Zaznacz stronę

Tekst: Bartek Sabela;

Zdjęcia: Bartek Sabela i Renata Koper;

Było w nich coś nierzeczywistego. Coś w tak oczywisty sposób baśniowego, a zarazem ponurego, że zawahałem się. Czy wolno mi wejść między te setki czarnych skrzydeł, czarnych dziobów i czarnych krągłych oczu? Śmierć. Tak, czułem, że to śmierć wisi w powietrzu. To ona napełniała powietrze niepokojem. One muszą ją dobrze znać, być z nią za pan brat, nosząc tą posępną, smolisto-czarną szatę, która w większości kultur i religii oznacza tylko jedno. Podszedłem. I w tym momencie pomyślałem – a co jeśli Ona tam będzie? A co jeśli one wszystkie przyleciały właśnie na spotkanie z Nią? Czy jestem gotów Ją zobaczyć?

…jak namioty ruchome wojsk koczujących po niebie… Nad wzgórzem unosiła się strużka dymu. Już po paru metrach od swego źródła dym wtapiał się w kłębowiska mgieł i wiszących nisko chmur. Wracał do niebios. A kruki, wirując nad wzgórzem, odprowadzały go. A kruki, złowieszczo kracząc, rwały mglistą ciszę. A ja z poczuciem lęku wchodziłem na to wzgórze oznaczone rzędami masztów z białymi, podłużnymi flagami. Wyglądały jak kawalkada husarii zstępującej w triumfalnym pochodzie albo jak kondukt białych mnichów zastygłych w żałobnym milczeniu. …drogi szukając, choć przed wiekami zrobiona… Zerknąłem na dolinę. Dnem wiła się niewielka rzeczka, która z tej perspektywy zdawała się wypływać wprost spod wzgórza. W dole, samotna pośród ogromnej zieloności, stała mała stupa z modlitewnym młynkiem,  obracanym wodami strumyka. Modlitewne perpetuum mobile. Porywisty wiatr zlizywał z białych proporców mantry i rozsiewał je po całej dolinie Phobjikha, w którą z okolicznych wzgórz zlewały się kolejne kłęby białych chmur. …i powleczem korowód, smęcąc ujęte snem grody… Te mantry prowadzą zmarłych. Pomagają duszom spokojnie opuścić ciało i ulecieć ku następnym inkarnacjom, by przypadkiem nie zostały tutaj, uwięzione w pół drogi między fizycznością a wiecznością. Bo taka nieukojona, uwięziona dusza, zamknięta w pułapce na granicy światów, jest łatwym celem dla złych duchów. Wtedy, jako rolong, wraz ze swym zepsutym, umarłym ciałem lubi wracać do miejsc, które zna. Rolongi nawiedzają ludzi o zmierzchu. Ich przybycie zwiastuje skowyt psów. Szukają swych bliskich, by zabrać ich ze sobą do poczekalni między życiem a śmiercią i ukoić pośmiertną samotność. Lecz rolong, ograniczony możliwościami rozkładającego się ciała, porusza się wolno i niezdarnie, powłócząc kończynami. Domy w Bhutanie mają niskie drzwi i wysokie progi, które trzeba pokonać jednym dużym krokiem. Rolong będzie walił głową w zbyt niskie nadproże tak długo, aż nadejdzie świt i przepędzi go pianie koguta.
…wchodzą w wąwóz i toną… Tak, w tej dolinie były tylko chmury, kruki i modlitwy, które można było niemal usłyszeć, choć nie było nikogo, kto mógłby je wypowiedzieć. Zaczęło padać, pierwsze dni monsunu wypełniały strumienie i rzeki nową wodą. Szedłem dalej, za niewielkie wzniesienie, tam gdzie się kłębiły, wirowały i krakały wniebogłosy. Naprawdę myślałem, że zastanę tam JĄ. Kruki zatoczyły koło i schowały się gdzieś za krawędzią wzgórza, które w tej mgle było jedynym wyraźnym kształtem, przecinającym cały świat na dwie części: brudnoszarą i burozieloną. Niektóre ptaki przysiadły na czubkach masztów, łapiąc je swymi szerokimi pazurami i bacznie obserwując każdy mój krok tym ptasim, błyskawicznym, mechanicznym ruchem głowy. Były ich całe chmary i w ogóle się mnie nie bały. To we mnie gościł lęk, czułem przed tymi czarnymi stworzeniami respekt, jakby nie były zwykłymi ptakami, a raczej emisariuszami jakiejś wyższej istoty. …i czernieją na niebie, a blask ich zimny omusnął… Niektóre podlatywały blisko, siadały na trawie albo kawałku gałęzi. Wychylały się w moją stronę, otwierając szeroko dzioby okolone wiankiem zmierzwionych, nastroszonych piór, świdrując mnie parą rozumnych, lecz zupełnie pustych oczu. Zdawało się, że zaraz któryś przemówi, niczym postać z mitów lub legend, a potem niechybnie przeobrazi się w Mahakalę, rozpościerając przede mną sześcioro ramion, z których każde będzie oznaczać nieskończoną doskonałość. Mahakala ponoć pojawia się właśnie pod postacią kruka. W hełmie z czarnym krukiem Jigme Namgyel odpierał ataki brytyjskich kolonizatorów. Od tego czasu symbolem królewskiej władzy dynastii Wangchuck jest korona z głową kruka. W Tybecie kruki ocaliły od śmierci Dalajlamę I. Zwiastowały narodziny VII, VIII, XII i obecnego, XIV. Mahakala znaczy „Wielki Czarny”. Doskonale czarny, jak ptak, z którego najpotężniejsze bóstwo tybetańskiego buddyzmu, strażnik Dharmy, oblekło się w boską postać. …wieją, wieją proporce i zawiewają na siebie… Wzmagał się wiatr. Szarpał modlitewne flagi, ustawione w intencji zmarłych. Teraz kruki przysiadły gromadnie na ogrodzeniu, wiele przełęczy i wiele gór dalej, w równie zielonej, równie mrocznej dolinie, upstrzonej jedynie kilkoma domostwami. Niektóre chwyciły się wiszących kabli, inne wylądowały na krawędzi dachu. Jeszcze inne niecierpliwie krążyły nisko nad ziemią, prując mgłę czarnymi skrzydłami i strasząc biegające wokół domu kundle. Czarni panowie przybyli na ucztę, skuszeni poświęconym jedzeniem, które ludzie wyrzucili przed dom specjalnie dla nich. Ryż, warzywa, ciastka i kolorowe, maślane ulepki. Jeszcze chwilę temu leżały przed domowym ołtarzem, wokół którego od samego rana jedenastu mnichów mantrowało, grało na bębnach, modląc się za szczęście wszystkich ludzi i wszystkich istot na ziemi. Każdy z mieszkańców powinien odprawić taką ceremonię co najmniej raz w roku. Jeden z kruków przeleciał tuż obok wielkiego, drewnianego fallusa wiszącego pod okapem dachu i usiadł obok mnie. Znów Mahakala.
…i czeluście zobaczym czarne, co czyha za drogą, które aby przesadzić, ludzkość nie znajdzie sposobu… Z tej absolutnej czerni bóstwa spogląda na mnie pięć zupełnie bielutkich trupich czaszek zdobiących jego głowę. Więc jednak śmierć. Po wielokroć. Gniew. Ignorancja. Zazdrość. Duma. I pożądanie. Każde z nich spychające człowieka w objęcia śmierci, jeśli nie tej fizycznej, to zapewne duchowej. Trucizny umysłu. Jad duszy. Jednak na głowie Mahakali są symbolem zwycięstwa nad złem. Każda z niszczących namiętności i słabości ujarzmiona przez bóstwo i przekształcona w swe dobre przeciwieństwo. Ale czaszki przypominają i przestrzegają. Mahakala kruk, teraz ogromny, z pięcioma czaszkami na głowie, w lewym ręku trzyma jeszcze jedną. W dłoni bóstwa wygląda trochę jak czaszka nieszczęsnego Yoricka w ręku Hamleta. Napełniona krwią ludzkiego ego niczym winem. Pij, ego to wszak przyczyna cierpienia. A krew umarłego ego to słodki nektar mądrości. Trudno o bardziej buddyjską metaforę. A są jeszcze te przy pasie, dyndające niczym sakiewka albo trofeum. Te symbolizują przezwyciężone pragnienia zniewalające umysł. Mahakala wyrasta z bujnych, czerwonych płomieni, których resztki znaczą też jego brwi i brodę otaczającą potężne, czerwone usta wykrzywione w grymasie nieskończonego gniewu, przepędzającego wszelkie złe duchy i nieprawe myśli. Bo złego nie da się zwalczyć jedynie dobrocią. Potrzebne są długie zęby, krwiste, hipnotyczne oczy, nadęty w furii nos. I szaleńczy taniec. Maska odganiająca demony. Ale za nią spokój i czystość umysłu. Gdy przymrużyć oczy, wirujący w pląsach Mahakala już nie jest ani bóstwem, ani krukiem. Jego absolutna czerń pochłania światło wraz ze wszystkimi barwami i kolorami. Jak boska czarna dziura stapia w sobie formy, kształty, kolory i nazwy w naturę ostatecznej, niezaprzeczalnej rzeczywistości. Rzeczywistości bezwzględnej. Przerwa. Cisza. Ciemność. Jest blisko, tuż przy mnie. Mahakala-kruk patrzy na mnie wyłupiastymi oczami mieniącymi się kręgami różnych barw obłędu. Z rozciętego w poprzek czoła, z otwartej czerwonej tkanki spoziera na mnie okiem mądrości, którego ja nigdy nie zdołam otworzyć. …chorał ucichł był nagle i znów jak fala wyplusnął… Popołudnie znów wypełnia powietrze gęstą wilgocią, zbiera się na długi, rzęsisty deszcz. Rzeka w dolinie od wczoraj przybrała. Z porośniętych lasem gór, jak z wyciskanej gąbki, spływa coraz więcej wody. Kamień, na którym wczoraj stałem, dziś jest pod falami. W wiosce mówią, że już za parę dni trzeba będzie rozebrać most, inaczej nurt rzeki niechybnie poniesie go ze sobą na indyjskie równiny. Na wiele tygodni zostanie tylko ten solidny, betonowy, kilka kilometrów w dół doliny. Ale dziś da się jeszcze przejść na przeciwległy brzeg, gdzie tuż za mostem jest niewielka polana, oznaczona rzędem furkoczących flag. Pasą się tam brązowe krowy, a dzieci chodzą tędy do szkoły. Tu żegna się zmarłych. Rodzina, sąsiedzi, mnisi z najbliższego klasztoru. Zmarłemu łamie się kręgosłup i związuje linami, by zajmował jak najmniej miejsca. Wygląda, jakby siedział w pozycji embrionalnej. Potem stos, zbawczy ogień, zapach jałowca w powietrzu zmieszany ze swądem palonego ciała i biały dym ulatujący przez flagi pełne modlitw. Ponoć dobrzy ludzie nie śmierdzą, gdy się ich pali. Święci, nauczyciele, guru wydzielają zapach podobny palonym kadzidłom. Popiół zabiera rzeka. Chyba że zmarłym jest dziecko, dzieci się nie kremuje. Dla nich, w szczególności noworodków, jest pochówek podniebny. Małe truchełko zanosi się na niedostępne przełęcze lub szczyty gór i tam zostawia w akcie ostatecznego miłosierdzia i szczodrości. Ptakom. …dalej – dalej – … Nie ma Himalajów. Nie ma ośnieżonych szczytów na horyzoncie, choć tak bardzo liczyłem, że je zobaczę. Jest nieprzenikniona, gęsta mgła, która wedle grymasu ukazuje najwyżej kolejne włochate góry, kolejne przełęcze porośnięte gęstwą mokrego, subtropikalnego lasu. Pierwszą drogę zbudowano tu w latach sześćdziesiątych. Łączyła Phuntsoling na indyjskiej granicy ze stolicą w Thimphu. Na tę, która połączyła wschód kraju z zachodem, trzeba było czekać kolejnych dwadzieścia lat. Pierwsze auta były tak niespodziewanym widokiem, że ludzie z wiosek przynosili im siano, myśląc, że to mityczne smoki. Teraz drogę poszerzają, jezdnia będzie mogła zmieścić dwa auta zamiast jednego. Lecz na razie setki kilometrów przyszłej szosy nie mają jeszcze nawet asfaltu. Zatem zawsze po jednej stronie – góra znikająca gdzieś w obłokach, obsuwająca się ziemią, sypiąca głazami, spływająca strugami deszczu i erodująca inżynieryjne dzieło górskimi strumieniami. A po drugiej stronie – zawsze przepaść, nadgryzająca drogę tu i ówdzie. Mniejsza, większa, której dno czasami widać, a czasami nie. Nie mogę przestać myśleć, jak ktokolwiek mógł wytyczyć tę trasę. Skąd ktoś wiedział, że akurat tędy? Jak w ogóle można znaleźć drogę z punktu A do B w tym labiryncie gór, kotlin, dolin i rwących rzek? Próbuję sobie wyobrazić tego pierwszego człowieka, który znajduje drogę z Trongsy lub Bhumthangu. Albo z Thimphu do Phunaki. W Bhutanie nie ma mostów ani wiaduktów. Droga zawsze idzie zboczem jakiejś góry, cierpliwie meandrując w zagmatwanej topografii. Aż dojdzie do wioski, klasztoru, świątyni lub dzongu. Aż otoczy doliny, objedzie góry. Lub wespnie się na przełęcz. A przełęcz to zawsze niepewność. Nadzieja i obietnica zmieszana jednak z jakimś atawistycznym lękiem. Złe duchy. Te wiedziały dobrze, gdzie się osiedlić, by nękać mnichów i wędrowców. Nawet gdy w dolinach słońce, przełęcz zawsze będzie skryta w monsunowych chmurach, jakby czepiały się jej, celowo spowijały ją, dając schronienie złym bóstwom. Co czuł samotny mnich, docierając po wielu dniach marszu do przełęczy, dajmy na to, Dochu La? Albo Pele La? Czy bał się spotkania z Nią, czyhającą w kłębach mgły, za bladymi drzewami? Czy potrafił siłą swego wprawnego  w medytacji umysłu odsunąć strach i panikę? Dlatego potrzeba dużo modlitwy. Przełęcz Pele La cała spowita jest sznurkami flag powtarzających te same mantry po tysiące, a może miliony razy. Wygląda jak gniazdo wielkiego pająka, który pokrył siecią modlitewnych proporców drzewa, krzaki, kamienie, znaki. Oblepione wilgotną mgłą i niewzruszone nawet najmniejszym podmuchem wiatru czy niewzbudzone dźwiękiem. Zastygłe. Wielu wędrowców ginęło na przełęczach. Przepadali bez wieści, pożarci przez demony i nieposkromione bóstwa. Chyba że trafili na kruka. To szczęśliwy znak. To kruk prowadził przez przełęcze wojska szabdrunga Ngawanga Namgyala, założyciela Bhutanu, w zwycięskich bitwach przeciw Tybetańczykom. Mówi się, że życie jednego czarnego ptaka warte jest więcej niż życie setki pobożnych mnichów. Za zabicie kruka skazywano na śmierć.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup