Zaznacz stronę
Tekst: Jerzy Chociłowski
Siódmy nizam Hajdarabadu miał czterdzieści żon i sto konkubin, strzeżonych przez zbrojny oddział afrykańskich amazonek. Kiedy podróżował koleją, wynajmował dwa pociągi. W pierwszym jechała forpoczta służących, którzy na każdej stacji rozstawiali parawany, by uchronić harem władcy przed niedyskretnymi spojrzeniami. Nizam był tak bogaty, że nie miał nawet przybliżonego pojęcia, ile wart jest jego majątek. Mówiono, że samych pereł miał tyle, że mógłby nimi wybrukować Piccadilly.
Rentgen dla psów i inne pomysły Kiedy maharadża Dżajpuru wybierał się do Londynu na koronację Edwarda VII, wziął na statek zapas wody z Gangesu pozwalający na codzienną kąpiel przez pół roku. Pratap Singh, trzeci maharadża Kaszmiru, ubóstwiał krykieta oraz brytyjską rodzinę królewską i tylko ona miała spośród cudzoziemców wstęp w granice księstwa. Przez okrągły rok rozgrywano na dworze turnieje krykietowe i nic bardziej nie cieszyło maharadży, niż gdy w dniu swych urodzin zdobywał tyle akurat punktów, ile miał lat. Gulab Singh, maharadża księstwa Rewa, specjalizował się w polowaniu na tygrysy. Zastrzelił ich około tysiąca (z pomocą armii słoni i tysięcy naganiaczy), organizując wystawne polowania, które były główną pozycją budżetu Rewy. Maharadża Bharatpuru w Radżastanie miał 22 rolls-royce’y, w tym jeden ze szczerego srebra. Kazał sobie też zrobić „dywan” z kości słoniowej oraz inkrustowaną złotem lektykę rozmiarów małej komnaty. Madho Scindia, maharadża Gwalioru, na stole w sali bankietowej swego pałacu ułożył sto metrów srebrnych szyn dla miniaturowej kolejki, która dowoziła biesiadnikom potrawy z kuchni i kredensów. Dystrybucją dań zajmował się zdalnie sam maharadża, manipulując guzikami i manetkami tablicy rozdzielczej i jeśli mu się tak podobało, pozbawiał gości deseru albo zupy. Zdarzało się, że ktoś poprosił o sól, ale wagonik z solniczką stawał omyłkowo przed inną osobą. Musiała ona wtedy robić mimo wszystko użytek z soli, bo byłby to afront dla gospodarza, który nie przyjmował do wiadomości popełnionego błędu. Sayaji Rao, gaekwada Barody, honorowano salwą z 21 strzałów armatnich. Działa te były odlane ze złota, któremu książę przypisywał cudowne właściwości oczyszczające. Hafciarze, którzy złota nicią wyszywali aczkany (muślinowe tuniki) maharadży, mieli paznokcie niemal zupełnie ścięte, żeby broń Boże nie zadrasnąć materii. Nie wolno im też było trudzić rąk żadną pracą. We wszystkim byli wyręczani przez specjalną, przydzieloną im służbę. Maharadża Bhupindra Singh, zwany Wspaniałym, ojciec 87 dzieci, pewnego razu podczas pobytu za granicą kupił cały dom towarowy, rozzłościwszy się, że nie porzucono dla niego natychmiast innych klientów. Tenże maharadża miał setki psów, w których kochał się do tego stopnia, że ufundował im szpitalik z salą operacyjną i aparatem rentgenowskim. Nad zdrowiem sfory czuwało trzech weterynarzy. Maharadża księstwa Kapurtala – Dżagad Dżit Singh, zwiedzając Wersal, doszedł do wniosku, że jest wcieleniem Króla-Słońca i postanowił odpowiednio zmodyfikować swe życie. Po powrocie do Indii zbudował wierną kopię pałacyku wersalskiego, umeblował go w stylu epoki, a swoim czterem nieletnim synom kazał nosić białe peruki, jak na dworze Ludwika XIV. Aby podobieństwo było kompletne, wszyscy w otoczeniu maharadży musieli mówić po francusku. Pałac Moti Bagh w księstwie Patiala zajmował cztery hektary i nikt nie wiedział dokładnie, ile ma pokoi. Jego właściciel, Maharadża Yadawindra, zatrudniał 150 kucharzy, w tym 17 specjalistów od przyrządzania curry po pendżabsku.
Maharadża w złotym palankinie na paradnie przyodzianym słoniu
Orchidea na bagnie I tak dalej. I tak dalej. Opowieści o ekstrawagancjach, o bogactwach i próżności książąt indyjskich brzmią jak ambaje barona Münchhausena, ale są niestety prawdziwe. Niestety, albowiem cały ten bajeczny przepych był orchideą kwitnącą na bagnie. Rachunki za sceptry, lektyki, złote palankiny na grzbietach słoni, za defilady, uczty i arystokratyczne konwentykle, za kaprysy i fanaberie – płacili poddani nizamów, nababów, maharadżów, gaekwadów, maharanów i maharanich. Księstwa indyjskie to były klasyczne feudalne tyranie, niektóre z nieźle zachowanymi reliktami ustroju niewolniczego. Niewolnictwo – formalnie zniesione w 1843 r. (było wtedy w Indiach 9 mln niewolników), utrzymywało się aż do roku 1947. Wydatki budżetowe księstw szły przede wszystkim na osobiste potrzeby władców. Np. w latach 1929-30 w Bikanerze na ochronę zdrowia i urządzenia publiczne przeznaczono 225 tys. rupii (tyle samo, co na utrzymanie rodziny książęcej), 425 tysięcy kosztowała rozbudowa pomieszczeń pałacowych, a 82 tys. ślub księcia. Na owe czasy były to ogromne pieniądze. W księstwie Dżamnagar 70 proc. dochodów zabierał władca, na oświatę przypadało 1,5 proc., na ochronę zdrowia – 0,9 (!) proc. We wszystkich prawie księstwach istniał system pracy przymusowej, oczywiście bez wynagrodzenia, tylko za lichy posiłek. Odmowę pracy, tłumaczoną wiekiem lub chorobą, karano chłostą bambusowymi kijami. Władza księcia nad poddanymi była praktycznie nieograniczona. Mógł dowolnie konfiskować ich własność, wymierzać grzywny, wtrącać do więzienia bez bawienia się w akty oskarżenia i procesy. Egzystencja tych ludzi była też nieustanną szamotaniną w sieci podatków i opłat. Płacono podatki od wykonywania zawodu (rzemieślnicze), własnościowe (np. od posiadania bydła), okolicznościowe – z okazji zaręczyn, ślubów, urodzin, zgonów i pogrzebów. Był nawet podatek od żaren (czakki), które we wdowich gospodarstwach były jedynym źródłem utrzymania tych nieszczęśliwych kobiet, skazanych (zgodnie z indyjskim obyczajem) do końca życia na samotność i własne siły. Najgorszy, najbardziej krwiopijny był jednak podatek gruntowy. Pochłaniał połowę wartości zbiorów, i to on właśnie stanowił złotą żyłę księstw. Nikomu się nie można było poskarżyć, do nikogo odwołać. Maharadżowie spali tym spokojniej, że mieli za sobą bagnety angielskie. Nie bali się ­– jak inni despoci – ani napaści z zewnątrz, ani rebelii wewnątrz. Żelazną gwarancję bezpieczeństwa dawała im Wielka Brytania, dla której Indie stały się z czasem „najmocniej świecącym, najcenniejszym brylantem korony królewskiej” (określenie Churchilla).
Jeden z nadwornych katów maharadży Rewy; wyroki w tym księstwie były wykonywane na miejscu natychmiast po ogłoszeniu
Produkcja quislingów W pierwszym okresie swej konkwisty – za czasów Kompanii Wschodnioindyjskiej – Anglicy anektowali możliwie jak najwięcej terytoriów, wchłaniali księstwa, na jakie był poszatkowany subkontynent, czyniąc z nich jawnie swą posiadłość kolonialną. Punktem zwrotnym w tej polityce było powstanie sipajów w 1857 r. Od tej pory Korona przejęła rządy i zaniechano inkorporacji księstw do tzw. Indii Brytyjskich, przechodząc na taktykę ustanawiania kontrolera w postaci Rezydenta lub Agenta Politycznego. Nie oznaczało to utraty apetytów brytyjskich ani rozbudzonego nagle szacunku dla tradycji indyjskich. Po prostu powstanie sipajow było ostatnią antyangielską konwulsją feudałów. Po stłumieniu buntu obóz feudalny przestał już być groźny, przepadł w walce o autentyczną władzę. Przekształcił się w sprzymierzeńca kolonizatorów, był stabilizatorem ich rządów i amortyzatorem wstrząsów społecznych. Opóźniał przebudzenie drzemiącego olbrzyma Indii. Innymi słowy – był to bufor ruchu narodowowyzwoleńczego. Wyrazem brytyjskiej dbałości o trwałość instytucji królewiąt indyjskich był sangad (przywilej) królowej Wiktorii dający im w razie braku potomstwa prawo adoptowania następcy tronu. Księstwa zaczęto traktować jako „falochrony”, spoglądać na nie jak na „przyjazne fortece na spornym terytorium”, konserwując ich sztuczne granice, wytyczane bez żadnych względów dla języka, wyznania, narodowości czy rasy. Autor „Dziejów Indii” K. M. Panikkar powiada, że po powstaniu 1857 r. „przemysłem kwitnącym była produkcja Quislingów”. Sporządzono listę kolejności strzałów armatnich i ważnym czynnikiem polityki brytyjskiej stało się zajęcie, które Gibbon nazwał „kunsztownym stopniowaniem nadziei i zaszczytów”. Szperano namiętnie w „słowniku próżnych tytułów”, wyszukując różne wspaniałe, a nic nie znaczące godności: „Umiłowany Syn Imperium”, „Najwyższy Pan Panów” etc. „Nieszczęściem książąt indyjskich są ich małostkowe ambicje” – pisał dr Jan Hupka w „Wędrówkach po Indyach”, książce wydanej w Krakowie w roku 1913. I dodawał: „Nie mają też ci władcy trosk prawie żadnych, chyba tę jedyną, by w przepychu sąsiadów przewyższyć, znakomitego Anglika lepiej i wystawniej przyjąć niż sąsiad, mieć lepsze konie, więcej słoni, piękniejsze ogrody i pałace. Pracować i myśleć nie potrzebują. Anglia za nich myśli, rachuje i walczy…”. Gwoli sprawiedliwości: nie wszyscy książęta byli pasożytami, myślącymi wyłącznie o uciechach. Znaleźli się pośród nich także ludzie, praktykujący absolutyzm oświecony. W Barodzie np. kobiety miały prawo głosu o 10 lat wcześniej niż Angielki. Majsur przodował pod względem elektryfikacji, a Trawankur na polu oświaty. Ale mimo tych błyszczących wyjątków ogólny obraz był posępny. Księstwa – jak pisał Marks –„karmiły się cierpieniem”. Były one kombinacją prymitywnego feudalnego ucisku – na spodzie, z wyrafinowanym imperialistycznym wyzyskiem – na wierzchołku.   Prywatna szkatuła W roku niepodległości (1947) w Indiach były 554 księstwa, których łączna powierzchnia równała się prawie połowie kraju, a ludność liczyła około 90 milionów. Niektóre z księstw były groteskowo mikroskopijne, np. Bilbari liczyło 3 km kw. i 30 mieszkańców, ale sporo miało rozmiary serio i wielomilionową ludność. Bikaner był wielkości Holandii, Gwalior – Szwajcarii, Majsur – Danii, Dżajsalmer – Albanii, a 20-milionowy Hajdarabad – dwu trzecich Polski. Wartość majątków wszystkich władców szacowano na 4 miliardy dolarów. Dano im wybór: przyłączyć się albo do Unii Indyjskiej, albo do Pakistanu. Niemal wszyscy optowali za Indiami. Niektórzy skłonni byli widzieć w tej decyzji odruch patriotyzmu i dowód postępowej ewolucji książąt. Działał tu jednak raczej instynkt samoobrony, opakowany w cynfolię miłości do Macierzy Indyjskiej. Impet roku 1947 rozniósłby zapewne maharadżów w proch i pył, gdyby spróbowali wtedy płynąć pod prąd wydarzeń. (Podobnie ostatni wicekról Indii, lord Mountbatten – podając tyły – starał się grać rolę św. Mikołaja darowującego Indiom wolność). Wyłamali się nizam Hajdarabadu i nawet malutkiego Dżunagadhu, obaj mahometanie, których poddani w ogromnej większości wyznawali hinduizm. Pierwszy po prostu zląkł się i skapitulował, natomiast drugi dał nogę, zabierając ze sobą ulubione psy i żony oraz ulubioną biżuterię żon. Pewne kłopoty były również z muzułmańskim głównie Kaszmirem, o który do dziś trwa spór z Pakistanem. Wolne Indie podcięły trochę skrzydła książętom, ale ich nie unicestwiły. Partia Kongresu poszła z nimi na kompromis, woląc ich mieć po swojej stronie niż przeciw sobie w trudnych rozgrywkach z opozycją. Wielu z nich zresztą nosiło białe furażerki kongresowe; w obu izbach parlamentu reprezentacja arystokratyczna była silna. Za rezygnację z pretensji do suwerenności, za zgodę na integrację administracyjną ze stanami indyjskimi otrzymali rekompensatę: prawo do tzw. prywatnej szkatuły. Była to roczna pensja wypłacana przez rząd w wysokości zależnej od uprzednich dochodów księstwa. Pułap tej pensji ustalono na milion rupii, ale w jedenastu przypadkach zrobiono wyjątek i wypłacano więcej. Jednakże większość pensji nie była zawrotnie duża: 90 książąt pobierało po tysiąc rupii miesięcznie, 70 – pomiędzy 350 a 550 rupii, a wypadło i tak, że beneficjentami jednej prywatnej szkatuły były 44 osoby i każda z nich dostawała 65 rupii. Summa summarum 277 maharadżów otrzymywało rocznie około 50 min rupii. Mało i dużo zarazem, jeśli pomyśleć, ilu ludziom w Indiach można by za te pieniądze przedłużyć życie. Oczywiście, prywatna szkatuła miała z punktu widzenia władców raczej symboliczne niż praktyczne znaczenie. I znów trzeba uczciwie powiedzieć, że nie wszyscy z nich oddawali się rozrywkom i lenistwu. Wielu potrafiło sobie znaleźć godziwe źródło utrzymania, wielu zrobiło karierę dyplomatyczną, wojskową, polityczną. Niektórzy potrafili swój przygasający splendor wykorzystać dla celów zarobkowych. Przemienili pałace w hotele i przyjmowali turystów zachwyconych, że mogą oddychać pikantną atmosferą arystokratycznych sypialni. Przestawienie się na hotelarstwo przyszło maharadżom tym łatwiej, że oprócz owych chudych pensyjek przyznano im rozmaite intratne przywileje. Należało do nich zwolnienie od podatków i opłat celnych oraz darmowa energia elektryczna. Korzystali też wraz z rodzinami z bezpłatnej pomocy medycznej, mieli prawo do własnej flagi i rejestracji samochodowej. Kupowali bez zezwolenia broń i amunicję. Nie wolno ich też było aresztować bez zgody rządu ani nawet wytoczyć procesu cywilnego.
Kapitulacja Ten stan rzeczy trwał niezakłócony przez 23 lata. We wrześniu 1970 r. w Lok Sabha, izbie niższej parlamentu, odbyła się burzliwa debata, podczas której zabrała głos m. in. premier Indira Gandhi. Oświadczyła ona, że pensje i przywileje władców kłócą się z zasadą równości społecznej i w imieniu rządu złożyła wniosek o ich skasowanie. Na 469 głosujących 323 było za wnioskiem i w sali powiało zefirkiem historii. Ale w drugiej rundzie w izbie wyższej było już trudniej. Do przeforsowania poprawki konstytucyjnej kwalifikowaną większością zabrakło jednej trzeciej głosu. Był to wyjątkowy pech, albowiem deputowany, który miał przechylić szalę akurat, nabawił się rozstroju żołądka i w krytycznej chwili nie zasiadł na swym poselskim stolcu. Maharadżowie wiwatowali, ale ich triumf trwał krótko. Ówczesny prezydent V.V. Giri, dosłownie w kilka godzin później na specjalną prośbę gabinetu, podpisuje dekret, w którym na mocy art. 366 konstytucji zredukował książąt do poziomu zwykłych obywateli. Mimo to rozgrywka jeszcze nie była skończona. W grudniu 1970 r. Sąd Najwyższy, rozpatrując apelacyjną petycję maharadżów, uznał, że prezydent nie miał racji i anulował jego dekret. Sprawa znów zawisła w powietrzu, ale nie na długo. Rozstrzygająca runda odbyła się po nadzwyczajnych wyborach powszechnych w marcu 1971 r. Wówczas to parlament definitywnie odsyła do lamusa anachroniczne przywileje feudałów. Od tej decyzji już nie było odwołania. Maharadżowie musieli skapitulować. Indie nie stały się wskutek tego o wiele bogatsze, ale na pewno zdrowsze. Obywatele maharadżowie przestali mamić blichtrem, oświetlać swe rezydencje setkami tysięcy żarówek, pędzić z byle katarem do szpitala i paradować na słoniach, patrząc z góry na tłumy maluczkich – tak jakby nic się w Indiach nie zmieniło. Oczyściła się również aura polityczna. Odeszli od Kongresu ci, których wiązały z nim koniunkturalne sojusze. Łatwiej dzięki temu nazwać rzeczy po imieniu. Pole manewru sił prawicowych zmalało, a lewicowych odwrotnie – otworzyły się przed nimi nowe możliwości działania wspólnie z centrum. Stracili z pewnością turyści. W kalkomaniach, jakie przywożą z Indii do domu, zabraknie teraz jednego barwnego obrazka. Ale przy tylu innych kalkomaniach do wyklejania, nie jest bolesny uszczerbek. A oglądając pałace Udajpuru, Dżajpuru czy Gwalioru można przecież folgować wyobraźni, i to bez żadnych ograniczeń. Epoka maharadżów już odeszła w cień, ale sprosta każdej fantazji.
Z ARCHIWUM „KONTYNENTÓW”

opowieść z Kontynentów nr 1 z roku 1977. 

Tekst publikujemy bez zmian, pisownia nazw własnych zgodna z zasadami wówczas obowiązującymi