Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Michał Kaczmarek

Długo, wielokrotnie był dla mnie pokusą, gdy z Karkonoszy albo Gór Izerskich widywałem na kresach horyzontów tę charakterystyczną, stożkowatą i szpiczastą sylwetkę. Ještěd. Przymierzałem się do niego kilka razy, ale ciągle nie wychodziło, bo zawsze coś wypadało, stawało na drodze, kładły się przeciwności losu, wydłużały się odległości

Którejś zimy, o zmierzchu, stałem w rakietach śnieżnych na Sinych Skałkach w Izerach. Powoli zamarzałem po całodziennym wędrowaniu, ale nie mogłem oderwać wzroku od jego stożkowatego kształtu z iglicą, który odcinał się w oddali na tle ciemniejącego, zachodniego nieba. Innym razem byłem bliżej, ale wtedy zapomniałem się w gorączkowym poszukiwaniu pewnej mapy i zamiast na niego, dotarłem na Královkę w Jizerskich horach. Tam, gdy spoglądałem na niego z wieży, był bardzo blisko, chwilami przesłaniany przez chmury i smugi deszczu, ale jednak wciąż nieosiągalny. Kiedy indziej tylko przejeżdżałem obok niego, wracając chyba z Czeskiej Szwajcarii, ale w pośpiechu nawet się nie zatrzymaliśmy, aby popatrzeć. Parę razy widywałem jego trójkąt ze szczytu Śnieżki. Aż w końcu przyszedł dzień, gdy natknąłem się na „Grandhotel. Powieść nad chmurami” Jaroslava Rudiša. To była książka, której akcja została umieszczona na Ještědzie i w Libercu. Zacząłem ją pochłaniać i już wiedziałem, że tym razem muszę tam dotrzeć, właśnie w trakcie tej lektury. W wymiarze rzeczywistym i fikcyjnym równocześnie.

Z tym Ještědem było coś dziwnego. Nabrał niezwykłego znaczenia zarówno dla bohatera „Grandhotelu” – Fleischmana, jak i dla mnie. Był górą, która uratowała Fleischmana przed jego przeszłością, a mnie przed miejską teraźniejszością i przed nieistotnością. Tak, coś musiało być na rzeczy z tym Ještědem w owym 2011 roku. Bo wtedy, późną jesienią, wszystko skumulowało się właśnie wokół tego szczytu. Jakby tą swoją iglicą ściągnął ku sobie lata wypatrywania na horyzoncie, jesienne miesiące i dni, moje myśli i czyny, które pałętały się przez dłuższy czas bez ładu i składu. I początkowo jawiło się to wszystko jako przypadkowe, ale po czasie powstała z tego sensowna całość.

Akurat zbliżało się listopadowe spotkanie przyjaciół w Zgorzelcu, więc z Agnieszką, w ciągu niecałych czterech godzin, przejechaliśmy samochodem z Opola do Liberca. Przez Zgorzelec było dalej, ale chyba jednak szybciej niż przez Jelenią Górę. Zalety autostrady. Nad równinami wisiały przez cały dzień gęste chmury, a im bliżej byliśmy Liberca, tym mniej widzieliśmy. Chmury snuły się coraz niższe, od dołu wychodziły mgły. W samym Libercu nie było już nic widać. Rozpłynął się w mglistym niebycie szarego dnia, dlatego miałem wrażenie, że przejeżdżaliśmy przez miasto, które nie istniało. Jego obecność zaznaczała się tylko w obrazie jezdni i przydrożnych budynków. Żadnych horyzontów ani dalszych perspektyw, żadnej orientacji, oprócz świadomości, że jadąc z północy trzeba kierować się na prawą stronę miasta. Wypatrywaliśmy w tej mgle tablic i kierunkowskazów z napisem „Ještěd”. I tak, trochę po omacku, dojechaliśmy do dzielnicy Horní Hanychov. Tam też była mgła.

Mimo pogody uparliśmy się, że wejdziemy na tę górę, choćbyśmy mieli na szczycie zobaczyć samą mgłę. Gdy się pięliśmy, po cichu wierzyłem jednak w Rudiša i w jego „powieść nad chmurami”. I nagle, gdzieś przy wejściu na grzbiet, nad nami zrobiło się jaśniej. Pojawiła się dziura w chmurach, a potem zamglona tarcza słońca przebiła się na łące w okolicach chaty Pláně pod Ještědem. I już wiedziałem, że tym razem się uda. Gdyśmy szli grzbietem wyżej, stał się błękit. Wisiał tam pewnie przez cały dzień, ale nam objawił się w tej właśnie chwili. A potem zobaczyłem z bardzo bliska, na czubku góry, kosmiczny kształt stożkowatego hotelu z igłą skierowaną ku niebu. Nie zachwycił mnie, nie rozczarował, nie zaskoczył. Zapytałem tylko impulsywnie: po co takie coś? Architektoniczny projekt został dawno temu nagrodzony, a więc pewnie architektom się podobał.

Trzygwiazdkowy, przypominający rakietę hotel „Ještěd” nie był w tej chwili istotny, bo przy górnej stacji kolejki zobaczyliśmy w dole pierwszą zatokę chmur, a kawałek dalej, z dookolnej drogi prowadzącej na szczyt, rozlało się pod nami sięgające po horyzont złote morze z gwiazdą słońca na nieboskłonie. Nie odrywając nóg od ziemi, zaczęliśmy się unosić, trochę jak Fleischman w powieści Rudiša. Ruchem kolistym znaleźliśmy się na szczycie. W ten sposób literatura spełniła się w rzeczywistości, literacka fikcja i realność wędrówki wymieszały się we mnie ostatecznie.

 

 

W owym listopadowym dniu stałem z Agnieszką nad chmurami. Nie potrzebowaliśmy balonu, którym poleciał Fleischman. Patrzyliśmy w zachwycie i czekaliśmy, aż to wszystko zgaśnie, aż słońce utonie w tym morzu chmur, które zmieniało barwy i kształty swych obłoków. Były białe, złotawe, czerwonawe, rudawe, szare albo sine. Rozlewały się i falowały. Ponad nimi wystawał tylko ten Ještědský hřbet oraz Izery i Karkonosze w oddali, a wszystko, co niżej, nie istniało. Liberec też nie istniał. Patrzyłem z góry na miasto, którego nie było. A przecież powinno być stamtąd widoczne w całej swej okazałości. Wyglądało to niczym jakieś unicestwienie dokonane przez naturę na miejskiej cywilizacji. Żadnego śladu, komina, bloku, wieżowca, świateł, dróg. Nic, tylko chmury. Zewsząd, niezmiennie ze wszystkich stron, otaczało nas tylko morze chmur. I wtedy przypomniałem sobie ponownie, i tym bardziej zrozumiałem, jedno z pierwszych zdań powieści Rudiša: „Unoszę się, na wyciągnięcie ręki mam chmury. Niebo. Sny. Nieskończoność. No i w końcu też samego siebie”. Tak, też to odczuwałem, stojąc tam, na szczycie góry Ještěd, uwolniony od własnych myśli.

Chodząc po tym kamiennym tarasie, obserwowaliśmy Czechów wjeżdżających samochodami na szczyt tuż przed zachodem słońca. Wiele samochodów miało miejscowe tablice rejestracyjne. Być może niektórzy dopiero skończyli pracować gdzieś tam w dole, w kotlinie ciemnej i szarej, przez cały dzień spowitej chmurami i mgłą. No i może wjeżdżali na górę po to, aby znaleźć się przez chwilę ponad swoją codziennością, ponad własną pracą, ponad Libercem, ponad chmurami, aby się uwolnić od tego wszystkiego, co zostawiali w dole. Wysiadali z samochodów i przechadzali się, patrzyli, robili zdjęcia tej coraz bardziej złocącej się, falującej warstwie bieli, błękitowi i rozgwieździe słońca. Gdy to zachodziło, po przeciwległej stronie widnokręgu wstawała nad grzbietami Izerów pomarańczowa tarcza księżyca. To wtedy słońce i księżyc zobaczyły się w zwierciadle krajobrazu. Stanęły naprzeciwko siebie dwa światy, dzień i noc, koniec i początek, przypatrywały się sobie. Słońce na zachodzie i księżyc na wschodzie, równocześnie. Strażnik dnia w końcu utonął za linią chmur, a strażnik nocy, coraz bardziej jasny, wznosił się coraz wyżej na tle już prawie nocnego nieba. I wtedy taras przed Hotelem „Ještěd” opustoszał. Czesi powsiadali do samochodów i zjechali w dół, pod nieprzeniknioną warstwę chmur.

My jeszcze zostaliśmy, poszliśmy do hotelu, gdzie wśród pamiątek odnalazłem film „Grandhotel”, którego współscenarzystą jest Rudiš. Nie kupiłem. Wystarczyło, że owego jesiennego dnia na Ještědzie było chyba trochę tak, jak w jego powieści. Po prostu nad chmurami. Tylko Fleischmana nie spotkaliśmy, choć może go widzieliśmy gdzieś w podświadomości, tylko nam się nie objawił albo faktycznie odleciał gdzieś wyżej i dalej, uwolniony od Liberca. Po zmierzchu, z latarkami, zeszliśmy do wciąż nieistniejącego miasta, pod wielką pierzynę z chmur i mgieł, aby pojechać do Zgorzelca.

I tak mogłaby się skończyć ta historia, gdyby nie to, że w niecałe dwa tygodnie potem zmarł architektoniczny twórca hotelu i wieży telewizyjnej na Ještědzie, Karel Hubáček. I pomyślałem sobie, że przypadki czasami przestają być przypadkami, bo i na tym jeszcze się nie skończyło. Jakiś tydzień później wybierałem się do Wrocławia w odwiedziny do rodziny. I na chwilę przed wyjazdem dotarły do mnie wieści, że Jaroslav Rudiš ma być w Polsce. Spotkanie autorskie we Wrocławiu przypadało akurat na dzień, w którym wcześniej umówiłem się z rodziną. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko pójść i posłuchać. Czytał i opowiadał o „Grandhotelu”, o Czechach, Niemcach i Polakach, o swoim rodzinnym Czeskim Raju, o meteorologicznych obsesjach i pogodowych pasjonatach, o czeskich pogodynkach, o Ještědzie i powikłanej historii Sudetów.

Ostatni akcent przyszedł dzień później, w pociągu powrotnym do Opola, gdzie dosiadła się moja była studentka z pogranicza polsko-czeskiego, z Nowej Rudy leżącej u podnóża Gór Sowich, miłośniczka czeskiej literatury, która w ramach przedmiotu, jaki prowadziłem owego roku, pisała pracę na temat twórczości Kundery i, jak twierdziła, nie było jej obce nazwisko młodego czeskiego pisarza.

Tego wszystkiego nagromadziło się za dużo. Po powrocie do Opola poszedłem od razu do najbliższej knajpy, na piwo, aby to jakoś poukładać sobie w głowie, zapisać, wytłumaczyć. Czeskiego nie mieli w „Villa Młynówka”, więc próbowałem przy polskim. No bo chyba coś musiało być z tym Ještědem w tym 2011 roku. Jakaś koincydencja zdarzeń, pragnień, myśli, czynów, ludzi, rzeczywistości i fikcji. Długoletnie krążenie wokół Ještědu, nasilająca się potrzeba wejścia na szczyt zwieńczona obrazem morza chmur pod stopami, odkrycie i lektura „Grandhotelu” Rudiša, jego polskie wydanie i spotkanie autorskie, na którym przyszło mi być, śmierć czeskiego architekta, a na koniec jeszcze studentka z zamiłowaniem do czeskiej literatury. Taka koincydencja czeskich gór, literatury i rzeczywistości. A może to wszystko było tylko złudzeniem? Osobistą obsesją? I być może nie było w tym wszystkim nic niezwykłego?

Faktem jest, że wraz z obrazem Ještědu wciąż chodzi za mną lektura „Grandhotelu”. Czytałem z pewnym niepokojem, a im bardziej w głąb, może nawet z przerażeniem. Bo postać Fleischmana, który był też nazywany Chmuromirem, oraz jego meteorologiczna obsesja uświadomiły mi, że chyba cierpię na podobną przypadłość. I to chmury, oprócz śniegu, są tym zjawiskiem pogodowym, które przyciąga mnie najbardziej. Chmury, widziane z góry, z dołu, z boku, z zewnątrz, ale i od wewnątrz, chmury w każdym kolorze i o każdym kształcie. Może ta obsesja wynika z ich niepowtarzalności i nieprzewidywalności, oryginalności i zmienności? Kto wie…

Fleischman powiadał, że „wszystko na świecie jest związane z pogodą”, i jeszcze, „że pogoda jest całym światem, bo w każdej sekundzie ma na niego wpływ”, jak i zresztą na wszystkich ludzi. Pogoda i chmury były przed nami i będą po nas, przed naszą historią, a także wtedy, gdy ona się skończy. I to od pogody, według Chmuromira, uzależnione są ludzkie szczęścia i nieszczęścia. Ale chyba nie wszystko da się wytłumaczyć przez chmury. Tak jak i nie wszystko można wyjaśnić przez góry. Tak czy owak, ta meteorologiczna pasja lub obsesja Fleischmana utwierdziła mnie w mojej własnej, która najsilniej objawia się w górach. Bo w mieście nie są aż tak zauważalne ani pasja, ani obsesja, ani pogoda. A granica między pasją a obsesją bywa bardzo cienka. W gruncie rzeczy ludzkie pasje same w sobie są dobre, jeśli nie przeradzają się w chorobliwe obsesje, jeśli nie stają się szaleństwem, a także o tyle, o ile nie krzywdzą tego, kto jest nimi pochłonięty, ani też osób postronnych. Najlepsze są te, które uzdrawiają, które pozwalają iść dalej. Bardzo możliwe, że każdy z nas cierpi na jakąś swoją obsesję czy pasję i z jej pomocą usiłuje wyjaśnić i zrozumieć świat. I to jest chyba ta „linia życia”, o której pisał Rudiš. Każdy ma swoją własną i chodzi tylko o to, aby ją odnaleźć. A więc moją byłyby góry i wędrowanie po nich. Przynajmniej czasami tak mi się wydaje.

Myślę i porównuję. Jeśli Fleischman siedział na Ještědzie i mimo wielu prób nie mógł wyzwolić się od Liberca, to ze mną było odwrotnie, bo przez szereg lat nie potrafiłem dotrzeć na szczyt górujący nad Libercem. Ale ostatecznie to właśnie Ještěd, droga przez chmury i nad chmury uwolniły Fleischmana od tego miasta, a mnie dały możliwość doświadczenia tych wszystkich zdarzeń, które zrosły się w jedną całość.

Kształt tej góry z hotelem i wieżą ciągle nie dają mi spokoju, bo ta kompozycja ma w sobie coś niepowtarzalnego. Rudiš napisał, że architekt Hubáček chciał wydłużyć górę Ještěd do samego nieba. I jak popatrzy się na ten szczyt z oddali, to chyba faktycznie mu się to udało. W końcu otrzymał za to nagrodę Auguste’a Perreta, przyznawaną przez Międzynarodową Unię Architektów. A to, co stoi dziś na Ještĕdzie, uchodzi podobno za najważniejszą czeską budowlę dwudziestego wieku. I rzeczywiście wydaje się niezwykłym wkomponowaniem ludzkiej myśli w naturę górskiego krajobrazu. Choć gdy zobaczyłem tę całość z bliska, czar prysnął. I tylko dystans dawał wrażenie góry, która jawiła się rzeczywiście wyniośle.

Liberecka opowieść albo literatura czeska

Wtedy, w listopadzie 2011 roku, gdy z Agnieszką weszliśmy ponad chmury, Liberec był dla mnie anonimowy. Spowity mgłą od dołu i nakryty chmurami od góry. Po prostu nicość i prawie żadnych skojarzeń. Może za wyjątkiem paru fragmentów z innego w nim pobytu, parę lat wcześniej, kiedy zapamiętałem go, jak leżał rozpłaszczony między Jizerskimi horami a Ještĕdským hřbetem, otoczony górami. To było wiosną 2007 roku, gdy przechadzaliśmy się z przyjaciółmi wśród libereckich kamienic, pod tym imponującym strzelistością ratuszem z mnóstwem wież i wieżyczek, które przywodziły mi na myśl jakieś skalne iglice. Po zaledwie godzinie wróciliśmy do samochodu i w chwilę potem właściwie zapomnieliśmy o tym, co widzieliśmy w rynku, bo spotkała nas niespodzianka z blokadą na kole i biało-czerwoną nalepką na szybie:

„Pozor! Toto vozidlo je zablokováno!”. I dostaliśmy pamiątkę w formie mandatu na tysiąc koron, bo to był parking dla mieszkańców pobliskiej kamienicy, a my nie doczytaliśmy – albo raczej nie zrozumieliśmy – informacji na jakiejś tablicy. Przypuszczam, że któryś z uprzejmych mieszkańców, wyglądających przez okno, zadzwonił po miejską policję, choć wolnych miejsc parkingowych było w okolicy sporo. Jednakże liberecka policja miejska była dla Polaków nieubłagana. Może za ten rok sześćdziesiąty ósmy. Odtąd, ilekroć parkowaliśmy z Agnieszką w górskich miejscowościach czeskiej krainy, długo i mocno się zastanawialiśmy, gdzie stanąć.

Następnym razem, w 2014 roku, wtedy, gdy pojechaliśmy z przyjaciółmi w Jizerské hory i zima z nas zadrwiła, do Liberca trafiliśmy już bez samochodu. Tak było bezpieczniej. Samochody zostały pod kwaterą w Bedřichovie, a my zjechaliśmy do miasta regularnie kursującym autobusem. I wtedy znowu zobaczyłem to miasto leżące wśród gór, a może między górami. Gdy stałem w centrum, wśród kamienic w okolicach rynku, myślałem o tym, że gdybym poszedł mniej więcej na południowy zachód, to mógłbym wejść na Ještědsko-kozákovský hřbet, a gdybym wybrał północny wschód, to zawędrowałbym w Jizerské hory. Wystarczyło przebić się przez to wszystko, co miejskie, uliczki, kamienice, bruki, bloki i wyjść na rogatki miasta. I człowiek za chwilę mógłby się znaleźć w lesie, bez żadnego podjeżdżania, choć można by tramwajem, ale w sumie po co? Tam, na granicy miasta i gór, jakby zabrakło tej strefy przejściowej między urbanistycznym a naturalnym, bo nie było tego wiejskiego, tego czegoś pośredniego. Bo zazwyczaj przecież jest tak, że między większym miastem a górami pojawiają się jakieś wioski, pola, lasy, przedgórza i pogórza, tereny częściowo zamieszkałe i zagospodarowane. A w Libercu nie zauważyłem tej strefy. Po prostu miasto kończyło się na przedmieściach z domkami i willami i zaraz potem zaczynał się las z górami. Mimo tych pokus, nie wybrałem jednak ani Ještědu ani Izerów, ostatecznie zostając ze znajomymi, bo tego dnia miał być Liberec, a nie góry.

Gdy spacerowałem z Grażyną, Wojtkiem i Pilotem po libereckich brukach, w szczelinach między kamienicami wypatrywałem fragmentów gór. Gdzieś wśród nich wyrastał Ještěd, który w pewnym sensie przynależał do Liberca, był jego niezmiennym tłem, wymownym symbolem, czuwającą górą z wieżą strażniczą, jak jakiś bezpiecznik. Bo dla Liberca Ještěd był czymś w rodzaju piorunochronu, jak napisał o nim Jaroslav Rudiš. Ściągał na siebie te wyładowania gniewu natury, które groziły tym, co mieszkali w mieście. Pioruny uderzały w niego, zanim postawiono na szczycie hotel z iglicą. A więc wcześniej góra prezentowała się trochę inaczej, bo na przestrzeni lat stawiano tam różne budowle. To było miejsce o bogatej historii zagospodarowania i długiej tradycji turystycznej, o czym można przeczytać w książce „Niemieckie Towarzystwo Górskie Ještědu i Gór Izerskich 1884-1945” Marcina Dziedzica. W XIX wieku pobudowano tam pierwsze schronisko i wieżę widokową, a na ich miejscu lub obok powstawały kolejne. W końcu to był jeden z najwyższych szczytów w okolicach Liberca, który wraz z rozwojem turystyki cieszył się coraz większym zainteresowaniem. Stojąc u jego podnóża w środku miasta, myślałem o jego przeszłości, a Agnieszka w tym samym czasie oddawała się przyjemnościom basenowym i wellnessowym w aquaparku „Centrum Babylon”. W ten sposób wszyscy zachowywaliśmy równowagę pomiędzy miejskim a górskim światem oraz odmiennymi potrzebami uczestników izerskiego wyjazdu.

I w pewnym momencie znowu stanęliśmy pod tym słynnym ratuszem na placu Dr. Edvarda Beneša. Gdy podeszliśmy bliżej, na ścianie przy wejściu zauważyłem pomnik, którego twórcą był Jiří Gdovín oraz tablicę poświęconą ofiarom inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, podczas tłumienia Praskiej Wiosny. Moje myśli oderwały się od gór. Ze ściany wylewało się coś na kształt gąsienicy czołgowej, która opadała w dół po elewacji i załamywała się na występach. Oprócz daty 21 sierpnia 1968, na górze miała odlane imiona i nazwiska libereckich ofiar, a poniżej, na dolnych fragmentach gąsienicy, widniały ich odciśnięte, odwrócone i nieczytelne odbicia, tak właśnie, jakby były rozjechane przez czołgi. Dziewięć osób zabitych i czterdzieści pięć rannych. Jednakże bezpośrednio pod gąsienicami nie zginęli. Eva Livečková, Rudolf Starý, Bohumil Kobr, Stanislav Veselý, Josef Fialka, Zdeněk Dragoun, Jindřich Kuliš, Miroslav Čížek, Vincenc Březina. Dwóch z nich przysypały gruzy budynku zburzonego przez sowiecki czołg, który wjechał w arkady na libereckim rynku. Zmarli w szpitalu lub w drodze do niego. Jednego przejechała sowiecka ciężarówka-cysterna i też zmarł w szpitalu. Inni zostali postrzeleni przez radzieckich żołnierzy. Tak sobie to wyobrażałem i ogarniał mnie wstyd, a może i poczucie winy za przodków, że przyłożyli do tego rękę. Choć przecież nie miałem na to wpływu, to jednak nie potrafiłem znaleźć usprawiedliwienia.

I wtedy też przypomniałem sobie o jednym bohaterze z powieści „Grandhotel” Rudiša, czyli o dziadku narratora, Václavie Fleischmanie, któremu nie spodobała się inwazja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Gdy 21 sierpnia 1968 roku czołgi z białymi pręgami wjechały do Liberca, dziadek, chcąc je zawrócić, okładał ich pancerze laską, a potem podarł swoją legitymację partyjną, poślizgnął się i wpadł pod jeden z nich, który nie zdołał wyhamować. W ten sposób zginął pod czołgową gąsienicą, być może podobną do tej, którą widziałem na ścianie libereckiego ratusza. I tu ponownie zbiegły mi się czeska historia z literaturą, a martyrologię rozproszyła ironia iście hrabalowska, bo dopiero po powrocie do domu odkryłem, że już znacznie wcześniej, właśnie u Bohumila Hrabala, w „Pociągach pod specjalnym nadzorem”, też pojawił się dziadek głównego bohatera, który jako hipnotyzer, w 1939 roku, siłą myśli i wzroku próbował zawrócić kolumnę czołgów hitlerowskich wkraczających do Czecho-Słowacji. I nawet na moment ją zatrzymał, jednakże w chwilę potem i tak stracił głowę pod gąsienicami pierwszego z nich, bo czołgi ruszyły w dalszą drogę. I pomyślałem, że ciągłość historii i ciągłość tradycji literackiej zostały zachowane. Najpierw Niemcy, a potem Rosjanie z Polakami i paroma innymi nacjami. Wszystko się powtarzało. Gdy w miesiąc po powrocie z Izerów wciąż myślałem o tym libereckim pomniku ofiar inwazji bratnich armii, historia zataczała kolejne koło, bo właśnie od kilkunastu dni wojska Federacji Rosyjskiej zajmowały Krym pod pretekstem ochrony tamtejszej rosyjskiej ludności i kolejna wojna wisiała w powietrzu. Pozostało tylko czekać, czyj dziadek trafi pod gąsienice rosyjskich czołgów.

A więc pod tym libereckim ratuszem, który górował nad moją głową, zaczęły mi się kłębić literackie wątki z cieniami historii. I gdy już wystarczająco wymarzliśmy, weszliśmy do knajpy o nazwie „Plzeňka – Duli” przy ul. Moskiewskiej. I tam, nad „Gambrinusem”, gulaszem z knedlikami oraz smażonym serem z frytkami, staraliśmy sobie przypomnieć nazwiska tych, których znaliśmy lub czytaliśmy. Hašek, Hrabal, Havel, Škvorecký, Kundera, Pavel, Rudiš, Jirásek. Właściwie nie było ich wielu w naszej świadomości. Mój brat specjalizował się w Hrabalu. Przeczytał wszystko, co było przetłumaczone na polski. Dla mnie jednak Hrabal to był wyrzut sumienia, bo jakoś dotychczas się za niego nie zabrałem. I dopiero po tych libereckich przemyśleniach, gdy wróciliśmy z Jizerskich hor, pierwszą książką, jaką pożyczyłem, były „Pociągi pod specjalnym nadzorem”. I stąd mi się wzięły te czołgi i dziadkowie ginący pod gąsienicami. Oprócz tego sięgnąłem jeszcze po „Postrzyżyny”, bo gdy wracaliśmy do domów, przed granicą, zajechaliśmy do jednego sklepu w Harrachovie i tam wypatrzyliśmy z Wojtkiem piwo „Postřižinské” z wizerunkiem Hrabala na etykiecie, produkowane w browarze w Nymburku. Kupiłem i wypiłem, pożyczyłem i przeczytałem. I już mniej więcej wiedziałem, co się kryje za literaturą hrabalowską, i że nazwę tego piwa wymyślił podobno sam Hrabal (przynajmniej tak napisali na stronie internetowej producenta), który przez lata mieszkał w browarze w Nymburku, co opisał między innymi w „Postrzyżynach”.

Ale ja wciąż myślami byłem w Libercu. Bo ten lutowy dzień, mimo pozornej zimy, był długi. Na naszym spacerze nie pominęliśmy słynnego przystanku autobusowego, a właściwie stołu po uczcie bogów dwudziestego wieku, kontrowersyjnego czeskiego artysty Davida Černego. Na dachu przystanku w formie stołu „jest wszystko to, co ilustruje ciemną stronę Liberca”, wyjaśniał Černý, a jego szczegółowy opis dał Mariusz Szczygieł: „przewrócony żydowski świecznik, bo tu faszyści spalili pierwszą synagogę w Czechosłowacji. Niemiecki kufel na piwo i czeski kufel na piwo. Muchołówka w dzbanku, bo Liberec ma w ogrodzie botanicznym największy czeski zbiór roślin mięsożernych. Muchy, które roślina wabi, mają na główkach hitlerowskie hełmy. Na talerzu – odcięta ludzka głowa, w którą wbite są widelec i nóż. To głowa Konrada Henleina (przywódcy Partii Niemców Sudeckich od 1935 roku). Całość jest ze spatynowanego brązu”. Usiedliśmy pod nim z jakąś taką niepewnością, a nad naszymi głowami, na stole z obrusem leżały wielonarodowość i historia Liberca, tak jak wyobrażał je sobie Černý.

Pomyślałem, że na tym stole albo gdzieś obok przystanku mógłby się jeszcze znaleźć model któregoś z niemieckich czołgów z okresu drugiej wojny światowej albo Volkswagena, które projektował wówczas słynny austriacki konstruktor samochodów Ferdinand Porsche. On też związany był z tym miastem, które wtedy nazywało się Reichenberg. Urodził się w pobliskim Maf fersdorfie przemianowanym na Vratislavice nad Nisou, które obecnie znajdują się w granicach Liberca, a ponadto uczęszczał na kursy wieczorowe państwowej szkoły rzemiosła w Reichenbergu. Był jednym z najważniejszych inżynierów Hitlera, genialnym konstruktorem propagandowego „samochodu dla ludu” lub „samochodu dla każdego Niemca”, czyli Volkswagena „Garbusa”. Nie wiem, ile niemieckich czołgów wyjechało na fronty drugiej wojny światowej dzięki Porschemu, ale i te jakoś trzymały się Liberca.

Potem spod tego stołu Černego, jak „muchy faszystki” do muchołówki, moje myśli poszybowały ponownie ku lekturze Rudiša. W pamięci zaczęły mi się otwierać fragmenty literackiej wizji miasta zakreślone w „Grandhotelu”. To było miasto niemiecko-czeskie, a może czesko-niemieckie? Rudiš napisał, że było bardziej niemieckie niż czeskie. Przynajmniej przed wojną, bo po niej to już chyba bardziej czeskie. Czyli najpierw Reichenberg, a potem Liberec. Obie nazwy, tyle że w odwrotnej kolejności, widziałem na tablicach przed niektórymi skrzyżowaniami i rondami. Na mapach historii pewnie zamieniały się miejscami. „W 1938 roku Niemcy wygnali stamtąd wszystkich Czechów, a w 1945 – Czesi wszystkich Niemców”, pisał Szczygieł. To i pewnie nazwy szły za nimi, znikały lub się pojawiały. Chociaż może w czterdziestym piątym albo szóstym jacyś Niemcy sudeccy się tam ostali, jak ta babka z „Grandhotelu” Rudiša.

Bo babką głównego bohatera, Fleischmana, była tamtejsza Niemka, a dziadkiem przyjezdny Czech, ten sam, co w sześćdziesiątym ósmym zginął po gąsienicami sowieckiego czołgu. Spotkali się na dworcu w Libercu w czasie akcji wysiedlania Niemców sudeckich w głąb Niemiec. I jakby na przekór historii dziadek wyciągnął babkę z tego wysiedleńczego pociągu i w ten sposób pozostali razem. Dziadek Fleischmana miał szczęście, a może i zarazem pecha do historycznych wydarzeń, bo gdy potem naprawiał ogrzewanie w starym hotelu na górze Ještěd, to tak rozgrzał rury, że niechcący doprowadził do pożaru i zniszczenia. Ale chcąc nie chcąc przyczynił się w gruncie rzeczy do wybudowania tego nowego, słynnego cudu architektonicznego, który stoi tam do dzisiaj i jest symbolem Liberca.

Jeśli babka Fleischmana po zakończeniu wojny została w Libercu, to nie udało się to innemu bohaterowi powieści, Franzowi, którego wtedy wywieźli z innymi Niemcami sudeckimi. Dopiero po latach powrócił do swojego Reichenbergu i do hotelu na górze Ještěd, na którą za młodu wszedł ze sto razy. Może należał do tych rekordzistów, którzy od ponad stu lat biją kolejne rekordy i wdrapują się na szczyt po kilkanaście razy dziennie albo ponad tysiąc razy rocznie. Franz wynajął na Ještědzie pokój, do końca życia, bo wyznawał zasadę, że „człowiek musi skończyć tam, gdzie się urodził”. Dlatego też w puszkach po kawie przywiózł z sobą, wykradzione z grobów, prochy swoich niemieckich kolegów, aby rozsypać je w miejscach, w których mieszkali w czasach młodości. Wyobrażałem sobie emerytowanego Franza, który kiedyś wierzył w faszyzm i teraz w czeskim Libercu poszukuje niemieckiego Reichenbergu, bo to był jego Vaterland. Do niego wracał i w nim szukał tego wszystkiego, czego już tam nie było. Przemierzając Liberec w poszukiwaniu śladów swojego dawnego życia, spotykał się jednak tylko z nienawiścią, bo uważano go za byłego nazistę. Tylko on pamiętał, czym był dawny Reichenberg. Ostatecznie próbował popełnić samobójstwo na tarasie hotelu na Ještědzie, ale uprzedziło go prawdopodobnie jego własne serce. Tak, mniej więcej, wyglądała u Rudiša ta niemiecka strona Reichenbergu, z którego wieczorami 1939 roku można było zobaczyć wielką, świecącą żarówkami i górującą nad miastem, około dziesięciometrową swastykę postawioną na szczycie Ještědu.

A jeśli było o reichenbergskich Niemcach, to musi być i o libereckich Czechach. Po czeskiej stronie Liberca również nie było zbyt szczęśliwie. Bo jak czytałem „Grandhotel”, to miałem wrażenie, że większość czeskich bohaterów miała problem z przezwyciężeniem czegoś w sobie. Każdy walczył z czymś innym.

Jégr był szefem hotelu na Ještědzie, człowiekiem zanurzonym w swej czeskiej narodowości, erotomanem kolekcjonującym wspomnienia i pamiątki po kochankach z Europy Środkowo-Wschodniej, dawniej aktywnym komunistą i byłym pracownikiem służby bezpieczeństwa o kryptonimie „Ještěd”, później tęskniącym za epoką komunizmu, dręczonym depresją i wyrzutami sumienia, żyjącym w swoim prywatnym „muzeum bloku wschodniego”. Kelner Patka, szkolny kolega Fleischmana, w tym samym hotelu żył marzeniem o migracji do Ameryki i rozprowadzał uniwersalny napój nazywany „hepilajfem”, który miał być dobry na wszelkie bolączki egzystencji i zapewniać ludziom szczęśliwe życie. Hotelowa pokojówka Zuzanna wierzyła we wszystko, co przeczytała w czasopismach, a jej życiem kierowały obsesyjnie wypełniane testy, choć w skrytości marzyła o miłości i dzieciach. Wreszcie kelnerka Ilja, codziennie robiła sobie zdjęcia i chodziła na pogrzeby młodych ludzi, aby wyobrażać sobie własną śmierć, żyła bowiem w przekonaniu, że umrze młodo, tak jak wszyscy w jej rodzinie.

A więc każdy z nich na coś cierpiał, tak jak i sam Fleischman. Nie radzili sobie z rzeczywistością, z egzystencją, z czasem, w jakim się znaleźli i z doświadczeniami, jakie zesłał im los. I może dlatego każdy ratował się przed sobą samym na swój sposób, uciekał w konfabulacje, obsesje, dziwactwa, złudzenia, wspomnienia i marzenia. To co ich łączyło, to Liberec i właśnie ten hotel na górze Ještěd.

I znowu wróciłem do tego wystającego punktu nad Libercem, który w powieści Rudiša jest miejscem przyciągającym ludzi w jakiś sposób naznaczonych, odmiennych, nietypowych, a może odtrąconych. Hotel na szczycie, jak gniazdo, jak schronienie przed światem leżącym na dole w kotlinie. Azyl na wysokości 1012 metrów n.p.m., w miejscu, „nad którym zaczyna się nieskończoność”, a wysokość, jak twierdził Fleischman, „z ludźmi wyprawia różne rzeczy”. Panuje tam aura nieprzewidywalności i wszystko może się zdarzyć. Hotel jak szpital albo sanatorium, który przypomina miejsce dla skrzywdzonych, chorych i w jakiś sposób dotkniętych ludzi, którzy z różnych przyczyn znaleźli się gdzieś „nad chmurami”. Było w nim coś z atmosfery „Lotu nad kukułczym gniazdem” Keseya, „Sali nr 6” Czechowa albo z „Czarodziejskiej góry” Manna. Takie miejsce odosobnienia na górze Ještěd, wysoko nad Libercem, niczym środkowoeuropejskie, sudeckie Davos.

Gdy wracaliśmy autobusem do Bedřichova, na izerską stronę, już zmierzchało. Będąc na znacznej wysokości, gdzieś między drzewami, widziałem z okna, jak w dole zapalają się światła miasta z górującym nad nim Ještědem w tle. I właściwie to podczas tego lutowego wyjazdu w Izery po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć Liberec z góry. Bo poprzednim razem był zakryty chmurami, a jeszcze wcześniej oglądałem tylko jego centrum z dennej perspektywy. I żałowałem, że znowu nie udało mi się przyjrzeć mu dokładniej właśnie z góry, tyle, co z tego autobusu. Mimo wszystko, miałem jednak w głowie obraz miasta rozprzestrzeniającego się po Kotlinie Libereckiej, trochę taki, jaki stworzył Rudiš. Liberec kotlinny, gdzie występują podobno największe opady w Europie i dlatego też nazywany jest „deszczowym nocnikiem Europy”. Liberec depresyjny, gdzie notuje się rekordowe liczby samobójstw. Liberec, który swoją zamkniętością ogranicza bohaterów Rudiša, którzy geograficznie i mentalnie pragnął się od niego uwolnić. Może ich dylematy odzwierciedlały w jakimś stopniu stan ducha czeskiego narodu, jak sugerował pisarz, narodu zamkniętego w wielkiej kotlinie Masywu Czeskiego, narodu skupionego na sobie, upchniętego jak sardynki w puszce, niezbyt ruchliwego i spowolnionego, narodu nadmiernie zakorzenionego we własnym miejscu z niemożnością wyrwania się gdzieś ponad, narodu, który nikogo nie krzywdzi, ale sam bywa krzywdzony i specjalnie mu to nie przeszkadza.

A może ani Liberec, ani Czesi w rzeczywistości aż tacy nie byli, może wtedy to tylko ta literatura ukształtowała we mnie podobne wrażenia. Bo przecież tyle razy widziałem Czechów pogodnych, świetnie się bawiących, ruchliwych i aktywnych, wędrujących piechotą, na nartach, rakietach śnieżnych czy rowerach, nie tylko po czeskich górach, ale i wszelkich innych pasmach europejskich i pozaeuropejskich. Nie mówiąc już o tych, których spotykałem przy piwie w knajpach, restauracjach czy schroniskach. Nigdy pijani, ale zwykle weseli i radośni.

Gdy wracałem z tego izerskiego wyjazdu, wiedziałem jedynie, że nie myślałbym o tym mieście tak dużo, gdyby nie leżało wśród gór. Dlatego Liberec był dla mnie jakiś wyjątkowy. Inny niż te wszystkie miasta, które zazwyczaj napotykałem na równinach i nizinach, z dala od gór.

 

Tekst i zdjęcia:  Michał Kaczmarek

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2020.

Kup