Zaznacz stronę

Tekst: Krzysztof Varga

Właściwie po co jechać do Suboticy, lekko zapyziałego miasta w północnej Serbii, gdzie czuć jeszcze i XIX wiek, i czasy Tito, i Miloševicia wraz z jego wojną, która rozpirzyła w drobiazgi Jugosławię. A wszystko to czuje się jakby nie do końca, powierzchownie

W Suboticy tak naprawdę niczego nie daje się poczuć w pełni, a jedynie powierzchownie, chodzi się po tym mieście i nie do końca je pojmuje, poznaje się je, ale nie poznaje się go naprawdę, dlatego że wszystko jest tam podskórne, ukryte – niby nie ma żadnej tajemnicy, ale przecież czujemy wyraźnie, że jakaś tajemnica tam się skrywa.

Po co jechać do tego miasta w płaskiej jak naleśnik Wojwodinie, tuż przy węgierskiej granicy? Po co w ogóle opuszczać Węgry, skoro mam tam wszystko, czego potrzebuję, wszystko, w czym mogę się pławić i na co chorować, i wszystko, za czym umiem tęsknić, bo nawet przecież będąc w Budapeszcie, umiem melancholijnie tęsknić za Budapesztem – niby paradoks, ale wcale nie do końca. A jeśli już koniecznie opuszczać Węgry i jechać na południe, to nie lepiej ledwo kawałek dalej, do Dalmacji na przykład, gdzie nawet słońce wydaje się jaśniejsze, owoce bardziej soczyste, wino przyjemniej szumi w głowie, a ciepłe morze wręcz łasi się do stóp?

No dobrze, ale byłem przecież tam już parę razy, nad morzem, i jadłem jego owoce, a w Suboticy nigdy wcześniej nie byłem. Poza tym, właściwie to jadąc do Suboticy, wcale nie opuszcza się Węgier. Lecz o tym za chwilę.

Wszystko to dlatego, że postanowiliśmy z Andrzejem wyskoczyć na majowy weekend do Suboticy, aby pokłonić się cieniom Danilo Kiša, być może największego XX-wiecznego środkowoeuropejskiego prozaika. Taką mieliśmy literacko-podróżniczą małą fantazję. Zbyt mało ludzi pamięta o Danilo Kišu, a więc na tych, którzy pamiętają, ciąży pewna literacka odpowiedzialność, by przypominać Kiša, czytać Kiša i mówić innym o Kišu, a także by choć raz pojechać do miasta, w którym się urodził. Kiš urodził się w Suboticy w 1935 roku i był serbsko-węgierskim Żydem. To trudno w tamtych okolicach wybaczyć. Myślę, że jugosłowiańska literatura XX wieku nie miała większego pisarza.

Poza tym to blisko z Wołowca, jakieś pięć godzin samochodem, i to właściwie prawie wciąż autostradami. Oczywiście autostradami przez Węgry, bo najpierw trzeba zrobić te zbyt długie sto dwadzieścia kilometrów przez Słowację, a akurat we wschodniej Słowacji jest tylko trzydzieści kilometrów autostrady między Preszowem a Koszycami, którą i tak omijamy lokalną drogą, żeby nie kupować winietki. Winietki kupuje się na dziesięć dni, krótszych nie ma. Kupować dziesięciodniową winietkę, żeby przejechać trzydzieści kilometrów, byłoby jednak już co najmniej rozrzutnością, jeśli nie szaleństwem. Zresztą znam tę drogę na pamięć, w końcu ileż to razy jechałem na Węgry przez Preszów i Koszyce, a potem wjeżdżałem już na węgierską krajową trójkę, dojeżdżałem do Miszkolca i dalej pędziłem autostradą M3 do Budapesztu. I teraz zrobiliśmy tak samo, tyle że ja zostawiłem swój samochód w Wołowcu i wsiedliśmy do szarego volkswagena Andrzeja, przetelepaliśmy się przez smutne słowackie miasteczka, w których nic się nie zmieniło, od kiedy po raz pierwszy tamtędy przejeżdżałem lata temu, bo właściwie w tamtych rejonach Europy stałość jest najwyższą wartością i tylko usiłują ją co jakiś czas zakłócić nowe supermarkety wielkich sieci czy stacje benzynowe gigantycznych koncernów, lecz poza tym co ma trwać, to trwa spokojnie z tą swoją środkowoeuropejską melancholią i uporem. Jechaliśmy więc przez słowackie wsie, mijając cygańskie obozowiska, znad których jak zwykle unosił się dym palenisk, a potem granica, trójka, po prawej stronie Miszkolc, który zasługuje na osobną małą opowieść, a gdy dojeżdżaliśmy już do Budapesztu, to odskoczyliśmy na obwodnicę M0, by dojechać do M5 na Szeged. I jechaliśmy tą prawie pustą obwodnicą przez zielone, lekkie wzniesienia, nie widząc nawet skrawka Budapesztu. I Budapeszt też oczywiście zasługuje na wielką osobną opowieść, lecz ponieważ do niego nie wjeżdżaliśmy, to powiem tu teraz tylko, że tam też trwałość jest wielką wartością, przynajmniej dla mnie. I wiem, że nieprędko będę w Budapeszcie, i to bardzo dobrze, bo mogę go za to wspominać, będę za to niedługo w Miszkolcu, i to też jest dobre, choć już jednak mniej.

A potem wskoczyliśmy na M5 i jechaliśmy przez melancholijne płaszczyzny środkowopołudniowych Węgier, aż do Szegedu, bo postanowiliśmy zatrzymać się tam na obiad, czyli na zupę rybną, w Körössy Halászcsárda nad Cisą, gdzie dla dwóch osób podają zupę rybną (a właściwie, by być ścisłym – zupę rybacką) w czymś na kształt niewielkiego wiadra – porcje na Węgrzech nieodmiennie są ogromne. I nalewaliśmy ją sobie z tego wiadra do talerzy, dopychając się – jak każe węgierski zwyczaj – wielkimi pajdami białego chleba. Tuż obok nas spokojnie płynęła i trochę cuchnęła Cisa, druga spośród węgierskich rzek po Dunaju, a właściwie pierwsza, bo tylko węgierska. Bo przecież Dunaj jest taki internacjonalistyczny, kosmopolityczny. Suną nim statki wycieczkowe i barki z Austrii, Słowacji, Rumunii, zaś Cisa jest tylko węgierska i prawdziwie węgierska. Cisa pachnie Węgrami, a ryby pływające w Cisie, a potem lądujące w garnkach, są rybami węgierskimi. Jak się złapie rybę w Dunaju, to przecież nie wiadomo, czy to nie słowacka ryba na przykład, która przypłynęła z niedalekiej Bratysławy. I nagle na brzegu wiadra wylądowało z bezgłośnym plaśnięciem ptasie gówienko wypuszczone z drzewa nad nami; prawie wpadło nam do zupy, ale że jednak nie wpadło, ale rozbiło się na brzegu, to dalej nurzaliśmy chochlę w wiadrze z rybnym wywarem i kawałkami suma i dorzucaliśmy sobie do niej talarki surowej ostrej papryki i zagryzaliśmy wielkimi pajdami białego chleba, czyli mówiąc krótko: było dokładnie tak, jak ma być na Węgrzech. Ponieważ kiedy jestem na Węgrzech, w kwestiach jedzeniowych staję się radykalnie węgierski, wszystko, co niewęgierskie, mnie mierzi, wszystko, co ma jakiś sznyt kuchni międzynarodowej, odrzucam z obrzydzeniem. Jem dania wyłącznie klasycznie węgierskie, co przy dłuższych pobytach wpędza mnie początkowo w melancholię, a więc stan dla węgierskości podstawowy, a po jakimś czasie w depresję, i zaczynam wtedy pojmować, że czas wrócić nad Wisłę i zacząć leczyć nie tylko nadwyrężone węgierską kuchnią wnętrzności, ale i ociężałą duszę.

Jeśli zaś chodzi o ptasie gówienko, nie wykluczam, że zostało zrzucone na nas z premedytacją; może siedzący gdzieś ponad nami w liściach ptak usłyszał, że rozmawiamy po polsku, i przypomniało mu się, że Polacy, nie wiedząc, że w węgierskim głoski „s” i „sz” wymawia się odwrotnie niż w polskim, mówią, że jadą do „szeged” zamiast do „seged”, a więc mówią po prostu „twoja dupa”, bo tak się słowo „szeged” tłumaczy. Należy więc pamiętać, że to umiarkowanie piękne, ale mające swój osobny klimat XIX-wiecznego miasta garnizonowego jedno z większych miast Węgier nazywa się w polskiej wymowie „Seged”. 

A więc jeśli jesteście, bracia Polacy, akurat na Węgrzech, to wpadnijcie na chwilę do „Segedu” i spędźcie w „Segedzie” parę sycących chwil nad wiaderkiem zupy rybackiej. Choć możecie pojechać też na zupę rybacką do niedalekiego miasta Baja, gdzie w lipcu każdego roku odbywa się festiwal zupy rybackiej. Właściwie to można jeździć po Węgrzech trasą karczm rybnych, tak jak gdzie indziej podróżuje się trasami wyznaczanymi przez okręgi winne. Przewaga Węgier polega na tym, że trasami poprzez okręgi winne także można podróżować, choć już nie na wschód od Cisy. Cisa jest jak limes oddzielający żyzne w winorośl Węgry od tych stepowych, płaskich, gdzie wina się nie robi i gdzie nizinna melancholia jest większa, bo pozbawiona szlachetnego sznytu, jaki daje bogactwo wina.

Po zupie ruszyliśmy ku granicy, te właściwie parę kilometrów. Kiedyś nie mogłem przyzwyczaić się do braku kontroli na europejskich granicach, teraz nie mogłem przyzwyczaić się do kontroli, gdy staliśmy w kolejce samochodów. Ja, który właściwie nie opuszczam Europy i co najwyżej pokazuję dowód osobisty na lotnisku, teraz stanąłem w całkiem sporej kolejce – opuszczaliśmy Unię Europejską. Właściwie to miało swój sens i urok, nadawało tej krótkiej podróży inny wymiar, wagę, stawała się przez to nie weekendowym wypadem, ale poważną wyprawą, choć przecież nie musieliśmy mieć wiz, a serbski celnik machnął tylko ręką, byśmy jechali, opuszczanie Unii jednak jest namiastką dalekiej wyprawy, jakże szybko przyzwyczaiłem się do tego, że jestem obywatelem Europy i nie przekraczam żadnych prawdziwych granic, zbyt łatwo mi przyszło się do tego przyzwyczaić.

W drodze powrotnej znów chwilę staliśmy, Węgrzy bebeszyli skrupulatnie samochody, nie tylko serbskie, każąc niektórym zjeżdżać na bok, ale też austriackie i rodaków, nam kazali otworzyć bagażnik, zapytali się, czy wywozimy papierosy, i kazali jechać. Z jakąś dziwną satysfakcją obserwowałem, jak na bocznym pasie trzepią dwa austriackie samochody, każąc wyjmować im jakieś bambetle, była w tym moja osobista mściwość, gdy przypomniałem sobie dawne przekraczania granicy austriackiej i wszelkie upokorzenia, jakich doświadczałem.

Subotica po węgiersku to Szabadka, do pierwszej wojny światowej leżała w granicach Królestwa Węgier, ale na mocy układu w Trianon z czerwca 1920 roku, który na zawsze zakończył żywot C.K. Monarchii, znalazła się w granicach Serbii, tak samo jak niedaleki Nowy Sad – Újvidék. Węgierska mniejszość w Wojwodinie jest ogromna, a w Suboticy to jest już większość, tutaj Serbowie są mniejszością, węgierski słychać na każdym kroku i od pewnego momentu, jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, zaczynam zagajać po węgiersku; węgierskie napisy są wszędzie, większość sklepów ma podwójne nazwy, na przykład piekarnia, gdzie przaśna, rumiana blondyna mówi po węgiersku, lecz jej uroda jest zdecydowanie słowiańskiej proweniencji. Jadaliśmy więc w tej piekarni na ulicy Gorkiego na śniadania bułki i zapijaliśmy je jogurtem, narzekając, że tamte w Sarajewie kilka lat temu były jednak sporo lepsze – i te ze słonym twarogiem, i te z mięsem.

A potem ruszaliśmy w miasto, snując się bez celu, łażąc sobie, gdzie nas nogi poniosły, ponieważ to jest najdoskonalszy sposób zwiedzania nieznanych miast – snucie się i łażenie pozornie bez celu. I właściwie jak byśmy się nie snuli i nie łazili, to zawsze wracaliśmy na główny plac miasta – Trg Svobode, gdzie piliśmy kawę i oglądaliśmy sobie ludzi, ponieważ kolejnym ze sposobów zwiedzania miast jest podglądanie ich mieszkańców i mam mocne podejrzenie, że byliśmy jedynymi turystami w całym mieście, no bo czego mogą turyści szukać w Suboticy? I nic nadzwyczajnego nie zauważyliśmy prócz tego, że to już Południe, bo statystycznie więcej mężczyzn chodzi tu w klapkach niż nie tylko u nas, ale na Węgrzech, właściwie jedyna większa nasza antropologiczna refleksja. No i co rusz oczywiście słychać było język węgierski. Dziwne było to, że snując się, nie znaleźliśmy żadnej restauracji, karczmy, gdzie można byłoby spróbować tamtejszej kuchni, będącej ponoć mieszaniną wpływów bałkańskich i węgierskich, za to wszędzie były kawiarnie. Pito w nich tłumnie wino i kawę, ludzie siedzieli tam od rana do wieczora. Ale jedzono też – głównie pizze, a że pizze to wszędzie można zjeść i nie trzeba w tym celu jechać do Serbii, więc jakiś serbski diabeł, jakiś duch Miloševicia podkusił nas, żeby pojechać nad jezioro Palić, tamtejszy słynny kurort, i tam poszukać obiadu. To kilkanaście najwyżej kilometrów i dojeżdża tam miejski autobus linii numer sześć, w którym bilety sprzedaje przy ostatnich drzwiach siedząca konduktorka, a na drzwiach były napisy „nie opierać się o drzwi” w serbskim pisanym alfabetem łacińskim, serbskim pisanym cyrylicą i węgierskim, i na końcu okazało się, że wyprawa nad Palić była największym błędem, najboleśniejszą skazą na tym wyjeździe, no ale dzięki temu mogę to opisać.

Do parku prowadzącego nad jezioro wchodzi się przez starą bramę siedmiogrodzką, a dokładniej bramę stylizowaną na siedmiogrodzką, ponieważ siedmiogrodzkie są drewniane, a ta jest z pomalowanej na biało cegły. A potem mija się stare opuszczone domy kąpielowe z końca XIX wieku i wkracza się do piekła. W każdym razie wtedy akurat odbywało się tam piekło, ponieważ miał miejsce festyn majowy, łatwo sobie wyobrazić – wzdłuż brzegów jeziora ciągnęły się stragany ze wszystkim: z bałkańskimi ćevapami i węgierskimi słodkimi kołaczami, z tandetną biżuterią, z miodami i z jakimiś ziołami, i w ogóle z wszelkim możliwym badziewiem, jakie można sobie wymarzyć na takim festyniarskim targu, ze szczególnym uwzględnieniem zabawek dla dzieci w postaci plastikowych kałasznikowów, i stoisko dla dorosłych już chłopców z imponującą ofertą wszelakich noży, a ja oczywiście pomyślałem sobie wtedy, że mimo iż to dopiero płaska Wojwodina, to jednak jesteśmy już na Bałkanach, z ich głośną przesadą, z ich gwałtownością, nawet jeśli to tylko weekendowy festyn.

A jednak to nie było jeszcze wcale piekło, lecz tylko jego przedsionek, ponieważ zaraz potem rozpościerało się ustawione na klepisku gigantyczne wesołe miasteczko z tymi wszystkimi ogromnymi, hałaśliwymi karuzelami, diabelskimi młynami, kolejkami górskimi, elektrycznymi zderzającymi się ze sobą samochodami, domem z duchami, huśtającym się statkiem piratów, trampolinami dla dzieci, a wokół łupała straszliwa mechaniczna muzyka i zrobiło mi się wtedy straszliwie smutno, ponieważ nie ma nic smutniejszego niż wesołe miasteczka.

Miało być o jedzeniu.

Wybraliśmy knajpę nad jeziorem, a właściwie duży namiot gastronomiczny, zdecydowaliśmy się na stolik najbardziej wysunięty ku jego tafli wody, na której unosiły się puste plastikowe butelki i rozmiękłe bułki, spokojnie dryfowały pety i kawałki papieru, wiatr podnosił co chwilę obrus i ta sceneria wydawała się atrakcyjna, tym bardziej że przed knajpą stał wielki rożen, na którym obracały się jagnię i prosiak, a przy wejściu wielka patelnia z gulaszem i blacha, na której wylegiwały się wszelakie mięsa, wyglądało to niezwykle apetycznie. Zaordynowaliśmy sobie baraninę i tak zwane mieszane mięso, w czasie oczekiwania uniesienie wzrastało, bo przypominaliśmy sobie takie bałkańskie knajpy z obłędnym niezdrowym i niehumanitarnym mięsem, w których można obżerać się na pohybel zdrowemu trybowi życia. I dostaliśmy zimną, słoną, niejadalną baraninę oraz tłuste kawały boczku z jako tako zjadliwymi frytkami. Ponieważ byliśmy frajerskimi zagranicznymi turystami, którym nie warto dawać dobrego jedzenia, być może dobre jedzenie jest zarezerwowane dla tamtejszych, być może miała to być jakaś zemsta za wszelkie upokorzenia Serbii, być może była to jakaś zemsta za naloty NATO, w każdym razie nie mogę powiedzieć, by ugoszczono nas z jakąś tradycyjną bałkańską gościnnością, jedzenie było rozpaczliwie smutne, jak to wesołe miasteczko obok. I na pewno było to najgorsze ścierwo, jakie kiedykolwiek dostałem na Bałkanach, i jedna z najgorszych rzeczy, jakie zaoferowano mi kiedykolwiek za granicą; bez wątpienia były to najgorzej w moim życiu wydane dinary.

Wróciliśmy skacowani moralnie do miasta, trafem podjechała dokładnie ta sama „szóstka”, która wiozła nas w tamtą stronę, wiem, bo na miejscu konduktora siedziała ta sama, na oko pięćdziesięcioletnia, blondynka i jestem pewien, że kiedy kupowałem u niej bilet, uśmiechała się drwiąco, tak sobie myślę, że musiała na naszych twarzach widzieć tę straszną klęskę, jaką ponieśliśmy nad jeziorem Palić.

Jakiś czas później rozmawiałem z moim kolegą z Budapesztu i opowiadałem mu o klęsce nad jeziorem Palić. Zdziwił się i powiedział: – To kiedyś było bardzo eleganckie miejsce. – Kiedy? – zapytałem. – Jakieś sto lat temu – odparł z powagą i smutkiem.

No tak, ale sto lat temu trwała tam jeszcze, choć chyliła się ku zagładzie, elegancka monarchia habsburska. O monarchii nikt tam już nie pamięta, ale pamięta o innych, nawet o setki lat wcześniejszych wydarzeniach. Na murach Suboticy nieraz widziałem datę 1389, dla wielu przyjezdnych zapewne tajemniczą, jak jakieś sekrety średniowiecznych zakonów, ale to przecież data bitwy na Kosowym Polu, po którym Serbia wpadła pod panowanie tureckie. Klęska, która stała się podwalinami serbskiej świadomości, klęska, która rozpamiętywana jest do dziś, to jest właśnie typowo środkowoeuropejskie umiłowanie klęsk narodowych, choć Serbowie, tak sobie myślę, wiodą tu prym wśród braci Środkowoeuropejczyków. Ponieważ serbskie umiłowanie klęski jest większe niż węgierskie, a węgierskie większe niż polskie, a polskie jest ogromne.

Historia kwitnie na murach domów częściej niż piłka nożna, owszem, widziałem jakieś peany na cześć Crvenej zvezdy Belgrad, której kibole zwą się „grabarzami”. Czyżby Subotica nie miała swojej drużyny? A może ma, i ta drużyna z kolei ma „zgodę” z drużyną z Belgradu? Historie kibicowskie bywają naprawdę zawiłe i trzeba uważać, co się mówi lub pisze. Właściwie chyba już nie muszę dodawać, że na domu przy ulicy, przy której stał nasz Mali Hotel, a więc na ulicy Harambašićeva, lekko wyblakły, ale za to spory pysznił się napis „Czetnicy Subotica”. Jeżeli ktoś myśli, że zapomniano o starym Slobo Miloševiciu, to się naturalnie myli. Krążąc po mieście, trafiliśmy na plac Rewolucji Październikowej, i tak sobie nim szliśmy, bo byliśmy ciekawi, co będzie dalej. Szliśmy, bo plac jest długi i właściwie wygląda jak szeroka, choć krótka aleja, zatem minęliśmy plac i szliśmy dalej, miasto zaczęło powoli przechodzić w przedmieścia, w tę tak dobrze znaną mi zabudowę starych węgierskich miast: ulica, niezbyt szeroki chodnik, a wzdłuż niego przyklejone do siebie parterowe i piętrowe domy, bez żadnych przerw, jak jakaś ceglasta stonoga, która zatrzymała się w swoim marszu, bo jej nogi wrosły w ziemię. Wszystko powoli zaczynało być coraz bardziej odrapane, a nawet zrujnowane, nieuchronnie opuszczaliśmy bezpieczne centrum i wiedziałem, że do niczego dobrego nas to nie zaprowadzi, więc w pewnym momencie skręciliśmy w prawo, bo na planie – owszem, snuliśmy się i łaziliśmy bez celu, ale pod ręką miałem plan miasta – zobaczyłem, że tuż obok jest aleja Marszałka Tito. Być w byłej Jugosławii i nie przejść się aleją Marszałka Tito byłoby grzechem przeciw historii, a więc takim grzechem półśmiertelnym. Zatem szliśmy szeroką aleją, wzdłuż której stały relatywnie eleganckie bloki z czerwonej cegły z jednej strony, czteropiętrowe z drugiej, pomiędzy pasami ruchu szedł szeroki deptak, musiała to być kiedyś reprezentacyjna aleja miasta, skoro dostała imię samego Tito. Prowadziła z powrotem ku centrum, oczywiście prosto w kierunku placu Republiki i placu Wolności, na ścianie domu po prawej stronie zobaczyliśmy spory napis czarnym sprayem sławiący Slobodana Miloševicia, i tak ze sobą skomponowały się te dwa nazwiska – człowieka, który zbudował Jugosławię, zachodni raj we wschodniej Europie, i zbrodniarza, który tę Jugosławię rozwalił w drobiazgi, spychając Serbię na margines Europy i skazując na ostracyzm, powodując, że dla co drugiego z nas słowo „Serb” oznacza zbrodniarza.

A jak, minąwszy synagogę, doszliśmy do ulicy Cara Jovana Nenada, to skręciliśmy w prawo i zniosło nas do placu Ofiar Faszyzmu, przy którym stoi kościół św. Teresy z Ávili, malowniczo i tajemniczo pęknięty na pół. Przez środek fasady, od ziemi po wieżę, idzie szerokie pęknięcie, nie wiem czym spowodowane, błędem konstrukcyjnym, jakimś wydarzeniem historycznym, małym trzęsieniem ziemi? Ale wyglądające, jakby ta neobarokowa budowla miała za chwilę rozpaść się na dwie połowy, ukazując coś niezwykłego, jakby była wielkim jajem, z którego zaczęło się właśnie coś potwornego, a może wspaniałego wykluwać.

I kręcąc się wokół placu Ofiar Faszyzmu i stojącego na nim socrealistycznego monumentu ukazującego martyrologię czasów drugiej wojny, nagle trafiliśmy na ulicę Sándora Petöfiego, wielkiego wszak węgierskiego poety, i spoglądając po fasadach domów, odkryliśmy tablicę pamiątkową głoszącą, że w tym domu młodość spędził pisarz Géza Csáth. Dumając nad jego losem, ruszyliśmy dalej i parędziesiąt metrów dalej, na skwerku po lewej stronie zobaczyliśmy czyjeś popiersie. Podeszliśmy. Było to popiersie innego węgierskiego pisarza, Dezsö Kosztolányiego.

Oto krótka opowieść o tych kuzynach i przyjaciołach, jednym tragicznym i niespełnionym, drugim słynnym, który został gwiazdą międzywojennej węgierskiej literatury, ale także umarł dość młodo, choć nie tak widowiskowo.

Csáth, urodzony w Szabadce w 1887 roku jako József Brenner, początkowo chciał zostać muzykiem, ojciec sugerował mu karierę skrzypka, a chłopiec podobno miał ku temu nieprzeciętny talent. Jako nastolatek publikował już recenzje muzyczne i opowiadania, ponoć miał także talent plastyczny i wydawało się, że jego przyszłością jest wielka kariera artystyczna. Ostatecznie jednak został lekarzem psychiatrą i – jak na psychiatrę przystało – popadł z czasem w obłęd. Ten znakomity znawca Freuda i Junga, pionier freudyzmu na Węgrzech, pracując w szpitalach i sanatoriach, uzależnił się ciężko od morfiny. Był piekielnie uzdolniony literacko, pisał opowiadania i sztuki teatralne, publikował w legendarnym piśmie „Nyugat” (Zachód), od którego tytułu przyjęto nazwę całego pokolenia wybitnie uzdolnionych i wpływowych węgierskich pisarzy, którzy – zgodnie z tytułem periodyku – chcieli skierować literaturę węgierską na Zachód, wyrwać ją z okowów węgierskości. Nie było chyba w historii węgierskiej literatury tak gwałtownego jednorazowego wysypu uzdolnionych młodych pisarzy, Csáth miał możliwość grać wśród nich pierwsze skrzypce. Jego nałóg morfinowy pogłębiał się jednak, Csáth balansował między stanem naćpania a szaleństwa, lektura jego „Dziennika” ukazuje nam psychiatrę, który sam potrzebuje natychmiastowej pomocy. Jednocześnie pisał coraz mniej i coraz gorzej, nad czym ubolewał jego kuzyn Kosztolányi, który wkrótce miał zrobić w Budapeszcie wielką karierę literacką. Narkotykowa degrengolada doprowadziła do tego, że opętany wizją, iż żona go zdradza, Csáth zastrzelił ją, a następnie sam popełnił samobójstwo. Miał wtedy raptem trzydzieści dwa lata i jak zwykle w takich przypadkach rodzi się pytanie, co mógłby jeszcze napisać, gdyby nie morfina, która najpierw zabiła w nim chęć do pisania, a później wyjadła mu mózg i doprowadziła do tragedii.

Bardziej poszczęściło się Kosztolányiemu, który stał się gwiazdą międzywojennego życia literackiego, a dziś jest uznawany za klasyka węgierskiej literatury. Międzywojenny Budapeszt – to były piękne czasy. Wystarczyło wejść do słynnej kawiarni New York na Nagykörút – głównym bulwarze miasta – by spotkać czołowych pisarzy tamtych czasów, wśród nich Kosztolányiego. Wszyscy oni pracowali jako dziennikarze i felietoniści stołecznej prasy, a w tamtych czasach dziennikarze przesiadywali nie w newsroomach, ale w kawiarniach, gdzie pisali teksty, a gońcy, jak tylko były gotowe, pędem zanosili je do redakcji. 

Bierze mnie coś w rodzaju zazdrości, gdy myślę o tamtym życiu, kłębiącym się, gorączkowym, płynącym przez chmury dymu z papierosów i zapach dobrych alkoholi. Jak pisał sam Kosztolányi: „Kawiarnia jest kościołem dla dziennikarzy”. Dziś dziennikarze mają co najwyżej swoje kapliczki w redakcjach i modlą się do ekranów komputerów, tamci dziennikarze, choć marnie opłacani, uważali się jednak nade wszystko za artystów. Kosztolányi, dandys literacki, jak na węgierskiego pisarza przystało ironista i melancholik, napisał kilka arcydzieł, z których wybieram naturalnie zbiór opowiadań „Kornel Esti”, złączonych postacią tytułowego bohatera, obok Sindbada stworzonego przez innego genialnego melancholika Gyulę Krúdyego – emblematyczna postać węgierskiej literatury.

Ech, Sindbad, jak ja lubię tę postać, tego refleksyjnego playboya czasów belle époque, który podróżuje po Węgrzech, szukając dawnych miłości i własnych wspomnień. Kiedy myślę o przedwojennych Węgrach, o światowym, barwnym Budapeszcie i o jego zapyziałych przedmieściach, o chudych literatach, historiach miłosnych z młodymi służącymi lub aktoreczkami stołecznych teatrów w głównych rolach, zawsze przypominają mi się Sindbad i Kornel Esti, przyznaję – tęsknię do tego miasta z czasów, gdy mój ojciec był jeszcze dzieckiem, a więc nie mógł nawet przypuszczać, że będzie kiedyś moim ojcem. Dziwna rzecz – tęsknić do czegoś, czego się nigdy osobiście nie posmakowało, nie doświadczyło, a jednak przecież w pewien sposób żyło się wtedy, bo czytając literaturę, przenosimy się w czasie i zaczynamy być mieszkańcami literackich krain. 

Zatem Kosztolányi, w przeciwieństwie do swego nieszczęsnego kuzyna, zrobił wielką karierę, wydał słynne powieści „Neron, krwawy poeta” oraz „Anna Édes”, a także „Ptaszynę”, która zresztą parę miesięcy temu została wznowiona po polsku, za co chwała wydawcy, choć przydałoby się wznowić i „Kornela Esti”, a w ogóle w moich snach jawi się cała tamta międzywojenna literatura wydana po polsku, żeby Polacy dowiedzieli się wreszcie, że nie tylko Sándor Márai wtedy żył i pisał. 

Zatem tak, Kosztolányi zrobił karierę, ale że nad pisarzami tamtych czasów wisiała tajemnicza klątwa, to i on zmarł stosunkowo młodo, w 1936 roku na raka dziąseł – paskudna choroba i paskudna śmierć.

Danilo Kiš zmarł za to na raka płuc, ale dopiero w 1989 roku. Choć przecież też nie był taki stary – urodził się w Suboticy w 1935 roku. Już w Suboticy, a nie w Szabadce, bo to już była Jugosławia, a nie Węgry, ale że urodził się w Suboticy, to niech nas nie dziwi jego węgierskie pochodzenie, ta węgierskość w nim zresztą tkwiła nieuleczalnie, jak się czyta Danilo Kiša, to przecież ze stron jego powieści i opowiadań aż kapie węgierska melancholia, bez melancholii chyba nie można być do końca węgierskim pisarzem. „Wczesne smutki” – nazywała się jedna z jego pierwszych książek, piękny tytuł, choć może nieco zbyt sentymentalny, wolę tytuł 

(i książkę) „Ogród, popiół”, kiedy przywołuję w myślach ten tytuł, to dopada mnie refleksja, że nie zostaną po nas żadne ogrody, a jedynie popioły, cała kultura przepadnie, przepadnie pamięć o Danilo Kišu i o Kosztolányim, ponieważ żyjemy coraz dłużej, ale kosztem coraz krótszej pamięci.

Towarzyszyły więc nam duchy Csátha, Kosztolányiego i Kiša, trzech pisarzy z Suboticy, i pies drapał ohydne jedzenie nad jeziorem Palić i zmarnowane dinary, liczy się w ostatecznym rozrachunku przecież literatura, a nie zimna baranina. Ponieważ ten krótki wyjazd do serbskiego miasta, które jest miastem węgierskich duchów, otworzył we mnie szufladę z literackimi wspomnieniami i nagłą chęć powrotu do dawnych lektur, bo im jestem starszy, tym mniej mnie interesują nowości, a tym chętniej wracam do książek, których nie czytałem od lat, albowiem jest coraz mniej czasu na literackie powroty.

„Historię piszą zwycięzcy, legendy wysnuwa lud. Pisarze fantazjują. Pewna jest tylko śmierć” – napisał w jednym z opowiadań Danilo Kiš. I miał rację. 

 

Numer 2/2012

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2012.

Kup