Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Marcin Kydryński

Mieszkam na farmie. Gdy w lipcowe popołudnie czytam na tarasie, myszołowy latają tak nisko, że czuję na twarzy ruch powietrza spod ich skrzydeł. O zmierzchu na równinie drżą płowe plamki saren. Wcześnie rano widzę je obok domu, patrzymy sobie w oczy. Nocą na dachu figlują kuny. Bobry zdziesiątkowały nadrzeczny las; jest też lisia rodzina.

Płochliwa. Nigdy nie sfotografowałem mego leśnego towarzystwa. Czemu? Z lenistwa? Niedoinwestowania? Braku czasu i cierpliwości? Zapewne wszystkiego po trochu, choć jest jeszcze inny powód i dziś o nim.

Bo przecież zaczęło się od zwierząt, kiedy z aparatem Ami ścigałem wrony w parku przy ulicy Pięknej. Fascynację fotografią i pasję podróży zaszczepił we mnie nie wirtuoz „decydującego momentu” Henri Cartier-Bresson, lecz najpierw Frans Lanting intymnymi portretami ptaków z Arktyki, małp z Borneo i lwów z delty Okawango.

A jednak wybrałem inną drogę. Fotografia dzikiej przyrody to kuszący pomysł na życie. Zwłaszcza dla małomównego, nieśmiałego samotnika, którym jestem. Postrzeganie tej sztuki karmi się jednak mitami. Słyszeliśmy o tym, jak Mitsuaki Iwago dwa lata jeździł land roverem po Serengeti z pełnym wsparciem pracowników parku narodowego, by przyglądać się migracjom, polowaniom czy zmianom pór deszczowych w suche i na odwrót. Ta historia budzi w wielu z nas, uwięzionych w szpetnych blokowiskach, udręczonych w bezdusznych korporacjach słuszne ukłucie zazdrości. Zwłaszcza że japoński fotograf pobierał za swoje niekończące się wakacje znaczne ilości gotówki.

Jak każdy mit, tak i ten zawiera dalekie echo prawdy. Rzeczywistość jest inna. Idę o zakład, że Iwago miał zwątpienia, depresje, bezsenne noce, a zapewne i częstą, bolesną biegunkę. Paul Nicklen, fotografując niedźwiedzia albinosa na odległej wyspie Kanady, spędził trzy tygodnie po 8-12 godzin dziennie w pozycji Szymona Słupnika, przyczajony na skale nad leśnym potokiem. Bywało, że po tygodniu miał tylko jedno zdjęcie. Trwał w lodowatym deszczu, bez ruchu, na krawędzi letargu i rozpaczy. Nie mógł się także umyć przez trzy tygodnie, bowiem woń detergentów odstrasza niedźwiedzie o powonieniu bardziej czułym niż mają myśliwskie psy. Historie o fotografach, którzy pracują w pieluchach, są zapewne tylko odrobinę przesadzone.

Fakt. W luksusowej sytuacji była zawsze Beverly Joubert, która po prostu zbudowała swój dom w parku narodowym Chobe w Botswanie. Ale i ona rusza codziennie w teren, jak inni do pracy w biurze, i mówi, że przywozi jedną fotografię na kilka tygodni. Lwa zagryzającego małego słonia widziała zaledwie trzykrotnie w czasie 15 lat. Uchwycić tę sytuację w dramatycznym kadrze udało jej się tylko raz.

Jeden z najwybitniejszych fotografów przyrody, Michael „Nick” Nichols, zapadał na malarię dwunastokrotnie. A to przecież wielodniowe balansowanie na granicy życia i śmierci, w niebywałym bólu gotującego się organizmu. Potencjalnie śmiertelnych konfrontacji z dzikimi zwierzętami, od much tse-tse przez drapieżne koty po szarżujące słonie, „Nick” już nawet nie liczył.

Nichols, zapewne znużony ciągłą walką o pozostanie przy życiu, przyjął w 2008 roku zlecenie, które w niedoświadczonym czytelniku może wzbudzić lekceważące wzruszenie ramion. Miał sfotografować drzewo. W dodatku nawet nie w strefie konfliktu, a w parku narodowym północnej Kalifornii. Tyle że była to szesnastowiekowa sekwoja rosnąca w gęstym lesie. Samo planowanie i logistyka przedsięwzięcia trwały rok. Budowa nowatorskiego sprzętu, testy i zatrudnienie wielu asystentów pochłonęły dziesiątki tysięcy dolarów. Nad komputerowym połączeniem kilkudziesięciu powstałych fotografii w spójny portret stumetrowego giganta od korzeni po koronę pracowano tygodniami. Wszystko to dla jednego zdjęcia rośliny.

Nichols zwykł mawiać: „Najgorsze to ruszyć w świat i próbować zrobić zdjęcia, które, jak ci się wydaje, inni chcą zobaczyć. To ty musisz mieć obsesję na punkcie tematu, który wybrałeś. Tylko wtedy powstają ważne fotografie”.

Czy byłem gotowy na takie poświęcenia? Szczerze: nie miałem nawet szans tego sprawdzić, bo nie jestem dziedzicem naftowej fortuny. Dla „National Geographic” robiłem prosty i względnie niedrogi reportaż, a i on zajął cztery miesiące. Kiedy przed laty sam zainwestowałem pewną kwotę w poszukiwanie tygrysów w parku narodowym Ranthambhore w indyjskim Radźasthanie, po czterech dniach w jeepie z przewodnikiem nie udało mi się zobaczyć ani jednego zwierzęcia, a gotówka znikła niczym ślady łap w gęstym lesie.

To jednak żaden powód. „Dla prawdziwego gentlemana nawet własna śmierć nie może być wymówką”.

Zawsze też uważałem, że sukces zależy od stopnia determinacji. Gdybym pragnął tego naprawdę żarliwie, być może dziś nurkowałbym z wielkim Davidem Doubilet lub łaził miesiącami z Nicholsem po drzewach. Ale mnie interesowała inna fotografia, a mistrzem został Tomasz Tomaszewski. Historie ludzkie w zawiłości współczesnego świata. Inne spojrzenie na znany od lat róg sąsiedniej ulicy, odrzucenie pojęcia „codzienności” na rzecz niezwykłości i nieustannego zdumienia. Tajemnica, mowa ciała, gra świateł i cieni, geometria.

Po jakimś czasie spostrzegłem, że w wielu moich zdjęciach znajdują się zwierzęta. Nie tylko dlatego, że – jak żartował mój nauczyciel: „złożona, wieloplanowa fotografia zawsze powinna mieć w odległym punkcie kadru sikającego psa, który dopełnia harmonię kompozycji”. Interesuje mnie nasz wspólny ze zwierzętami los; punkty przecięcia naszych ścieżek; odwieczna od siebie nawzajem zależność; nasze miłości i lęki. Zdarzało mi się być źle zrozumianym, kiedy porównywałem zachowania zwierzęce i ludzkie. Nikt bowiem nie dostrzegał, że nie tylko ludzi do zwierząt zaliczam, ale dla naszych leśnych braci mniejszych mam czasem więcej sympatii.

Znakomity amerykański fotograf Garry Winogrand robił przez lata zdjęcia zwierzętom w ogrodach zoologicznych i wydał w albumie „The Animals” w 1969 roku. Chyba nikt od tamtej pory nie ma wątpliwości, że tak naprawdę zdjęcia zwierząt uwikłanych w ludzkie zamęty mówią głównie o nas samych, są naszym lustrem. A czasami sumieniem.

I choć rzadko są to zdjęcia piękniejsze, zwykle interesują mnie bardziej niż najdostojniej zwisający na gałęzi lampart w miodowym świetle późnego słońca.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup