Tekst: Krzysztof Story

Ta książka miała kilka początków i wszystkie były podróżą. Pierwszy to Islandia, gdzie trafiłem na farmę bydła. Trafiłem przypadkiem, bo inaczej się nie da. Do krów nie ma wycieczek z biur podróży, nie ma cielęcych ofert last minute, nie ma bydlęcego Tripadwajzora. Ba, nawet autobusu nie ma. Zostaje przypadek, czyli autostop, czyli znowu jakaś zdezelowana robocza fura. Jakieś przybrudzone das Auto, rozklekotany ford, akurat wtedy fioletowa mazda. 

Islandzkie zadupie. Nic pośrodku niczego, trzy domy kilkaset metrów od drogi. W Polsce zwykle stoją zaraz przy drodze. I fasadę się ładnie maluje, bo ludzie jadą i patrzą. A to przecież główna droga w kraju, „jedynka”, islandzki ringroad dookoła wyspy. A tu nic przy drodze, tylko kilometr dalej, w pustkę. Trzy chałupy. Jakby je wichura zdmuchnęła, rozrzuciła w tę szarość. Spędziłem tam cztery dni, bo na zewnątrz szalała śnieżyca i na drodze wywracało autobusy. Jednego dnia nie było ani płatka śniegu, drugiego walczyliśmy z zaspą o pozwolenie na wyjście z domu.

To był taki dom, do którego co chwilę ktoś wchodzi. Niektórzy na kawę i ciasto, inni na szybko, nawet nie gasząc samochodu. Przyjeżdżali z sąsiednich wiosek oddalonych o grube kilometry. Na stole w salonie zawsze czekał wielki termos z gorącą kawą, a na parapecie leżała księga gości. Miała elegancką skórzaną oprawę i była pełna wpisów. Gospodarzami byli Johanna i Saevar. On – islandzki, konkretny, szorstki. Ona – ciepła, pomocna, twarda. Piekła własny chleb, a wszystkie 200 krów znała po imieniu, najczęściej rozpoznawała je po zadach. Patrzyła na krowi tyłek i wiedziała, jaki numer, jakie imię, jaki wiek. 

Pracowaliśmy razem z nimi. Mieliśmy niezmienny rytm: dojenie o 8, dojenie o 17. Sprzątaliśmy, strzygliśmy, przerzucaliśmy łajno widłami. Uczyliśmy się, jak zakładać dojarki, jak karmić cielaki, asystowaliśmy weterynarzowi. Johanna pokazała nam, jak uspokoić krowę. Głaszcze się ją tuż pod zadem, powyżej wymion. Tam nie ma sierści, a skóra jest w krowiej skali delikatna. Głaszczesz, a wierzgające wcześniej kopyto zastyga na ziemi. Głaszczesz i czujesz pod palcami to ciepło, tę zwierzęcość, to życie pulsujące. To nawet przyjemne. Oni robili to od czterdziestu lat, ja przez cztery dni. Dzięki temu nie wiem, jak po islandzku powiedzieć „dzień dobry”, ale wiem, jak jest „krowi sutek”, „łajno” i jak „szczotka do łajna” też wiem.

Kilka miesięcy później okazało się, że najlepiej z całego wyjazdu pamiętam głaskanie krowy. Wyleciały z głowy gejzery i lodowe rzeki, zatarły się wodospady i gorące źródła, a ciepło krowiego dupska zostało. Od tej pory tak staram się podróżować. Wyjeżdżać w szeroki świat po to, żeby go sobie natychmiast zawęzić. Ograniczyć do jednego samochodu, do jednego domu, do dzbanka z kawą. Dopasować się do wiatru, do śniegu, do liczby krów. Codziennie o 7 rano chodzić do tej samej obory i około 9 cieszyć się, bo już kończymy zmiatać gówno z podłogi i zaraz pójdziemy jeść. Zdejmiemy robocze ciuchy, umyjemy ręce i usiądziemy do stołu. Chcę wiedzieć, że tak tutaj jest – w tym świecie po zmiataniu gówna idzie się jeść.

Drugi początek wydarzył się, gdy poszedłem do kibla i zostałem patriotą. Wstyd trochę, bo do najwyższych wartości powinno się dochodzić w zupełnie innych okolicznościach. Ale czasem na przekór wszystkiemu zdarza się to w Bieszczadach. Czasem takie sprawy muszą swój początek brać znikąd, z lokalnego minimum krajobrazu. Gdzieś pomiędzy Mucznem a Tarnawą Niżną, gdzieś na południe od Komańczy. Czasem trzeba najpierw być Nigdzie, żeby chcieć tam wracać. A więc kibel, kibel na wskroś bieszczadzki, zwykły, śmierdzący wychodek przy górskiej chacie. Zbity z drewna, dach kryty blachą, niebieska farba odłazi tu i ówdzie. Tylko że miał troje drzwi zamiast jednych. Każde w innym kolorze – cudnie to wyglądało. Wszedłem w pierwsze, opatrzone napisem „Męski”. Drugie drzwi: „Damski”. Na trzecich ktoś przybił cienką deszczułkę z napisem „Teleporter”.

Od tego czasu tropię to piękno, którego w Polsce mamy pod dostatkiem. Piękno karłowate, nieudolne, piękno na przekór temu, że jest się brzydkim wychodkiem. O ileż trudniej przecież jest być pięknym wychodkiem niż piękną katedrą. 

Początek trzeci to 4 lipca 2017. W głowie miałem już wybrany adres, w telefonie mapę, a na rowerze sakwy. Namiot, śpiwór, trochę ubrań. Jechałem szukać ulicy Cichej. Dużych pytań w małych miejscach. Ta książka jest zrobiona z obrotów korbą, z pękniętych dętek, z połamanych szprych. Potrzebowałem sobie Polskę zweryfikować, żeby nie być jak faceci w Kutnie. Przez dwa lata przejechałem na tym rowerze prawie 7 tysięcy kilometrów i jeszcze trochę pociągami. Gdybym jechał prosto na wschód, skończyłbym w Ułan Bator. Zrobiłem tysiące zdjęć. W Wolinie Cicha była ledwie widoczną wśród chaszczy ścieżką. Ciężko było ją nazwać ulicą, a co dopiero szukać przy niej domów. Wracając do miasta, stanąłem na wprost jednego bloku. Zwykła kostka na cztery piętra, pewnie z lat siedemdziesiątych. W dole trawnik obrośnięty mleczami, które dobrze komponują się z żółtą elewacją. Zrobiłem zdjęcie. Budynek pozuje en face, kompozycja jest symetryczna, a jedynym zaburzeniem jest dziura po oderwanym tynku w kształcie małego słonika. W centrum kadru są prostokątne balkony i każdy balkon jest inny. Wyglądają jak plansza do gry w statki albo kolorowa tabelka w Excelu. Cztery kolumny, pięć rzędów. Uwagę przykuwają kolory ścian: 2D jest niebieskie, 5A – morskie, 1C, 3B, 4D – zielone. Są jeszcze łososiowy, morski, popielaty i żółty. Balkon 3C jest wyłożony abstrakcyjną mozaiką kolorowych kafelków. Na 4D stoją dwa krzesła i drabina, na 1B suszy się pranie. W leżaku na 3A siedzi starszy pan i czyta książkę. Na jednym kadrze zmieściło się dwadzieścia różnych światów, bo za kolorami pewnie idą też różnice w wieku, poglądach, ulubionych serialach i piosenkach. Dwadzieścia różnych zestawów wspomnień i przeżyć. Jury konkursu fotograficznego powiedziało później, że to wszystko znakomicie oddaje ideę różnorodności. Mnie przypomina, że cały ten projekt mogłem zrobić, spacerując po własnym osiedlu.

[…]

WYMÓWKA. U drzwi

Odpowiadali różnie. Jedni śpieszyli się do pracy, inni nie chcieli rozmawiać. Byli zarobieni, ugonieni w codzienności zwykłych spraw, zapętleni w ich nieubłaganej powtarzalności. Właśnie wyszli z wanny, szykowali dzieci na wyjazd, gotowali obiad. W Łęczycy pakowali się na grilla. Albo chorowali, tak jak w Sopocie, gdzie cały dom akurat leżał z grypą żołądkową, bo się od siebie pozarażali i byli wściekli, bo im ta grypa zepsuła całe wakacje. Niektórzy obcego człowieka w drzwiach instynktownie kojarzyli z akwizytorem i wędrownym kaznodzieją. Węszyli więc podstęp i pytali, co chcę sprzedać. Raz czy dwa odgonili mnie jako świadka Jehowy. Często twierdzili, że nie mają nic do powiedzenia. Źle pan trafił, mówili. Inni dbali o swój komfort. W Braniewie rozmowy nie było, bo gospodyni już napuściła wody do wanny i szkoda było tego ciepła marnować. Odpowiadała mi cisza w domofonie, choć wcześniej szczęknęła podnoszona słuchawka. W Opatówku usłyszałem: „Moja historia jest tak straszna, że nie chce pan jej słuchać”, chociaż bardzo chciałem. Czasem po prostu nie było ich w domu. Wtedy odmawiali.

Pytanie brzmiało mniej więcej tak (nic lepszego nie wymyśliłem): 

Dzień dobry, przychodzę w nietypowej sprawie. Nic nie sprzedaję, spokojnie [to dorzuciłem później]. Nazywam się Krzysztof Story, jestem dziennikarzem i realizuję taki projekt. Roboczo nazywa się Za Drzwiami. Na tym rowerze, o widzi pani, stoi tu pod płotem, jeżdżę przez całą Polskę i w każdym mieście i wiosce szukam tego adresu. Tak, właśnie na Cichej. No i padło na panią. Jeżdżę i rozmawiam z ludźmi. Pytam ich, jak żyją, co lubią, co ich wkurza, co myślą. A, wie pani, bardzo różne są te historie. Słucham, co mają do powiedzenia, i kiedyś napiszę o tym książkę. Nie zajmę dużo czasu. Może zgodziłaby się pani porozmawiać? Może wypijemy razem herbatę? Przepraszam, że taki brudny jestem, prosto z drogi. Nie, buty jednak ściągnę, za dużo błota.

Drzwi otworzyły mi 84 osoby ze 150 odwiedzonych. Większość. 

[…]

TYNK. Polskie pobocza

Była 9 rano, siedziałem na kamiennych schodach przed ratuszem w Szydłowie. Z budynku odłaził tynk, a dookoła miałem rynek jednego z najmniejszych polskich miast. Kilka ławek, kamienne kręgi z kwiatami, parking. Młody chłopak naprawiał tam malucha, któremu akurat w piątkowy poranek zdechł ostatni, zabiedzony koń mechaniczny. Był to jeden z tych fiatów 126p, które jeżdżą jako mobilne reklamy dźwiękowe. Jak przaśni polscy heroldowie. Na dachu miał zamontowaną szczekaczkę, która pomimo awarii co dwie minuty entuzjastycznie powtarzała:

 

Nawet krawiec nie dopasuje ubrania tak jak my kredytu dla ciebie. Po kredyty gotówkowe i konsolidacyjne, które leżą jak ulał, zapraszamy do pośrednictwa finansowego kredyty chwilówki.

 

Siedziałem tam godzinę, słyszałem to 26 razy. Trzy dni później zanotowałem te zdania z pamięci. Kredyty konsolidacyjne wgrały się na mój twardy dysk. Nawet pisząc teraz, słyszę ten przejęty głos. 

Mieszkańcy Cichej mieli podobnie. Oni też nasiąkali tym, co było dookoła nich. Zapamiętywali dźwięki, kolory, dziury na drogach. Byli nierozerwalni ze swoimi przestrzeniami. Wiedzieli o nich wszystko. Znali billboardy, szyldy, płoty. Imponowały im rewitalizowane deptaki, nowe parki i place zabaw. Wkurzały wyborcze ogłoszenia, oszczane przystanki i ta jedna latarnia, która mruga od pięciu lat. Bylejakość. W ich historiach przestrzeń była ważnym bohaterem. Wyznaczała horyzonty, perspektywy, nastawienie do świata. Ton, z jakim wymawiali słowo „podwórko”, zależał od tego, jak wyglądało to przed ich domem.

Chłopak w końcu naprawił malucha i właśnie odjeżdżał. Nawet krawiec nie dopasuje ubrania… 

Jadąc przez Polskę, przyglądałem się naszej przestrzeni. Wiejskiej, miejskiej, każdej. Próbowałem wycisnąć z tego jakąś esencję, wyróżnić podstawowe cechy, wydestylować jakiś najbardziej polski obraz. Stworzyć podręcznik polskiego krajobrazu.

Lekcja pierwsza to musi być zakopianka. Droga krajowa numer 7 na południe od Krakowa. Aorta całego kraju. Ze wszystkich stron obrosła ją przedsiębiorczość. Billboardy, fabryczne budy, góralskie karcmy i zajazdy. Mac, BP, oscypek. Ostatnio pojawiły się reklamy chirurgii plastycznej. Nowa twarz, nowe piersi, fabryka mebli. Przed Nowym Targiem widać Tatry, o ile nie zasłania ich ani smog, ani biust, ani reklama kotłów grzewczych.

Tak jest zresztą wszędzie. Chełm: zdjęcie z ulicy Lwowskiej, w jednym kadrze mieści się dwadzieścia sześć szyldów i reklam. Opole, billboard: blondyna w obcisłych szortach i z dekoltem siedzi na kostce brukowej, którą reklamuje, kompletnie ją zasłaniając. Zgierz, ściana billboardów. Fitness, squash, piły spalinowe. Dentysta, wyroby hutnicze, „nie bądź łoś, kup OC”. Nazwy firm kończą się na -ex albo na -pol. Marcopol, Kołdrex, Gniotpol. Jednak nie, Gniotpol wisi przy autostradzie A4, tu jest Belpol. Niewiele lepiej. Zresztą nic nie jest w stanie konkurować z fabryką bielizny Sutex (reformy damskie za 14 złotych). Tak. Przy Suteksie nawet Kołdrexpol musi zaakceptować porażkę.

Wciąż lekcja pierwsza, jeszcze nie było dzwonka. Gorzów Wielkopolski. “Wszystko i nic. Jedyny taki sklep. Fajne wzory. Tania bielizna. Nowy towar. Wielka wyprzedaż. Duży wybór. Rozmiary 2XL-5XL. –50 %. Super towar. Super ceny. Zapraszamy!”

Dwanaście komunikatów na witrynie jednego sklepu. Reklamowy strumień świadomości. 

Jako zadanie domowe można przeanalizować reklamy i ogłoszenie tworzone bardziej spontanicznie – przez obywateli. Słupsk: „Wynajmę 1/2 kiosku. 300 netto. 369 brutto. Miesięcznie”. Nad morzem: „Sprzedam działkę nad morzem”. Niepołomice: „Działka do spszedaia” (pisownia oryginalna). Na przystanku autobusowym: „Praca dla dziewcząt przy komputerze. Wysokie zarobki. Wymagana prezencja”. Na stosie opon przy drodze: „Sprzedam opony”.

Zadanie na szóstkę: wyjaśnić sytuację z Włocławka. W centrum miasta wiszą dwa wielkie billboardy, idealnie pod sobą. Oba reklamują tę samą pralkę w tym samym sklepie. Pralka kosztuje 899 złotych, a tło billboardów jest żółte. Jak światło latarni morskiej.

Lekcja druga: nie tylko straszy. Polska to też nowe drogi, odnowiona Wyspa Młyńska w Bydgoszczy czy coraz bardziej udolnie działające parki kulturowe, które ograniczają reklamy w zabytkowych centrach miast. To również deptaki, stare lokale i nowe, tworzone z pomysłem miejsca. To bar U Dyzia w Warszawie, salon foto Migaweczka w Radomiu czy tramwajowa kawiarnia w Słupsku. To wreszcie sztuka – potężne galerie murali, jak ta na gdańskiej Zaspie. To „Dziewczyna z konewką”, mural Natalii Rak, który stał się pocztówkowym symbolem Białegostoku.

Lekcja trzecia: najczęściej jednak straszy. Albo straszy, albo śmieszy, najczęściej naraz. Przeglądam zdjęcia i widzę, z czego składa się polskie przydroże, polska przestrzeń, my sami. Na jednym słupie w Częstochowie wiszą cztery drogowskazy. Każdy jest innego rozmiaru i jest inaczej wyrównany. Koszmar grafika. Klik, następne zdjęcie. Słupsk: dworzec autobusowy, na połatanym asfalcie parkują stare rzęchy. Z tyłu znajduje się hotel, więc zza brudnego jelcza wystaje pełen zawijasów napis „Pensione Antonio”. Klik. Kraków: sklep, stoisko z prasą. Biała kartka: „Prosimy o nieczytanie gazet”. Pod spodem ktoś markerem dopisał: „w sklepie”. Klik. Międzyzdroje: na trawniku przy deptaku przycupnął wielki paw zbudowany z wikliny. Obok pokaźna żółta tabliczka z napisem: „PAW TOLEK. Obiekt monitorowany”. Nawet dziób ptaka ma mniej intensywny kolor od tabliczki. Klik. Zamość. Na rozpadającym się baraku ktoś zieloną farbą maznął reklamę swojego zakładu. Ostatnia sylaba zmieściła się dopiero na drzwiach, więc wyszło: „Blacharsko lakierniczy konserwa”. Klik. Bydgoszcz, w muzealnym sklepiku po 5 złotych sprzedają piszczące gumowe kaczki. Nad kaczkami tabliczka: „Prosimy nie piszczeć”.

Tak było wszędzie. Przez 7 tysięcy kilometrów podróży przez Polskę oczy odpoczywają rzadko. Polska ciągle czymś atakuje. Kraj tabliczek, republika billboardu, Zjednoczone Emiraty Ogłoszeniowe. Jak nie bar Agusia, to lody Marsjano. Jak nie parasole powieszone nad ulicą, to reklama nagrobków. Albo dworcowe budy, gdzie z jednej strony kupisz kwiaty, z drugiej knyszę. Siłownia Colosseum, fryzjer Ela, frytki Gucio.

Zawsze, cholera, coś.

Lekcja czwarta: kontratak. Strategie obronne. Jeśli nie możesz czegoś zwalczyć, przyłącz się. Sam weź spray, marker, wiadro starej farby. Napisz coś.

Uważam, że najprawdziwsza książka o Polsce byłaby złożona z samych napisów na murach. Opowiadałaby o miłości i konfliktach, o polityce, filozofii, patriotyzmie, wierze. Mury, bramy i płoty mówią o tym najwięcej. Historia Polski opowiedziana przez tynk.

Najpierw przedstawienie bohatera.

Miejscowość Klucze, tuż obok Pustyni Błędowskiej, transformator: „Jestem dilerem zioła. Nic co ludzkie nie jest mi obce” (czerwony spray).

Historia miłosna.

Za Zamościem: „Kocham cię, Smerfetko” (niebieski spray, oczywiście).

Oława: „A mogłaś stracić dla mnie głowę” (na murze).

Wolin: „Ona tańczy dla mnie na róże” (w bramie).

Rady i dylematy moralne. Bohater poszukuje swojej drogi.

Gdańsk: „Eat pussy. It’s organic” (czerwony spray).

Kraków: „Bądź uważny, dąż do szczęścia” (czcionka stylizowana na maszynę do pisania).

Kraków: „Rozważnie ćwicz nieboskłony” (gruba czcionka z zawijasami).

Bohater zaczyna mieć wątpliwości, walczy sam ze sobą.

Podczerwieniec: „Wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się strach” (smukłe litery na filarze wiaduktu).

Wolin: „Tango Argentino, zapadasz się jak pavilon”.

Warszawa: „Tam ojczyzna gdzie źle” (białe litery, elegancki krój z szablonu).

Bohater upada, swoją rolę odgrywa wielka polityka.

Piła: „Najniżej upadł naród, który w milczeniu słucha jak jawni dranie, pasożyty prawią mu kazania o etyce i moralności. Stop pasożytom!” (na targowisku).

Gdańsk: „Najgorsza z bestji ma w sobie odrobinę litości ja jej nie mam, więc nie wiem czy można nazwać mnie bestią” (czerwone litery).

Bohater zdaje sobie sprawę z błędów. Żałuje, ale nic nie może zrobić.

Gdańsk: „Tęsknię za tobą jesiennie, za tobą odległą o zimne deszcze. Szukam cię w nocy ciemnej, w taki mrok, w taki chłód” (cytat z Grochowiaka).

Na zakończenie lekcji czwartej: niestety, większość słów i barw na murach to dalej nudne i powtarzalne kibicowskie komunikaty. Wyzywanie i obrażanie bez polotu. Że tamci źli, o nas ani słowa. „Rytro cwele” (w Piwnicznej-Zdroju na murach nieczynnego zakładu), „Łomża to cipy” (w Tobołowie na przystanku). A przecież można inaczej.

W gminie Ślemień, na granicy Śląska i Małopolski, jest miejscowość Las. Na zielonym znaku drogowym ktoś białymi literami dopisał „Vegas”.

 

STÓWA. Ustronie Morskie

W Ustroniu Morskim lokatorka Cichej 3 właśnie wyjeżdżała z domu, nie miała czasu rozmawiać. Zawróciłem. Drugą stroną ulicy szło trzech szerokich facetów. Jeden powiedział, że puści im najpiękniejszą piosenkę na świecie. Drugi powiedział, że kurwa.

Jeden za drugim stoi, nikt się nie boi

Od bójki nie stroni tylko za wrogiem goni

Ekipa chuliganów Lech Poznań swoje zrobi

I zawsze pierdoli stadionowy monitoring

Przeszli przez ulicę. Zapytali mnie, czy wiem, która godzina i czy mam pożyczyć stówę.

 

Stąd. 150 drzwi pod jednym adresem

Przeczytałeś/aś fragment książki Krzysztofa  Story

Kup