Zaznacz stronę

Tekst: Piotr Tomza
Zdjęcia: Michał Dzikowski

„Idę. Wyłączam się. Lecę. Tam w ogóle nie trzeba myśleć. Nie trzeba. Idziesz      i jesteś w tym stanie. Właściwym. Masz przed sobą wielką, nieskończoną przestrzeń i jest ci dobrze”

Paweł Witkowski (Kudłaty) – pierwszy z lewej. 34 lata, pod Nangą po raz pierwszy: – Trawersujesz stok  i wiesz, jak niewiele trzeba, żebyś podciął przylepione do stoku masy śniegu i w konsekwencji zerwał lawinę. Idziesz i po prostu czujesz, że znajdujesz się w miejscu, w którym nie powinno cię być

Paweł Dunaj (Pablo) – drugi z lewej. 31 lat, pod Nangą po raz drugi (za pierwszym omal nie zginął): – Gdy zaczyna się lawina, najpierw leci jeden kamyczek. Potem drugi, trzeci i dopiero wtedy słyszysz w uszach ten dźwięk: huk! I nie masz już kontroli nad niczym

Marek Klonowski – drugi z prawej. 37 lat, pod Nangą po raz piąty: – Czuję, że tak to może wyglądać po śmierci. Jest ci po prostu dobrze. Nieskończenie, cały czas dobrze. Nie istnieje dla ciebie czas i nie masz zmartwień. I tutaj też tak jest. Często.

Michał Dzikowski (Dziku), 38 lat, pod Nangą po raz drugi: – Schodzę z góry i wszędzie widzę kobiety. Ciągle myślę o kobietach, nie mogę się od nich uwolnić. Wszędzie cipki!

Na zdjęcie także: trzeci z lewej Abbas Ali, pierwszy z prawej Paweł Kudła (Strażak)

Światłocień

Nanga Parbat wznosi się na wysokość 8126 metrów n.p.m. Stoi samotnie w pakistańskiej części Kaszmiru, a jej potężny masyw przez większość dnia rzuca cień na położoną od północnego zachodu dolinę Diamir. Po drugiej stronie, w dolinie Rupal, jest jasno. Świeci słońce i bywa naprawdę ciepło. Nawet zimą. Jest też pięknie. Jeśli tylko widoku nie przesłaniają chmury, oglądany z dołu wierzchołek rano przybiera barwę złocistą, w ciągu dnia jest stalowoszary, a wieczorem oblewa się krwistą czerwienią.

Do niedawna Nanga pozostawała jednym z dwóch ostatnich niezdobytych zimą ośmiotysięczników. Sytuacja zmieniła się 26 lutego tego roku.

Krew

Kiedy zimą 2014 roku Pablo mierzył się z nią po raz pierwszy, lawina zabrała go tuż sprzed obozu pierwszego. Poleciał w dół dobre tysiąc dwieście metrów. Miał szczęście, choć długo nie zdawał sobie z tego sprawy. Stracił przytomność. Spadając, upadł na prawy bok. Złamane żebro przebiło płuco. Gdyby upadł na lewy – najpewniej przebiłoby serce. Dołączyłby wtedy do długiej listy. Sławę „góry mordercy” Nanga zyskała dawno i nie na wyrost. Rok 1895, pierwsza próba zdobycia szczytu. Niespełna czterdziestoletni Brytyjczyk, Albert F. Mummery, wraz z dwoma tragarzami, Ragobirem Thapą i Gomanem Sinhgem, dociera na wysokość 6100 metrów. Ich ciał nigdy nie odnaleziono. Rok 1934, niemiecka wyprawa narodowa kierowana przez Willy’ego Merkla. Nad bazą powiewa czerwona flaga z czarną swastyką w środku. Pierwszy członek ekspedycji umiera, jeszcze zanim rozpocznie się właściwa akcja górska, najprawdopodobniej wskutek obrzęku płuc. Mimo to jego koledzy kontynuują wspinaczkę. Będzie to kosztowało życie trzech Niemców i sześciu szerpów. Rok 1937, kolejna wyprawa i aż szesnastu zabitych. Rok 1950, wyprawa brytyjska z udziałem m.in. późniejszego zdobywcy Mount Everestu, Tenzinga Norgaya. Do czarnej listy dopisane zostają nazwiska Williama Crace’a i Johna Tornleya. Rok 1970, pierwsza himalajska wyprawa Reinholda Messnera. Mając zaledwie 26 lat, dokonuje czegoś, czego przed nim nikt nawet nie próbował – trawersuje ośmiotysięcznik. Ceną, jaką płaci za przejście do historii himalaizmu, jest śmierć towarzyszącego mu we wspinaczce młodszego brata. Rok 2013, do bazy w dolinie Diamir wdziera się kilkunastu uzbrojonych mężczyzn ubranych w policyjne uniformy. Dokonują egzekucji, strzelając z bliska i zabijając jedenaście bezbronnych osób – dziesięciu wspinaczy i kucharza. Do zbrodni przyznaje się organizacja Tehrik-i-Taliban Pakistan, która ogłasza, że to odwet za zamordowanie jednego z jej liderów w ostrzale przeprowadzonym z amerykańskiego drona.

Zima

Podobnie jak dla Messnera, Nanga Parbat była pierwszym himalajskim sprawdzianem również dla Jerzego Kukuczki. Jednak inaczej niż w przypadku Tyrolczyka, próba – podjął ją w roku 1977 – zakończyła się niepowodzeniem. Polak stanął na szczycie dopiero osiem lat później – w trakcie wyprawy, podczas której lawina zabrała Piotra Kalmusa.

Od końca lat 80. XX wieku, wielokrotnie zdobyta latem, Nanga stała się celem kilkunastu wypraw zimowych. W większości z nich brali udział Polacy. Ich przebieg szczęśliwie nie był już tak dramatyczny, niemniej za każdym razem kończyły się one niepowodzeniem. Najbliżej wierzchołka znaleźli się Zbigniew Trzmiel i Krzysztof Pankiewicz. Uczestnicy ekspedycji kierowanej przez Andrzeja Zawadę dotarli w roku 1997 na wysokość 7800 metrów. Wycofali się z powodu odmrożeń.

Czternaście lat później w dolinie Diamir po raz pierwszy pojawili się Marek Klonowski i Tomek Mackiewicz

– Czapkins. 8 stycznia 2011 roku Nanga na moment wyłoniła się zza chmur.

– Bogini – powiedział Marek.

Tamtej zimy wiele więcej już się nie wydarzyło.

Nanga Dream

Nanga różni się od innych ośmiotysięczników tym, że łatwo się pod nią dostać. Nie trzeba maszerować wiele dni przez lodowce, by znaleźć się w miejscu, w którym można założyć bazę. Przy dobrych wiatrach trekking

z ostatniego punktu, gdzie dociera się samochodem, zabiera nie więcej niż kilka godzin. Również zimą. W wymiarze praktycznym oznacza to, że da się zorganizować wyprawę, mając stosunkowo niewiele pieniędzy. Albo: nie mając ich prawie wcale.

Klonowski i Mackiewicz to ten drugi przypadek.

Jadąc do Pakistanu, nie byli anonimowi. Wiosną 2009 roku otrzymali Kolosa w kategorii „Wyczyn roku”

za dokonany w pionierskim stylu trawers Mount Logan, najwyższego szczytu Kanady. Podczas czterdziestu dni marszu przemierzyli wtedy ponad dwieście kilometrów, przechodząc przez siedem lodowców, a końcowy odcinek trasy spływając rzeką Chitina. O mało wtedy nie zginęli. Kilka lat wcześniej Klonowski samotnie strawersował Denali od północy, a latem 2009 roku Mackiewicz zdobył Khan Tengri, też solo.

A jednak – nikt nie brał ich na poważnie. Wszystko, co robili, było na opak i wbrew regułom. Działali poza systemem, nie mieli wykazu przejść, który mógłby uwiarygodniać ich doświadczenie. Mieli za to, całkiem dosłownie, punkowe podejście do eksploracji.

Nangę zimą wymyślili, bo była tania. A równocześnie stanowiła jeden z najbardziej śmiałych celów na całej planecie.

Zuchwałość

Napisali do Artura Hajzera, który kierował programem „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015”, działającym pod egidą Polskiego Związku Alpinizmu oraz Ministerstwa Turystyki i Sportu. Hajzer odpisał:

Zdecydowanie radzę:

– ukończyć kurs tatrzański zimowy (wcześniej letni

i samodzielny sezon letni tatrzański);

– zaliczyć 2 samodzielne sezony zimowe w Tatrach

– po 5 dróg min. V stopnia min. 400 m;

– pojechać na ośmiotysięcznik w sezonie niezimowym, wcześniej najlepiej w Pamir na ponad 7000;

– potem dopiero myśleć o himalaizmie zimowym.

Nie posłuchali.

– Mieliśmy takie, a nie inne środki i znaliśmy tylko jeden sposób podejścia: wbijanie się z namiotem do przodu – opowiada Klonowski. – Namiot bazowy? Zapomnij! Styl alpejski, wersja extreme: wysiadasz z autobusu i idziesz z plecakiem do góry.

Czy naprawdę wierzyli, że coś takiego może się udać?

– Szczerze? Oczywiście, że tak! Mieliśmy aż taką fantazję. Jasne, dziś już wiem, że ten wyjazd nie miał najmniejszych szans powodzenia, ale musieliśmy się o tym przekonać na własnej skórze.

Próby

Następnej zimy pojechali jeszcze raz. A potem kolejny. I znowu. W 2013 roku Tomek Mackiewicz, w ostatniej fazie działając sam, dotarł na wysokość 7400 metrów

– wyżej niż ktokolwiek od czasu Trzmiela i Pankiewicza. Tego nie dało się już zignorować. O chłopakach z Nanga Dream, którzy bez pieniędzy i bez zaplecza porywają się na Himalaje zimą, zrobiło się głośno.

Czwarte podejście do Nangi – do Pakistanu pojechali z nimi wtedy również m.in. Dziku i Pablo – było dla Marka i Czapkinsa ostatnią wspólną wyprawą. Poróżnili się, spędzili ze sobą zbyt wiele czasu, formuła się wyczerpała. Poza tym Marek w połowie stycznia wrócił do Europy, by być przy narodzinach swojego drugiego syna.

Ale góra wciąż pozostawała zimą niezdobyta.

Pod koniec ubiegłego roku Mackiewicz po raz szósty znalazł się u jej podnóża, w dolinie Diamir, by wspinać się wspólnie z Francuzką Elisabeth Revol, Klonowski zaś, jako lider wyprawy Nanga Dream 2015/2016, dotarł w grudniu do Lattabo, w dolinie Rupal.

 

Lattabo

Pasterskie sioło, wkomponowane pomiędzy bloki skalne, wyrastające ponad ogromną łąką, tuż za wywierzyskiem lodowatej rzeki, to miejsce wyjątkowe z wielu względów. Nigdzie indziej wyprawy, których celem jest ośmiotysięcznik, nie lokują obozu bazowego tak nisko (3500 metrów n.p.m.), nigdzie indziej też nie ma szans, by podczas takiej ekspedycji urządzić się w zamieszkiwanej wiosce.

Gdy dwa lata temu obozował tu Simone Moro, swój perfekcyjnie wyposażony wielki namiot, z logo sponsorującej go marki The North Face, rozbił na osłoniętym od wiatru wypłaszczeniu nad rzeką. Włoch to jeden z najbardziej rozpoznawalnych himalaistów na świecie, zawodowiec. Chłopaki z Nanga Dream – tak z oszczędności, jak i z przekonania – korzystały z infrastruktury już istniejącej, „squatując” na potrzeby bazy jedną z chat, zbudowaną z gliny oraz kamienia, latem służącą za schron dla kóz i owiec.

Wbrew pozorom jednak jej wyposażenie było komfortowe. Żeliwny piecyk z kominem, stół, półki, wieszaki

z gwoździ, „boazeria” z tektury i pociętej karimaty w cętki, wygodne legowiska. Przede wszystkim zaś prąd – dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez huku generatora. Płynący z czterech monokrystalicznych paneli fotowol- taicznych, zamontowanych na dachu, magazynowany

w akumulatorze litowym o pojemności 60 Ah, opakowanym w karton po mleku, i przetwarzany ze stałego w zmienny przez falownik. Każdy z uczestników wyprawy miał przy „łóżku” działającą nocną lampkę. W pasterskiej chacie.

 

Rewolucja

– Nowoczesna technologia w kwestiach związanych z przepływem energii. Konfiguracja również. To mnie kręci – tłumaczy Marek. – Kładę kable i jestem w podobnym stanie jak wtedy, gdy chodzę po górach. Wyłączam się. To mnie nie stresuje, sprawia mi przyjemność. Jestem jak chirurg, który patrzy na zoperowane serce. Kable zamontowane, energia zaczyna przepływać, wiem, skąd i dlaczego, wiem, ile, widzę, jak wytwarza się sok i jak coś go spożywa.

Klonowski z zawodu jest inżynierem elektrykiem, absolwentem Akademii Morskiej w Gdyni, kierunek: elektroautomatyka okrętowa.

– Wyżywam się w górach, ale prawdziwy hardkor to zmienić system – mówi. – Hardkor życiowy. Marzenie: ratujemy świat ze szponów kapitalizmu, banków i korporacji, robimy rewolucję, przechodzimy na inne źródła energii. Każdemu jest dobrze.

Nieodłączny rekwizyt wyprawy Nanga Dream – maska Guya Fawkesa, pochodząca z komiksu „V for Vendetta” Alana Moore’a i Davida Lloyda. Symbol globalnego, anarchicznego ruchu Anonymous. „Jesteśmy anonimowi. Jesteśmy legionem. Nie przebaczamy. Nie zapominamy. Spodziewaj się nas” – głosi jego deklaracja. Z kolei chłopaki mówią o sobie: „Nanga Dream to wiara w wyzwolenie ludzkości ze złego systemu. Małymi kroczkami, uparcie. Po stronie życia, przeciwko śmierci, wbrew ciemnościom przez szczyt”.

Chłopaki

Oprócz Marka: Pablo – inżynier budowlany z Białegostoku, który przed każdym wyjściem w górę dokładnie się myje i pierze; Kudłaty – weganin z burzą dredów, niemogący się zdecydować, czy z Nangą chce „tańczyć”, czy „walczyć”; Dziubas (Tomasz Dziobkowski) – źle sypiający na wysokości, rozwodnik, bo zaczął zbyt często wyjeżdżać w góry; Dziku – nierozstający się z aparatami, uwielbiany przez Pakistańczyków z Lattabo; Strażak (Paweł Kudła) – prawdziwy strażak; Abbas – oficer łącznikowy i główny logistyk, z nienagannie przystrzyżonym wąsem; Szabir – kucharz, z lubością wpatrujący się, jak inni jedzą to, co przyrządził; Manaf – jego asystent, a także muezzin i fryzjer.

Moc wszechświata

23 stycznia, miesiąc po rozpoczęciu działalności górskiej na Nandze, mozolnym poręczowaniu drogi Schella i założeniu czterech obozów, Marek dotarł do wysokości powyżej 7200 metrów. Wiedział, że to ostatni dzień okna pogodowego, wiedział też, że nie jest dostatecznie zaaklimatyzowany. Podszedł jeszcze kawałek, chociaż rozumiał,

że właściwie nie ma to już żadnego sensu, że i tak przecież za chwilę zaczną wraz z Pablem schodzić, ale zależało mu na tym, żeby przedłużyć ten moment. Siadł na kamieniu.

– Wiedziałem, że to game over. Że już nie ma szans na drugie takie okno w tym roku. Ale nie chciało mi się płakać. Było cudownie: magia przestrzeni i ta bliskość epicentrum mocy wszechświata. To było łagodne rozstanie. Takie oczywiste.

Wcześniej podczas wyprawy wielokrotnie doświadczał zachwytu. Nie myślał, czuł, był tu i teraz.

– Na myślenie mózg zużywa najwięcej tlenu. Dlatego wszystkim polecam: podczas wspinaczki za wiele nie myśleć. Zresztą podczas życia na nizinach również.

Zmiana

Byli przekonani, że wrócą na Nangę następnej zimy. Pablo zaczął nawet liczyć – że to wcale nie rok, ale najwyżej dziewięć-dziesięć miesięcy. Bo przecież wyjechać można już w listopadzie.

– Jesteśmy gotowi, mamy wszystko przygotowane – mówili.

Przed powrotem do Europy zatrzymali się jeszcze w Tarashing, rodzinnej wiosce Abbasa, Szabira oraz Manafa, by na dachach kilku domów zamontować solary.

A potem był ten piątek, 26 lutego. Działający po stronie Diamir na drodze Kinshofera Simone Moro, Alex Txikon i Muhammad Ali Sadpara około trzeciej po południu czasu lokalnego stanęli na szczycie. Prawie do samego końca była z nimi Tamara Lunger. Zawróciła kilkadziesiąt metrów przed wierzchołkiem, choć tak niewiele dzieliło ją od tego, by została pierwszą kobietą, która dokonała wejścia na niezdobyty ośmiotysięcznik. Być może ta decyzja uchroniła ją i jej partnerów przed dopisaniem do listy. Następnego dnia cała czwórka bezpiecznie zeszła do bazy.

Nanga padła.

Kudłaty: – Pierwsze odczucie? Jakby ktoś zatańczył ostatni taniec z dziewczyną, która mi się podobała.

Zimą 2016/2017 pod Nangą tancerzy już raczej nie będzie. Tylko pasterze. No, chyba że znowu wróci tu Czapkins. Ale to już temat na inną opowieść.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup