Zaznacz stronę

Tekst: Natasza Goerke

Zielenie, purpury, magenty i fiolety. Kapelusze z misek i hipsterskie czapy z jaczej wełny. Zawadiacko zmechacone szaliki. Imponujące naszyjniki z kamyków. Szlachetna sepia cudnie asymetrycznych i nierzadko owalnych – niczym z wizji Gaudiego – domków

Ćwiczenie z wyobraźni I

Wyobraźmy sobie Campo de’ Fiori w Rzymie, a na nim radosne tłumy turystów z Bangladeszu, Zambii, Haiti i Erytrei albo gondole na weneckim Canale Grande, a w nich rozmarzone pary nowożeńców z Birmy i Sudanu. Wyobraźmy sobie plażę w Jelitkowie, a na niej okopane w grajdołach rodziny z Albanii i Turkmenistanu albo alpejskie zbocza w Chamonix zimą i śmigających po nich narciarzy z Timoru Wschodniego i z Burkina Faso. Wyobraźmy sobie kafejki Sewilli pełne gości z Nepalu i Sierra Leone, Tate Gallery obleganą przez miłośników sztuki z Etiopii i Wybrzeża Kości Słoniowej, grupy backpackersów z Senegalu i Ghany, którzy na rowerach przemierzają Szwajcarię. Wyobraźmy sobie szkolne wycieczki z Afganistanu i Kambodży, tłumnie walące na występ Cecilii Bartoli w Arena di Verona. Dziwne, prawda? Bieda przecież nie interesuje się muzyką i sztuką i nie podróżuje, i jest to tak oczywiste, że powyższy obraz ociera się o groteskę.
Liczby, w których opisuje się biedę, są zwodnicze i zmienne, nie będę ich więc przytaczać, poza jednym może wyjątkiem – ponad 80 procent populacji naszego świata, jeśli w ogóle zarabia, to tyle, że dniówka nie starczyłaby na przejazd taksówką z Okęcia do podwarszawskiego Konstancina, a dniówka połowy tejże populacji ledwie starczyłaby na przejazd miejskim autobusem.
Żeby wejść na występ Cecilii Bartoli, rolnik z Nepalu przez dwa miesiące musiałby pracować, nic przy tym nie jedząc, a żeby spędzić dwa tygodnie w Jelitkowie, pracować musiałby najpewniej kilka lat.
Turystów z krajów Trzeciego Świata jest mniej więcej tylu, ile w krajach Świata Pierwszego jest lepianek. Kraje biedne jednak – jeśli mają szczęście być malownicze i jeśli nie znajdują się akurat w stanie którejś z wojen – z turystów często żyją.

Ćwiczenie z wyobraźni II

Wyobraźmy sobie, że mamy dom z ogrodem w takiej, dajmy na to, Bukowinie. I że nagle, kiedy myjemy się właśnie pod pompą, do naszego ogrodu wtacza się grupa przebranych za krakowiaków i górali turystów z Nepalu. Turyści ci, zachwyceni naszym rustykalnym wdziękiem, wyjmują telefony i zaczynają robić zdjęcia: nam, jak myjemy właśnie pachę, naszej małej córce, jak na golasa ugania się za motylkiem, naszej matce, która przysłania suknią kolano, bo na kolanie kończy się jej noga. Po chwili, zanim cokolwiek zdołamy powiedzieć, turyści ci – nie bacząc na swe no-wiutkie kierpce i pawie pióra w czapkach – rozbiegają się niczym stado lajkoników po grządkach sałaty, piszczą na widok bocianiego gniazda, zatykają sobie za uszy pączki naszych róż i zachwyceni rzucają się na krzew porzeczki; objadłszy porzeczkę z owoców, wdrapują się następnie na dach naszego domu i pośród suszących się tam naszych spódnic i staników urządzają sobie radosny piknik. A potem, zmęczeni słońcem, przenoszą się do naszej sypialni: wskakują do naszego łóżka, zdejmują ze ściany drewniany krzyżyk i wzajemnie sobie pozują do zdjęć: z krzyżem przy piersi, z krzyżem w uchu. Na pożegnanie robią sobie jeszcze zdjęcie z naszym bezzębnym, niekojarzącym o co chodzi dziadkiem, odłamują kawałek klamki, żeby mieć pamiątkę z pobytu w Polsce, i wręczywszy nam długopis i pięć złotych, wychodzą, zostawiając na podłodze ślady z błota.
Możemy też oczywiście wyobrazić sobie, że jesteśmy kelnerką w restauracji na Nowym Świecie i że oto grupka gości z Nepalu, ubranych w kurpiowskie stroje, każe nam pokazać dłonie, żeby sprawdzić, czy mamy czyste paznokcie; możemy sobie wyobrazić wiele.
Ale o tym, co jeszcze możemy i czego nie możemy sobie wyobrazić, opowiem innym razem.

BIEDA

Taki, na przykład, Nepal. Do niedawna himalajskie królestwo, dziś już republika, ale Himalaje nadal te same, po królewsku dostojne, więc i kraj wciąż piękny. A do tego wszystkiego natura wdziękiem i urodą obdarzyła także samych Nepalczyków, co nie jest bez znaczenia, bo wiadomo, że ludzie ładni lubiani są bardziej. 

Turyści lubią więc ładnych Nepalczyków wraz z całą ich biedą, która też zresztą urzeka swym osobliwym pięknem. Nepalska bieda nie jest ponura jak tacy, dajmy na to, „Zjadacze ziemniaków” Van Gogha, ale kolorowa jest jak okładka „Vogue’a”: zielenie, purpury, magenty i fiolety – już sama wielobarwność żebraczych łachmanów zdaje się spełnieniem najśmielszych snów Vivienne Westwood, a łachmanów tych kroje w swej dziurawej nonszalancji przebijają dress code z pamiętnego festiwalu w Woodstock. A do tego jeszcze dodatki: kapelusze z misek i hipsterskie czapy z jaczej wełny, zawadiacko zmechacone szaliki, imponujące naszyjniki z kamyków, które spokojnie mogłyby zdobić dekolt Fridy Kahlo. Ową malowniczość Nepalczyków potęgują wspomniane powyżej i niezwykle popularne tam lepianki w szlachetnym kolorze sepii, cudnie asymetryczne i nierzadko owalne, niczym prymitywne miniaturki Casa Milà Gaudiego w Barcelonie. A pod drzwiami tych lepianek rozkoszne kózki i dzieci, kobiety obnażające w uśmiechu swą okazałą bezzębność oraz starcy – tak nieskończenie smukli, jakby ich wyrzeźbił sam Alberto Giacometti. A dwa metry dalej hibiskusy i rododendrony, czasami tamaryszek. A w tle tego wszystkiego, oczywiście, Himalaje.

TURYSTYKA

W Nepalu turyści czują się jak w domu albo jeszcze swobodniej. Czasami tak swobodnie, że można odnieść wrażenie, że ewolucja zawróciła swój bieg, a homo oddzieliło się od sapiens i spadło po ewolucyjnej drabinie do poziomu australopiteka albo jeszcze niżej. Turyści wykazują się bowiem empatią na poziomie borneańskich orangutanów, z tą może różnicą, że człowiekowate nie włażą na cudze drzewa, w nocy nie zakłócają innym snu, a jak coś je zdenerwuje, to nie zawodzą na całą okolicę niczym duch Brunhildy, ale złość swą wyrażają bezgłośnie, wciągając powietrze przez półprzymknięte usta.

Turysta w Nepalu, niczym klient w Tesco, jest panem. Jego zachowanie pokrewne jest niesławnym popisom turystów z Wielkiej Brytanii czy Szwecji, którzy pokochawszy taniość polskiego piwa, stali się kiedyś postrachem Krakowa; popisy turystów w Nepalu nie kończą się jednak na knajpianych zadymach i demolkach hoteli, na demontażu zabytków czy na patologicznym wręcz obsikiwaniu trawników i klombów, bo te akurat zachowania stanowią standard zachowań turystów na całym świecie. 

Specyfiką Nepalu jest to, że aktywizuje on w turystach skłonność do nadczłowieczeństwa i sprawia, że turyści traktują tubylców z bezwzględnością mrocznych imperatorów. Osobliwa tresura kelnerów czy obsługi hoteli jest tu na porządku dziennym, podobnie zresztą jak traktowanie z buta rikszarzy, taksówkarzy, właścicieli ulicznych kramików czy żebraków. 

SPISEK

Turysta najpewniej podejrzewa, że wszyscy ci ludzie się zmówili, żeby go oszukać, więc od chwili przekroczenia granicy wzmaga swą czujność i na wszelki wypadek nie ufa nawet meblom.

Tak się składa, że obywatele Trzeciego Świata nie należą do bogatych; każdy kombinuje więc, jak może, i wcale nie twierdzę, że nie czynią tego też Nepalczycy. Nepalczycy obdarzeni są cudownie abstrakcyjną odmianą poczucia humoru, co najwyraźniej przejawia się w ich stosunku do liczb. Dobrze o tym pamiętać, bo jeśli, dajmy na to, taksówkarz niezbyt długą trasę z promiennym uśmiechem wyceni na 100 euro, to wcale nie znaczy, że jest on oszustem – taksówkarz ów bada w ten sposób granice rozumu turysty i nie należy wtedy się na niego obrażać ani wrzeszczeć, ale – z równie promiennym uśmiechem – zaproponować mu po prostu kwotę stukrotnie niższą. Taksówkarz uda wtedy oburzenie i bardzo długo będzie drapać się za uchem, jeśli jednak turysta z wyrozumiałą czułością obstaje przy swoim, to w większości przypadków taksówkarz dowiezie go do celu za kompromisowe 3 euro i wszyscy będą zadowoleni. 

Targowanie się należy w Nepalu do tradycji, jest grą, w której – jak dobrze pójdzie – wygrywają obie strony, tyle że dla Nepalczyka gra ta toczy się nieraz o przeżycie. 

Targowanie się jest czasochłonne, jednak w Himalajach czas płynie po swojemu i kto się z tym faktem nie pogodzi, ten naraża się na ciąg cierpień. W targowaniu się obowiązuje jednak pewien niepisany kodeks przyzwoitości i dlatego nie ogarniam logiki ludzi, którzy – stargowawszy na żałosne 5 euro misternie rzeźbione arcydzieło z drewna – spędzają w sklepie kilka następnych godzin, żeby stargować jeszcze dziesięć centów. 

Odrębną grupę społeczną spiskującą w celu oszukania turystów stanowią żebracy. W Nepalu żebraków niestety przybywa – ich szeregi w ostatnich latach zasilili himalajscy chłopi, których maoiści przegnali z górskich wiosek, a także coraz liczniejsze rzesze przybyszów z sąsiadującej z Nepalem, nieludzko wręcz biednej indyjskiej prowincji Bihar. Wszyscy ci ludzie najczęściej nie posiadają nic i mieszkają głównie pod gwieździstym himalajskim niebem, na stołecznych ulicach: w bramach, pod dachami świątyń, w gościnnych kartonach po lodówkach i telewizorach. Ci, którzy mają choć rodzinę, zamieszkują siedliska kryte azbestem i papą, czyli slumsy. Ze względów praktycznych slumsy w Katmandu spontanicznie powstają nad rzeką, przy brzegach będących zarazem wysypiskiem śmieci, co ich mieszkańcom gwarantuje dostęp zarówno do wody, jak i do pożywienia.

Nepalczycy, niezależnie od wyznawanej religii, żebraków bardzo szanują, a dzieje się tak, bo w ogóle szanują oni ludzi; myślę, że właśnie dlatego, mimo całej biedy, w Nepalu nikt nie umiera z głodu. Żebracy dostarczają poza tym Nepalczykom okazji do praktykowania szczodrobliwości i nie wyobrażam sobie restauracji czy knajpki, która nie nakarmiłaby stojącego w progu żebraka. Lokale bardziej eleganckie, czyli te, w których stołują się turyści, przez wzgląd na swych gości karmienie żebraków przenoszą za kulisy i talerze z jedzeniem wynoszą im kuchennymi drzwiami. 

Wyjątkowo smutną kategorię żebrzących osób stanowią dzieci, które uzależniły się od wąchania kleju. Dzieci te, niczym skołtuniony wyrzut sumienia, przysypiają na schodach księgarń i marketów i jeśli nie budzą się same, to budzi je policja; przenoszą się wtedy na ruchliwe skrzyżowania i wkładając wyciągnięte ręce do stojących w korkach taksówek, skłaniają siedzących w nich turystów do głębokich rozważań nad brakami w lokalnym systemie edukacyjnym. Nie odmawiam tu turystom racji – mimo iż chodzenie do szkoły jest obowiązkowe, połowa Nepalczyków nadal nie umie pisać ani czytać; zgadzam się też, że dawanie dzieciom pieniędzy nie ma sensu. Wielki, nieoceniony sens ma jednak – na pewno, zawsze i bez żadnej dyskusji o tym, że prawdziwa pomoc to zbudowanie szkoły – proste podarowanie dzieciom tym kanapki z serem. 

Godzinny przelot samolotem nad Himalajami kosztuje tyle, ile kosztowałoby tysiąc kanapek z serem, fakt ten nie przeszkadza jednak większości turystów traktować żebraków tak, jak traktuje się natrętne i brzydkie muchy. W dbałości o samopoczucie turystów władze Katmandu, biorąc przykład z metropolii takich jak Monachium czy Zurych, usunęły więc żebraków z centrum miasta. Nie jestem jednak pewna, czy w przypadku Nepalu posunięcie to nie było strzałem w stopę, bo brak żebraków sprawia, że pozbawiony głównego obiektu swej pogardy turysta wyższość swą może zacząć demonstrować, i to ze zwielokrotnioną siłą, na urzędnikach państwowych.

Być może wszystkie te i tym podobne zachowania turystów uwarunkowane są genetycznie i kieruje nimi ta sama okcydentalna buta, z którą kolonizatorzy, wypisawszy sobie na żaglach, że prawda zawsze zwycięża, podbijali kiedyś Indie. Jeśli tak jest, to prawda ta nie jest radosna.

PRZEBIERANIEC

Żeby nie było, że jestem niesprawiedliwa – turyści bywają też oczywiście sympatyczni, tyle że ja podążam tu za swoją turpistyczną skłonnością i uparłam się, żeby opowiedzieć trochę o tym, co jest brzydkie. 

A brzydota ma wiele twarzy. Co więcej, brzydota często występuje w przebraniu. 

Turyści w Nepalu bardzo lubią lokalny folklor, a w sensie mody to najbardziej. Po odespaniu jetlagu turyści wybierają się więc niezmiennie na zakupy. Zakupy zależą od tego, co dany turysta w Nepalu zamierza robić. Frakcja trekkingowa, czyli ludzie, którzy przyjechali w Himalaje, żeby po nich chodzić, rzuca się na sklepiki Szerpów i niezależnie od płci wykupuje za półdarmo buty do wspinaczki, termosy, śpiwory oraz puchowe kurtki z dumnie wyhaftowanym logo. Frakcja trekkingowa powinna jednak uważać, żeby nie osunąć się w śmieszność, Nepalczycy bowiem do zachodnich marek stosunek mają dość niefrasobliwy i nierzadko się zdarza, że na jednym rękawie kurtki widnieje napis Adidas, na drugim Mammut, a na piersi, ot tak, na zasadzie wolnych skojarzeń, Intimissimi lub Kelvin Klein. Co do pozostałych zakupów, czyli termosów marki Primus, butów marki Lowe Alpine czy plecaków z dumnym logo firmy Jack Wolfskin, to pozostaje się modlić, żeby wszystkie te dobra lokalnej produkcji nie rozpadły się, nim frakcja trekkingowa zdąży się na cokolwiek wspiąć.

Frakcję stacjonarną stanowią turyści, którzy bardziej od natury cenią sobie życie towarzyskie. Życie to w Nepalu kwitnie jak hibiskus wiosną i toczy się głównie w restauracjach, pubach oraz w dyskotekach trwających w turystycznych enklawach przez siedem dni tygodnia oraz siedem nocy. Turyści stacjonarni góry też oczywiście lubią, pragną je jednak oglądać rzadko i głównie z daleka, zza szyb autokaru z toaletą i minibarkiem, który taranuje wprawdzie wąskie uliczki i nieustannie trąbi, ale ma tę zaletę, że nie trzeba z niego wysiadać, lub z lotu ptaka, czyli z minisamolotu na dwadzieścia osób; samoloty te wyręczają turystę w przykrej konieczności wspinaczki w celu ujrzenia świata ze szczytu Annapurny, mają jednak tę wadę, że czasami się rozbijają. Frakcja stacjonarna wlicza ryzyko w koszta, zanim jednak do czegokolwiek wsiądzie, też robi zakupy. Oczywiście inne niż frakcja trekkingowa – turyści stacjonarni nie kupują puchowych kurtek i termosów, a ponadto są w kwestii zakupów płciowo zróżnicowani. Na klasyczny zestaw zakupów stacjonarnej turystki składa się haftowane sari, szal z paszminy, trzy kaszmirowe swetry w kolorach indian summer oraz zestaw chust: z wizerunkiem Buddhy, z wizerunkiem Ganeśa (bóstwo z głową słonia) lub z mantrą, która wydrukowana jest na chuście w egzotycznym alfabecie dewanagari. Do tego wszystkiego dochodzą oczywiście dodatki: kolczyki w kształcie smoków, książka Petera Matthiessena „Śnieżna pantera”, kapelusze z juty oraz atłasowe torebki zamykane na zamek, który – jak wszystkie nepalskie zamki – symbolizuje nietrwałość i wie o tym każdy, kto kiedykolwiek kupił sobie w Nepalu cokolwiek, co nie zapina się na guziki. Stacjonarni panowie gusta mają mniej wyrafinowane i decydują się z reguły na bawełniane spodnie na gumce, wyglądające mniej więcej tak, jak wielkie majty, które na starość nosiła moja babcia, tyle że ich nogawki sięgają do kostek. Poza owymi spodniami wielką popularnością wśród stacjonarnych turystów płci męskiej cieszą się od lat te same klasyki: T-shirty z wyhaftowanym jakiem, T-shirty z Bruce’em Lee, bawełniane wdzianka ze stójką à la jogin oraz bejsbolowe czapeczki z wizerunkiem Tintina w Tybecie na daszku. 

Nepal to też kraj, w którym urodził się Buddha. Słowo „buddha” znaczy w sanskrycie „przebudzony” i właśnie od niego pochodzi popularne za Zachodzie słowo buddyzm; Buddhę przechwycili też zresztą hinduiści i uważając go za jedno z wcieleń boga Wisznu, włączyli go do swego panteonu. W związku z powyższym w Nepalu miejsc zwanych świętymi więcej jest niż wszystkich szkół i szpitali razem wziętych, a imponujących posągów bóstw nie powstydziłby się sam Świebodzin. Miejsca święte dla Nepalu są tym, czym dla Memphis jest 

Graceland Elvisa Presleya, i przyciągają osobliwą kategorię turystów typu pielgrzym. Pielgrzym należy do frakcji stacjonarnej – zakotwicza się w klasztorze, aśramie lub w cichym hotelu, na pozostałych turystów patrzy z politowaniem i zadaje się wyłącznie z innymi pielgrzymami. Pielgrzym w Nepalu szuka bądź guru, bądź duchowego przebudzenia, w związku z czym włosy splata w bardziej lub mniej okazały kok i wszystko na wszelki wypadek robi wcześnie: wstaje o czwartej rano, a spać chodzi o ósmej wieczorem. W międzyczasie odwiedza święte miejsca, ćwiczy jogę i robi zakupy, podczas których pozdrawia innych pielgrzymów, tak jak Ghost Dog w filmie pozdrawiał się z RZA. Zakupy pielgrzyma charakter mają duchowy i na ich liście zawsze znajdują się różańce i kadzidła, bębenki z kości do tantrycznych praktyk, posążki bóstw, najchętniej w zjednoczeniu, oraz zestaw strojów na różne okazje – od jedwabnych szali po komplet męskich spódnic. Stacjonarny turysta typu pielgrzym dba bowiem o swój wygląd i rozpoznać go można po odzieży i po fryzurze.

Każdego roku Nepal odwiedza ponad pół miliona turystów, więc powyższy podział na frakcje jest oczywiście uproszczony, umowny i subiektywny. Nie zmienia to jednak faktu, że turyści w pewnym sensie przejawiają naturę ośmiornic: zmieniają kolor skóry w zależności od okoliczności, tyle że niestety nie stają się niewidzialni. 

Numer 3/2013

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2013.

Kup