Zaznacz stronę

Tekst: Krzysztof Środa

Robiłem wszystko, żeby nie znaleźć się w Czeczenii

Ten facet, tam pod ścianą, przy wyjściu z dworca. Jest dziesiąta wieczorem, może później, a on sobie tak siedzi – i od razu widać, że nie czeka na żaden pociąg. Że tu chodzi o jakąś inną jednostkę czasu. Właściwie nie siedzi. Tylko kuca. 

Ale kuca nie tak, jak się to zwykle robi, tylko raczej tak, jak robią to australijscy Aborygeni i te inne ludy, które chodzą tak dużo, że przysiadać gdzieś na dłużej nie ma sensu. Stopy ma lekko rozstawione i zwrócone na zewnątrz, jego pośladki są nisko, tuż nad ziemią, a ręce, tuż za łokciami oparte na kolanach, zwisają luźno wraz z otwartymi dłońmi. Zwisają słusznie, bo nie ma dla nich żadnego zajęcia.

Z oczami już tak nie jest. Jego oczy poruszają się wciąż, nie nerwowo wprawdzie, ale wystarczająco czujnie, by widzieć wszystko, co dzieje się dookoła, oczywiście z wyjątkiem tego, co dzieje się z tyłu głowy. A skoro widzą wszystko, widzą również, że zatrzymuję na nim wzrok dłużej niż inni. Zatrzymuję na chwilę – a mimo to za długo.

Odchodzę jakieś dziesięć metrów i zapalam papierosa. On musi być z Kaukazu – myślę sobie. A ponieważ nie ma sensu iść dalej, zawracam. Kiedy gaszę papierosa i wrzucam go do kosza na śmieci, on wstaje i podchodzi. Z tym swoim uśmiechem, którego odcieni i gradacji nauczę się dopiero później.

Prosi o papierosa. Daję mu jednego. Mam taki zwyczaj, że nie każdemu daję pieniądze, ale papierosa – prawie zawsze. Ma zapalniczkę, więc radzi sobie dalej sam, a kiedy zaciąga się pierwszy raz, uśmiecha się nieco szczęśliwiej i mówi, po polsku, z wyraźnym akcentem:

– Jak się pali, nie czuje się głodu.

– Skąd przyjechałeś? – pytam.

– Z Niemiec.

Domyślam się, że to prawda i nieprawda zarazem.

– Ale nie jesteś Niemcem.

– Nie – przyznaje i już wie, że musi powiedzieć prawdę. – Jestem Czeczenem.

TEGO SIĘ OBAWIAŁEM. TAKĄ MIAŁEM NADZIEJĘ.

On szuka pracy – tak w każdym razie mówi. Ale nie mam żadnego pomysłu. Więc tylko na wszelki wypadek biorę od niego numer telefonu. Na wszelki wypadek, ponieważ on nie ma ładowarki – telefon, jak sam przyznaje, kupił od złodzieja – więc szanse na to, żebym się do niego dodzwonił, są niewielkie.

Nie mam też czasu na dłuższą rozmowę, bo pociąg, z którego mam kogoś odebrać, wjeżdża właśnie na peron. Żegnamy się. Schodzę na dół, a kiedy po kwadransie wracam do samochodu, on wciąż tam stoi. Zostawiam mu jakieś pieniądze – mimo że o nie nie prosi – i odjeżdżam.

Jest październik. Im pogodniejsze są dni, tym chłodniejsze robią się wieczory.

 Powiedzmy – chociaż to nieprawda – że on ma na imię Isłam. Następnego dnia jest sobota. Niby dzień wolny, ale nie jest tak, że nie mam co robić. Mam. Jednak gdzieś koło południa sięgam po komórkę. Zaglądam pod literę I – to też nieprawda – znajduję odpowiednią pozycję na liście i wciskam klawisz. Nic z tego. Odzywa się automat. 

Nie dziwię się. Przecież nie ma ładowarki. Po godzinie próbuję raz jeszcze. A potem wychodzę z domu i idę w stronę dworca. Spotykamy się gdzieś w połowie drogi na przejściu dla pieszych. Mogliśmy się minąć na wiele sposobów i wtedy nie zobaczylibyśmy się pewnie nigdy więcej. Tym bardziej że on, nie wiedząc, gdzie mieszkam, nie szedł mi wcale na spotkanie.

– Bóg tak chciał – powie dwie godziny później. Chociaż zdaje się, że nie wierzy w Boga. Jest z kolegą. Imię kolegi jest całkiem obojętne. On pojawia się tylko na chwilę, potem gdzieś zniknie. Tyle że Isłam też miał zniknąć. Miałem tylko zabrać go na jakiś obiad, kebab, na cokolwiek, co można zjeść w tanim barze w śródmieściu, powiedzieć sobie potem, że – tak jak zalecają autorzy książki wszystkich książek – nakarmiłem głodnego, i pójść w swoją stronę.

A TERAZ JESTEŚMY KOLEGAMI. WIĘCEJ NIŻ KOLEGAMI.

Może jednak nie jestem uczciwy wobec samego siebie. Może jednak chodziło mi o coś więcej. Widzę przecież teraz coraz wyraźniej, że wszystkie moje wyjazdy na Kaukaz były niekonsekwentnymi próbami znalezienia się w Czeczenii. Niekonsekwentnymi – bo robiłem oczywiście wszystko, żeby się tam nie znaleźć. 

Dlaczego? Bo się bałem. To jasne. Kto by się nie bał? Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy, dogorywała właśnie druga wojna czeczeńska. Można to było poznać po tym, że im dalej się jechało na wschód od Rostowa nad Donem, tym więcej widziało się na drodze policyjnych posterunków. Niektóre były osłonięte betonowymi płytami i workami z piaskiem.

Przenocowaliśmy jakieś dwadzieścia kilometrów od Mineralnych Wód i dwieście pięćdziesiąt, a może trzysta od Groznego. Rano pojechaliśmy do Piatigorska. I jakoś tak się stało, że na pół godziny zostałem sam, gdzieś niedaleko centrum, tam gdzie zbiega się kilka ulic, a pośrodku stoi niewielki okrągły budynek dworca autobusowego. 

Byłem tam po raz pierwszy. Nie potrafiłem więc wtedy – i dziś nie potrafiłbym – odróżniać w tłumie tych wszystkich twarzy. Czerkiesów, Ormian, Azerów, Awarów, Lezginów, Osetyńców, Inguszy i Abchazów – i jakie tam jeszcze żyją ludy i plemiona. Skąd w takim razie wiedziałem, że dwaj mężczyźni stojący pod ścianą dworca, z rękoma w kieszeniach i czarnymi wełnianymi czapkami zsuniętymi na czoła aż do linii brwi, są Czeczenami? Skądś to wiedziałem – i na tyle, na ile można było to zrobić bezpiecznie, przyjrzałem się im. Jedyne dwie twarze, które zapamiętałem z krótkiego pobytu na dworcu autobusowym w Piatigorsku.

O tym, że miałem rację, przekonałem się, kiedy jakieś dziesięć dni później wróciłem do kraju i zobaczyłem w telewizji twarz Mowsara Barajewa, który tego właśnie wieczora przerwał spektakl w moskiewskim teatrze Na Dubrowce. Mowsar Barajew za dziesięć godzin miał już nie żyć, ale mówił spokojnie. Na głowie miał czarną wełnianą czapkę, a jego oczy były równie obce jak oczy tamtych dwóch. Właściwie byli identyczni.

KTO BY SIĘ NIE BAŁ?

Nie lubią, kiedy zadaje im się za dużo pytań. Zwłaszcza na początku. Więc się powstrzymuję. Ale po jakimś czasie sami zaczynają opowiadać. Coś im się z czymś skojarzy, coś im się przypomni i wtedy, wędrując od jednej dygresji do drugiej, wydobywają z przeszłości te wszystkie niepokojące obrazy i opowieści.

Więc się słucha. Słucha się z zainteresowaniem, wręcz łapczywie, bo ma się wrażenie, że w ten sposób ogląda się świat od tej drugiej, na całe szczęście nieznanej jak dotąd strony. 

I faktycznie się ogląda. Kiedy jednak ogląda się zbyt długo, kiedy historie – a co kilka dni, co kilka tygodni słyszy się kolejne – osadzają się w pamięci, ma się nagle ochotę, żeby przepadły. A jeśli nie jest możliwe, żeby przepadły całkowicie, niechby przynajmniej opadły na jej ciemne dno. Ale nie – one unoszą się całymi dniami na powierzchni jak zobaczone przed chwilą obrazy. I stają się ciężarem, który przeszkadza w codziennym życiu.

Opowieści zaczynają się niespodziewanie, ponieważ tak właśnie działa ludzka pamięć, która łączy rzeczy inaczej, niż zalecają to podręczniki logiki. Pojechaliśmy na bazar. Nie 

z Isłamem, z tym drugim. Od tamtego wieczora na dworcu minęło kilka miesięcy i znałem ich już dwóch. Nawet trzech. Powiedzmy – chociaż to też nieprawda – że ten drugi ma na imię Asłambek. Czyli Asłam. Prawie jak ten pierwszy.

Pojechaliśmy więc z Asłamem na bazar, gdzieś na Ochotę, zbadać szanse powodzenia pewnego biznesu. Ale szybko przekonaliśmy się, że nic z tego nie wyjdzie. Pokręciliśmy się tylko trochę, zjedliśmy po gorącej zupie w wietnamskiej budce i wróciliśmy do samochodu. Było zimno. Kiedy ruszaliśmy, Asłam zobaczył tabliczkę z nazwą przecznicy.

– Borsucza? To od borsuka? – pyta.

– Tak. 

– A wiesz, że tłuszcz borsuka to lekarstwo? Na płuca.

– Wiem. Po polsku sadło. Borsucze sadło. Kiedyś ludzie tak się leczyli.

Rozmawiamy niby po rosyjsku. Ja na tyle, na ile potrafię, on wtrącając polskie słowa, których zdążył się tu nauczyć.

– Na Kaukazie można je kupić na bazarach. Ale jest drogie. Więc jak ktoś nie ma pieniędzy, kupuje sadło psie.

Jesteśmy już na Grójeckiej. Na zewnątrz samochodu miasto jest szare i zmarznięte.

– Jadłeś kiedyś psa? – pyta. – Chińczycy jedzą.

– Nie, nie jadłem. Chybabym nie chciał.

– Tak. Psy są mądre. Ale wiesz, koty są mądrzejsze.

Znamy się niedługo, więc dziwię się trochę i patrzę na niego pytająco.

– Byliśmy kiedyś w mieście. Ludzie uciekli. Więc wszystkie psy i koty przychodziły do nas. I wiesz – kiedy miały spaść bomby, psy znikały na godzinę wcześniej. Ale koty znikały już poprzedniego dnia.

Śmieje się. Z uznaniem.

– Był z nami jeden starik – opowiada dalej. – W takim domu.

Nie wiem, jak to jest, kiedy tego słowa używają Rosjanie. Pewnie w wielu przypadkach podobnie. Ale kiedy po rosyjsku mówią Czeczeni, starik z pewnością nie jest zwykłym starcem ani tym bardziej staruszkiem. Oni wciąż wierzą, że starość nie jest żałosnym schyłkiem, więc w słowie tym jest szacunek i domniemanie mądrości.

– Kiedy pierwszy raz uciekły wszystkie koty, starik powiedział, że musimy się przenieść gdzieś indziej. Przenieśliśmy się. A następnego dnia z tego poprzedniego domu nic nie zostało.

Nie pytam, jakie to było miasto i która wojna – pierwsza czy druga. Czekam.

– Psy są mądre, kiedy są stare. Ale wtedy miałem młodego psa. Przyszedł do mnie i został. Wszędzie chodziliśmy razem. Wszystko rozumiał. A miał tylko rok. Może mniej. Nigdy nie spotkałem tak mądrego psa. Zabili go.

– Kto go zabił? – nie wytrzymuję i pytam.

– No, dużo się wtedy strzelało. Ktoś go zabił. Ale wtedy w ogóle zabijało się dużo psów. 

Patrzę na niego raz jeszcze. Między jezdnią a chodnikami leżą brudne płaty śniegu, samochody jadą wolno i mogę spokojnie oderwać wzrok od drogi.

– Wiesz, jak pies pozna smak ludzkiego mięsa, to potem są z nim już tylko problemy. Więc trzeba je było zabijać. Był taki nauczyciel. Został w mieście. Kiedy zginął, jego własny pies zjadł mu pół twarzy.

Dojeżdżamy do centrum. On wysiada, ma tu swoje sprawy. Ja mam swoje gdzie indziej, więc jadę dalej. Ale zanim wysiądzie, powie: – Kiedy byłem młody, dużo polowałem. 

W górach. Tam, skąd pochodzi mój ojciec. Ale potem już nie chciałem. 

Nie pytam, czy oglądał „Łowcę jeleni” – jeden z moich ulubionych filmów. Nawet jeśli, zapamiętał z niego to, co uznał za warte zapamiętania.

Mam skłonność do sentymentalizmu, naiwności i innych tego rodzaju słabości, ale nie jestem głupi. Dlatego wiedząc o tych wszystkich skłonnościach, od razu mówię sobie – kiedy poznaję tego pierwszego, Isłama – NIE WIERZĘ MU. I powtarzam to sobie kilka razy, żeby nie zapomnieć. Mam oczywiście rację, ponieważ to, co opowiada, nie układa się w żadną przekonującą całość. Mniejsza o szczegóły, ale się nie układa. 

Faktycznie, nie jestem głupi. Gdybym był, nie zrozumiałbym już pierwszego czy drugiego dnia, że on przychodzi ze świata, w którym kłamstwo jest jak oddychanie.

– Nikomu nie wierzę. Nikomu – powie mi kilka miesięcy później.

Ale też właśnie wtedy, kilka miesięcy później, zaczyna mówić o sobie więcej. I dopiero wtedy jego historia jakoś nabiera sensu. Chociaż wyczuwam, że wciąż są w niej miejsca, które omija. Im więcej jednak wiem i im więcej się domyślam, tym mniej się mu dziwię. 

Byliśmy razem gdzieś na wsi. Wyszliśmy na papierosa do tlącego się obok domu ogniska. Zaczynał się listopad, więc żeby nie marznąć, trzeba było przy nim usiąść. To znaczy ja usiadłem. On schylił się najpierw, podmuchał delikatnie w żar, a kiedy pojawił się mały płomień, kucnął – trochę tak jak wtedy na dworcu. Trochę tak, a jednak inaczej. Kolana rozsunął szerzej, a oparte na nich ręce rozłożył lekko na boki, jakby chciał nimi otoczyć ognisko. A kiedy wreszcie zapalił papierosa, wykonał serię mikroskopijnych ruchów – stopami, dłońmi, szyją – żeby optymalnie dopasować kształt ciała do owalnej, a przecież trudnej do wyrysowania formy ciepła. Zrobił to z nieświadomą gracją mistrza – kogoś, kto robił to tak wiele razy, że teraz może zdać się na pamięć samego ciała.

Kiedy jednak wyszliśmy na papierosa po raz drugi, pamięć ciała obudziła tę drugą i Isłam, do tej pory wpatrzony ponuro w ogień, uśmiechnął się. Znałem już wtedy kilka jego śmiechów, ale ten przełamany był jakimiś innymi, niewidocznymi dla mnie obrazami. 

– Wracają wspomnienia – wyjaśnił. – Ty nie wiesz, jak to jest. Przy ognisku.

– NIE WIEM – przyznałem, choć do tej pory wydawało mi się, że wiem świetnie. 

Dalszy ciąg historii o psach – a właściwie jej szczegóły – poznaję dwa miesiące później. Tym razem pamięć Asłama zatacza jakiś inny krąg, więc zaczynamy nie od borsuków, tylko od niedźwiedzi. 

– Zwierzę nie zje cię, dopóki żyjesz – mówi. 

Moje pytające spojrzenia już się zdewaluowały, więc nawet na niego nie patrzę. 

– Dopóki się nie rozkładasz, nie ruszy cię – dodaje. – Miałem takiego znajomego. Rustama. Szedł z oddziałem, okrążali ich Rosjanie. Był ranny w nogi. Nie mógł iść dalej. Posadzili go pod drzewem i powiedzieli, że kiedy zgubią Rosjan, wrócą po niego. Siedział tak kilka dni. Nogi zaczęły mu gnić, miał gorączkę. Stracił przytomność. Obudził go niedźwiedź, który zaczynał obgryzać mu stopy. Ale Rustam miał pod ręką gałąź. Uderzył nią niedźwiedzia w łeb. 

I niedźwiedź uciekł. 

Trochę jak w filmie rysunkowym – myślę. Tyle że nie aż tak śmiesznie.

– Rozumiesz? Niedźwiedź poczuł gnijące mięso, więc zaczął jeść. Ale kiedy zorientował się, że on żyje, uciekł. A przecież mógł go zabić. On nie obroniłby się tą gałęzią. Kiedyś byliśmy w takim mieście. Wszyscy już z niego uciekli, ale był jeden nauczyciel, który został. U siebie w domu.

– Wiem, opowiadałeś mi kiedyś – mówię.

– Kiedy on zginął i przyszliśmy tam, pies siedział przy nim i nie pozwalał nam wejść na podwórko. Bronił go. Ale kiedy przyszliśmy dwa dni później, pies obgryzł mu pół twarzy. Rozumiesz. On już się rozkładał. I dla psa stał się kimś innym. Zastrzeliliśmy go.

Psa – dopowiadam sobie w myślach – bo nauczyciel nie żył już od dwóch dni.

– A Rustam? – pytam.

– Wrócili po niego. Żyje. Nie ma obu nóg, ale żyje. Został wahabitą, bliadź.

Tego słowa używają chyba tak samo jak Rosjanie. Jest w nim tyle samo siły, nienawiści i gwałtu – więcej niż w jakimkolwiek innym znanym mi przekleństwie. Zawsze miałem wrażenie, że zawarty w nim ładunek degradacji jest tak potężny, że ogarnia nie tylko tego, komu się nim ubliża, lecz także tego, kto je wypowiada. Na tym polega jego samobójczy urok. 

KIEDY CHCĄ NAZWAĆ NAJGORSZE ZŁO tego świata – a każdy z nich jest w tej kwestii człowiekiem kompetentnym – mówią „polityka”. Wciąż trudno mi wyczuć, czy używają tego słowa tak jak my, czy zupełnie inaczej. 

Nie widzimy ich. Nie zauważamy. Ale są wszędzie – w Warszawie, Katowicach, Lublinie, Gdańsku. Czasem czymś handlują, czasem pracują. Tyle że nie jest łatwo. 

– Za dużo jest u was Ukraińców. Oni biorą każdą pracę za każde pieniądze – tłumaczy mi kolega Isłama. – A kiedy przychodzi polski szef i na nich krzyczy, stoją i słuchają. A wiesz, na nas nie można krzyczeć.

Więc czasem nie robią nic. Albo wędrują. Pojawiają się i znikają. Jeżdżą do Szwecji, Holandii, Niemiec, Danii. Kiedy wyrzucą ich z jednego miejsca, przenoszą się gdzie indziej. Znają wszystkie programy pomocy uchodźcom. Znają wszystkie promocyjne taryfy połączeń komórkowych w Europie i Rosji, więc zwykle mają po dwie lub trzy karty do telefonów i wymieniają je z zadziwiającą zręcznością między jedną rozmową a drugą. Wiedzą, co dzieje się u nich w domu, wiedzą, które kraje przyjmują uchodźców, a które ich deportują. Jedni wracają po kilku miesiącach, inni przepadają na długo.

Dlatego, kiedy wyjeżdżam do Francji, okazuje się, że mogę dla kogoś coś zrobić. Trzeba zawieźć do Amsterdamu metrykę urodzenia jakiejś kobiety. Czyjejś żony lub siostry, która jest jeszcze tam, w Czeczenii. Albo już w Polsce czy na Ukrainie – nie do końca to wszystko zrozumiałem. A ponieważ oni nie ufają poczcie (skoro nie ufają nikomu, dlaczego poczta miałaby być wyjątkiem?), ktoś przywiózł dokument z Rosji, a teraz trzeba go zawieźć dalej.

Dlaczego nie? To prawie po drodze. A poza tym lubię Amsterdam. Nawigacja wyprowadza mnie jednak na jakieś brzydkie półprzemysłowe przedmieście, które zupełnie nie przypomina Amsterdamu. Zatrzymuję samochód tam, gdzie miałem dojechać. Jest prawie jedenasta wieczorem. Dzwonię. Zza domu wychodzi facet w skórzanej kurtce. Wita się i prowadzi mnie na podwórko, a stamtąd do małego mieszkania urządzonego na zapleczu magazynu z turecką odzieżą.

W środku siedzi drugi facet. Starszy, właściwie siwy, z dwoma złotymi zębami. Na stole czeka półmisek z zimnymi kawałkami mięsa. Miałem być godzinę wcześniej. No i chleb, pomidory i duża butelka wódki. W porządku – wiadomo przynajmniej, że nie są wahabitami. 

Trudno powiedzieć, czy są sympatyczni. Chyba nie. Gdybym spotkał ich na ulicy, pewnie zszedłbym im z drogi. Ale traktują mnie z osobliwym szacunkiem. Mogę się tylko domyślać, co o mnie wiedzą. Najpierw rozmawiamy o niczym – o drodze, o pogodzie, o Holendrach. Skoro jednak jest wódka, nie sposób długo mówić o niczym. Więc znów wysłuchuję historii, których wolałbym nie słyszeć. Jednej, potem drugiej. 

A gdzieś przed pierwszą w nocy ten młodszy – nie muszę wymyślać mu imienia, bo szczęśliwie nie pamiętam, jak miał na imię – wyjmuje telefon i pokazuje mi film. Jeden z tych, które krążą po Czeczenii – ot tak, przegrywane z komputera na komputer, z telefonu na telefon. Widać na nim mężczyznę. Ubrany jest w jasną koszulkę z napisem „Diesel” i rozpiętą czarną bluzę. Jak na tamtejsze standardy całkiem elegancko. Ma jakieś dwadzieścia pięć lat i piękną twarz – na tyle, na ile to możliwe, gdy nie jest się ładnym. Ale w jego wieku to jak najbardziej możliwe. Wokół niego stoją uzbrojeni mężczyźni w improwizowanych mundurach. I wszyscy rozmawiają w tym swoim nieprawdopodobnym języku, którego brzmienia nie będę nawet próbował nazywać ani opisywać.

Kiedy ma się, jak ja, pięćdziesiąt lat lub więcej, o człowieku tak młodym nie mówi się właściwie mężczyzna. Mówi się raczej – chłopak. Więc chłopak coś mówi. Mówi spokojnie. Nie tak wprawdzie jak Mowsar Barajew na dziesięć godzin przed śmiercią, ale spokojnie. Tylko za często przełyka ślinę. I wtedy na chwilę opuszcza wzrok. Ale pomijając te ułamki sekund, jego spojrzenie wędruje – nie nerwowo, ale wędruje – tak jakby szukał w otaczającym go kręgu kogoś, kto słyszy jego słowa. A czasem kieruje się śmiało wprost w obiektyw kamery, a może telefonu, i wtedy mam wrażenie, że chłopak mówi do mnie. JA SŁYSZĘ, TYLE ŻE NIC NIE ROZUMIEM. Po co zresztą miałbym rozumieć, skoro i tak nie mogę mu nic odpowiedzieć? Tak jest lepiej. 

Na moment na jego ustach pojawia się cień uśmiechu – zdaje się, że ktoś zażartował i tak wypadało. Jednak widoczny na drugim planie mężczyzna z dłońmi opartymi na przewieszonym przez ramię kałasznikowie – i w czarnej wełnianej czapce – śmieje się dużo swobodniej. Inny mężczyzna, stojący właściwie za plecami chłopaka, nie śmieje się, tylko wyciąga szyję, jakby nie wszystko dosłyszał. Jakby niepokoił się, że coś go ominęło. Wyciąga szyję, a w jego wzroku jest wyczekiwanie. 

Cięcie. Kamera zwrócona jest teraz w dół. Chłopak leży na ziemi. Kula trafiła go w środek czoła, ale ten, kto strzelał, trzymał broń pod kątem, więc otwór wylotowy nie znajduje się z tyłu głowy, ale gdzieś na jej czubku. Na szczęście obraz nie jest tak ostry jak przed chwilą. Wygląda na to, że nie tylko właściciel kamery pochylił się nad zwłokami – zrobili to również, zasłaniając światło, pozostali mężczyźni. Można się więc jedynie domyślać, że kula odłupała po prostu górny kawałek czaszki. Ale można też sobie powiedzieć, że tylko tak się wydaje.

Na szafce pod ścianą leży metryka urodzenia Czeczenki, o której właściwie nic nie wiem. I dwa zdjęcia paszportowe. Kobieta ma mniej więcej tyle samo lat co nieżywy chłopak. I tak jak on, nie będąc szczególnie ładną, ma w twarzy coś dziwnie pięknego.

– Kadyrowcy, bliadź – wyjaśnia Czeczen. – Rosjanie płacą im za każdego zabitego bojownika. Więc zabijają kogokolwiek. Pijaków. Bezdomnych. Polityka.

– A ten chłopak? – pytam. – Był bojownikiem? 

– Chyba nie – mówi. – Może coś próbował. Nie wiem. Może kogoś znał. A poza tym oni muszą zabijać. Rozumiesz? Są jak narkomani. Muszą. 

OCZYWIŚCIE NIE WIERZĘ MU. Nie tylko dlatego, że przyjąłem taką zasadę. Również dlatego, że wydaje mi się to za proste – trup i faktura za trupa. Ale kiedy mija kilka miesięcy, mówię sobie – błąd. Bo im dłużej słucham tych wszystkich opowieści, tym bardziej zaczynam podejrzewać, że próbując zrozumieć świat, nie należy całej sprawy za bardzo komplikować.

Nie należy albo i należy. Kiedy rozmawiam z Asłamem, dowiaduję się o żołnierzach Kadyrowa rzeczy jeszcze gorszych. Pewnie, że chętnie bym o tym wszystkim opowiedział. Od tego przecież jestem – od opowiadania. Tyle że teraz już nie mogę. TERAZ MUSZĘ ROBIĆ TAK JAK ONI. Może nie od razu kłamać. Ale dozować prawdę. Ważyć fakty. Zmieniać imiona. Mylić tropy. To Asłam powiedział mi kiedyś:

– Wiesz, Krzysztof. Oni tam nie zabijają psów.

O co chodzi z tymi psami? – zdążam zadać sobie 

w myślach pytanie, ale na próby odpowiedzi nie mam czasu, ponieważ on kontynuuje: 

– Oni tam nie zabijają kotów. Nie zabijają kur. Oni zabijają ludzi.

Nie mogę więc opowiedzieć wszystkiego. Może to i lepiej – bo musiałbym teraz opowiedzieć jedną z tych historii, których wolałbym nie pamiętać.

Asłam też chyba wierzy mało komu. A ponieważ ma niezwykły umysł, uczynił z tej nieufności osobliwe narzędzie analizy świata. 

– To Rosjanie strącili wam ten samolot – mówi.

– Który? – pytam, bo rozmawialiśmy właściwie o czymś innym.

– Ten z waszym prezydentem.

Śmieję się. A potem długo przekonuję go, że to nieprawda. Bez skutku. W końcu zadaję rozstrzygające moim zdaniem pytanie:

– Asłam, a na chuj oni mieliby to robić?

On jednak nie ma żadnego kłopotu z odpowiedzią.

– Żebyście wiedzieli, że mogą – mówi bez chwili wahania.

I wtedy ja tracę pewność siebie. To przecież on oglądał świat od tej drugiej, na całe szczęście wciąż nieznanej mi strony.

W ich kraju rządzi Ramzan Kadyrow, syn starego Achmata Kadyrowa, głównego muftiego niepodległej Czeczenii, który w czasie drugiej wojny przeszedł na stronę Rosjan – mimo że w pierwszej walczył z nimi na czele własnego oddziału. Czyli zdrajca, syn zdrajcy. Tak mi się zdawało. 

Stary Kadyrow zginął w zamachu. To były obchody jakiegoś święta – tak łatwe do przewidzenia, że już kilka miesięcy wcześniej w trybunę honorową stadionu wmurowano bombę. Czytałem o tym dawno, pytam jednak o szczegóły Asłama, bo gdzieś w internecie znalazłem teorię, że starego Kadyrowa zabili Rosjanie. Wydało mi się to dziwne. 

Asłam nie odpowiada od razu. Sprawa jest zbyt skomplikowana, żeby powiedzieć po prostu tak lub nie.

– Czy Kadyrow był złym człowiekiem? – zaczyna od pytania i brzmi to tak, jakby powtarzał moje słowa, chociaż ja pytałem o coś innego. – Był ambitny. Pewnie, że chciał władzy. Dla siebie. Dla swojego klanu. Ale nie był głupi. Wiedział, że ta wojna nie skończy się tak jak poprzednia. Że tym razem Rosjanie się nie cofną. Że zabiją nas tylu, ile trzeba będzie zabić. 

A tymi, którzy zostaną, będą rządzić wahabici.

Z Asłamem dobrze się rozmawia. Właściwie o wszystkim. O starożytnych Scytach, którzy zostawili swoje groby w nizinnej części Czeczenii. O światowej polityce, pieniądzach i zasadach społecznej sprawiedliwości. O życiu po śmierci. 

O ludziach, którzy już za życia przestali być ludźmi i stali się zwierzętami. O kobietach. I w końcu o religii – chociaż zdaje się, że i on nie wierzy w Boga.

– Nasz islam jest inny niż arabski – mówi. – My jesteśmy sufitami. Mamy własne obyczaje. Bardzo dawne. Starsze niż islam. Dawniejsze niż Mahomet. Ale w czasie pierwszej wojny pojawiło się u nas mnóstwo ochotników. Arabów. Nie wszyscy byli wahabitami, ale wielu tak. Mieli pieniądze. Mieli najlepszą broń. No i mieli te swoje książeczki i ulotki. Wiesz, chrześcijaństwo jest prostą religią. Islam też. Dlatego odniosły taki sukces. Ale wahabici uprościli wszystko jeszcze bardziej. Więc łatwo trafiali do młodych ludzi. Mieszali im w głowach. W naszym regionie był taki przypadek. Po pierwszej wojnie. Chłopak wrócił do domu, z lasu. Od wahabitów. Zaczął ubliżać matce i siostrze. Bo były źle ubrane. Miały za krótkie sukienki. Przyszedł jego starszy brat i kazał mu przestać. Ale chłopak miał broń. Zabił brata. Zabił matkę i siostrę, która ją zasłoniła. I wrócił w góry. Poszliśmy po niego. Prawie stu ludzi. Tam był taki ich obóz. Wahabitów. Wyszli do nas i powiedzieli, że go nie oddadzą. Że tamci nie byli jego prawdziwą rodziną, że teraz jego rodziną są oni. Była jeszcze noc i nie widzieli, ilu nas jest. Ale kiedy zrobiło się jasno i się rozejrzeli, oddali.

Uśmiecha się z satysfakcją, kiedy to mówi, i urywa opowieść. Słusznie, przecież nie ma sensu mówić o sprawach oczywistych. A mimo to pytam:

– I co się z nim stało? – pytam.

– Zabił go jego brat – dowiaduję się. – On miał dwóch braci.

Idziemy powoli Krakowskim Przedmieściem. Dzień jest ciepły i słoneczny, więc kawiarniane tarasy pełne są ludzi, a na chodnikach tłoczą się rodziny z dziećmi i cudzoziemscy turyści. Można nawet odnieść wrażenie, że dziś pięknych kobiet jest na ziemi więcej niż w inne dni. Gorzej – można sobie pomyśleć, że nie ma żadnych powodów, by świat nie mógł tak wyglądać zawsze i wszędzie.

– Stary Kadyrow ich nienawidził. Walczył z nimi jeszcze przed drugą wojną. Bo wiedział, że na dłuższą metę oni przyniosą więcej zła niż Rosjanie. To oni podłożyli tę bombę. Ale kto nimi sterował, trudno powiedzieć. Arabowie? Rosjanie? Amerykanie? Ale wiesz, było wiadomo, że oni się pojawią. Wahabici. Dwieście lat temu żyli na Kaukazie ludzie, którzy widzieli przyszłość. I oni napisali już wtedy, że przyjdą ludzie, którzy będą uczyć innego islamu. Że w pewnym momencie zdobędą nad nami władzę. A wtedy zacznie się wojna – i zabijemy ich wszystkich. Jeszcze nie teraz. Jeszcze będzie gorzej niż teraz. Więc na razie nie ma dla nas żadnego dobrego wyjścia. Wszystkie są złe.

Mam już dwa zaproszenia do Czeczenii. Oba potencjalne, hipotetyczne i odroczone w czasie. Choć jedno z nich przez pewien czas miało pozór aktualności. Dopóki sprawy znów się nie skomplikowały. Więcej – mam w Czeczenii miejsce, gdzie będę mógł zbudować dom. Gdzieś wysoko w górach. Kiedyś. Kiedy wszystko się zmieni.

– Moja rodzina ma tam ziemię – mówi Asłam. – Dużo ziemi. Całą górę. Od setek lat. Nie mogę tam teraz pojechać, ale wszyscy wiedzą, że ta ziemia jest moja. Tylko że jak tam zamieszkasz, nie będziesz miał wielu sąsiadów. Do najbliższej wioski jest daleko. Nie wiem, czy wytrzymasz.

Patrzy na mnie badawczo i przez chwilę mam wrażenie, że wie o mnie więcej niż ja sam.

– Nie każdy może żyć w górach. Kiedy byłem młody, za Breżniewa, byli u nas jeszcze tacy starcy. Święci. Żyli z dala od ludzi. Czasem mieli rodziny, czasem nie. Ale nigdy nie dotykali pieniędzy. Mówili, że to zło. Tak jest tylko w górach. Wiesz, bezgraniczne dobro. I bezgraniczne zło.

Tak, miło jest mieć w Czeczenii miejsce na budowę domu. Wysoko w górach. To prawie tak, jakby się już tam mieszkało, nigdy tam nie będąc. Powiedziałbym, że bardzo miło – gdyby nie to, że perspektywa ta zmusza do przemyślenia, tym razem absolutnie na poważnie, natury nie tylko świata, lecz również swojej własnej.

Kto by się nie bał – dowiedzieć się o sobie wszystkiego?

Numer 2/2013

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2013.

Kup