Zaznacz stronę

Tekst: Max Cegielski

„W wieku czternastu lat błogosławiony młody Issa dotarł do Sindh i osiedlił się pośród Arjów, w kraju umiłowanym przez Boga”. Śledzę tę legendę na pożółkłych kartach książek i w zakolach świętej rzeki Indus

„Issa” znaczy Jezus. Tak określa go Koran, dla którego chrześcijański Mesjasz jest jednym z najważniejszych, po Mahomecie, proroków. Ale ten Issa, którego śladów chcę tu szukać, wywodzi się ze starożytnego buddyjskiego apokryfu, odkrytego rzekomo w Małym Tybecie pod koniec XIX wieku. Według manuskryptu wieść o przybyciu do Sindh „cudownego młodzieńca” rozchodzi się błyskawicznie pośród hinduistów. „Biali kapłani Brahmy” uczą przyszłego chrześcijańskiego Zbawiciela, „jak leczyć fizyczne dolegliwości przez modlitwę”. Młodzieniec sześć lat spędza w świętych miastach, takich jak Benares-Waranasi nad Gangesem. Nie może się jednak pogodzić z hierarchią kast, głosi równość „dzieci Boga” i żyje pomiędzy nietykalnymi, a w dodatku publicznie wyznaje monoteizm, zaprzeczając inkarnacji absolutu w liczne bóstwa panteonu Indii. Kiedy kapłani i przedstawiciele wyższych kast postanawiają zabić niebezpiecznego Issę, ten „uchodzi w góry”, w Himalaje, gdzie z kolei studiuje w lamaickich klasztorach. Przez samego Buddę zostaje wybrany do „rozgłoszenia świętego słowa” i dopiero wtedy wraca na Zachód. Co było dalej, wiemy z Ewangelii.

A co wiemy o osobie, która ujawnia światu ten zdumiewający epizod z życia Jezusa? 

Mikołaj Notowicz, bo o nim tu mowa, twierdzi, że najpierw słyszy o nim od mnichów. Potem w klasztorze w Hemis odkrywa wiernie spisaną wersję tej opowieści. I właśnie ją publikuje w 1894 roku jako „La vie inconnue de Jesus Christ”. Później pojawia się angielskie tłumaczenie książki i wydania w innych europejskich językach. Właściwą opowieść o Jezusie poprzedza dosyć klasyczny, żeby nie powiedzieć banalny, opis drogi Rosjanina przez Kaszmir do Ladakhu. Choć autor twierdzi, że „poczynił” już wcześniej szereg podróży na Wschód, zachowuje się jak turysta żółtodziób, na przykład wyruszając ciemną nocą w zupełnie nieznany teren. A jeszcze ustawicznie boi się robaków i narzeka na niewygody. Równocześnie pisze, że kiedy po upadku z konia przechodzi rekonwalescencję w Hemis, mnisi pokazują mu zapomniany tekst o Jezusie, ponieważ umie ich do siebie przekonać jako znawca „wschodniej dyplomacji”. W Europie skandal wywołany jego książką powoduje, że natychmiast padają najcięższe oskarżenia, włącznie z takim, że Notowicz w ogóle nie był w Indiach. 

 „Niekończąca się wspinaczka zygzakami Himalajów”

Jadę wzdłuż jednej z najważniejszych rzek świata, od której nazwano rodzące się na jej brzegach cywilizacje i cały subkontynent. Indus toczy wody przez ponad trzy tysiące kilometrów od świętej góry Kajlas i jeziora Manasarowar na Wyżynie Tybetańskiej, przez Ladakh, nie zważając na linię zawieszenia ognia wpływa do Baltistanu i po zatoczeniu dużego górskiego łuku spływa przez przełomy na wysokości pięciu tysięcy metrów na południe, do Pendżabu, i dalej, aż do Morza Arabskiego. W Indiach, w Małym Tybecie nie wygląda jeszcze na główne źródło słodkiej wody dla całego Pakistanu – potężną siłę niosącą życie lub śmierć okolicznym mieszkańcom. Topole i wierzby porastające brzegi dają poczucie bezpieczeństwa i robią wręcz swojskie wrażenie. Na tle soczystej zieleni i szarych, suchych gór odcinają się wyraźnie bielone wapnem buddyjskie stupy. W szerokiej dolinie na wschód od miasta Leh widać klasztor położony wysoko na samotnej, sterczącej skale. Z fotografem, prowadzącym także nasz motocykl, odbijamy z głównej szosy, przejeżdżamy przez wąski mostek nad spienionym Indusem, aż do końca drogi u stóp zabudowań, dalej wspinamy się piechotą, przy okazji obracając zgodnie z tradycją młynki modlitewne. W Stakna mieszka tylko trzydziestu mnichów, teraz w ciągu dnia na stanowisku jest jeden. Oprócz nas nie ma żadnych innych gości, więc leniwie rozmawiamy z Namchangiem, oprowadzani po labiryncie sal z kamienia i drewna, po oświetlonych słońcem otwartych dziedzińcach, zacienionych krużgankach i małych ciemnych pomieszczeniach, gdzie z kątów szczerzą zęby demony i bóstwa, skomplikowane inkarnacje tybetańskiego panteonu, wcielenia Buddy i nauczycieli duchowych. Młody mnich usiłuje odpowiadać na moje teologiczne pytania, ale łatwiej nam się dogadać, kiedy wspominamy herbatę z masłem i solą podawaną podczas nauk Dalajlamy w Bodh Gaji, daleko stąd. Namchang słuchał ich jako pielgrzym, ja jako turysta. Na końcu języka mam pytanie o Jezusa w Indiach, ale zanim je wypowiadam, sam macham ręką, odpędzając nie tylko muchy brzęczące mi nad głową, ale absurdalność tego pomysłu. Uśmiechnięty mnich w sportowej, ale stosownie czerwonej bluzie patrzy pytająco. W końcu coś dukam, bez przekonania, on nie rozumie, o co mi chodzi, ja właściwie też nie, i zmieniamy temat.

Nazwa klasztoru pochodzi od skały, na której się wznosi, i oznacza „nos tygrysa”, ponieważ taki właśnie kształt ma wzniesienie. Stakna, gdzie Namchang mieszka od dziewiątego roku życia, podobnie jak Hemis, do którego zmierzamy, należy do buddyjskiej szkoły Czerwonych Czapek, a dokładnie do linii drugpa – Smoka. To oficjalna wersja religii w bogatym Bhutanie, więc ten mały biedny klasztor jest powiązany z tamtejszymi ośrodkami religijnymi. Mnich z zainteresowaniem wypytuje nas o problemy ze zdrowiem i stanowczo doradza naturalną tybetańską medycynę. W ostatniej chwili, kiedy już zbieramy się do dalszej drogi, prosi o symboliczną wpłatę 30 rupii na utrzymanie świętego przybytku. Płacimy, otrzymujemy pokwitowanie, odjeżdżamy. 

Na motocyklu myślę, że podobna mogła być atmosfera wizyt „białych ludzi” przed stu czy dwustu laty: zwykła ciekawość po obydwu stronach kulturowej bariery, nieskażona jeszcze przemysłem turystycznym. Notowicz ofiarował w prezencie budzik i termometr, ja wpłaciłem równowartość niecałych dwóch złotych. Dziś taką relację między „obcymi” a „miejscowymi” można odnaleźć w małych, zapomnianych miejscach. W wielkich, starożytnych i bogatych jak Hemis, do którego zmierzamy, płaci się po prostu przy wejściu 100 rupii za kolorowy bilet-pamiątkę i dalej trzeba radzić sobie samemu. Właściwie nic dziwnego, w pewnym sensie gościnność tutejszych mnichów została mocno nadużyta przez europejskich awanturników. 

„Nie byłem tu nigdy widziany i nikt o mnie nie słyszał” 

Może cena biletu jest proporcjonalna do sławy miejsca, w którym miał zostać rzekomo odnaleziony tekst o Jezusie? Rekonwalescencja Notowicza zapoczątkowuje długi łańcuch kolejnych wizyt Europejczyków, którzy chcą potwierdzić lub podważyć jego rewelacje. Obecnie klasztor mógłby się szczycić dwuz-naczną reputacją miejsca śledztwa trwającego od końca XIX wieku. Mnisi wolą jednak reklamować swój doroczny festiwal z okazji rocznicy narodzin Guru Rinpocze, który w VII wieku przeniósł nauki buddyzmu z północnych Indii do Tybetu. W oficjalnych materiałach potężnego Hemis, w drukach ani na stronie internetowej, nie ma ani słowa o legendzie, która najwyraźniej pozostaje nieszkodliwą, aczkolwiek wstydliwą intelektualną zabawą przybyszów z Zachodu. 

Notowicz podróżuje w 1887 roku, a więc rok przed opisywaną przeze mnie w „Kontynentach” [nr 2/2012] wyprawą Bronisława Grąbczewskiego do doliny Hunzy w dzisiejszym północnym Pakistanie. Wspominam o tym, ponieważ ekspedycja Polaka w służbie carskiej przypada na szczytowy, gorący okres „Great Game”. Na tym etapie „Wielkiej Gry” granice Rosji i Anglii niebezpiecznie się do siebie zbliżają na styku najwyższych pasm górskich świata. Grąbczewski, choć w wydanych w Polsce wspomnieniach twierdzi, że był jedynie naukowcem, przez władze angielskie w Indiach uważany jest za niebezpiecznego szpiega. Każdy poddany cara na terenach blisko umownej granicy stref wpływów jest traktowany podejrzliwie, a jednak Mikołaj Notowicz podróżuje bez przeszkód. Ma wielu przyjaciół, szczególnie Francuzów, lecz także Anglo-Indusów. Za takiego uważa się Rudyard Kipling, wówczas pracujący w Lahore reporter „Civil and Military Gazette”, wkrótce uznany pisarz, „prorok brytyjskiego imperializmu”, jak mówił o nim Orwell. Mikołaj Notowicz oficjalnie także jest dziennikarzem, korespondentem „Nowoje wriemia”, i w książce dziękuje Kiplingowi za przyjaźń i pomoc. Rosjanin przez przyszłego noblistę zostaje opisany jako „Dirkovitch” w opowiadaniu „The man who was”. „Człowiek, który był”, ale nie wiadomo kim, oficerem oddziału kozaków, ale piszącym dla gazety, której „tytuł nigdy nie brzmi tak samo”. Mimo to rząd Indii „w wyjątkowo uprzejmym nastroju” pozwala mu swobodnie jeździć po kraju, choć wiadomo, że Dirkowicz jest też wojskowym. W opowiadaniu Kiplinga dziwny żołnierz i zarazem dziennikarz jest podejmowany przez oficerów brytyjskich w Peszawarze, kiedy w mesie pojawia się Anglik, który uciekł z rosyjskiej niewoli, pojmany wiele lat wcześniej podczas misji zwiadowczej. Choć wszyscy uczestnicy zachowują obowiązujące dżentelmenów konwenanse, a rosyjski gość wygłasza przemówienie o współpracy cara i królowej w Azji, cały tekst opisuje napiętą atmosferę wzajemnych podejrzeń w trakcie „Great Game”, której nazwę spopularyzował zresztą sam pisarz. 

Jeśli rzeczywiście Dirkowicz to literacka wersja postaci Mikołaja Notowicza, to w krótkim opowiadaniu znajdujemy kolejny, po zapisku lekarza w Leh, dowód jego pobytu w Indiach. Obecność Rosjanina w Ladakhu potwierdza, już wprost, inny uczestnik „Wielkiej Gry”, sam Francis Younghusband w swojej podróżniczej książce „The Heart of Asia”. Słynny przeciwnik Grąbczewskiego opisuje, jak spotyka Notowicza na przełęczy prowadzącej z Kaszmiru do Małego Tybetu i dodaje, że ten „adventurer” ma fatalną reputację na subkontynencie, nikt więc nie uwierzyłby w jego relację o manuskrypcie z Hemis. 

Kiedy parkujemy motocykl na wielkim parkingu przed tym klasztorem, myślę, co za ciekawa koincydencja musi powodować, że znały się ze sobą wszystkie ważne postacie zmagań końca XIX wieku w Himalajach? Przecież nawet jeśli cała historia o Jezusie jest wymysłem, to wart uwagi jest jej autor – człowiek, który spotkał zarówno najciekawszych pisarzy, jak i najważniejszych agentów brytyjskich służb, wybitnych przedstawicieli tamtejszego świata i epoki „turnieju cieni”. Czy wobec tego także sam Mikołaj Notowicz był kimś więcej niż autorem taniej sensacji…? 

Jego książka cieszy się takim zainteresowaniem w Europie, że do obowiązku jej zaatakowania poczuwa się nawet Max Müller, czołowy wówczas badacz Indii i lingwista. Problem wybitnego naukowca polega jednak na tym, że nigdy nie stawia stopy na subkontynencie, całą pracę opierając na danych udostępnianych mu przez rząd brytyjski. Do Hemis musi więc wyruszyć jeden z pierwszych zwiadowców, angielski profesor ze szkoły w Agrze. Główny lama klasztoru zarzeka się w rozmowie z nim, że nigdy nie słyszał o żadnym manuskrypcie opisującym dzieje Jezusa w Indiach, a nawet że żaden Europejczyk nie był tu leczony po upadku z konia. Na te zarzuty Notowicz spokojnie odpowiada, że ludzie Wschodu patrzą na przybyszów z Europy jak na zwykłych rabusiów. Sugeruje więc, że przełożony z Ladakhu nie ufał angielskiemu profesorowi, który zadawał natarczywe pytania wprost, zamiast delikatnie drążyć delikatny temat. Rosjaninowi nie sposób odmówić racji: zarówno angielski profesor, jak i wielu innych śledczych bardzo chce udowodnić fikcyjność legendy, podobnie zresztą jak innym zależy na jej potwierdzeniu. W tej intelektualnej roszadzie nikt nawet nie próbuje być obiektywny, Jezus w Indiach budzi zbyt wiele emocji. 

W każdym razie w 2012 roku mnisi indagowani o Chrystusa nie są nawet w stanie zrozumieć, o co mi chodzi. Jestem tu zbyt krótko, nie znam tybetańskiego, a moje hindi i ich angielski są zbyt słabe, żeby przełamać lody. Zadaję wprost pytania, które brzmią cokolwiek absurdalnie. Zresztą podróżowanie po ponad stu laty śladem legendy to już sztuka dla sztuki, dlatego nawet nie męczę specjalnie młodych adeptów buddyzmu. Ci, biegając z nagimi ramionami, zawinięci w czerwone zwoje materiału, zawsze uśmiechnięci, ale też żyjący w kompletnie innym świecie, są przyzwyczajeni do głupich pytań głupich turystów, którzy wyobrazili sobie, że znajdą na Wschodzie rozwiązanie swoich życiowych dylematów. Jeśli zapłacili za bilet, mogą snuć dowolne koncepcje. 

Teoretycznie Mikołaj Notowicz ma więcej czasu i możliwości. Z pewnością nie musi płacić za bilet, jest jednym z niewielu Europejczyków docierających do Hemis, ale też nie pierwszym. Przed 1850 rokiem cały Ladakh dostaje się pod kontrolę króla Kaszmiru, wasala Brytyjczyków, i wkrótce w Leh otwiera się stała misja chrześcijańska, coraz częściej pojawiają się „biali ludzie”. Klasztor widać na rycinie niemieckich eksploratorów, braci Schlagintweit, zapalonych zdobywców gór, penetrujących Himalaje między 1854 a 1857 rokiem. Można spytać, dlaczego wobec tego akurat Rosjanin jest pierwszym, który miałby usłyszeć o zapiskach na temat Jezusa? Po prostu nikt wcześniej nie pyta, choć pojawiają się już tacy, którzy szukają cech wspólnych Chrystusa z bóstwami Indii. Grunt pod takie dociekania tworzy paradoksalnie sam Müller porównujący języki, ale także religie. Watykan jest zaniepokojony jego naukowymi pracami, w których chrześcijaństwo staje się równoważne hinduizmowi. Podobieństwa eksploruje też francuski ezoteryk Louis Jacolliot, który w roku 1869, jeszcze przed podróżą Notowicza, wydaje książkę o podobieństwach między Kryszną a Jezusem. Europa w drugiej połowie XIX wieku jest zafascynowana Indiami, szuka w nich swoich nowych korzeni. „Nieznane życie Jezusa” wydaje się po prostu naturalnym tworem intelektualnego klimatu epoki. Gdyby książki o Zbawicielu pobierającym nauki nad Indusem i Gangesem nie napisał rosyjski dziennikarz, początkujący literat, zrobiłby to ktoś inny.

„Dzisiejszy świat łaknie wiedzy”

Bohaterowi Kiplinga, Dirkowiczowi-Notowiczowi, nie chodzi jednak wcale o dowodzenie azjatyckich korzeni chrześcijaństwa, choć jego dzieło jest do dziś wykorzystywane w tym celu. Jak pisałem na początku, praktyki hinduizmu i buddyzmu zostają przez Jezusa całkowicie odrzucone. Akapity apokryfu rozgrywające się na „ziemi Arjów” są w gruncie rzeczy tylko krótkim wstępem do przepisania całego sensu nauki i ukrzyżowania Chrystusa. W tekście staje się on przede wszystkim notorycznym rewolucjonistą, wszędzie walczącym z kapłanami o równość „dzieci boga”, i feministą, domagającym się równouprawnienia kobiet. Co jednak najważniejsze, „ewangelia Notowicza” głosi, że Jezusa skazali na śmierć nie jego bracia, Żydzi, lecz obcy – Rzymianie.

Jaki może być cel tej zmiany historii? Od zamachu na cara w 1881 roku pogromy ludności pochodzenia żydowskiego stają się coraz częstszym sposobem na rozładowywanie napięć społecznych w Imperium Rosyjskim. Zdjęcie z narodu wybranego winy za ukrzyżowanie może wydawać się propagandowo pomocne. Tym bardziej że autor „La Vie Inconnu de Jesus” sam jest Żydem, a już od połowy XIX wieku krążą pierwsze fragmenty, czy też wersje tego, co rok po jego książce ukaże się jako „Protokoły mędrców Syjonu”. 

Notowicz musi należeć do wyższych warstw rosyjskich, nie znalazłby się w Indiach, gdyby był tylko zwykłym oficerem sotni kozackiej. W 1906 roku jego nazwisko widnieje nawet na kontrakcie budowy rurociągu naftowego podpisanym z szachem Iranu. Autor wielu tekstów o Azji, wybitny specjalista od książek Ferdynanda Ossendowskiego – Witold Michałowski, wychodząc od tego faktu, buduje portret Rosjanina jako zaufanego człowieka cara, a co za tym idzie – agenta ochrany. Polski dziennikarz widzi w nim narzędzie carskich służb, dla których publikacja apokryfu o Chrystusie miała być czymś w rodzaju „Protokołów mędrców Syjonu”. Prowokacją zmierzającą do poruszenia podwalin chrześcijaństwa, a z drugiej strony, ponieważ Notowicz był Żydem – do oskarżenia „ludu Izraela” o kolejne antyreligijne knowania. 

Koncepcja Michałowskiego wydaje się zbyt naciągana i skomplikowana. Trudno uwierzyć, że ochrana, mając w ręku prosty „dowód na spisek żydowski” w postaci „Protokołów”, miałaby produkować coś tak ezoterycznego i dziwnego jak „indyjska Ewangelia”. 

Michałowski zapomina też, że kontrakt na rurociąg jest negocjowany dwanaście lat po pierwszym wydaniu książki o Chrystusie, już po tym, jak dziennikarz spędza parę lat na syberyjskim zesłaniu, karzącym autora właśnie za niemoralne publikacje. W 1906 roku Notowicz jest już poważanym publicystą, członkiem towarzystw zajmujących się międzynarodową dyplomacją. Sam dystansuje się od skandalu z „Jezusem w Indiach”, książki najwyraźniej debiutanckiej, która bardzo pomogła mu zyskać sławę. W międzyczasie opublikował kolejne, między innymi nawołujące do wstąpienia Rosji w alians z Francją i Anglią, książkę o Europie i Egipcie, biografię cara Aleksandra III i wiele innych, wydaje też gazetę w Paryżu. Witold Michałowski sprawia wrażenie, jakby nie zagłębił się w sam tekst Notowicza, który ja interpretuję właśnie jako próbę stworzenia przeciwwagi dla „Protokołów”, ponieważ nie ma w nim żadnych antysemickich prowokacji. Na usprawiedliwienie polskiego dziennikarza trzeba stwierdzić, że w tekst nie wczytywali się też inni, zarówno wrogowie Notowicza, jak i jego późniejsi akolici. Uważna lektura sugeruje, że autorowi chyba najmniej zależało na udowadnianiu pobytu Jezusa w Indiach, a dużo bardziej na jego późniejszych dziejach.

Wprowadzając rzekomy apokryf do swojej książki, Mikołaj Notowicz grzęźnie w niejasnościach i zdaje się zaprzeczać sam sobie. Mnich rozmawiający z nim mówi, że „muzułmanie nie mają punktu stycznego z naszą religią”, natomiast Europejczycy, choć też wyznają monoteizm, „mają w sobie prawie tak wiele z wyznawców Buddy, jak sami lamowie Tybetu”. Kiedy dodaje, że Jezus był „wielkim prorokiem”, można to jeszcze uznać za zwykły wyraz szacunku dla przedstawiciela innej religii, ale już na pewno Issa nie może być „większym niż którykolwiek z dalajlamów”. Taka tradycja nigdy nie istniała w buddyzmie, który aż do XIII wieku, do momentu kontaktu z misjonarzami, nie odnosił się w żaden sposób do Biblii. Można by wręcz rzec, że buddyści nie wiedzieli nawet o istnieniu chrześcijaństwa, rozwijając swoją wiarę w zupełnie innej strefie geograficznej i kulturowej. Mówiąc wprost: Zbawiciel nie był im do niczego potrzebny. 

W dodatku manuskrypt opisuje Chrystusa jako radykalnego monoteistę piętnującego wiarę w inkarnację, bożków i bogów, z gorliwością islamskiego konserwatysty. Zresztą sam „Issa” jest terminem zaczerpniętym właśnie z tej tradycji religijnej. W ten sposób Rosjanin wpada we własną pułapkę: tradycja buddyjska, która ma pielęgnować i uwiarygodniać przekaz o Jezusie w Indiach, wydaje się najbardziej obca postaci, którą opisuje tekst. Natomiast radykalny Zbawiciel pasuje do głoszonej przez Notowicza wizji rewolucjonisty, zwalczającego instytucje i głoszącego równość. Indie okazują się właściwie tylko sztafażem, wartością dodaną, mówiąc językiem reklamy, albo po prostu haczykiem, który ma połknąć publiczność spragniona na przełomie wieków ezoterycznych, wschodnich prawd. Z czternastu rozdziałów tej „Ewangelii” poświęcone im są jedynie dwa: piąty i szósty. Warto przy okazji dodać, że dosyć podobnego zabiegu użył Ferdynand Ossendowski w swoim debiucie „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów”, gdzie prawdopodobnie za namową amerykańskiego współpracownika opisał ukryte pod ziemią królestwo Agharty – Szambali. Choć to tylko krótki urywek grubej opowieści o wojnie domowej w Rosji, cytowany jest do dziś i przysporzył autorowi czytelników na całym świecie. Tyle że cała książka jest właściwie o czymś innym.

Niektóre motywy wykorzystywane przez Mikołaja Notowicza krążą już w popularnej, duchowej literaturze, nie tylko u Jacolliota. Wydaje się, że autor inspirował się, podobnie jak Ossendowski, między innymi pismami Heleny Bławatskiej, także Rosjanki, która mieszka w Indiach od 1879 roku i zakłada Towarzystwo Teozoficzne, swobodnie łączące motywy spirytyzmu, hinduizmu i buddyzmu z wierzeniami egipskimi i chrześcijańskimi. Osadzenie apokryficznej Ewangelii na Wschodzie wynika ze słusznego założenia, że „to się sprzeda”, ale niestety motyw Indii przesłonił zasadnicze przesłanie Notowicza.

„Fantazyjne kombinacje demonów i trupich główek”

Nie przyjeżdżam do Hemis, by potwierdzać prawdziwość legendy lub jej zaprzeczać, lecz raczej zobaczyć, w jakim miejscu i jak Rosjanin mógł wpaść na swój literacki koncept. Wielki dziedziniec klasztoru jest już zupełnie pusty, ostatni mnisi uciekli przed skwarem lub przed moimi pytaniami. Z dachu rozciąga się wspaniała panorama gór, wiszą tu flagi ze smokami, obok panele słoneczne. We wnętrzu budynków grupa młodych świeckich artystów maluje nowe portrety Buddy, bogiń i demonów. Świat mitologii tybetańskiego lamaizmu jest skomplikowany, pełen symboli i potworów, laikowi wydaje się jeszcze bardziej magiczny i brutalny niż panteon hinduizmu. Każda straszna paszcza i szpony zbroczone krwią są metaforami, wizualizacjami służącymi do kontemplacji stanów ducha i psychiki. Obrazy ułatwiające medytację na pierwszy rzut oka wydają się barbarzyńskie i straszne. Najnowsze, świeżo malowane potwory są raczej komiksowe i kiczowate w swojej grozie, ale stare, zadymione knotami z lamp oliwnych, jak te, które oglądałem w Staknie, robią wrażenie niesłychanie pierwotne, zdają się wydobyte z najczarniejszej głębi człowieczeństwa. Tak mógł je interpretować Notowicz, traktować jako odpowiedni entourage, stosowne tło dla odkrycia „dobrej nowiny”, a zarazem utwierdzające w przekonaniu, że „czysta wiara” nie potrzebuje takiej otoczki. 

W 1925 roku w podobnej aurze zobaczył Hemis kolejny Rosjanin, Nikołaj Roerich, ezoteryk, szukający ukrytego królestwa Szambali, uważający się za zwiastuna nowej ery w dziejach Azji. To on, cytując, jak twierdzi, napływające do niego po drodze sygnały o legendzie Issy, naprowadził mnie na trop Notowicza. Pisał w „Ałtaj – Himalaje”: „Już zbliżając się do tego klasztoru, odczujecie duszną, mroczną atmosferę. Stupy z jakimiś strasznie wykrzywionymi twarzami. Ciemne chorągwie. Czarne wrony. Czarne psy ogryzające kości. (…) A w ciemnych zakamarkach zwalone na kupę przedmioty kultu, jakby trafiły tutaj drogą grabieży”. Roerich wykorzystuje tekst Notowicza także do swoich celów, choć to tylko jeden z wielu elementów jego mistycznej układanki. Nigdzie nie twierdzi, że przeczytał oryginalne zapiski buddyjskie „spoczywające w ukryciu”, jak te o Szambali, powołuje się na zasłyszane legendy. W ramach tworzenia swojej mistycznej geopolityki twierdzi, że w Małym Tybecie przecięły się drogi Buddy i Chrystusa, który nauczał w Leh nad pewnym strumykiem. Cytuje także te krytyczne głosy misjonarzy, którzy twierdzą, że historia o Jezusie w Himalajach to „niedorzeczne wymysły pewnego Polaka” (!). Roerich dodaje także, że „wielu muzułmanów chciałoby zawładnąć tym dokumentem”, prawdopodobnie odnosząc się do nowej fali eklektycznych wierzeń sekty Ahmadija. Od początków XX wieku głoszą one, że Chrystus nie zginął na krzyżu, lecz przybył do Kaszmiru, gdzie w końcu zmarł i pochowany jest w grobowcu z Śrinagarze. To kolejna wariacja na temat, pokazująca, jak bardzo płodne i dalekosiężne było zmyślenie Notowicza. 

Zjeżdżamy z Hemis w dół do Indusu, spokojnie płynącego przez Ladakh. Trzęsąc się na motocyklu, patrzę na góry, gdzie w parku narodowym żyją pod ochroną śnieżne lamparty. Rozmyślam o tym, jak wielu inspiracji dostarcza przez wieki Azja, której tajemnice nadal świetnie się sprzedają. W kolejnym numerze „Kontynentów” powinienem opisać Helenę Bławatską, która twierdziła z kolei, że mieszkała przez lata w Tybecie. W swoich ezoterycznych naukach, przekazywanych jej drogą telepatyczną przez „Mahatmów”, położyła podwaliny pod większość późniejszych mitów na temat Wschodu.

Śródtytuły w tekście pochodzą z książki „Nieznane życie Jezusa Chrystusa”

 

Numer 1/2013

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 1/2013.

Kup