Zaznacz stronę

Z Jerzym Pilchem rozmawia Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska

Podstawowa podróż mojego życia to jest podróż wokół chałupy moich dziadków w Wiśle. Zacząłem ją czterdzieści lat temu i mam poczucie, że jeszcze nie zrobiłem pierwszego okrążenia, a chcę ich zrobić kilka

Nie lubię jeździć już dawno. Od roku 1974. W czerwcu.

Gdzie pan wtedy był?

Miałem dwadzieścia dwa lata i pojechaliśmy z moją ówczesną narzeczoną, a przyszłą byłą żoną do Londynu. Łatwo zapamiętać – rok największego triumfu polskiego piłkarstwa. Byliśmy co prawda razem, to była pierwsza nasza podróż, pierwsza podróż zagraniczna, ale generalnie moje spojrzenie było negatywne.

Wyjazd na wakacje?

Do pracy. Ona była kelnerką, ja pracowałem przy wierceniu dziur w jakichś płytach. Po trzech miesiącach kupiliśmy prezenty całej rodzinie, sklep C&A wydawał mi się najwyższego sortu, ale było też rozczarowanie. Po pierwsze, praca była ciężka i monotonna, po drugie, mieszkaliśmy kątem u znajomej, a po trzecie, byłem przyzwyczajony do wakacji w Wiśle, gdzie z kolegami grałem w piłkę i popijałem piwo. Pamiętam swoją złą reakcję estetyczną na reklamy. W porównaniu z nagimi surowymi murami Polski Ludowej tam wszystko było zasłonięte reklamami. Z ulgą wróciłem do Krakowa, gdzie nie było ani jednej reklamy i też ani jednego towaru.

I nigdzie pan teraz nie jeździ?

Od lat odmawiam. Mojego niemieckiego tłumacza, świętego człowieka, do szału doprowadziłem na lotnisku w Moskwie, jak zadzwoniłem, że nie jadę. Jest taka anegdota o Ludwigu Wittgensteinie: gospodyni, u której wynajął kwaterę, pyta go, jakiego rodzaju posiłki sobie życzy. „Wszystko jedno, byle zawsze to samo”. Podobno Józef Stalin dawał sobie złudzenie niepodróżowania przez to, że wszystkie gabinety w obrębie Rosji były identyczne jak w Moskwie. Rozumiem i pasowałoby mi to.

Skąd ta niechęć?

W genach ją mam, w sensie po…

…babci Czyżowej pewnie, z Wisły.

To jest moja podstawowa postać literacka. Dziadkowie mieli większy wpływ na moje wychowanie niż matka, która miała 17 lat, jak się urodziłem. Miało to o tyle znaczenie, że babka najdalej była w Krakowie, może raz była w Bielsku, raz w Cieszynie, jakieś podróże dziesięciokilometrowe odbyła do Ustronia. Dla niej tragedią była myśl o niepowrocie wieczornym do domu, bo kto podoi krowy? Przychodziła co prawda sąsiadka, pani Cieślarowa, ale ona źle doiła. Nawet późny powrót był kompletnie niewskazany.

Dobra gospodyni wszystko robi sama.

Po drugie, w Wiśle granica nie była wielką sensacją. Koło domu mojego pradziadka ze strony matki chłop wychodził rano się wyszczać, zaczynał w Polsce, a kończył w Czechach. Pamiętam taką imprezę rodzinną ze starym Kubicą, czyli dziadkiem ze strony ojca. Piknik urządzili na Soszowie, to jedna z tych gór, którą biegnie granica, i trafem ten koc, te flaszki, to żarcie rozłożyli 50 m za daleko. Nagle: wojsko, konfiskata dokumentów, ja mam siedem lat. Przerażenie. W latach 50. był przemyt wódki i spirytusu z Czech, ale też butów zimowych, tzw. mrazaków, czy farb do drewna. Pamiętam to z opowieści, ale tak intensywnych, jakbym tam był. Strzelaniny, ofiary śmiertelne i kontuzjowani na całe życie. A jeszcze te granice były przecież ruchome. Moja babka, która była rocznik 1907, a zmarła pod koniec lat 90., cały wiek XX, nie wychodząc z kuchni, była kolejno Austriaczką, dwa razy Czeszką i dożyła wolnej Polski. Granice fruwały przez chałupę, a ona się nie ruszała.

Ale pan przecież musiał trochę jeździć.

Trudno było odmówić wyjazdu do Rzymu czy Barcelony na promocję mojej książki „Pod mocnym aniołem”. Zwłaszcza Rzym zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Z powodu Jarosława Iwaszkiewicza. Ja nie byłem nawet na Stawisku, chociaż umawialiśmy się parę razy z panią Marią Iwaszkiewiczówną. To nie jest daleko, aczkolwiek jest to podróż.

A podróż to…

Coś przykrego. Więc Iwaszkiewicz wydał osobną książkę pt. „Podróże do Włoch”. Był tam kilkadziesiąt razy – od Rzymu poczynając, na Palermo kończąc. Znał na pamięć zasoby galerii rzymskich, miał swoje ulubione kościoły, szlaki. Jeździł tam i pisał. To było trochę ucieczkowe, bo jak w Polsce coś się działo, to Putrament na ryby, a Iwaszkiewicz do Włoch.

A Pilch co ma ucieczkowego?

Przed jakimikolwiek projektami podróży uciekam do domu.

Stawiałam na alkohol.

Czyli to jest pytanie, czy alkohol jest moją podróżą? Był. Można powiedzieć, że uwalniałem się od doraźności. To na pewno. Alkohol nie służył mi niczemu poza wzmożeniem przyjaznej aury czasu wolnego. Nie napisałem po alkoholu ani linijki. No, może jedną, góra pięć. Natomiast alkohol łagodził też grozę podróży, bo wtedy zawsze było tak samo. Czy się napiłem u siebie, czy się napiłem we Frankfurcie, to było identycznie.

Hotelu Minerwa, gdzie w Rzymie mieszkał Iwaszkiewicz, specjalnie pan szukał?

Nadziałem się na niego. Kompletnie mnie nie interesuje szlak moich ulubionych autorów, lepiej ich czytać. Iwaszkiewicza wielbiłem i czytałem wszystko. Jak trafiłem na opowiadanie – niedrukowane, wygrzebane – które dzieje się jesienią w PGR-ze, i pod tym opowiadaniem był podpis „Roma 1967”, to dla mnie to był nadmiar. Do czasu, kiedy pojechałem do Rzymu i zrozumiałem, że to jest coś, co mógłbym robić. Pisać w Rzymie. Rozumiesz, „Roma” pod opowiadaniem.

Co w tym takiego ekscytującego?

Mnie się chciało codziennie rano wychodzić i łazić po tym mieście. Te rude tynki, ci ludzie z całego świata, te turystki z dekoltami, koty na Forum Romanum. Kochałem to miasto gwałtowną wakacyjną miłością. Ale i to miasto mnie pokochało. Mam bardzo słabą orientację przestrzenną, bo jestem przestawiony, leworęczny, a w Rzymie byłem wirtuozem przestrzeni w ciągu trzech dni! Widziałem wszystko, wiedziałem, jak się idzie. Miłosz pisze w wierszu: „Siedzieliśmy z Turowiczem w Caffè Greco”. No to poszedłem do tej Caffè Greco i wziąłem dla kogoś szklanki w prezencie, jakieś widokówki. Rozejrzałem się po tym lokalu, zobaczyłem grafomanów z całego świata, takich jak ja, i poszedłem.

Wrócił pan do Rzymu?

Nie. Jakoś tak nie było okazji.

A dokąd była?

Niepodobna było w 1989 r. nie pojechać po odbiór nagrody Fundacji im. Kościelskich. Miałem ten „zaszczyt”, że jako ostatni laureat musiałem dymać do Genewy. Potem jeszcze czekałem rok, że może ktoś się zlituje i mi kasę przywiezie. Ale nie – obiad trzeba zjeść. To był punkt widzenia barbarzyńcy: przyślijcie kasę przez kierowcę, PKS-em, obiadu mogę nie jeść, choć wiem, że za darmo.

Ale pojechał pan.

Rozwiązałem ten problem w sposób cywilizowany. Mieszkałem u Franka Rosseta, mojego przyjaciela – duży, wygodny dom, widok na cmentarz. On szedł do pracy, a ja pół dnia pracowałem, jak to miałem w zwyczaju. On przychodził i gdzieś szliśmy. Ale też nie tak, że jestem tydzień w Szwajcarii i muszę zobaczyć wszystko. Ja nigdy nie miałem takiej emocji, że patrzyłem na mapę, jak mój przyjaciel Stasiuk, maniak map, i: tam bym coś zobaczył, tam bym pojechał. Nigdy nie miałem tak, żebym przeczytał jakąś książkę dziejącą się w egzotycznej scenerii i powiedział: „Muszę tam pojechać”. No, może z wyjątkiem książki Josifa Brodskiego o Wenecji. „Znak wodny” – mała książka, świetna, intensywna proza. Brodski jedzie tam w zimie, ma nadzieję na romans ze swoją tłumaczką. To jest tło. Mam takie przeczucie grafomana, że mnie by się dobrze w tej Wenecji pisało. Chciałbym napisać, że jeżdżę do Wenecji i piszę.

Czyli trochę zacięcie reporterskie?

Nie.

O „PGR-ze” jak Iwaszkiewicz?

O moim PGR-ze, czyli o Wiśle. Nic wspólnego z Wenecją.

Pojedzie pan?

Teraz to osłabło.

Co w podróżach jest takiego nie do zniesienia?

Myśl, że trzeba jechać. Jakbym teraz miał świadomość, że w październiku muszę gdzieś jechać, tobym był chory po prostu. Że w październiku nie będzie zawsze tak samo.

Dlaczego?

Słabiej się jednak pisze. Jest przymus zwiedzania. Dlatego podróż do Ameryki, czyli stypendium w Iowa, była z początku niechciana, ale ostatecznie wzięta. To jest stan rolniczy, który jest jednym wielkim polem kukurydzy. Pośrodku tego pola jest miasto Iowa City z uniwersytetem, na którym wykładają sztukę pisania: creative writing. Przez trzy miesiące mieszkałem w domu akademickim w towarzystwie dwudziestu innych grafomanów z całego świata. Zaczęło się źle, w tym sensie, że jechałem na lufie. Podniosłem całe lotnisko O’Hare’y w Chicago na nogi. Trzeba było się przesiąść na linie krajowe – to zajmuje kwadrans, mnie zajęło trzy godziny. Ale trafiłem! W ostatniej chwili zdążyłem. Doleciałem. Tam do baru i czekałem, aż mnie ktoś odbierze. Nikt mnie nie odbierał. Okazuje się, że przyjechał z tego Iowa City opiekun i…

Siedział w tym samym barze.

Lepiej, jak w słabej powieści. Z tego samego samolotu wysiadł jakiś hiszpański przedsiębiorca, który ani słowa nie mówił po angielsku. Opiekun zapytał: „Are you Dżerzi Pilsz?”, i go zawiózł. Bardzo byli zdziwieni, że ten Polak mówi tylko po hiszpańsku i nawet po polsku nie chce. A u mnie już się zrobiła noc. I potem miałem zszarganą opinię, której nie poprawiałem.

Pijaka?

Tak. As drunk as Polish writer. Ale pracowałem! Pojechałem do Ameryki z czterema butelkami atramentu, pelikanem i z ryzą papieru. Obliczyłem, że trzeba być na dziesiątej stronie książki, żeby już nie zgasła, założyłem, że nie będzie za długa, wziąłem notatki. Na koniec kursu, jako jedyny chyba, miałem rękopis książki. „Inne rozkosze”. To było dobre. To mi, rozumiesz, pasowało.

Czyli podróż może być fajna, gdyby pojechać, zamknąć się w pokoju i pisać?

I zostać. Jeszcze czegoś się napijesz?

Dziękuję, nie. Skoro już ewidentnie przeszliśmy na ty…

O, przepraszam.

Kusiło cię kiedyś wyjechać gdzieś daleko, gdzie cię nie znają, gdzie możesz wszystko?

Chyba że z tobą.

Odpada.

Coś takiego było chyba w tej Ameryce. Chociaż tam bardzo szybko pokazały się dziwaczne napięcia. W pobliżu mojego pokoju był konflikt pomiędzy Palestyńczykiem i Izraelczykiem, a ja oczywiście, jak ten debil, chciałem się przyjaźnić z oboma. Oczywiście myślałem o czymś takim, żeby pojechać na przykład do Sopotu w listopadzie, ale tylko po to, żeby pracować. Z drugiej strony, jak człowiek jest skoncentrowany na książce, to mu obojętne, co tam jest za tym oknem. Praca zajmuje kilkanaście godzin dziennie. Wtedy i Wisła dobra, i Warszawa dobra.

Nie lubisz wyjeżdżać za granicę czy wyjeżdżać w ogóle?

Jest hierarchia. Podróże po Polsce są złe, a zagraniczne – tragiczne. Trzeba unikać i tych, i tych. To wynik urodzenia się w ortodoksyjnej rodzinie ewangelickiej, czyli: pragmatyka, oszczędność, pracowitość, wykluczenie jakichkolwiek bezsensownych rozrywek. Pierwszy zakaz to zakaz brania katoliczek za żonę. Prędzej matkę zabić. Ale zaraz za nim był zakaz wyjeżdżania. Przecież ludzie z całej Polski jadą do Wisły na wczasy! Tu masz, chłopie, wszystko, basen nawet masz, a ty chcesz jechać do Zakopanego. Jedyne, co raz na dziesięć lat było wybaczalne, to pojechać nad morze wdychać jod. Zakopane zobaczyłem, jak miałem dwadzieścia parę lat. Do dzisiaj – mam sześćdziesiąt lat i wyrzuty sumienia, jak gdzieś jadę. Ale musiałem wykonać trochę tur po Polsce.

Na spotkania autorskie.

Nawet je lubiłem. Cztery-pięć podróży po wydaniu książki – to było do zniesienia. Toruń, Poznań, Wrocław, Gdańsk. Jak człowiek ma jakieś złudzenia do swojej kariery światowej, to zawsze na początku są Niemcy. Trasa podobnie jak w Polsce – kilka ważnych miast. I wszędzie pełen komplet Niemców na sali. Są przygotowani, przeczytali, zadają jakieś pytania, a zarazem czujesz kompletną nieprawdziwość tego wszystkiego. Że oni idą z jakichś innych powodów, gnani jakimś atawistycznym poczuciem obowiązku wypełniania publicznych zadań: po południu trzeba zamieść liście przed domem, pójść na spotkanie z Schriftsteller aus Polen, a wieczorem obejrzeć koncert Musik aus Tirol.

Więc te Niemcy nie spodobały się.

Nie. Byłem też we Frankfurcie – największe doroczne targi książki. Ktoś, kto się zajmuje literaturą, w ogóle nie powinien tam jeździć, bo może się odechcieć pisać. Widzisz tę straszliwą ilość literatur światowych, potworną ilość pisarzy, książek – same nowości miesiąca października. Bez poczucia wyjątkowości nie da się robić literatury. Poczucia pychy. A tam spotkania autorskie są pędem, bo już czeka w kolejce następny prozaik, za nim liryk. Więc potem nie byłem na promocji holenderskiej, francuskiej, byłem na promocji litewskiej, czyli pojechałem do Wilna, ale tu nie mam nic do powiedzenia.

Co w tych podróżach było tak zniechęcającego?

O Jezus, o ten pierwszy krok chodzi. Pakować się. Nie pakować się. Ja do Wisły mogę wziąć tylko laptop, reszta jest: garderoba, buty, odpowiedni zasób książek. Wszystko tam mam. Wiesz co, może jakby ktoś ze mną jeździł, byłoby inaczej. A akurat, gdzieś tak od roku, nawet do kina nie mam z kim chodzić i to jest chwilami męczące. Więc tu, że znowu sam się będę tłukł… Tylko żeby ogłoszenie matrymonialne sformułowane w tym wywiadzie nie zabrzmiało zbyt ordynarnie: pojechałbym, ale nie mam z kim.

Bo i tak byś nie pojechał.

Myślę, że bym nie pojechał. Na razie nie jeżdżę nawet do Wisły. Nie jestem jakoś w stanie. Za często jeździłem. Źle się czułem w zeszłym roku i tak miesiąc tu, miesiąc tu.

Wolisz Tołstoja czytać po raz piętnasty, niż posiedzieć na gorącej plaży, popić świeżego kokosa?

Nie umiem tego wytłumaczyć, że ja ulubione książki zawsze czytałem kilkanaście razy najmniej. „Księgę urwisów” Niziurskiego równie często czytałem jak „Śmierć Iwana Ilicza” Tołstoja.

Masz trzy egzemplarze „Sklepów cynamonowych”...

Teraz znowu Izaaka Babla kupiłem, mam już szereg wydań tych samych. „Czarodziejskiej góry” Manna mam ze trzy.

Żeby mieć, patrzeć, oglądać?

Jeden egzemplarz, żeby stał, nie trzeba było go ruszać, drugi do czytania, trzeci można komuś dać. Mam parę wydań „Śmierci Iwana Ilicza”, ale jakbym zobaczył gdziekolwiek wydanie w antykwariacie, to oczywiście kupię.

Śmieję się, bo ja tego kompletnie nie kumam.

To ja nie kumam twojego jeżdżenia. Dlatego nie jeżdżę, bo mi lektura zajmuje kupę czasu, a książki zabrane w podróż ulegają zniszczeniu.

Tragedia!

Lepsze może: galernictwo zwiedzania, łażenia, oglądania muzeów, gdzie człowiek po trzech godzinach zwyczajnie wysiada fizycznie, jest zły, chodzą mu po głowie rzeczy, które go naprawdę interesują.

Czyli co?

Tęsknię za ojczyzną moją, za moją ulicą, za moim biurkiem, za moimi książkami i za moimi płytami. Za moim wyregulowanym, stabilnym, kojącym moje skołatane nerwy trybem życia, Olu!

Z gruntu rzeczy podróż łamie to wszystko.

Podróż jest jedną wielką ruinadą. Moja patologiczna skłonność do pedanterii i do uporządkowania życia codziennego bierze się z wygody. Jest wykluczone, żebym miał się denerwować czymś dodatkowym poza własną pracą. Nie mogę sobie pozwolić na niezapłacony rachunek za telefon albo cokolwiek szwankującego w domu, bo tylko na tym bym się w sposób patologiczny skupiał. Mnie codzienność koi. „Zawsze to samo”.

Ale taki wyjazd w nieznane może nieść ze sobą coś zaskakująco przyjemnego.

Może mi powiesz co.

Tu leje, tam ciepło i przyjaźnie.

Przestanie padać? Dziękuję bardzo. Podpowiem: poznaję kobietę życia – od razu odpada, bo nie mówię językami na tyle, żeby się dogadać.

A jakieś jedzenie egzotyczne lubisz?

O Jezus Maria, sushi zwłaszcza – rybę na surowo! Nie.

Indyjskie masale?

Nie.

Chodzi mi o coś takiego…

Uparta jesteś jak osioł. Kuś mnie, no. Coś do jedzenia…

Tajska kuchnia – ryż z kokosem i…

Nienawidzę kokosu.

A taki banan świeżutki prosto z drzewa...

Banany pachniały i miały smak w latach 50. Przywożone z Kuby na święta.

Nie miały takiego smaku, bo żeby przeżyły podróż statkiem, to musiały być zerwane zielone. A te malutkie i słodkie lokalne banany nie nadają się do transportu, bo się tego samego dnia rozciapciowują.

A ja ci mówię, że zapamiętany banan z lat 50. nie jest porównywalny z niczym innym. Nie ma takiego banana, no daruj.

Tutaj nie ma.

Ale nawet z tobą nigdzie nie pojadę spróbować banana!

I chwała Bogu!

Zaczynasz mnie denerwować. Zaraz, było coś takiego. Za PRL-u byłem gotowy pojechać do słynnych włoskich sklepów papierniczych i kupić sobie bezlik zeszytów, notatników, strugaczek, ołówków. Wysokiej jakości, jakiej u nas nie było. Ale tak się złożyło, że komunizm upadł i moleskiny dojechały do Polski. Mówiłem o mistrzostwach świata?

W 1974 r.

Chodzi o inne. Niektórzy mówią, że to smutna historia. Póki byłem młody, jednym z moich marzeń było pojechać na mistrzostwa świata w piłce nożnej. W 2006 r. jest mundial w Niemczech. Ja mam pięćdziesiąt cztery lata, jestem w „Polityce” i naczelny, Jerzy Baczyński, wpada na pomysł, żeby mnie wysłać na te mistrzostwa.

Jako korespondenta.

Oczywiście. Jestem rozanielony, przez pierwsze dni świętuję wręcz. Potem pojawia się panika, bo jestem na kompletnym zerze językowym. Zaczynam oglądać filmy tylko w oryginale. Czytać tylko po angielsku. Z tym faszyzmem luterskim robię to przez miesiąc. Rzygam pierwszą wersją „Lolity”, którą oglądam chyba z 600 razy. Ale nagle widzę, że jako człowiek nieprowadzący samochodu nie mam najmniejszych szans. Skoordynowanie wybranych meczów jest bardzo trudne logistycznie. Ta wyprawa okazuje się dla mnie wyprawą na biegun i to bez sprzętu. A przy moim temperamencie – nic nie może szwankować. Po miesiącu idę do naczelnego i serdecznie mu dziękuję.

Co on na to?

Użyłem argumentu nie do odparcia. Ten stres mógł spowodować, że na ciężkiej lufie odbyłbym podróż życia taryfą z Berlina do Wisły. Odbyłem taką z Gdańska do Wisły. Taksówkarz zwłoki wiózł, bo nie wytrzymałem. Jak przedstawiłem to Baczyńskiemu, to bardzo entuzjastycznie się zgodził.

Ale podróże służą też temu, żebyś po powrocie nie musiał mieć wszystkiego dopiętego. Weźmy… Co pijesz na śniadanie?

Kawę parzoną po swojemu.

Więc jak gdzieś jedziesz, nie ma tej twojej kawy i okazuje się, że da się żyć. Wracasz i jak jej nie ma, nie ma dramatu.

To rozumiem.

To dlaczego wolisz przeczytać u Iwaszkiewicza czy Márqueza to, co oni widzieli, niż opisać to po Pilchowemu? Przeczytać świętą biografię Matki Teresy z Kalkuty, zamiast porozmawiać z kimś, kto ją znał?

W tym przypadku wolałbym porozmawiać.

Jednak!

Ale tylko w tym przypadku. Natomiast ja jestem przeświadczony o wyższości książek nad rzeczywistością, zwłaszcza wielkich książek. Rzeczywistość zapisana przez wielkiego pisarza, takiego jak Márquez czy Joyce, przerasta tę rzeczywistą.

Czyli żadnych więcej podróży?

Podstawowa podróż mojego życia to jest podróż wokół chałupy moich dziadków w Wiśle. Zacząłem ją czterdzieści lat temu i mam poczucie, że jeszcze nie zrobiłem pierwszego okrążenia, a chcę ich zrobić kilka.

To rozumiem.

Numer 2/2012

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2012.