Zaznacz stronę

Tekst: Jerzy Bralczyk;

Imiesłów wyklęty, choć oznaczający formalnie i regularnie kogoś dotkniętego najbardziej bodaj dotkliwym społecznie dotknięciem, jest jakoś zarazem szlachetnie uwznioślający. Wielu z nas śpiewało o „wyklętym ludu ziemi”, który miał „powstać” i od czasu do czasu powstawał, wielu (często tych samych) dziś sławi „żołnierzy wyklętych” – w znacznej mierze za to właśnie, że byli wyklęci.

Byli wyklęci, byli i przeklęci. Niektórych, poetów zwłaszcza, podobny los co tych wyklętych spotkał. Przekleństwo, inny, choć wyklęciu bliski, poważny akt wykluczający, strywializowało się jednak do zwykłego wulgarnego wymyślania. Zaklęcia, niegdyś magicznie sprawiające tajemnicze przemiany ludzi, zredukowały się do uniżonych i po części przez to właśnie daremnych próśb. A zaklętych już nie ma, a jak są, to milczą. Jak zaklęci.

Co jest w tym klęciu takiego, że, próbując wpływać na rzeczywistość, samo się zmienia, zmienia swoje funkcje i zasady?

Jest aktem językowym, i wszystkie jego pochodne także. I w sacrum ich miejsce, i w profanum. I wynoszą, i poniżają. A przy tym odnoszą się do różnych poziomów sprawstwa językowego – językoznawcy mówią tu o performatywności.

Samo klęcie jest dziś już tylko bezskutecznym wyrażaniem emocji, niskich przeważnie, zachowaniem niemal powszechnie potępianym, choć w niektórych grupach społecznych akceptowanym, a nawet czasem za wymyślność podziwianym. Podobno specjalizowali się w nim szewcy – ale to, podobnie jak ich pijaństwo i nielubienie poniedziałku, tylko element nieżyczliwie fałszywego stereotypu. Klątwa bywa jeszcze czasem sensacyjnie przywoływana, ale, pozostając atrakcyjnym tematem dla horrorów, przesunęła się do tych sfer irracjonalności, w których o wiele łatwiej o niewiarę niż w innych. Ale klniemy niestety, czasem nawet bezwiednie. Celowo – rzadziej, za to wtedy nawet w żywy kamień – cokolwiek to znaczyć może.

Podobnie jak z klęciem jest z przeklinaniem, też łączącym się nie tyle z odmawianiem komuś czci i wiary, lecz z używaniem wulgaryzmów – wskutek czego pojęcie przekleństwa i wulgaryzmu niezbyt słusznie bywają łączone. Takie przekleństwa raczej wyrzuca się z siebie niż rzuca na kogoś. A dawna fraza bądź przeklęty nie przeraża, a zdaje się wręcz śmieszyć napuszoną archaicznością. Tak samo wyklinanie (zwłaszcza, o dziwo, na czym świat stoi) traktowane bywa jako dawanie upustu złym, nawet nieadresowanym do nikogo szczególnie, emocjom. A jeszcze niedawno mogło skutkować na przykład jakże ważnym odmówieniem prawa do dziedziczenia. Tyle że wspomniany wyżej wyklęty imiesłów próbuje to wyklinanie nieco paradoksalnie zmelioryzować.

Zaklinanie za to, choć straciło już, jak się powszechnie sądzi, moc magicznego przetwarzania rzeczywistości, nie przeszło do sfery zachowań nieprzystojnych – przynajmniej w wersji niedokonanej. Można od czasu do czasu ostro zakląć – zaklinać nie. Zaklinanie stało się natomiast narzędziem usilnego proszenia – czasem nadmiernie i żałośnie emocjonalnego, czasem retorycznie pełnego nacisku. Bywa, że zaklinani „żywi nie tracą nadziei” i niosą kagańce na szańce. Niektórzy próbują sami zaklinać się – ale im się nie wierzy, nawet gdy robią to na wszystkie świętości. Czasem właśnie dlatego. Przy tym ciekawe, że choć nie uświadczysz przeklinacza i wyklinacza, nie mówiąc już o klinaczu, zaklinacze jeszcze się trafiają. Albo tak im się wydaje.

Próbujemy mówieniem wpływać na świat. Magicznie już się nie udaje. Społecznie – czasami, ale inaczej, niż się nam zdawało. Same te akty, niejako w świadomości swej nieskuteczności, zmieniają się, kombinują…

Może jak nie od tej strony, to od tamtej?

Numer 2/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2016.

Kup