Zaznacz stronę

Skończyliśmy miodową ucztę i udaliśmy się w dalszą hulajnogowo-pieszą drogę. Naszym celem był smoczy i butelkowy las. 

– Z pewnością rozpoznacie to miejsce – uśmiechnął się rybak. – Czeka was jednak długa droga. Weźcie więcej miodu. Na wyspie, wysoko w górach, nie kupicie jedzenia, nie ma tam żadnych sklepów. Wyżyny zamieszkuje garstka ludzi gór. Są dosyć dziwni, ale nie musicie się ich obawiać – powiedział, po czym wręczył nam trzy duże słoiki. 

– Dziękujemy i życzymy obfitych połowów.

Włóczyliśmy się główną drogą. Następnie skręciliśmy w lewo, potem w prawo, udając się krętą, wąską uliczką ku wierzchołkom górskich szczytów. Wspinaliśmy się coraz wyżej. Ildi umilała naszą podróż, opowiadając dowcipy po węgiersku. Nie rozumiałem prawie nic, ale pojawiające się co jakiś czas śmiesznie dla mnie brzmiące słowa rozbawiały mnie do łez. Po kilku kilometrach marszu na przemian z hulaniem naszym oczom ukazał się las, który wyglądał jak z innego świata. Drzewa przypominały fikuśne butelki. Ich pień, przy ziemi gruby jak spodnia część karafki, u góry robił się cienki niczym słomka. Niektóre rośliny miały przepiękne różowe kwiaty, nad którymi latały pszczoły. Dalej to miejsce wydawało się jeszcze bardziej magiczne. Po lewej stronie rosły pokaźnej wielkości butelkowe drzewa, a po prawej niskie figi, którymi zajadały się brodate kozy. Jeszcze dalej czekały na nas już istne cudaki. Widzieliście kiedyś gigantyczne ogórki? My spotkaliśmy takie w tym niesamowitym lesie. W rzędach stały drzewa koperkowe. Powiem wam, że można zbzikować, hulając pomiędzy grządkami ogórków gigantów. Nad tymi dziwolągami fruwały rusałki, pozostawiając za sobą przezroczysty pyłek. Hulając przez las, czułem się jak na innej planecie. Wyjąłem z plecaka pluszową podróżniczkę, która teraz śmiało mogła się nazwać Tosią w Krainie Czarów. Ildi wspomniała, że widziała już prawie wszystkie kraje świata, ale nigdy dotąd nie była w tak zaczarowanym miejscu. Największą radość sprawił nam slalom pomiędzy drzewami butelkowymi. Postanowiliśmy rozpocząć rywalizację. Najpierw Węgierka pokonała wyznaczoną trasę, a ja mierzyłem jej czas stoperem, później zamieniliśmy się i to ja zostałem zawodnikiem. Ścieżka pięła się ku górze. Kierując się w wyższe partie gór, mijaliśmy już coraz mniej drzew. W końcu naszym oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Przed nami rosły dorodne smocze drzewa, symbol wyspy. Na pierwszy rzut oka do złudzenia przypominały ogromne grzyby: brązowy trzonek, natomiast łepek zielony, złożony z równo rosnących liści. Jednak z bliska śmiało można je pomylić ze statkami kosmicznymi albo mieszkaniami ufoludków. Wpatrując się w gigantyczne, dziwaczne rośliny, radowałem się jak dziecko. Moje marzenie się spełniło! Pokonałem trudy podróży i dotarłem do smoczego lasu! Zdecydowanie jednego z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie. Może nawet we wszechświecie? Jeszcze bardziej cieszyła mnie myśl, że będę mógł spędzić w nim noc. Ciekawe czy drzewa ożywają po zmroku? Może rozmawiają ze sobą? Znają jakiś pozaziemski język? Może spełniają życzenia? Myśli mieszały mi się w głowie. Chyba naprawdę, przynajmniej wyobraźnią, przeniosłem się do innej galaktyki.

Przeczytałeś/aś fragment z książki „Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” Dominika Wieczorkiewicza wydawnictwa Skrzat