Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Monika Witkowska;

Krótki poradnik dla tych, którzy jeszcze tam nie byli

Potwierdzam: nie jest to ani najpiękniejsza, ani najtrudniejsza góra świata – złośliwi mówią, że jak się odpowiednio zapłaci, to każdego na nią wniosą. Pewne jest jedno: wyższej (8848 m n.p.m.) na naszej planecie nie ma. I to niewątpliwie jej główny magnes.

Od pierwszego potwierdzonego zdobycia tego szczytu w 1953 r., czego dokonali Edmund Hillary i Sherpa Norgay Tenzing, do kwietnia 2017 r. na Everest wdrapało się 4469 osób (przy czym sporą część tej liczby stanowią pracujący w roli przewodników i tragarzy Szerpowie). Dużo? Zależy jak oceniać. W ostatnich latach liczba zezwoleń na zdobywanie góry od strony nepalskiej oscylowała w okolicach 320 w skali roku. Dla porównania: w pogodny dzień na Mont Blanc wchodzi kilkaset osób i nikt jakoś na tłumy nie narzeka.

Po co, czyli „pierwsze bliźniaczki”
Niewątpliwie są tacy, którzy w zdobywaniu najwyższej góry widzą szansę na swoje „pięć minut” i medialną sławę. Jednak większość wspinających się to zwyczajni zapaleńcy, którzy po prostu kochają góry i realizują swoje marzenia. Dla jednych celem jest samo wejście na szczyt, inni zamierzają zrobić coś jako pierwsi w świecie. Rozrzut wyczynów jest duży – od wyznaczających nowe drogi czy zlatujących ze szczytu na paralotni po przesuwanie granic wiekowych (miałam okazję poznać 80-letniego Japończyka, który został najstarszym zdobywcą Everestu), jak też mniej lub bardziej poważne pomysły typu: „pierwsze bliźniaczki”, „pierwszy ślub na Evereście” czy „pierwszy wysłany ze szczytu tweet”.

Z głośnego filmu „Everest” (na ekranach kin w 2015 r.) w pamięci utkwiła mi następująca scena: przewodnik pokazuje zebranym podopiecznym, jak przypiąć raki. – Oznaczony na czerwono na lewą nogę, niebieski na prawą – instruuje. Sytuacja wywołująca uśmiech politowania, choć moim zdaniem na potrzeby filmu została mocno przerysowana. Owszem, przed wyjściem w góry sprawdza się i dopasowuje sprzęt, ale raczej mała szansa, aby w ekipie znalazły się osoby aż tak niemające o wspinaczce pojęcia. Raz, że każda z organizujących wyprawy agencji we własnym interesie odpowiednio wcześniej sprawdza klientów pod względem doświadczenia (żadna firma nie chce mieć źle wpływających na reputację wypadków), dwa, że nikt z odrobiną rozsądku nie będzie ryzykował wydania potężnych kwot (najtańsze wyprawy kosztują 30 tys. dolarów) i życia na górze, na której raczej nie ma szans.

Jak żyć, czyli ryż z makaronem
Zdobywanie ośmiotysięczników wymaga wielu miesięcy czy nawet lat przygotowań, ale jeśli już nawet ktoś przypadkowy się trafi, zazwyczaj góra sama go zweryfikuje. W ciągu trwającej około dwóch miesięcy wyprawy wycofuje się wielu wspinaczy. Kryzysy ma chyba każdy – jednych nokautuje zmęczenie fizyczne, innych problemy zdrowotne (normą są zwłaszcza przeziębienia, biegunki, bóle głowy, wymioty i inne objawy buntu organizmu wynikającego z niedotlenienia), do tego dochodzi tęsknota za bliskimi, dyskomfort związany z zimnem czy choćby brakiem możliwości normalnego umycia się i mnóstwo innych drobiazgów wpływających na psychiczne doły. Nawet jedzenie ma znaczenie. W obozie bazowym posiłki gotują „kucharze” (wyznaczeni Szerpowie), przy czym efekty ich radosnej twórczości bywają różne. Czasem nad wyraz pozytywne, czasem hmm, zaskakujące… Nigdy nie zapomnę min moich kolegów, kiedy na obiad dostaliśmy ryż z makaronem – bez żadnych dodatków czy sosu, bo nasz kucharz był przekonany, że tak cudzoziemcy jadają. W wyższych obozach jedliśmy to, co sobie wnieśliśmy – podstawą były liofilizaty, czyli specjalistyczne torebkowe jedzenie wymagające jedynie zalania wrzątkiem. Inna sprawa, że pozyskiwanie wrzątku to zadanie na wysokości niełatwe – wytapia się go ze śniegu, co trwa i trwa, a gaz też trzeba przecież wnieść.

Z jedzeniem wiąże się fizjologia i kolejne problemy z nią związane. Podstawą prawidłowej aklimatyzacji jest przyjmowanie dużej ilości płynów, minimum 4-5 litrów na dobę. Gorzej, że efektem jest parcie na pęcherz, a wyjść z namiotu nie zawsze jest jak (przy temperaturze minus 20 stopni w środku nie pałałam entuzjazmem do pomysłu opuszczania śpiwora). Nie ma wyboru – sikanie do butelki to wysokogórski mus, rzecz jasna przy namiotowych współlokatorach. Uprzedzając pytania: kobietom zadanie ułatwiają specjalne lejki, a także odzież z rozporkiem w kroku.

Strach, czyli strefa śmierci
Wielu wspinaczom przeszkadza też strach. Niby każdy zdaje sobie sprawę z ryzyka, ale co innego myśleć o tym jeszcze w domu, w wygodnym fotelu, a co innego ocierać się o rzeczywistą śmierć. Ci, którzy ze strachem sobie nie radzą, z wyprawy rezygnują. Tak jak mój znajomy Australijczyk, utytułowany triathlonista, którego z wyprawy wyeliminowały drabinki nad szczelinami. Wyglądający na prawdziwego macho chłopak próbował pokonać newralgiczny odcinek kilka razy – za każdym razem wracał, tłumacząc, że staje mu przed oczami jego dwuletnia córeczka. Chyba ważne, by strach, a może raczej: wewnętrzny lęk, nie był objawem paraliżującym, ale mobilizującym, skłaniającym do podejmowania rozsądnych decyzji. Najtrudniej jest przed atakiem szczytowym albo gdy ktoś zginie. A niestety ofiary są. We wspomnianym 2013 r. życie na Evereście straciło 9 osób, rok później – 17, w 2015

– 19, w 2016 – 7. Najgorzej, gdy ginie ktoś, kogo znamy. Dla mnie szokiem była śmierć Aleksieja Bołotowa, bardzo dobrego rosyjskiego himalaisty, z którym dwa tygodnie wcześniej robiliśmy sobie wspólne zdjęcia i popijając herbatę, snuliśmy górskie plany.

Dotychczasowa lista śmiertelnych ofiar Everestu to 282 osoby – 168 cudzoziemców i 114 Szerpów. Większość zwłok pozostała na zboczach góry, chociaż w przeciwieństwie do strony tybetańskiej, gdzie wspinacze rzeczywiście przechodzą obok kilku ciał, od strony nepalskiej raczej ich nie widać. „Raczej”, bo w trakcie swojego ataku szczytowego niestety na jedne zwłoki się natknęłam. Początkowo myślałam, że to człowiek, któremu jeszcze jest szansa pomóc. Okazało się, że już nie – zmarł zaledwie dzień wcześniej, najprawdopodobniej wyczerpany wysiłkiem. Czy można było do tego nie dopuścić? Trudno dociekać, bo niełatwo sprowadzić kogoś z takiej wysokości, a zresztą już sama nazwa „strefa śmierci” (umownie – powyżej 8000 m n.p.m.) mówi sama za siebie. Wspomniany wspinacz nie miał grupy, na dodatek schodził jako ostatni, tak więc nikt o jego osłabieniu nie wiedział. Wbrew temu, co się myśli, nie każdy idzie do ataku szczytowego pod opieką przewodnika czy z Szerpą-tragarzem. Nie płacąc za taką opiekę, godzimy się na to, że liczymy sami na siebie. Nie powiem, widok leżącego na grani nieboszczyka dał mi mocno do myślenia. Ja również wchodziłam sama…

Tlen, czyli łowcy butli
Głównym zabójcą jest niedotlenienie. Jeśli przyjmiemy umownie, że na poziomie morza w powietrzu jest 100 proc. tlenu, to w obozie bazowym pod Everestem (wysokość 5300 m) wartość ta spada do 53 proc., a na szczycie Everestu jest go już tylko 33 proc. Wspomaganie się butlą z tlenem pomaga (łatwiej się oddycha, wolniej się odmrażamy), ale nie należy tego przeceniać – według badań amerykańskich tlen z butli „obniża” nas zaledwie o około tysiąc metrów, więc nadal nie jest łatwo. Jak do tej pory ze wspomnianej liczby 4469 zdobywców najwyższej góry świata bez dodatkowego tlenu weszło na szczyt zaledwie 197 wspinaczy, a 109 prób takiego wejścia zakończyło się śmiercią. Z grona 40 polskich zdobywców Everestu niewątpliwie wielki wyczyn niewspomagania się dodatkowym tlenem udał się jedynie Marcinowi Miotkowi (2005). Wszyscy inni nasi himalaiści, włącznie z Jerzym Kukuczką, z butli korzystali. Ważne jest jednak, ile kto butli używał. Jeśli ktoś ma nielimitowany dostęp do tlenu, jest mu niewątpliwie łatwiej niż tym, którzy mając jedynie pojedyncze butle, muszą gospodarować nimi bardzo oszczędnie. Dostęp do „oxy” (skrót od oxygen – tlen) to rzecz jasna zwiększenie szansy na zdobycie szczytu, ale równocześnie spory wydatek. Jedna butla kosztuje ok. 550 dolarów, nie mówiąc o tym, że jeszcze trzeba pomyśleć o ich wnoszeniu, bo każda waży około 4 kg.  A co z pustymi butlami? Opowieści o tym, że porzucone walają się na zboczach góry, to już przeszłość. Rząd nepalski od pewnego czasu płaci Szerpom za ich znoszenie (60–100 dolarów za sztukę), co spowodowało, że nie dość, że nie ma starych butli, to jeszcze trzeba pilnować tych, których zamierzamy użyć.

Icefall, czyli zabójcza fascynacja
Atak szczytowy w przypadku strony nepalskiej (bo można też wybrać stronę tybetańską) zaczyna się z ostatniego obozu, na Przełęczy Południowej (7900 m). Dotarcie do tej wysokości (obóz IV) wymaga żmudnej, wielodniowej aklimatyzacji, w ramach której po dotarciu do obozu III (około 7000 m) nie idzie się już wyżej, tylko schodzi do bazy, albo jeszcze niżej, gdzie zalicza się tzw. rest (chodzi o regenerację wyniszczonego w międzyczasie organizmu). Mocno stresującym odcinkiem drogi na Everest jest od strony nepalskiej tak zwany Icefall (od Tybetu go brak). Mimo jeszcze niskiego położenia (zaczyna się trochę ponad bazą, kończy na poziomie około 6000 m) jest on dość niebezpieczny, a to ze względu na szczeliny oraz walące się w sposób nieprzewidywalny wielkie bloki lodowo-śniegowe. To właśnie na Icefallu montuje się słynne drabiny, po których przechodzi się nad mającymi nawet  po kilkadziesiąt metrów głębokości szczelinami. Problemem są też lawiny – trzy lata temu jedna z nich odebrała życie kilkunastu Szerpom. Aby zmniejszyć ryzyko, dobrze jest przechodzić Icefall nocą, kiedy śnieg jest zmrożony, przez co szansa, że coś spadnie na głowę albo się obsunie, jest mniejsza. Inna sprawa, że Icefall mimo swego niebezpieczeństwa jest po prostu piękny. Człowiek czuje się w nim jak Liliput w Krainie Olbrzymów (lodowe bloki mają wielkość domów), potęga natury hipnotyzuje i tylko rozsądek podpowiada, że lepiej za długo w tym miejscu nie przebywać, bo fascynacja widokami może okazać się zabójcza.

 

Koniec męczarni, czyli co się myśli na szczycie

Czy można sobie wejście na Everest kupić? Mając większy budżet, można sobie wiele rzeczy uprościć (przykładowo: zawsze to łatwiej, gdy przychodzimy do rozstawionego namiotu, a nasz Szerpa ugotuje nam jedzenie, niż kiedy o wszystko musimy zadbać sami).

Z drugiej strony kompletną bzdurą są opowieści, że na Everest ktoś kogoś wnosi. Po prostu nie ma takiej opcji, bo grań jest wąska, a z jednej i drugiej strony mamy sięgającą 3 km przepaść. Najtrudniejszym technicznie odcinkiem jest od strony nepalskiej tak zwany Hillary Step, czyli znajdujący się na wysokości 8760 m uskok skalny. Do ataku szczytowego z obozu IV wyrusza się obecnie wieczorem (dawniej startowano około północy), zwłaszcza że i tak na takiej wysokości raczej nie ma mowy o spaniu, a wychodząc wcześniej, mamy zapas dnia na zejście. Ja startowałam o 20.30, na szczycie byłam o 5.45, w międzyczasie dziesiątki razy pytając sama siebie, co ja tutaj robię, przeklinając zimno i walcząc sama ze sobą o dosłownie każdy krok.

A co się myśli na szczycie? Dla mnie największą radością było to, że to wreszcie koniec tej męczarni, że już wyżej wchodzić nie trzeba. Oczywiście była też frajda, że się udało, że osiągnęłam cel, że stojąc w najwyższym punkcie Ziemi zrealizowałam swoje marzenia. Równocześnie w podświadomości tkwiła też myśl, że to dopiero połowa drogi, ta łatwiejsza, bo większość wypadków zdarza się przy zejściach. „Będziesz się cieszyć po dotarciu do bazy. Celem nie jest tylko zdobycie góry, ale również szczęśliwy powrót…” – powtarzałam sobie niczym mantrę.

Na krótko przed dojściem do szczytu zaczęłam się martwić, kto mi zrobi zdjęcie? Obawa była uzasadniona, bo zanosiło się na to, że na szczycie będę sama (to mit, że na Evereście są ciągle kolejki; w czasie mojego ataku spotkałam jedynie pojedyncze osoby), a w switfociach biegła nie jestem. Nie chodziło przy tym o ego. Problem w tym, że w przypadku Everestu obowiązuje twarda reguła, mówiąca, że dowodem dotarcia na szczyt jest zdjęcie. Nie ma zdjęcia, bo na przykład wysiadły baterie? Góra jest niezaliczona. Swoją drogą, decydujące o tym Ministerstwo Turystyki Nepalu nabrało ostatnio wątpliwości, czy ufać zdjęciom, bowiem znane są przykłady fotograficznych oszustw (w końcu jaki to problem, aby wstawić siebie na szczyt, korzystając z Photoshopa). Dyskutowany obecnie projekt zakłada wymóg nakręcenia filmiku pokazującego wspinacza i panoramę dookoła, bo w tym wariancie trudniej jest oszukiwać.

A wracając do mnie: na szczęście okazało się, że na szczycie jest moich dwóch kolegów, którzy weszli szybciej, ale na mnie poczekali. Dzięki nim mam dowód, że na szczycie byłam!

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup