ironiczny, przewrotny. Nieodgadniony. Jego uśmiech i żart to dla rozmówcy coś w rodzaju łaski. Chyba długo trzeba, żeby się z nim zaprzyjaźnić albo chociaż wejść w porozumienie. Nie mam czasu, by przeprowadzić aż tyle. Mogę tylko zbierać kamyczki do bardzo ułomnej mozaiki.

Od poetów, których na tę edycję zaprosił w jego imieniu Biagio, oczekuje, by czytali podczas trzech wspólnych wieczorów, w Tusie, Cefalù i w Agrigento. Mamy też odbyć kilka spotkań 

w okolicznych szkołach. Skład pisarski jest świetny. 

Antonella Anedda – urodzona na Sardynii, mieszkająca w Rzymie. Uznawana za najlepszą dzisiaj poetkę włoską. Znam ją od przeszło dziesięciu lat. Czytaliśmy razem kilkakrotnie, 

w różnych miejscach. Kiedy pracowałem w Instytucie Polskim w Rzymie, w rocznicę urodzin Czesława Miłosza ją właśnie, jako jedyną przedstawicielkę Włoch, zaprosiłem do lektury w Pałacu Dożów. Kocha Szymborską, czytała wiersze Noblistki na rzymskim wieczorze, w dniu Jej pogrzebu. Jeszcze bardziej kocha Herberta, kilka własnych wierszy napisała z inspiracji jego poezją. 

Franco Arminio – pisarz spod Avellino w Irpinii, który sam siebie określa mianem „paesologo”, co można by określić przydługo jako „poeta własnego miejsca na ziemi”. Epigramatyczny. Skrótowy, antyretoryczny, efektowny. Wielką sławę we Włoszech przyniosła mu telewizyjna deklaracja Alberto Saviana, który wskazał go, obok Szymborskiej, jako ulubionego poetę. Wśród wierszy, które przeczyta, są i takie:

 

Strasznie się szamocę.
Jestem czymś w połowie
między oceanem a gnidą.

albo: 

Niosę do ciebie oczy
jak chłopi znoszą winogrona
do piwnic.

albo: 

W środku zimy
motyl twojego głosu.

Antonella i Franco są w moim wieku, mają niewiele ponad pięćdziesiąt lat. Sebastiano Burgaretta, Sycylijczyk z Avoli, jest starszy, urodził się w 1946 roku. Pisze głównie w dialekcie, czyta swoje wiersze głosem antycznym. To mógłby być głos Homera, Sofoklesa. W etnicznej i kulturowej mieszance Sycylii odnalazłby się łatwiej w rodowodzie greckim niż arabskim czy normańskim. Jeśli na Wyspie występuje w przyrodzie i w miastach ludzki model miękki, dwuznaczny, mafijny, istnieje też model spiżowy. Sebastiano – Iano – jest cały ze spiżu. Ma niewzruszony etos człowieka honoru. Przy tym w każdym swoim włóknie jest chrześcijaninem. Wierzy, że do słowa powołuje go Bóg, żeby przypadkowi dać logikę zbawienia. Ach, jak bardzo wkurwia to Franca! Mówię „wkurwia” świadomie, bo inaczej tego oddać nie można. 

Daj teraz, Panie, by sługa Twój
powrócił do miary codziennej.
Drżeć już bardziej nie umie.
Bezużyteczne dla Ciebie jego dzieła,
więc weź, jeśli możesz, jego posłuszeństwo…

– Jak ty możesz pisać takie wiersze?! – wydziera się Franco, chociaż otwarta krytyka cudzej poezji nie należy do poetyckiego obyczaju. – Powiedz czasem „kurwa”, „dupa”. Napisz o tym, jak się kochasz, jak patrzysz na kobiety…

– Moje zadanie – odpowiada Iano – to zbawiać Ciebie. Nic nie jest przypadkowe. To, że się spotkaliśmy, Ty, który mówisz, że nie wierzysz, i ja, który cały żyję Chrystusem, to też nie jest przypadek. Ja muszę spełnić tę misję.

– Pierdol się – rzuca Franco. 

Franco i Iano są jak ziemia i niebo, woda i ogień. Jak strony archaicznych kontrastów. Wierzą w nieuchronność i obowiązek walki, nieustępliwości, nieprzemilczenia.

– Już pisz w dialekcie – mówi Franco do Iana.

– Bo Franco wierzy w coś takiego, w co wierzy wielu poetów na świecie, czyli w postęp. W to, że na początku XXI wieku nie można już pisać tak, jak się pisało przed wojną. A Sebastiano Burgaretta wierzy w równoczesność i równorzędność poezji dawnej i nowej. Dla Arminia Burgaretta nie istnieje. Dla Burgaretty Arminio jest krajem misyjnym… 

Łóżko i ryzyko

– Proszę, wybierz sobie pokój – mówi współpracownik Antonia Presti. – Prawie wszystkie są jeszcze wolne. 

Chodzę po apartamentach hotelu nad morzem jak po czeluściach snu natchnionego szaleńca. Pokoi jest kilkadziesiąt, każdy zaprojektował i wykonał inny artysta. W części z nich nie dałoby się jeszcze wytrzymać, bo wypełnia je zapach świeżej farby olejnej. Każdy pokój ma swojego patrona. Jest pokój Conrada, Pasoliniego. Większość patronów to sycylijscy pisarze. Ja śpię w pokoju Vincenza Consolo. Wybieram go, bo wydaje mi się najzwyklejszy. Łóżko jest tu okrągłe, okrągły materac w cementowym okręgu. Woda z prysznica leci przez miedziane rury, poskręcane jak korzenie w Kazimierzu nad Wisłą. Moje okno nie wychodzi na morze, tylko na ściany domów, pomiędzy którymi w mgiełce wyzwalanej przez wiosenny upał majaczą wzgórza. Ich zieleń ożywiają dzikie kwiaty. Przypominam sobie, jak po godzinie jazdy przez Sycylię Wisława Szymborska zapytała mnie, czy wszystkie kwiaty na Sycylii są żółte, i gdzie można zobaczyć niebieskie. Pytanie zostało bez odpowiedzi. 

– Najbardziej ryzykownie – mówi przewodnik – śpi się chyba na łóżku trójkątnym jak obrys Sycylii. – Trójkąt jest znacznie większy niż człowiek, żeby zmniejszyć ryzyko uderzenia głową o cementową ramę.

Opowiadam o moim pokoju Antonelli. 

– Ja poprosiłam o zwykły apartament, nieartystyczny – mówi 

z uśmiechem Anedda, delikatna i elegancka. 

Masakra i sztuka

– Antonio – opowiada Biagio, kiedy jedziemy na spotkanie 

w szkole w Mistretcie, wysoko w górach – odziedziczył ogromny majątek po ojcu, który rządził całą okolicą. 

Pokazuje mi ohydne osiedle z cementu, które przesłania domyślne góry i  przełęcze. Cement domów mieszkalnych i autostrad jest na Sycylii symbolem degeneracji pejzażu i życia. Nie uprzedzają o nim przewodniki ani artystyczne eseje. Przed jego potwornościami stajesz nieuprzedzony. Próbujesz go nie dostrzegać, ale on jest – jedyna wizytówka, jaką pozostawia po sobie mafia.  

– To wszystko wybudował właśnie ojciec Antonia. Był właścicielem firmy budowlanej. Mafioso jakich mało. Antonio, żeby się odciąć od tej cementowej masakry krajobrazu dokonanej przez ojca, wydał większość spadku na Fiumara d’Arte – Artystyczną Rzekę.

Rzeka, a raczej jej wyschnięte koryto, to długi szlak rzeźb i instalacji. Ci, którzy jadą autostradą wzdłuż północnego wybrzeża, za Castel Tusa widzą ogromne koła, trójkąty, okna. To realizacje postawione za pieniądze Antonia przez włoskich i zagranicznych artystów. Nad krajobrazem króluje nacięta piramida na wzgórzu, przez której szczelinę w dzień przesilenia letniego wpada snop promieni. Kiedy nikt mi nie tłumaczy jej symboliki, robi na mnie wrażenie. Pod piramidę, na zaproszenie Antonia, przychodzą wtedy tysiące ludzi. Uczestniczą w rytuale, w zbiorowej gloryfikacji życia.

Poeta i rymy

– Przyjechał do was poeta z Polski – mówi Antonio do szkolnej młodzieży w liceum hotelarskim. – Z kraju, w którym wolność nie była rzeczą daną raz na zawsze. Oni musieli ją sobie wywalczyć… 

Nie uprzedzał mnie ani on, ani Biagio, lecz w końcu rozumiem, po co był im potrzebny polski poeta. A teraz oczekują, że sprostam oczekiwaniom. Opowiem, jak Polacy walczyli podczas drugiej wojny światowej i o tym, jak doprowadzili do upadku muru berlińskiego. O „Solidarności”.

Mówię, jak umiem. Potem proszą, bym czytał wiersze. Na koniec oni – licealiści – czytają własne utwory, inspirowane włoską konstytucją. O tym, co to znaczy, że republika jest oparta na pracy. O tym, że każdy ma do niej prawo. Jedni napisali swoje wiersze w dialekcie, inni „w języku”. To nie jest dobra poezja. Zdumiewa mnie, że włoscy uczniowie wciąż jeszcze utożsamiają poetycką wypowiedź z rymami. Tak czy inaczej, same myśli licealistów są ciekawe, czuje się, że wyrosły z ich życia.

– Jak pan myśli… – pyta mnie jeden z nich. – Czy mamy prawo oczekiwać od tych, którzy przyjeżdżają tu z Afryki, Albanii, Rumunii, żeby się zachowywali jak ludzie?…

Chłopak jest wściekły. Mówi, że Liga Północna słusznie chce strzelać do imigrantów. Antonio w mig rozumie, że nie wypada mi polemizować, więc mnie wyręcza. Opowiada o latach, kiedy to Włosi emigrowali i żebrali na świecie o pracę.

Kiedy wracamy samochodem, Antonio przez telefon ciężko ochrzania współpracownika, który czegoś tam nie dopełnił. Potem mówi mi, że wieczorem będzie na kolacji Crocetta.

Poezja i skały

25 kwietnia, w święto wyzwolenia Włoch od faszyzmu, cały dzień spędzamy na plaży. Na wprost hotelu, z nabrzeża, jak potężny chlust zastygłej piany wyrastają skały. Siadamy pod jedną z nich, na kamieniach. Czytamy wiersze na zmianę, po jednym. Jest wietrzny upał, szum fal zaciera nasze dykcje, tłumi stojące za słowami obrazy. Zawiązuje się między nami coś, co w nadziei, że nikt mnie nie wyśmieje, chciałbym nazwać braterstwem. Prócz mnie Antonelli, Iana i Franca są Biagio, Angelo Santangelo, Vincenza Scuderi, Ignazio Sauro. Poeci sycylijscy, różniący się wszystkim – postawą, wiarą, akcentem – nawet wtedy, gdy czytają we wspólnym języku. Jedni są z Katanii, inni z Avoli, z Gangi. „Idda…” – „Ona…”, czyta Biagio swój migotliwy poemat i, jak w każdym jego wierszu, melodia wyrasta ponad słowa. Lektura staje się śpiewem. Wreszcie Biagio wstaje i śpiewa do słońca, twarzą do odległej piramidy na wzgórzu. I to, co wydawało mi się emfazą, śmiesznością, przybiera formę świętej formuły, modlitwy tej ziemi.  

Mafioso i wariat

Siedzimy w barze z Gianfrankiem, przyjacielem Antonia. Podchodzi kelner, pyta, co tu robimy.

– Jesteśmy u Prestiego.

– To wariat – zaśmiewa się kelner. – Kompletny wariat. Jego ojciec to był dopiero gość.

– Przecież to był mafioso – odpowiada Gianfranco. – A Antonio wychowuje młodzież, opowiada dzieciom o konstytucji, stawia rzeźby…

– Ja tam nie wiem – kelner aż się zatacza ze śmiechu. – Ale to wariat i już.

Crocetta i Berlusconi

Na kolacji z Crocettą są tylko poeci. Antonio, który z administratorem Sycylii jest w ewidentnej przyjaźni, napędza rozmowę, wytwarza aurę biesiady, po czym znika. Jest jak inscenizator, który podaje tonację spektaklu, zaciera swoje ślady i patrzy przez ukryte okienko, w którą stronę zmierza rozpętana idea.  

Mieć Crocettę przy stole to dla Włochów gratka. To czołowy polityk Partii Demokratycznej. Mówi się, że wyjedzie z Sycylii, stanie do wyborów narodowych, wygra i będzie premierem. On siedzi pośrodku długiego boku stołu, ja siadam na szczycie, czyli najdalej. Niech bliżej usiądą ci, którzy wiążą z nim nadzieje, mają do niego sprawę albo pretensje. 

Ignazio Sauro, bibliotekarz z Gangi, skarży się na brak pieniędzy na zakup książek. Ale to wstępny temat, faza kurtuazji. Włochy są w nazbyt delikatnym i drażliwym momencie, żeby rozmowa z tak wpływowym politykiem koncentrowała się na czytelnictwie. W wyborach narodowych trzy partie dostały tyle samo głosów, panuje klincz. Misję utworzenia rządu dostała Partia Demokratyczna, w której Crocetta należy do liderów. Powoli już dochodzi do wszystkich, że istnieją dwie drogi: nowe wybory albo rzecz, która jeszcze wczoraj byłaby nie do pomyślenia, choć niebawem okaże się faktem, czyli koalicja centrolewicy z Ludem Wolności, partią Berlusconiego. Dla wielu Włochów to gorsze niż powojenny udział faszystów w demokratycznym rządzie. Upadek ideałów. Koniec lojalnej postawy wobec państwa. 

– Tylko nie Berlusconi! – woła Franco Arminio, z początku nieśmiało. 

Crocetta, który jest zwolennikiem jakiejkolwiek koalicji, która doprowadzi do wyłonienia rządu, odpowiada nerwowym tikiem. 

Franco, jak wielu, czuje się skazany na Partię Demokratyczną. Bo jeśli nie ona, to kto. Ale nie mieści mu się w głowie, że głosując na PD, mimowolnie głosował na znienawidzonego Silvia. 

– Podajcie się do dymisji! – krzyczy coraz głośniej. Siedzi po tej samej stronie, co administrator regionu. Rozdzielają ich dwie osoby. Nie patrzą na siebie.

– Bersani, Renzi, pan, panie Crocetta!… Do domu! – woła Franco w stronę siedzącego na wprost Sebastiana. 

– Dlaczego nie dopuścicie kogoś takiego jak Scarpa! – wrzeszczy.

Crocetta rzuca serwetkę.

– Od początku wiem, że twoim idolem jest Scarpa! – wybucha Crocetta. – Od przedwczoraj to wiem, kiedy podszedłeś, żeby się przedstawić! I niby co?! Wolisz nowe wybory, tak?! Wtedy to dopiero wygra Berlusconi! Większość absolutna i będzie rządził, jak chce!

– To już lepiej, niż robić nas w chuja! 

– kwituje Franco.

Ani razu nie spojrzeli na siebie.

Rządzenie i nierządzenie

Rosario Crocetta jest symbolem przemian. Na machistowskiej Sycylii jest pierwszym gejem w roli wojewody. Lecz jest również dowodem na poparcie tezy Matteo Collury, pisarza, który uciekł z Sycylii, by mieszkać w Mediolanie: „Nosicielami mentalności mafijnej są tutaj nawet ci, którzy deklarują, że są wrogami mafii. Przyjrzyj się, jak pozwalają sobie służyć, z jakim upodobaniem poddają się uwielbieniu”.

„Rządzić jest nawet lepiej, niż pierdolić”, głosi sycylijskie przysłowie, i dobrze to widać po zachowaniu Crocetty. Kiedy je, to tak, by nie narażać się na najmniejszą fatygę. Nie odrywa rąk od stołu, posługuje się nimi tylko od łokcia. Kiedy przestaje ruszać przedramieniem, to znak, że trzeba zacząć mu służyć. I jego przyboczny – chyba również sekretarz, lecz przede wszystkim podnóżek – natychmiast rusza z pomocą. W lot odgaduje, czy panu potrzebna jest chustka, wino czy nowy talerz. To nie jest tylko cecha demokraty Crocetty. Widziałem ją u demokratów profesorów, demokratów dziennikarzy, demokratów pisarzy. I żadnemu nawet nie przychodziło do głowy, że baronacki sznyt, z jakim podają się innym, czekając na ich służalczą krzątaninę, kłóci się z ideą równości. 

Więzienie i rzeźby

– Za co Antonio siedział w więzieniu? – pytam jego współpracownika.

– Za stawianie rzeźb bez pozwolenia. Z tego samego paragrafu co nielegalne budownictwo mieszkaniowe.

Mewy i życie

Crocetta nie pojawił się już do końca naszego pobytu. Nie przyszedł na żaden z wieczorów poetyckich, na które przychodzili natomiast uczniowie naszych szkół. I znowu czytaliśmy na zmianę, po kilka wierszy. Ale nie tylko my. W Castel di Tusa, w Cefalù, w Agrigento dochodzili do nas tak zwani miejscowi poeci. My dostawaliśmy brawa, ale oni większe. Na nas przychodziło może po sto osób, a na nich po dwieście – rodziny, sąsiedzi, koledzy z pracy. 

– Po kiego grzyba oni rymują?! – zżymał się Franco. – I wszyscy piszą o mewach! Czy w twoim życiu mewa odgrywa jakąś rolę?! W moim żadnej! Mewy nie istnieją! Co robią w szkołach pieprzeni nauczyciele, że o tym nie uczą?!

Gdziekolwiek byśmy byli, Iano recytował siebie niewzruszony:

Piękno tego świata spoczywa
w chłodzie, pod kamieniem złożone…  

Ignazio czytał powoli, intymnie, ochrypłym głosem:

Z jakiej to winy się wypłacam żyjąc, 
a może to życie jest winą?
Krew, którą mój dziadek 
sypnął jak wiatrem
wciąż mi się ślizga po kalendarzu
i tak będzie pewnie do dnia ostatniego
ostatniego roku…

Śmierć i dzieciaki

Zanim rozstaliśmy się w Agrigento, Franco mówi:

– Dzisiaj znowu boję się śmierci. Tak jest codziennie: wstaję 

i boję się śmierci. Albo nie wstaję, bo się jej boję. Gdyby istniał ten cały Bóg Sebastiana, na jakiś czas zarządziłby rozejm. Powiedziałby coś w rodzaju: „W piątek się nie umiera”. Wtedy w piątek rano wstawałbym bez strachu, aż do wieczora.

Kiedy z Ianem żegnam się pod Katanią, objaśnia mi prawa kwitnienia kolejnego kwiatu na polach Sycylii. 

Przed odlotem, na kilometr przed lotniskiem, Biagio pokazuje mi Librino, cementowe osiedle, w którym Antonio Presti wykupił wiadukt i oddał dzieciom, żeby miały gdzie malować i układać mozaiki na ścianach. 

 

Biagio Guerrera

po sycylijsku

SPIRITU RU VENTU 
Spiritu ru ventu
Spiritu ra matri
Spiritu ca curri 
je nun si runa paci
Spiritu ra notti
Spiritu ru vinu
Spiritu ca curri
intra ssu jardinu 

ci su aceddi r’oru ca cantunu
e u tempu si fermau ‚ncantatu…
ci su aceddi r’oru ca cantunu
e u tempu si fermau ‚ncantatu…

Spiritu ra notti
Spiritu bbamminu
‚nsignimi ssu cantu
ppi ghiriti vicinu 

tłumaczenie na włoski

SPIRITO DEL VENTO 
Spirito del vento 
Spirito della madre 
Spirito che corre 
e non ha pace 
Spirito della notte  
Spirito del vino 
Spirito che corre
in questo giardino 

ci sono uccelli d’oro che cantano 
e il tempo si fermò incantato… 
ci sono uccelli d’oro che cantano 
e il tempo si fermò incantato…  

Spirito della notte
Spirito bambino
insegnami questo canto
per venirti vicino

tłumaczenie na polski

DUSZA WIATRU
Duszo wiatru
Duszo matki
która pędzisz
bez wytchnienia
Duszo nocy
Duszo wina
która pędzisz
po ogrodzie 

w krąg fruwają złote ptaki 
aż czas stanął oniemiały… 
w krąg fruwają złote ptaki 
aż czas stanął oniemiały…  

Duszo nocy
Duszo dziecka
ty mnie naucz swojej pieśni 
bo chcę zbliżyć się do ciebie

Numer 3/2013

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2013.

Kup