Zaznacz stronę

Tekst: Katarzyna Nizinkiewicz

Lagorai 

Ścieżka była dobrze widoczna, miejscami tylko prowadziła po lodzie albo przecinała płaty śniegu. Do południa pokonałam większą część trasy. Weszłam na grań, strawersowałam zaśnieżony stok Ziolery. Daleki szczyt Cima d’Asta niknął we mgle.

Monotonny krajobraz w biało-czarne łaty stopniowo przechodził w skalne urwiska. Od kilku dni nie widziałam ludzi, śnieg i stale mokre buty już całkiem przestały mi przeszkadzać. Byłam w najdzikszej partii Dolomitów i wchodziłam w góry coraz głębiej. Koło południa ugotowałam jedzenie nad częściowo zamarzniętym stawem. Wydawało mi się, że mam mnóstwo czasu, jeszcze tylko kilka minut podejścia, trawers po drugiej stronie grani, kawałek pod górę i powinnam dojść do biwaku D’Oro. Jednak drugą stronę grani pokrywał rozmiękły śnieg.

Świeciło słońce, zboczami płynęły setki strumyków. Każdy metr wymagał walki. Gubiłam ścieżkę, śnieg się zarywał, wpadałam w zasypane rododendrony, kluczyłam. Po trzech godzinach pokonałam zaledwie 45-minutowy odcinek. W końcu poddałam się. Po płacie firnu zjechałam na dno doliny.

Późno już. Pod granią niechcący weszłam w kłęby przerośniętego darnią drutu kolczastego z wojny. Za przełęczą ścieżka trawersowała pionowe skalne zbocze systemem ubezpieczonych półeczek. Spod śniegu wystawały kawałki łańcuchów i lin. W tych warunkach nieużytecznych. Skalną półeczkę pokrywała czapa zbitego śniegu. Kilkudziesięciometrowe urwisko przechodziło w dole w piargi. Przysypane śniegiem. Wolałam na nie nie patrzeć.

Starałam się iść jak najbliżej ściany. I tak nie było czego się trzymać, ale nawis wydawał się pewniejszy.

Kilkaset metrów trawersu niebezpiecznie zbliżyło się do granic mojej wytrzymałości. Bałam się.

Nie włożyłam raków. To pewnie błąd. Wpadłam na przełęcz w pośpiechu, nie spodziewając się większych trudności i wydawało mi się, że łatwiej iść w butach. Teraz jedynym sposobem było utrzymanie równowagi, trudne, kiedy z każdym krokiem noga zapadała się w nieprzewidywalny sposób. Powinnam wrócić, a najlepiej wcale nie wchodzić. Ale nie miałam namiotu.

Lagorai jest najbardziej bezludnym fragmentem Dolomitów, w Val Ferra można było jeszcze zejść do doliny, gdzie końcu trafiłoby się na wieś. Teraz było już za późno. Jedynym miejscem na nocleg wydawał się biwak d’Oro.

Udało mi się przejść trawers. Ścieżka wyszła na białe pólko. Nogi mi drżały, musiałam odpocząć, usiadłam na chwilę na skalnym bloku. Dopiero teraz rozejrzałam się dokoła. Byłam na górnym piętrze wysokiej doliny. Biało. Biwak powinien być na grani nade mną. Godzina, może mniej. Widziałam czubek zasypanego drogowskazu. Napisy ledwo wystawały znad śniegu. Odgrzebałam. Nie było znaku do biwaku. Zaniepokoiło mnie to. Pobiegłam w górę tak szybko, jak tylko umiałam w kopnym śniegu. Perspektywa schronienia z pryczą, może kocem, dawała silną motywację. I dekoncentrowała.

Poleciałam.

Śnieżny stopień urwał się. Zaczęłam zjeżdżać po stromym zboczu. Raki nadal tkwiły w plecaku. Czekan został na dole. Razem z namiotem. Narciarskim sposobem przewróciłam się na brzuch i wbiłam w śnieg jednocześnie czubki butów i rękojeści kijów. Podziałało. Zatrzymałam się. Przejechałam tylko kilka metrów i jeszcze nie zdążyłam się rozpędzić. Nic mi się nie stało, obdarłam skórę z dłoni i chyba wybiłam mały palec. Bolał nawet obłożony lodem.

Parę metrów pode mną śnieg kończył się skalistym urwiskiem. „Co za pomysł” – pomyślałam. „Kretyński!”. 

Byle do biwaku. Kilka ostatnich metrów zajęło mi chwilę. Grań pokrywał nawis.

Piękny, zimowy, bezludny krajobraz. Ani śladu schronu. Nigdzie!

Obeszłam przełęcz ze wszystkich stron, czyżby był zasypany? Nie znalazłam.

8 grudnia, niecała godzina do zmroku. Jedyne, co mi pozostało, to zejść. Tu, na 2500 metrów, pewnie bym zmarzła. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Wyobraziłam sobie, jak dzwonię na 112 i proszę o helikopter… bo nie wiem, gdzie spać. Ale już biegłam w dół. Od kilku godzin nie było sieci, więc i szans na zrobienie z siebie idiotki. Zbiegłam po własnych śladach do zasypanego drogowskazu. Ścieżka schodziła z progu doliny. Mokry śnieg łamał się nad strumykami, wpadałam. Byłam mokra prawie do pasa.

Zajrzałam pod kilka głazów, licząc na kolibę, ale wszędzie płynęła woda. Nawet mi nie było zimno. Poniżej progu ścieżka przeszła w łagodny trawers po skalno-trawiastym zboczu. Przez chwilę widziałam fragment gruntowej drogi daleko, nisko. Potem zrobiło się ciemno.

Nad rzeką przy drodze stała chałupa. Napis na drzwiach głosił „Baito Stellune 1650 m”. Zeszłam prawie 900 metrów.

Już widok werandy bardzo mnie ucieszył, lepiej pod dachem niż pod gołym niebem. Ruszyłam klamką, drzwi były zamknięte, sprawdziłam drugie obok. Otwarte! W świetle latarki majaczył piec, błyszczący ze starości stół i łóżko. Trochę drewna na rozpałkę. Luksus.

Dziury wygryzione przez zwierzaki w nowym sprężynowym materacu, na ścianie ktoś nabazgrał niebieską kredką „Giorgio jest świetnym facetem”, byłam skłonna się z tym zgodzić. Na pewno gościnnym.

Zasnęłam natychmiast, myśląc o tym, czy gospodarz wie, po co zostawia dom otwarty zimą i czy zastanawia się, kto sypia w jego łóżku. Dziura w materacu, z pewnością nowa i nawet chyba niedokończona raczej go nie ucieszy.

Obudziłam się o świcie. Otworzyłam oczy, nie ruszając się. Szkoda niszczyć otaczającą ciało warstwę ciepła. Ze skrzynki na drewno wyglądał trójkątny pyszczek. Brązowy. Chyba kuny. Obok kłębuszki niebieskawej wyściółki materaca. Domek dla dzieci! Nie byłam pewna, czy to, co widziałam przez mgnienie oka, to czarne główki małych kun. Popatrzyłam nerwowo na stół. Wieczorem zostawiłam jedzenie na wierzchu. Kuna spojrzała na mnie ze zdziwieniem, jakby chciała powiedzieć: „Nie jem świństw. Sama się utrzymuję”.

Jedzenie było nieruszone.

Pomyślałam, że to ja i nadgryziony materac jesteśmy tu intruzami. Tylko przez trzy letnie miesiące dociera tu cywilizacja. Przez resztę roku niepodzielnie panuje dzikość

Dzikość

Przeczytałeś/aś fragment książki „Dzikość” Katarzyny Nizinkiewicz

Kup