Zaznacz stronę

Tekst: Jacek Hugo-Bader

Jestem wszystkożernym padlinożercą, każdy przedmiot wącham, przeczuciu ufam bardziej niż wzrokowi, a z instynktów najbardziej rozwinięty mam instynkt ucieczki

 

A jeśli gdzieś mam być szybko, to biegnę. W rytmie jeden oddech na cztery kroki mogę biec nieskończenie długo, godzinami. Bez zatrzymywania potrafię jeść i pić. Do windy za nic w świecie nie wsiądę, jeśli mam być niżej niż na piątym piętrze. W dół nigdy nie zjeżdżam. I nigdy się nie gubię. Z przyrodzenia mam zamontowaną w głowie nawigację.

Umiem nawet gadać z psami, chociaż nie z każdym mam ochotę, bo jak wszystkie zwierzaki w moim domu mam uprzedzenia rasowe. Nie cierpimy na przykład pitbuli, cholernych psich mięśniaków, czworonożnych drecholi z mózgami wielkości orzecha laskowego. A z tym padlinożercą to reporterska metafora. Kiedy jadę w teren (jak mawiają starzy reporterzy), czyli w delegację, w Polskę, w świat na zbieranie materiału do nowego tekstu – schylę się po każdy paproch, szczegół, informację, opowieść. Do każdej padliny, śmiecia, gówna. Mogę później nie wykorzystać, nie pożreć, ale na pewno podniosę, zabiorę.

Kulawy piesek 
albo „być w drodze” i „podróżować”

To wszystko sprawia, że jestem naturalnie wyposażony do podróżowania. Uwielbiam to zresztą. Chociaż prawie nigdy tak nie mówię. Mówię, że uwielbiam „być w drodze”.

To nic nadzwyczajnego, zważywszy na fakt, że w poprzednim życiu było się wałęsającym psem. Proszę zwrócić uwagę, że nie piszę „bezpańskim”, tylko wałęsającym się. Bo cóż to za przyjemność być psem „pańskim”? Mieć pana? Nie byłem więc nawet bezpańskim, tylko wolnym, swobodnym, włóczącym się… Wprawdzie wiecznie głodnym, parszywym, zapchlonym i oblazłym egzemą, do tego z rakiem jąder, które w końcu krótkiego życia niemal wlokły się za mną po ziemi, ale za to radosnym, ba! – szczęśliwym psem. Paskudnym kundlem z zaropiałymi ślepiami i uszami, z których cuchnęło jak z kibla, ale dumnym ze swoich potężnych i żywotnych jak karpie plemników, które w milionach egzemplarzy rozesłałem po całym znanym mi wtedy świecie.

Byłem kulawy na tylną łapę, więc pewnie z tamtego życia pamiętam chuligańską rymowankę, której w obecnym życiu nigdy nie słyszałem. Moja mama mówi, że jakoś tak w jej dzieciństwie sochaczewska (skąd jesteśmy) łobuzeria darła się, ganiając bezpańskie psy, którym przywiązywała do ogona puszki po konserwach. Rymowanka idzie tak:

Kulawy piesek biegł sobie drogą 
(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać)
Jakiś skurwysyn kopnął go nogą
(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać)
Och ty skurwielu w dupę kopany 
(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać)
Ja się poskarżę u twojej mamy
(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać).

To pewnie z powodu poprzedniej tożsamości taką niewypowiedzianą przyjemność sprawiło mi pisanie reportaży o bezdomnych. Ludziach! – bo pies wprawdzie także może być bezdomny, ale jako domowy przestaje już być psem. 

(Tak myślałem w poprzednim życiu. Teraz tak nie napiszę, bo jak moje obecne psy to przeczytają, będę miał przechlapane).

Te trzy moje teksty o bezdomnych to były reportaże wcieleniowe. Dwa powstały w Warszawie, jeden – w Moskwie. Wbiłem się w łachmany włóczęgi i zamieszkałem na ulicy. Cudowne uczucie. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, że to jest moje, czy też, kiedyś było moje życie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że nie zmieniłem, tylko że powróciłem do starej tożsamości, do starego życia, starych sposobów zdobywania żarcia, picia, posłania.

Jak za przestawieniem wajchy, ze zmianą ubrania pozbywasz się tożsamości dziennikarza, męża, ojca, właściciela, obywatela – jednym słowem normalsa, Mugola – i stajesz się włóczęgą, nie wstydzisz się żebrać, sikać w parku, spać na trawniku pod pomnikiem Mickiewicza Adama. Wojtkowi Jagielskiemu, mojemu znakomitemu koledze-reporterowi, który nie ceni tego gatunku reportażu (czy raczej metodologii zbierania materiału) i mówi, że to jest robione tylko dla hecy, odpowiadam po warszawsku, że jest w mylnym błędzie. Świat bezdomnych można opisać tylko z pozycji śmiecia leżącego na ulicy (czy też wałęsającego się psa). Nigdy nie dowiesz się, jak ludzie (normalsi) patrzą na poniewierający się na ulicy śmieć, jeśli nim nie będziesz.

Byłem zatem w poprzednim życiu wałęsającym się psem. Słowo „wałęsać” uwielbiam podwójnie na cześć Lecha Wałęsy. Zrozumiałem to za czasów tak zwanej pierwszej „Solidarności” (od sierpnia 1980 do grudnia 1981 roku), gdy w narodzie mawiało się dla żartu, że rząd (to znaczy komuniści) się wałęsa, a Wałęsa się rządzi.

A dlaczego wolę „być w drodze” od „podróżowania”? Bo dla mnie najważniejszy jest ten czas, nim dotrę do celu, to „zanim”, to „jechanie”, „przemieszczanie się niespieszne”. Często, gdy spotykam się z moimi czytelnikami, mówię i piszę w dedykacjach, że w podróżowaniu najważniejsze to być w drodze, a nie u celu podróży.

Szerpa z fortepianem
albo „podróżnik” i „turysta

Powiadają, że podróżowanie jest teraz bardzo proste, łatwe, dostępne dla każdego i każdego na nie stać. Mam przyjaciół, którzy docierają w najdalsze zakątki świata z Nową Zelandią, Suazi i Patagonią włącznie. Ale czy oni podróżują, nawet jeśli po pampie przemieszczają się konno?

Wątpię. Przygotowując się do każdego z moich wyjazdów, czytam w internecie niezliczoną ilość relacji z takich eskapad. Obezwładnia poziom niewiedzy o miejscu, do którego człowiek się wybrał. Ale czy musi wiedzieć więcej? Oczywiście nie. Ludzie wolni mogą robić, co im się chce. Ale niech nie mówią, że podróżują. Oni uprawiają turystykę!

Nauczyciel WF-u ze Świdnika jedzie samotnie swoim motocyklem przez całą Syberię do Magadanu na Kołymie – wyczyn nie z tej ziemi, ale zapytać trzeba: po co? Po nic. Dla przyjemności. Bo lubi jeździć motocyklem, a na naszym 

Euroazjatyckim kontynencie dalej się nie da.

No to on też jest turystą. Podobnie jak klienci wszystkich wyczynowych biur podróży typu „Fabryka przygód”, „Wyprawa z dreszczem”, „Kubek adrenaliny”. Dla tych firm nie ma niczego niemożliwego. Przecież turystów wprowadza się także na Everest, wysyła na bieguny. Dobry Szerpa wniesie na Everest nawet fortepian. Nie ma ograniczenia, nawet niepełnosprawność nie dyskwalifikuje. Najwyższą górę świata zdobywali turyści bez nóg, niewidomi. Możesz Amazonkę pokonać na tratwie, Grenlandię na nartach, pustynię Gobi na rowerze (mam taki wyczyn na swoim koncie), Morze Czerwone na kicie, a Cieśninę Beringa wpław, i ciągle będziesz tylko turystą jak Marek Kamiński. Bo gdy go zapytać, po co idzie na bieguny, odpowie: żeby je zdobyć.

Po co? Przecież już są zdobyte. Co zatem różni podróżnika od turysty? ZADANIE. Podróżnikiem jest geograf, geolog, kartograf, misjonarz, reporter, filmowiec, przyrodnik, glacjolog, któremu zlecili zbadanie tempa topnienia lodowców w Pamirze. Podróżnik wyrusza w świat po coś. Turysta – nawet taki jak Jacek Pałkiewicz – bo lubi, jest ciekawy. Zatem po nic.

Wszystkie festiwale podróżnicze, których mamy w kraju kilkanaście, a na niektórych nawet bywam, powinny nazywać się targami turystycznymi, bowiem z niesłychanych wypraw, wyczynów uczestników, mówiąc szczerze, nie ma żadnego pożytku.

Lekcja wietnamskiego 
albo uroki mistyfikacji

Kilka lat temu odkryłem, że nie lubię wyjeżdżać w świat turystycznie. Odkrycia tego dokonałem w Wietnamie. Bo ileż można oglądać pałaców?! Królewskich, cesarskich, prezydenckich… A tam każda dynastia lubiła mieć własny. Potworność.

Historia tego mojego odkrycia jest taka.

Pierwszy raz byłem w Wietnamie w 1995 roku, dwadzieścia lat po zakończeniu wojny. To była podróż jej śladami, w poszukiwaniu blizn na murach i w ludzkich głowach. Fascynujące zadanie. Porywająca robota. Zbieracze żelastwa jeszcze wtedy chodzili po polach ryżowych z wykrywaczami, szukając min i niewypałów. Dwadzieścia lat po wojnie! Na ulicznych straganach leżały góry wojennego badziewia, które można było kupować za grosze, ale nikt nie chciał, bo turystów przez miesiąc spotkałem może ze dwóch. Ja kupiłem na wagę dwie garście nieśmiertelników zerwanych z szyi amerykańskich chłopaków. Wszyscy z pewnością nie żyli od dwudziestu lat. Odnalazłem współczesnego jaskiniowca, który jako dziecko skrył się w jaskini w czasie amerykańskiego bombardowania i pozostał w niej do tamtych dni. Jego rodzice najpewniej zginęli w czasie tego nalotu. Spotkałem szambelana, który wybierał gówna z kloacznych dołów czerpakiem, który zrobił z własnego hełmu. Był kapitanem sajgońskiej armii.

Każda następna historia, kolejne spotkanie, rozmowa coraz bardziej powalała mnie na kolana, a wszystko dzięki Cao Long Vanowi, mojemu wietnamskiemu przyjacielowi, z którym tam byłem. On nie tylko był moim tłumaczem. Podał mi swoją ojczyznę do opisania jak na srebrnej tacy. Byłem zachwycony. Napisałem dwa bardzo dobre reportaże i latami marzyłem, żeby zawieźć tam żonę i przyjaciół. Udało się 13 lat później, w 2008 roku.

(Teraz idę do lasu pobiegać z psami. Dokończę, jak wrócę.)

Ale to był już zupełnie inny kraj. W ciągu tych 13 lat Wietnam zrobił potężny cywilizacyjny skok od powojennej ruiny do azjatyckiego, gospodarczego tygrysa z tłumem amerykańskich i europejskich turystów. Po prostu druga Tajlandia pełna turystycznych, gastronomicznych i cielesnych rozkoszy. Dla mnie rozpacz. Nawet zatoka Ha Long, przyrodnicze cudo świata z tysiącami bajecznych wysepek, które przed 13 laty podziwiałem z pokładu rybackiej łodzi, została zamieniona na coś w rodzaju morskiego parku narodowego i turystyczną atrakcję. Na jedynej wyznaczonej dla „podróżników” trasie jak na autostradzie z ruchem prawostronnym mijają się zbite w konwoje setki udawanych dżonek z klimatyzowanymi kajutami. Rozpacz po prostu.

Rozpacz tym większa, że co ja mam robić w tym tłumie, jeśli nie muszę kogoś szukać, o coś pytać, patrzeć ludziom w oczy, słuchać ich i poznawać ich życia? Najpiękniejszy nawet widok po godzinie-dwóch opatrzy się. I co dalej? Co do cholery mam tam robić?!

W reporterskich podróżach kocham najbardziej to, czego kompletnie nie ma w turystyce – niezliczonych, niekończących się rozmów z ludźmi. Poznawanie nowych historii, opowieści, bajek, a nawet konfabulacji. Bo jeśli ktoś mnie pięknie czaruje, to co ja się będę czepiał. Niech sobie czaruje, ja słucham, bo może się przydać w pisaniu. To trochę podobne do roboty poszukiwacza złota. Kopiesz, kopiesz i tylko czasami natrafiasz na samorodek – opowieść, od której serce zaczyna szybciej bić, albo rzucają ci jakiś trop, namiar, którego się czepiasz i zaczynasz obwąchiwać, opukiwać temat, a potem szukać i ryć.

Turyści są boleśnie odcięci od świata, w którym przebywają. Poznają opakowanie, mury, widoki, a z mieszkańcami kraju, w którym przebywają, często nie zamieniają ani jednego słowa. Myśmy przez trzy tygodnie nie weszli do żadnej wietnamskiej chaty, żadnego mieszkania – bo tego nie było w programie wycieczki. A w konkursie tańców ludowych zorganizowanym dla turystów zwyciężyła moja koleżanka, chociaż najgorzej się ruszała, ale była jedyną białaską, która wzięła udział. Wcale nam ta mistyfikacja nie przeszkadzała, bo wszyscy, z damami włącznie, w trupa się urżnęliśmy wspaniałą wódką z trzciny cukrowej.

Lekcja mongolskiego 
albo rewolucja w jurcie

Jeszcze większy niż Wietnamczycy, ale nieco inny, technologiczny, skok wykonali Mongołowie. To historia, która dokonała się na moich oczach, historia o tym, jak za mojego życia czas nieprawdopodobnie przyspieszył, jak szybko zmienia się świat. Wystarczy jedno życie, żeby to dostrzec. Wystarczyła jedna dekada, a na moich oczach dokonała się niebywała w dziejach rewolucja technologiczna.

Rzecz jasna, trzeba było być w tym kraju dwa razy. I mieć oczy – oraz głowę – szeroko otwarte.

Pierwszy raz trafiłem tam w 1995 roku, kiedy XIV Dalajlama, duchowy przywódca wszystkich buddystów tybetańskich, zatem i Mongołów, po raz pierwszy odwiedzał ten kraj po odzyskaniu wolności, czyli upadku Związku Radzieckiego i miejscowych komunistów. Po religijnych uroczystościach w stolicy kraju ruszyłem na południe, na wędrówkę w step.

Spotkałem mongolskich nomadów, pasterzy kóz, koni, baranów i wielbłądów, którzy żyli jak za czasów Czyngis Chana. Byłem zachwycony – w ich jurtach nie znalazłem niczego, co by zdradzało, że żyjemy w XX wieku. Jedli tylko mięso, pili kumys, jeździli na koniach.

Byłem zachwycony także dlatego, bo zobaczyłem, że to jedyny koczowniczy naród na świecie, który względnie bezboleśnie przetrwał upadek komunizmu. Władza po prostu ogłosiła, że kołchozowe stada, które wypasali, są ich, tak jak to było przed wprowadzeniem komunistycznego eksperymentu w latach 20. (kiedy ogłosili, że ich zwierzęta są wspólne, czyli kołchozowe, państwowe). Zatem i wtedy, i teraz w ich koczowniczym sposobie życia nic się nie zmieniło. Co więcej! – w ich życiu nie zmieniło się nic od czasów Czyngis Chana. Do dzisiaj obowiązują dekrety, które wydał. Na przykład, że nie wolno uśmiercać młodych zwierząt, a zabitego barana czy kozę należy wykorzystać w stu procentach, zjeść wszystko z wyjątkiem kości, racic i rogów (z wełny robią pokrycie jurty, ze skóry powrozy, z krwi i flaków ohydną kiełbasę).

Powtórnie odwiedziłem Mongolię zaledwie siedem lat później, w 2002 roku. Razem z Marcinem Korzonkiem, moim wrocławskim kolegą, postanowiliśmy pokonać pustynię Gobi na rowerach. Wspaniała włóczęga, ale największego odkrycia dokonałem przy pierwszym napotkanym obozowisku pasterzy. Wyglądało, jakbym nie opuścił Mongolii na kilka lat, ale na osiem stuleci.

Przed jurtą stał wiatrak z agregatem prądotwórczym, na dachu była bateria słoneczna i antena satelitarna, a z wnętrza dobiegał głos telewizora. Dzieci bawiły się gameboyami i radyjkami tranzystorowymi, a gęby miały wypchane gumą do żucia albo lizakami w kulce, jakie uwielbiał porucznik Cojak. W każdej jurcie były akumulatory, wisiały żarówki i strzelby na kołkach. Do posiłków obok mięsa stawiali gary z makaronem, placki, słoje z ogórkami, keczup, musztardę… Nie widziałem komputerów, ale jestem pewien, że teraz już są.

Największa rewolucja zaszła jednak w stepowym transporcie. Przed każdą jurtą obok kilku osiodłanych koni stał rosyjski motocykl Iż. Mongoł zachowuje się tak, jakby nie umiał chodzić, jakby tyłek przyrósł mu do siodła. Kiedy musi przejść do sąsiedniej jurty, choćby stała zaledwie sto metrów dalej, dosiada konia, do tego rozpędza go na tym dystansie aż do galopu (co zresztą nie jest dziwne, bo ich małe, niezbyt urodziwe koniki nie potrafią poruszać się kłusem, więc albo człapią stępa, albo pędzą galopem).

W dalszą podróż jednak współczesny Mongoł rusza motocyklem, a równy step i w większości nie piaszczysta, tylko kamienista Gobi doskonale się do tego nadaje.

Któregoś dnia podróży przez pustynię przy starej studni natrafiliśmy na obozowisko. Przed jedną z jurt stało nadzwyczajnie dużo, 15-20 motocykli. W środku było mongolskie weselisko. Oczywiście zostaliśmy zaproszeni. Na tańce nie było miejsca. Wszyscy siedzieli ciasno, jedliśmy, piliśmy wódkę z destylowanego kumysu i śpiewaliśmy nowożeńcom miłosne pieśni. My z Marcinem zaśpiewaliśmy „Sokoły”, bo tylko to znaliśmy obaj.

Koło południa biesiadnicy zerwali się z miejsc, po dwie, trzy, a czasem cztery osoby powsiadali na motocykle i rozjechali się we wszystkie strony świata. Zawsze zachwycało mnie, jak na takim pustkowiu bez żadnych punktów orientacyjnych trafiają we właściwe miejsce. Wielcy nawigatorzy! Niektórzy tego dnia mieli do przebycia kilkadziesiąt kilometrów. Gdyby nie motocykle, nie przyjechaliby do sąsiadów na wesele albo jechaliby do nich z całym obozem, rodziną i stadami kilka dni.

Rower i kombiak 
albo fartowi dać szansę

Środek lokomocji. To jedna z najważniejszych spraw, o której musi zdecydować wałęsający się reporter. Temat, nad którym pracujesz, determinuje sposób, w jaki będziesz się poruszał w terenie. I odwrotnie – środek transportu wpłynie na to, jaki zbierzesz materiał…

(A teraz idę do lasu pobiegać z psami. Dokończę, jak wrócę).

Zasada jest prosta. Im fikuśniej wymyślisz, tym więcej się wydarzy. Czasami koledzy z mojego zaprzyjaźnionego działu zagranicznego „Gazety Wyborczej” podnoszą larum, że „to niemożliwe”!

A mnie diabli biorą, bo nie po to jadę na koniec świata, wymyślam jakiś rower, autostop, kajak czy też kupuję starego ułaza, żeby zdarzało się możliwe. Zwyczajne, byle jakie, z mgły i galarety. To wszystko robię po to, żeby fartowi dać szansę. Żeby zaczęło się dziać.

Małgosia Szejnert, moja wieloletnia szefowa z działu reportażu i nauczycielka, mawiała, że reporter, który nie ma szczęścia, nie ma czego szukać w tym zawodzie. No to ja robię wszystko, żeby mieć więcej szczęścia.

I przyznać muszę, że najwięcej jest go (czy też się go ma) na rowerze. To najlepszy środek transportu dla reportera. Ma tylko jeden mankament – jest wolny. W tak wielkim kraju jak na przykład Chiny nie sprawdził mi się, bo zbyt mało czasu wystarczało mi na pracę reporterską, zbieranie materiału. Ciągle nie zdążałem.

Poza tym rower ma same zalety. Przede wszystkim niczego nie przeoczysz. Choćby to była jedna morela, bo w Uzbekistanie morele suszą na asfalcie. Niczego nie przeoczysz, bo jedziesz tak wolno. Z pełnymi sakwami, namiotem, zapasem żarcia i wody najwyżej 20 kilometrów na godzinę. Wystarczy przestać pedałować i już stoisz, stawiasz jedną nogę na ziemi, a obok ciebie wyrastają ludzie. Zawsze tak jest. Potem zaczynają pytać, ty cierpliwie odpowiadasz, a gdy zapytają, co teraz, mówisz, że musisz poszukać noclegu. W Azji Środkowej nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś nie krzyknął: „To chodź do mnie!”.

Czy reportera może coś lepszego spotkać? Przed spaniem jemy razem kolację. I gadamy pół albo całą noc, a rano jestem już miejscowy. Wiem wszystko o tym miasteczku, wiosce, okolicy.

Samochód natomiast jest cudowny, bo daje niesamowite uczucie wolności. Możesz się rzucać z niesamowitą prędkością po całym kraju jak ogień i nikt nie może cię zatrzymać, a jeszcze masz ze sobą dach nad głową. Uwielbiam spać w moim starym volviaku. Oczywiście reporter powinien mieć duży samochód kombi, w którym można rozłożyć materac i wygodnie się wyciągnąć mimo sąsiedztwa roweru – to w lecie, a w zimie nart. Kiedyś napisałem wielki tekst o Suwalszczyźnie, ale śniegu nawaliło tyle, że złazić ją mogłem tylko na nartach biegowych.

Uwielbiam to psie życie. Jak mam temat, który mogę zrobić u siebie w domu, to znaczy w Warszawie, albo gdzieś w Polsce, to zawsze wybiorę Łomżę, Krasnystaw, Czarnków, Dzierżoniów… Uwielbiam psie życie, hotele, przydrożne bary, karczmy. Uwielbiam być w ruchu, w drodze.

Numer 1/2012

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 1/2012.

Kup