Zaznacz stronę

Rytuał

Ile ty masz właściwie lat?” – pomyślałem, ale pierwszego dnia nie ośmieliłem się zapytać. A przecież on był tu tylko od zabawiania – obtańcowywał białe turystki i rozkręcał imprezę na parkiecie w Casa de la Trova. Fordanser. Czułem jednak respekt. Jak wszyscy. Bo to on tu rządził. Decydował, kiedy kończy się słuchanie, a zaczyna tańczenie; kiedy się tylko patrzy, a kiedy już można się włączyć. On dyktował rytm i tempo. Jednym gestem, bez słów – jak kapłan. I był to właściwy rytm i odpowiednie tempo. Rytuał.

Do Casa de la Trova przychodziłem codziennie po zmroku. Żeby słuchać salsy i patrzeć na muzyków. Żeby doczekać tego magicznego momentu, gdy – po parunastu minutach zestrajania się – muzyka i ludzie już współgrają i współdrgają. Gdy cała sala zgodnie pulsowała, wtedy on podnosił się z drewnianego krzesła pod ścianą. On, w tym swoim zawadiacko na czoło zsuniętym kapelutku, w tych swoich białych mokasynach, szczupły, niewysoki, gibki. Młody. Wyciągał od niechcenia rękę w stronę kobiet. Nie zdarzyło się, by któraś odmówiła. Wstawały nieśmiało, niepewne swych strojów, kroków, nieznające rytmów i świadome krytycznych spojrzeń zza stolików. Ale gdy on wykonał pierwszy ruch, zaczynała się salsa. Krążył wokół kobiety, podkreślając rytm kroczkiem, ćwierćobrotem, miniskłonem. A przy tym zaplatał i rozplatał skomplikowane układy choreograficzne, nie wypuszczając jej rąk. Patrzyłem zadziwiony i nieraz miałem pewność, że teraz jego i jej ręce muszą się już rozdzielić. Nie rozdzielały się. A on zręcznie wywijał się do kolejnej figury, stawiał pewnie kroki po sobie tylko znanych, tajnych ścieżkach rytmu i synkopy. Do Casa de la Trova miałem niedaleko i lubiłem ten spacer. Wprost z pokoju wychodziłem na wąskie patio, którego karminową ścianę zdobiły różnokolorowe portrety Che Guevary w stylistyce Marilyn Monroe Warhola. Zamykałem na klucz stalową bramkę i wprost z ciemnego zaułka wpadałem w ciepłe, żółte światło ulicy. Wzdłuż starych, niskich domów szedłem po błyszczących kocich łbach, które tu, w Trinidadzie, leżą od stuleci; stąpałem uważnie, by nie wdepnąć w wielką, nieogryzioną kość rzuconą nie dla psów, ale dla magii przez Yoirysa Manuela, który rozmawia ze zmarłymi. Skręcałem w prawo, mijając okazalsze już domy – ponoć po piratach. W tym z prawej stołowałem się u cudownie gościnnej Tani, żony barona Nemesia – potomka Indian Tainów, szanowanego obywatela i czarownika, a jeszcze niedawno dyrektora miejscowego pegeeru. Na placyku za kościołem gitarzyści katowali guantanamerę. Mijałem ich szybko, bo cel już był blisko. Jeszcze tylko przesławne, ale dla mnie zbyt hałaśliwe, dyskotekowe schody Casa de la Musica i już – po prawej witał skromny napis Casa de la Trova. Mój codzienny rytuał.

Ostatniego wieczoru upał był nie do zniesienia, zanosiło się na burzę, ale nie odpuściłem – poszedłem pożegnać się z Trinidadem, z Kubą i z nim. Siedział przed wejściem, w mroku. Kiwnął głową, poznał mnie, wszak bywałem tu codziennie. Podszedłem. „Ile ty masz właściwie lat?” – pomyślałem, ale nie ośmieliłem się zapytać. – Dario – przedstawiłem mu się. Mruknął coś pod nosem. – Słucham? – dopytałem. – Pedro – powtórzył. I podał mi rękę. Starą, pomarszczoną.

Rytuały. Powszednie-odświętne. Tajne-publiczne. Intymne-zbiorowe. Zapomniane-nagłaśniane. Naturalne-wydumane. Odprawiane-wyklinane. Straszne-śmieszne. W mieście uchodźców w Kenii. W maszerowaniu tysiącami kilometrów przez Nową Zelandię i Norwegię. W Afganistanie i Pakistanie. Maroku. Gwatemali i Meksyku. Na Ukrainie. Na Kubie – gdzieś między Hawaną a Trinidadem. A może nawet i w Polsce. Zapraszam do naszego rytuału poznawania.

redaktor naczelny, Dariusz Fedor