Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Magdalena Konik

Gruzini udowadniają swą męskość

– Ty z aparatem, chodź ze mną! Musisz to zobaczyć! – roześmiany nieznajomy prowadzi mnie w głąb tłumu. Nie przeciskamy się. Wszyscy schodzą mu z drogi. Festyn na placu rozkręca się.

Wchodzimy w krąg wysypany piaskiem i trocinami – tu chłopcy w zapasach udowadniają swą męskość. Odruchowo chwytam za aparat, nie zwracając uwagi na to, że jestem przecież na „ringu”. Kątem oka widzę, jak nieznajomy, który mnie przyprowadził, odgradza mnie ręką od dopingującego tłumu.

Po kilku bardzo szybkich rundach wiadomo już, kto jest zwycięzcą, tłum zaczyna się rozchodzić. Wtedy zaczepia mnie starszy człowiek. Wręcza kawałek zimnego już chaczapuri i plastikowy kubeczek z winem.

– Gaumardżos gogo!* – stuka swoim kubeczkiem w mój, bierze mnie pod rękę i prowadzi do stołu, gdzie wyłożone jest świąteczne ciasto.

Dopiero teraz rozglądam się po placu. Przyjaciół, z którymi przyjechałam, dostrzegam wśród Gruzinów. Polewają im wino.

− Chodź do nas, częstuj się ciastem, serem, chaczapuri – zachęca ubrany w odświętną czochę** starszy pan. – Skąd przyjechałaś?

− Z Polski – odpowiadam między kęsami. Nawet nie zauważam, że mój kubek znów jest pełny.

– Jak nam miło, napij się z nami! Polacy to porządni ludzie. Przyjechałaś na Lelo?

Przytakuję, a nieznajomy z uśmiechem pokazuje palcem w stronę ulicy. – Zaraz się zacznie, zobaczysz! Ale nie podchodź blisko, to niebezpieczne dla kobiet.

Tłum gęstnieje, okrzyki stają się coraz głośniejsze. Mieszkańcy Górnego i Dolnego Shukhuti zaraz zmierzą się ze sobą w grze, której początki sięgają kilku tysięcy lat wstecz. Niegdyś Lelo rozgrywano wszędzie na Kaukazie – celem było wyznaczenie mężczyzn odpowiedzialnych za obronę wioski w przypadku ataku.

Między mieszkańcami krążą żołnierze, mający pilnować porządku, oraz odważniejsi turyści. Podniecenie tłumu i mi zaczyna się udzielać.

Wybija piąta po południu. Nagle wszyscy zrywają się na sygnał dobiegający spod pobliskiego domu. Pop przynosi poświęconą w cerkwi, ważącą kilkanaście kilogramów, piłkę uszytą ze skóry i wypełnioną tradycyjnie ziemią i owczą wełną polaną winem. Pogańska tradycja zadomowiła się na dobre w obchodach Wielkanocy.

Duchowny rzuca w górę piłkę i… już! Ruszyli! Ścisk. Wszyscy prą do przodu, wszyscy chcą do piłki. Szamotanina. Gracze w większości upojeni winem. Przepychają się, tłum przewala się w moją stronę, gniecie się nawzajem i napiera na mnie. Wyciągam odruchowo aparat nad głowę. Ktoś chwyta mnie w pasie i ciągnie, wyrywa mnie z tłumu. Chłopak, któremu wcześniej zrobiłam zdjęcie, uznał, że Lelo jednak nie dla mnie i ciągnie jak najdalej. Wreszcie mnie puszcza, a ja biegnę z powrotem.

Tłum przelewa się pod zniszczony budynek teatru. Dopingujący szybko wdrapują się na murek przy parku. Mężczyźni tłuką się, ślizgają się w błocie, kilku osłania się rękami, bronią się przed zadeptaniem w ferworze walki. Ktoś wali z pięści człowieka koło mnie. GDZIE JEST PIŁKA? Skupiam się na kimś, kogo właśnie wyciągnięto z tłumu, i nie zauważam, że już jestem w samym środku akcji. JEST PIŁKA! Tuż obok. Cykam zdjęcia, póki jeszcze mogę, póki się da. Ale ktoś mi przeszkadza, blokuje ręce! Kto to? Co jest? Nie widzę, nie mogę się odwrócić. Piłka wyrywana z rąk do rąk już jest dalej ode mnie, a ja zauważam kogoś z aparatem w tłumie. Przez chwilę widzę, jak wyciąga aparat do góry, ale nagle jego ręce i aparat nikną gdzieś na dole. Jakiś żołnierz pomaga mi, wynosi mnie z pola walki.

Obiegam plac i podchodzę do tłumu od strony parku. Upewniam się, że nikt nie zwraca na mnie uwagi. Akcja idzie w moją stronę – dobrze! I nagle przyspiesza – NIEDOBRZE! Mężczyźni wrzeszczą. Biegną. Ja z nimi. Niektórzy przewracają się. Parę chwil i już jesteśmy niedaleko koryta strumienia na końcu wioski. Zmęczeni uczestnicy w porozrywanych koszulach idą za wrzawą. Nie mają już siły na walkę, ale są ciekawi, kto wygra. Kto przekroczy strumień z piłką.

I już cały kotłujący się tłum zwala się ze skarpy, ale walka trwała.

Nagle wrzaski poganiania się, wyzwisk i dopingu ustępują miejsca okrzykom radości. Stoję za daleko. Chcę dobiec do trzymających piłkę, ale rozchodzą się. Spokojniejszy już tłum sunie za wioskę. Wyprzedzam ich.

Kilka osób czeka przy niewielkim ołtarzyku z krzyżem świętej Nino. Chwilę później na nim właśnie zwycięzca składa piłkę, a spoceni mężczyźni, uwalani błotem, w podartych ubraniach, z pełną czcią dotykają jej. Po chwili ktoś zabiera piłkę. Grupka mężczyzn kieruje się w stronę domu koło sadu.

 

– Już koniec? – pytam stojącego obok chłopaka. Ale nie zdążył odpowiedzieć – powietrze rozdziera głośny krzyk rozpaczy dobiegający z podwórka przed domem. Wpadam tam przez otwartą bramę.

Na środku stoi kobieta, głośno płacze. Obok niej młodsze, które ją pocieszają. Mija mnie chłopak z piłką. Kiwa przecząco głową, nim wydusiłam z siebie pytanie, co się dzieje. Za nim wychodzą wszyscy.

Tłum się rozchodzi. Po ulicy przechadzają się nieliczni zmęczeni uczestnicy bitwy. Wracając do głównego placu, spotkałam moich przyjaciół, którym ktoś poradził, by iść na cmentarz.

Na cmentarzu pomiędzy grobami stoi stół zastawiony ciastami, chaczapuri, barwionymi na czerwono jajkami, lemoniadą i mocną czaczą. Na ogrodzeniu jednego z grobów siedzą Gruzini, piją, jedzą. Zapraszają do wspólnej uczty i stukania się wielkanocnymi jajkami. Kolejny kieliszek ku czci zmarłych. Obok stoją kobiety, a między nimi bawią się dzieci. Jedna z nich przygląda mi się, więc podchodzę.

Pani ma aparat. Zrobi nam pani rodzinne zdjęcie? Bardzo nam zależy.

Przytakuję z uśmiechem i pytam, czy chcą w jakimś określonym miejscu.

Przy grobie – odpowiada kobieta w moim wieku. Kuca przy wizerunku młodego mężczyzny wygrawerowanym na płycie nagrobnej, a obok niej zaraz ustawiają się dzieci.

Waham się. Dopiero robiąc zdjęcie zwracam uwagę na leżącą przy grobie piłkę.

Mój tata – chłopiec zbiera się na odwagę i wychyla się zza ręki mamy.

 

Młodzieniec zginął rok wcześniej podczas Lelo Burti. Według tradycji zwycięska część wioski składa piłkę na wcześniej wybranym grobie zmarłego ze swojego klanu. Tym razem piłka została zaniesiona najpierw do domu matki chłopaka, który został zadeptany w poprzedniej bitwie. Potem zwycięzcy zanieśli piłkę na grób, gdzie czekała reszta rodziny. Tam rozpoczęła się świąteczna supra. Gruzini wierzą, że zmarli odchodzą tylko ciałem. Śmierć nie zmienia faktu, że nadal są członkami rodziny. Obok grobowców stawiane są stoły i ławy, przy których świętowana jest Wielkanoc, ale też urodziny zmarłych, podczas których przygotowuje się ulubione potrawy tych, którzy już odeszli.

* Gaumardżos, gogo (gruz.) – Na zdrowie, dziewczyno!               
** czocha – tradycyjny odświętny strój gruziński

 

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup