Zaznacz stronę

Tekst: Bartek Kaftan

Zdjęcia: Julia Zabrodzka

Od zawsze byli schyłkiem. Nawet wtedy, gdy ich istnienie pozostawało jeszcze w sferze domysłów. I ostatnią nadzieją. Nawet wtedy, gdy dla nich samych nadziei już nie było. Lakandoni

Dawniej była tu selwa. Teraz wszędzie – od Palenque aż po Monte Líbano – wszędzie ludzie, wszędzie światło, wszędzie prąd. Kiedyś mieliśmy tylko ogień, tylko drewno, czasem świeczkę, jak kto kupił w Ocosingo. Dziadek ciął szczapki z sosnowych pniaków, paliło się nimi w kuchni. Wieczorem zabieraliśmy polano do izby. Nie było podłóg, żar rozścielało się na klepisku pod hamakiem. Grzał wybornie. Każdy miał ogieniek, dwa razy wstawał w nocy i podsypywał z paleniska. Węgle dymiły, komar nie dręczył. Wyborny był dym. Uprawialiśmy tytoń, paliliśmy grube cygara. Przepyszny dym, bardzo dobry na komary. Ale skończyło się. Rząd mówi, że to niedobre na płuca.

Ja już nie palę, chudy jestem, chudziutki, osiemdziesiąt lat, może i dziewięćdziesiąt. I wzrok nie ten. Kiedyś wszystko widziałem, nawet w nocy. Teraz znikają mi rzeczy.

Skończyło się. Wszędzie łóżka, koce, moskitiery, wszędzie ludzie, wszędzie światło. Prawie jak w Meksyku. Kończymy się – my, Hach Winik. Prawdziwi Ludzie.

Odkrywanie

Rok 1841, pisze John Lloyd Stephens:

„Skoro ledwie trzy stulecia upłynęły od chwili, gdy owe tajemnicze miasta były zamieszkane, to ród ich mieszkańców może wcale nie wyginął. Ich potomkowie wciąż błąkają się po tej ziemi – rozproszeni zapewne

i skryci pośród dziczy, gdzie nigdy dotąd nie postała stopa białego człowieka. Nie przepadli jednak i nadal żyją jak ich dziadowie…”. Potem autor z perspektywy wyimaginowanego szczytu kreśli skąpaną w zielonkawej mgle tropików panoramę tajemniczej metropolii – jej białych wież, kaskad schodów, hieroglificznych labiryntów na wapiennych fasadach, a nade wszystko mieszkańców, Majów nieskażonych spotkaniem z cywilizacją konkwistadorów. Tak kończy się przedostatni rozdział „Incidents of Travel in Central America, Chiapas and Yucatan”. Dwutomowe dzieło robi w Stanach Zjednoczonych furorę i otwiera epokę fascynacji cywilizacjami prekolumbijskimi, zarówno w wersji akademickiej, jak i romantyczno-awanturniczej. Czytelnicy z wypiekami na twarzy śledzą perypetie Stephensa, który jako specjalny wysłannik prezydenta USA przemierza pogrążone w chaosie wojny domowej Zjednoczone Prowincje Ameryki Środkowej. Od świeżych zgliszcz młodej federacji bardziej interesują go jednak ruiny miast Majów. Opisuje kolejne oblicza zaginionego świata – zdobione płaskorzeźbami stele z Copán, spętaną pnączami i korzeniami Świątynię Inskrypcji w Palenque, monumentalny Pałac Gubernatora z Uxmal. Opowieść o krainie Majów wieńczy malarską wizją nieodkrytego miasta, tętniącego życiem w enklawie gdzieś poza czasem. W wyobraźni Amerykanów zaszczepia ideę ostatniego ogniwa spajającego przeszłość ze współczesnością. Rozpisany przez niego scenariusz wielkiego archeologicznego dramatu uwzględnia rolę – póki co nieobsadzoną – spadkobierców i strażników dziedzictwa starożytnej cywilizacji, dzięki którym kamienie przemówią na nowo. Stephens wierzy, że pewnego dnia ktoś natrafi na ich ślad. Nie zdaje sobie sprawy, że sam jest od tego o krok. W Palenque miejscowi opowiadają mu o rozciągającej się na drugim brzegu rzeki krainie caribes, dzikich, nieochrzczonych myśliwych z dżungli. Podróżnik poświęca im jeden czy dwa akapity. Potem bez reszty pochłania go eksploracja ruin.

 

Rok 1897, pisze Karl Sapper:

„Wiele jest na świecie ludów żyjących w stanie natury, bliskich wymarcia, których zbadanie z pewnością wiele by nas nauczyło. Szczególną jednak uwagę należy poświęcić wierzeniom Lakandonów i poznać ich obyczaje, gdyż muszą one, mimo zmienionej i przeinaczonej formy, rzucić światło na tajemniczą mitologię i interesujące zwyczaje starożytnego, cywilizowanego ludu Majów”. Pół wieku po wyprawie Stephensa majaniści mają wreszcie swój żywy kamień z Rosetty. Lakandoni – jak teraz określa się caribes – przetrwali 350 lat kolonialnego panowania i meksykańskiej niepodległości ukryci głęboko w tropikalnych lasach południowego Jukatanu, a potem w ostępach Selva Lacandona na pograniczu Chiapas i Gwatemali. Unikają kontaktu ze światem zewnętrznym. Tylko od czasu do czasu ten czy ów wędruje do najbliższego miasteczka, by wymienić kakao i tytoń na sól i maczety. Z długimi, opadającymi na ramiona włosami, w sięgających kolan białych tunikach muszą wyglądać jak zjawy z innego świata. To właśnie fascynuje Sappera, Teoberta Malera, Alfreda Tozzera i kilku innych etnografów. Opisują kryte palmową strzechą chaty, strzelanie z łuków do ryb i ptaków, czółna z drążonych pni. Najbardziej interesują ich jednak rytuały, mitologia, wierzenia. Tozzer, który spędza w osadach łącznie kilka miesięcy, pewnego razu przywozi ze sobą inskrypcje z dawnych majańskich kodeksów. Podsuwa je Lakandonom, z przejęcia wstrzymuje oddech. W ciszy upalnego południa słychać, jak kolejne stronice szeleszczą w nienawykłych do papieru dłoniach. Mężczyźni przeglądają uważnie, szepczą, komentują. Nie potrafią odczytać ani jednego z hieroglificznych znaków. To dla badacza cios i rozczarowanie. Niezrażony notuje jednak skrupulatnie szczegóły ceremonii – palenie żywicznego kadzidła, monotonne recytacje modlitw, ofiary z jedzenia, warzenie odurzającego napoju ze sfermentowanej kory drzewa balché. Wierzy, że jest świadkiem i kronikarzem ostatnich przejawów prekolumbijskiej religii Majów.

Modlenie

Kiedyś przy każdym domu była świątynia, każdy miał u siebie bogów – stary Mateo, Bor, mój teść Chan K’in. Teraz w Lacanhá i Metzabok w ogóle się już nie modlą, w Nahá ja jeden zostałem, tylko moja świątynia. Wchodźcie, śmiało! Woda kapie, dach trochę cieknie, strzecha z dziesięć lat służy. Nowa by się przydała. Nie mam na to sił, nie mam pieniędzy na palmowe liście, wszystko teraz kosztuje. Więc pod taką się modlę. Już tyle lat pracuję z bogami.

Antonio Martínez wstaje i znika w zieleni. Świątynia – spora wiata bez ścian – stoi na skraju wsi, między poletkiem kukurydzy a ścianą selwy. Rząd drewnianych słupów dzieli wnętrze na dwoje, ze sznurka zwieszają się pasy kory balché, pod nimi odwrócone do góry dnem dzbany. Dookoła pniaki do siedzenia, deseczki z plamami żywicy i kikutami niedopalonych świec. Po chwili Antonio wraca z dwoma gałązkami palmy xaté, podchodzi do półki w głębi. Na półce – rząd bogów. „Stwórca Hachäkyum, Metzabok, Akinchob, Kanankax…” – sękatą dłonią Antonio wskazuje kolejno osmalone twarze z gliny, sterczące z niedużych mis. Wybiera dwie z obliczem Akyantoka, boga cudzoziemców, stawia przed nami na desce. Do każdej wkrusza garstkę kadzidła, odłamuje dwie sosnowe szczapki, podpala. Błyska płomień, żywiczna woń świdruje powietrze, modlitwa kłębi się, unosi i opada, zwija w spirale. Nie przerywając recytacji, Antonio odrywa jeden liść xaté, potem drugi, przebija nim pierwszy, związuje, okadza, smolisty dym aż lepi się do lśniącej zieleni. Unosi zawiniątko, dotyka czoła, wyciąga dłoń i milknie. To już. Słabo trzaska ogień, w selwie buzują cykady.

Zwykle przychodzę tu sam, samiutki. Żeby wąż nie ukąsił, żeby kukurydza obrodziła. Inni się nie modlą. Niektórzy wierzą w Księgę, różnie to bywa. Gdy umrę, nikt nie przejmie moich bogów. Tak samo było z moim teściem Chan K’inem. Razem piliśmy pozolito, odprawialiśmy balché. Teraz nie ma już jego świątyni. Gdy umrę, moi bogowie także odejdą do jaskini.

 

Zmierzchanie

Rok 1948, pisze Gertrude Duby:

„Smutna wyjeżdżałam z Jetjá, gdzie spędziłam niegdyś chwile tak przyjemne pośród prostych i gościnnych ludzi. Mieszkały tu rodziny José i Quintína. Wtedy schodziło się przez ogromne pole tytoniu ścieżką suchą i radosną, dziś wzdłuż błotnistego rynsztoka plenią się chaszcze. Nad rzeką wyrosły liczne szałasy drwali, kręcą się wśród nich metysi… Lakandoni, jak zawsze, wycofali się. Nie lubią mułów, bydła ani ludzi. Działo się to samo, co na przełomie wieków nad Lacantún i Usumacintą. Maler i Tozzer napotkali tam jeszcze wielu Lakandonów, choć powoli odchodzili już oni znad wielkich rzek i przenosili osady w doliny mniejszych strumieni, gdzie nie docierało tylu drwali… Selwa była ich przez wieki, od zawsze, jakże mają więc pojąć, że jacyś intruzi przychodzą i ją sobie przywłaszczają? Jak mają pojąć prawa, które jednym dają tytuły własności, a innych zostawiają z niczym? Nie wiedzą nic o kupowaniu ziemi, wytyczaniu granic, sporządzaniu katastrów… Odetchnęłam z ulgą, gdy nadjechał Frans. Wspomnienia z 1943 roku są jeszcze nazbyt żywe, by ze spokojem przyjąć zmiany”. Gertrude nie pogodzi się z nimi aż do śmierci. I ona – fotografka, dziennikarka i ekolożka – i jej partner, archeolog Frans Blom, mają słabość do walki o przegrane sprawy.

W deszczowe noce w rozpiętym w selwie hamaku Blom lubi przy słabym świetle latarki czytywać „Don Kichota”.

Jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej puszczą Lakandonów nie interesował się nikt poza garstką archeologów i etnografów. Władze Meksyku i Gwatemali nie zadbały nawet o dokładne wytyczenie przebiegającej przez tropikalny las granicy. Pod koniec XIX wieku na selwę padają jednak chciwe spojrzenia kompanii drwalskich i handlarzy drewna. W wilgotnej gęstwie dostrzegają obietnicę fortuny – pnie szlachetnych mahoniowców i cedrzyków. Wystarcza im kilka lat, by zielony bezkres zredukować w zaciszu gabinetów do geometrycznej pstrokacizny działek i koncesji. Na szczęście selwa stawia żądzy zysku opór większy niż mapa. Eksploatacja idzie zrazu dość wolno, w rytm uderzeń siekier i trzaskania bata nad grzbietami wołów ciągnących kłody. Sprawy nabierają tempa w latach 40. Ryk dieslowskich silników i trzask walących się pni obwieszczają nastanie epoki traktorów i ciężkich maszyn. W ślad za nimi, grzęznąc po kolana w błotnistych koleinach, nadciągają osadnicy. Tysiące bezrolnych chłopów upartym, milczącym marszem w głąb puszczy i dymem pogorzelisk odpowiadają na apel prezydenta Meksyku Miguela Alemana – czyńcie selwę sobie poddaną!

Faktem, że tym razem kilkuset Lakandonów może nie mieć już dokąd się wycofać, mało kto zaprząta sobie głowę – poza Gertrude Duby. Dziennikarka publikuje reportaże, apele, raporty, wraz z Fransem odwiedza kolejne osady. Przywożą lekarstwa, nasiona i maczety, wysłuchują narzekań i skarg. Obserwują zmierzch Jetjá i Puná, gdzie młody Antonio Martínez co noc rozścieła jeszcze węgle pod hamakiem. W Lacanhá pytają, czemu nikt nie odprawia rytuałów i gdzie podziały się naczynia z podobiznami bogów. „Nie ma. Święci źli. Umiera dużo Karibów” – tłumaczą łamaną hiszpańszczyzną mieszkańcy. Nad rzeką Jataté ratują rodzinę Lakandonów, którzy po śmierci nestora, Pancho K’ina, nie potrafią już wyznaczyć czasu siewu kukurydzy. Tracą całe plony, przymierają głodem. Na mapie znikającego świata jest jednak i jasny punkt. Do Nahá Duby wraca z radością i nadzieją podczas każdej wędrówki. Mieszka tu Chan K’in – „mężczyzna do głębi ludzki, o przenikliwym umyśle, który sięga dalej niż tylko krąg rodziny, ostatni z Lakandonów godzien miana patriarchy plemienia”, jak notuje Gertrude. „Jest chyba młodszy ode mnie, lecz i tak kocham go jak ojca”.

 

Rok 1982, pisze Victor Perera: „Całe powietrze w naszych płucach nie wystarczy na jeden jedyny oddech, który podtrzymałby Chan K’ina przy życiu, gdy jego puszcza przepadnie na dobre. A przecież jedna jego opowieść daje nam dość sił, by przetrwać cały rok w mieście Meksyk czy Nowym Jorku… Leżałem w hamaku, zasłuchany w śpiew Chan K’ina i snułem fantastyczną wizję jego wielkiej amerykańskiej krucjaty. Wyobrażałem sobie tłumy zbierające się wszędzie, gdziekolwiek się  pojawi, by posłuchać i dotknąć tej kruchej, spowitej dymem cygara, na wpół świętej postaci, niosącej przesłanie Hachäkyuma w najdalsze zakątki Indiany, Kansas, Iowa, do mieścin Minnesoty i Wisconsin”. I bez podróży wyśnionej przez mieszkającego w Kalifornii pisarza Chan K’in zyskuje posłuch i poważanie u Amerykanów i Europejczyków, przynajmniej niektórych. Do Nahá przybywają antropolodzy, botanicy, językoznawcy, lekarze. Z czasem widok samolotów lądujących na wyboistym pasie nad jeziorem przestaje robić na Lakandonach wrażenie. Badacze chcą zdążyć zobaczyć i opisać ostatnich prawdziwych Majów, jak przed niemal stu laty Sapper i Tozzer. Badają, pytają, mierzą, kreślą. Przyjeżdżają też misjonarze. Wietrzą szansę na nawrócenie ostatnich prawdziwych pogan – ostatnie bałwany do obalenia, ostatnie mity do zrównania z ziemią. Są i tacy, którzy nawrócenia szukają. Zafascynowani niezwykłymi rytuałami, prostym życiem w zgodzie z naturą, chcą przejrzeć na oczy i w szlachetnych mędrcach z dżungli pokładają nadzieję. „Mało jest miejsc na świecie, gdzie spotykałoby się więcej »poszukujących«, niż Selva Lacandona” – notuje we wstępie do napisanej wspólnie z Pererą książki „Ostatni władcy Palenque” lingwista Robert D. Bruce. Jeśli jest w tej konstatacji ironia, to wymierzona także w siebie samego. Bruce przyjeżdża do Nahá od ćwierćwiecza, często na wiele miesięcy. Zapuszcza włosy, wkłada białą tunikę do kolan, zzuwa buty, z czasem biegle mówi po lakandońsku. „Być może wyczuwamy, że poznając Lakandonów możemy zrozumieć, w którym miejscu wyrafinowana zachodnia cywilizacja zeszła na manowce” – dodaje. Podczas pierwszej rozmowy z Chan K’inem Victor Perera pyta drżącym z przejęcia głosem: Czy biały człowiek może stać się Hach Winik? Starzec zamyśla się i odpowiada: „Nie jesteś jednym z nas. Ale możesz żyć jak Hach Winik. Możesz uprawiać kukurydzę i tytoń, możesz składać ofiary Hachäkyumowi i ubłagać go, by uznał cię za swojego syna”. Potem smutnieje. „Teraz wszystko się zmienia. Moi synowie się zmieniają. Nie ofiarowują już pozolu Hachäkyumowi. Nie palą kadzidła w świątyni… Moi synowie robią łuki i strzały, aby wymienić je na naboje i baterie do radia. Sprzedają nasze święte bębny cudzoziemcom. Za bardzo interesują się pieniędzmi. Wszystko to nie podoba się Hachäkyumowi i dlatego właśnie wkrótce zniszczy świat” – kończy teść Antonio Martíneza. Słońce, księżyc, ziemia – wszystko należało kiedyś do Hachäkyuma. Hachäkyum jest maya, jak mój dziadek, jak ja. Hachäkyum jest strzałą, jest bawełną. Nie boi się zwierząt. Ale boi się maczety, boi się pompy. To jest Akyantok, bóg cudzoziemców. Akyantok to hiszpański, angielski, jak wy. Ma buty, dużo butów, ma fabrykę, pieniądze. Ma dobre ostrza, siekiery, nawet piły mechaniczne. Dawniej mieliśmy tylko siekiery z ostrzem z kamienia. Trudno ściąć taką drzewo. Uderzasz w pień, raz, drugi i siekiera pęka, bierzesz kolejną i też się łamie. Ale mniejsze drzewo i kamieniem powalisz, o tak. Kiedyś dziadek już troszeczkę umierał, nie było doktora, leków, nic, modliliśmy się do Hachäkyuma, paliliśmy kadzidło. Mijają dwie godziny i słyszę – wraca mu serce. Otwiera oczy. A już troszeczkę umarł. Tylko bogowie mogli to sprawić. Nie było lekarstw, doktora. Nie było też wielu chorób. Teraz wszędzie kaszel, wszędzie grypa, wszędzie ludzie. To już nie Hachäkyum. On potrafi uleczyć z chorób selwy, z gorączki, ukąszenia żmii, z boleści. Ale grypy nie sięga. Trzeba leków, trzeba doktora. Akyantok nie boi się grypy. Chwyta chorobę jak kurczaka, za szyję, i ciska w dal. Teraz Akyantok jest panem słońca i księżyca. Kończymy się już – my, Hach Winik.  
Milczenie

Włosy ma ścięte krótko, schowane pod czapką

z daszkiem. Do tego znoszone dżinsy i koszulkę, z czystej, białej bawełny. Na nogach trampki. Poprawia przewieszoną przez plecy maczetę. Ogląda się na nas, pytająco unosi brwi. Jesteśmy gotowi, zadowolony kiwa głową, ruszamy. Bor jest niemową, cicho pojękuje zduszonym głosem. Ale ma jeszcze gesty, grymasy, dużo rysuje. To chyba najbardziej gadatliwy mężczyzna w Nahá. Może dlatego ci spod sklepu trochę się z niego podśmiewają.

Mijamy ostatnie chaty, potem milpę, zagon uformowany na podobieństwo dżungli. Fasola oplata tyki kukurydzy, dynia wije się między krzaczkami camote. Ścieżka tnie przez poletko i znika wśród drzew. Półmrok, butwiejące liście, strumień zagłusza kroki. Odbijamy w górę zbocza. Selwa gęstnieje, jeży się cierniami palmowych pni, obłazi płatami kory, zielenią dusi plamy słońca. Bor idzie żwawo, czasem kluczy, maczetą wycina przejście, chyba rzadko ktoś tędy chodzi. Zrywa gałązkę xaté. Odnajduje wąwóz. Stromo, ściany coraz bliżej, jakby ziemia na powrót chciała się zasklepić. Wreszcie koniec – ciasna niecka, z dna ku niebu strzela pojedynczy, prosty pień, podparty korzeniami wielkimi jak przypory.

Za nim w skale zieje chłodem szczelina. Wchodzimy, ze sklepienia lecą krople. Bor zapala latarkę. Są. Stoją w rządku na ziemi. Okopceni, jedni obłupani, inni przykryci zimną warstwą sadzy. Bogowie Chan K’ina. Kucamy, Bor wybiera jedną z mis. Wyciąga i kruszy kadzidło, zapałka zgrzyta o pudełko, błyska płomień, mężczyzna wciąga zapach żywicy, okadza liść xaté. Tak to robił jego ojciec, tak to Bor zapamiętał. Miał kilkanaście lat, gdy Chan K’in zmarł. Patrzy na ogień, porusza ustami. Jest południe, selwa milczy. Nie słychać nawet ptaków.

Reportaż został przygotowany dzięki stypendium Ministerstwa Spraw Zagranicznych Meksyku

 

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup