Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Dmytro Antoniuk;
Tłum.: Iwona Boruszkowska;

Dniestr, Prut, winnice po horyzont, piwnice i kieliszki pełne po brzegi, mamałyga i Cyganie – wystarczająca zachęta, by wyruszyć w podróż, odkryć dla siebie Mołdawię?

Zacznijmy od stereotypów. Jeszcze jakieś ćwierć wieku temu w radzieckim społeczeństwie funkcjonowały anegdoty o Mołdawianach, przedstawiające ich jako tępych, ograniczonych i brudnych. Oczywiście, „naród tytularny” (Rosjanie), do którego zaliczało siebie wielu Ukraińców – bo te anegdoty usłyszeć można było czasami i w Kijowie, Charkowie, a zwłaszcza w Odessie – uważał się za wykształcony, mądry i czysty. Kiedy więc w kwietniu 2014 roku Mołdawia otrzymała bezwizowy wjazd do UE, do którego Ukrainie było daleko jak za siódmą górę, Ukraińcy zaczęli inaczej patrzeć na swych południowych sąsiadów. Nie, boom turystyczny w Mołdawii nie nastąpił. Ale przyjrzeć się państwu, któremu udało się rozpocząć integrację ze światem europejskim – czemu nie?

Prom
Ponieważ moją pasją zawsze była architektura obronna, wielkiego wyboru, dokąd w Mołdawii pojechać, nie miałem: w kraju jest tylko duża twierdza w Banderach, ale miasto znajduje się na terytorium nieuznawanej „republiki” Naddniestrza. Niestety, podobną sytuację mamy w Donbasie, więc podróż do zwolenników „rosyjskiego świata” uznałem za niemożliwą. Pozostały Soroki (Soroca), gdzie nad wodami Dniestru pojawia się mniejszy bliźniaczy zamek chocimskiej twierdzy. Z mojego rodzinnego Kijowa dostać się tu można kilkoma szlakami: pociągiem do Mohylowa Podolskiego, a następnie miejscowym transportem aż do wsi Cekiniwka, która znajduje się tuż naprzeciw Sorok. Jednak w tym drugim przypadku straż graniczna przepuszcza jedynie posiadaczy zagranicznych paszportów i tylko obywateli Mołdawii i Ukrainy. Wszyscy pozostali mogą dostać się na mołdawską stronę wyłącznie przez Mohylów Podolski. Wypróbowałem oba przejścia i mogę powiedzieć, że prom Cekiniwka – Soroki to najbardziej egzotyczna rzecz w tych stronach. Po pierwsze, nie ma żadnego rozkładu kursowania – przewoźnik po prostu patrzy, czy na przeciwległym brzegu zebrało się wystarczająco dużo ludzi i wtedy uruchamia mechanizm, który ciągnie stalową liną przez Dniestr (po mołdawsku zwą go dźwięcznie dla ukraińskiego ucha tyrka) tę przedpotopową konstrukcję. Po drugie, sam przewoźnik i wszystko, co robi, ma pewien koloryt. Gdy zbliżaliśmy się do mołdawskiego brzegu, ten dziadek-przewoźnik długą żerdzią z metalowym hakiem próbował chwycić balustradę molo. I krzyknął do mnie: „Czego stoisz? Łap za koniec i ciągnij, pomóż!”. Jestem pewny, że jakiś holenderski czy duński turysta zapłaciłby za takie atrakcje kupę kasy, ale niestety, raczej nieprawdopodobne, by na to cudo międzynarodowego transportu wodnego trafił. Wyobraziłem sobie, ciągnąc za drąg, jak ponad sto pięćdziesiąt lat temu to samo robi znany wędrowiec i artysta Napoleon Orda. Bywał on bowiem w tych stronach i całkiem możliwe, że odwiedzał mołdawski brzeg. W Mołdawii w ogóle przebywało kilku znanych „turystów”. Na przykład Jan III Sobieski, któremu mogłoby się tu spodobać, bo kampania monarchy była udana, a także rozczarowany mołdawską „wycieczką” Jan Olbracht, którego wojska pokonał miejscowy Stefan III Wielki (Ştefan cel Mare). Ukraińscy „turyści” też trafiali na te ziemie. Szczególnie w czasach Bohdana Chmielnickiego, który na mołdawskim tronie chciał posadzić swego syna Tymosza, zresztą bez powodzenia.

A tymczasem jesteśmy już na drugim, „egzotycznym” brzegu, gdzie pod czerwono-żółto-niebieską flagą z orłem pyszni się napis „Moldova”. Za prom płacić można zarówno lokalną walutą – mołdawskim lejem, jak i ukraińską hrywną, a, nawiasem mówiąc, zaryzykowaliśmy przeprawę z własnym autem, chociaż konstrukcja i wygląd promu spowodowały pewne obawy odnośnie do sukcesu tego przedsięwzięcia.

Cetatea
Rzeczywiście, sorocki zamek znajduje się pięćset metrów od miej-sca przeprawy promowej, zupełnie więc nieświadomie nogi same niosą w jego stronę – na prawo. Cetatea jest fortecą, niedawno za unijną dotację otrzymała piękne, nowe, drewniane wieżyczki na pięciu jej basztach, okrągłe w planie obwarowania. Kosztorys na dwa miliony euro, dzięki szybkiemu tempu wzrostu wartości waluty w ciągu ostatnich dni renowacji zabytku, pozwolił pokryć gontem nie tylko nadbramną wieżę, jak wcześniej planowano, ale i całą resztę. Dziś cetatea wygląda bardzo elegancko. Jej dyrektor i wielki entuzjasta tego dzieła, Nicolae Bulat, chętnie opowiada historię swojej podo- piecznej, która powstała w połowie XVI wieku na koszt ówczesnego właściciela, hospodara mołdawskiego Piotra Rare- sza. Co ciekawe, jedna z najświetniejszych kart historii z kroniki sorockiego zamku związana jest z Polakami. Podczas jednej ze swoich kampanii król Jan III Sobieski zdobył Soroki, w zamku pozostawił garnizon pod wodzą Krzysztofa von Rappa, który przez dwa tygodnie odpierał atak wojska osmańsko-mołdawskiego w 1691 roku. Ale pułkownik armii rosyjskiej Kapnist w pierwszej połowie XVIII wieku częściowo zniszczył zamek. Stał w ruinie do 1960 roku. Zatem i rosyjscy „turyści” dali tu o sobie znać…

Soroki dziś to miasteczko z populacją około 35 tysięcy osób. Kilka dziewięcio- i pięciopiętrowych radzieckich bloków, a reszta – prywatne domy. Zazwyczaj bardzo zaciszne, z podwórkami, ulokowane w cieniu winorośli. Idąc wzdłuż tych dziedzińców ze szczekającymi psami i rozleniwionymi kotami na ogrodzeniach, zauważasz w oddali na wschodnim krańcu miasta wysoki pomnik. Podchodząc bliżej (trzy kilometry od zamku), dowiesz się z rosyjskojęzycznego (ale również z mołdawskiego) napisu na kamieniu na początku schodów tej wielkiej bryły, że jest to Lumînarea Recunoştinţei – Znicz Wdzięczności. Powstał w 2004 roku jako podziękowanie dla wszystkich anonimowych bohaterów, którzy przyczynili się do uratowania kultury, języka i historii Mołdawii. Wspinasz się do pomnika, który z bliska przypomina rakietę, i widzisz, że w środku znajduje się prawosławna kaplica. W godzinach wieczornych prawie trzydziestometrowy Znicz Wdzięczności spektakularnie świeci, a przy dobrej pogodzie jest widoczny nawet w ukraińskim Jampolu, znacznie oddalonym od Sorok.

Chociaż dzisiaj w mieście mieszka około 50 Żydów, przed II wojną światową ta grupa narodowościowa stanowiła większość lokalnej ludności. Ci, którzy przeżyli Zagładę, rozjechali się po świecie, ale od czasu do czasu odwiedzają groby przodków w Sorokach i niewielką, znów czynną synagogę, zbudowaną w 1880 roku, z małym muzeum w środku. Szkoda, że ta część lokalnego kolorytu powoli zanika…

Wracając, wszedłem coś zjeść w kawiarni po drodze i poznałem jej właścicielkę – Żydówkę. „Prawie wszyscy są na Zachodzie – opowiada. – Może ja też niedługo wyjadę. Krewni są tam, a tu, choć ojczyzna, to samej smutno”… Ale o żydowskiej przeszłości całkiem tu się nie zapomina. Jedna z ulic nosi imię rabina i talmudysty Nisla Caulkera, który w lipcu 1941 roku był jednym z pierwszych zabitych przez nazistów. Powiadają, że rabin, który miał już wtedy 90 lat, był bardzo dzielny aż do ostatniej chwili i pocieszał innych. Nawiasem mówiąc, wszystkie ulice są w większości pokryte nowym, równiutkim asfaltem – pozostałość wsparcia UE. Na chodniki prawdopodobnie pieniędzy zabrakło, są więc pełne pęknięć i wgłębień.

Cygańska stolica
Druga, a dla wielu główna, przynęta i atrakcja Sorok: Cygańska Górka, albo górka, która dzwoni. Dzwoni, ponieważ w tym miejscu mieszkało najwięcej Romów – kowali, lub jak mówi legenda – brzęczały i dźwięczały tu romskie wesela, które zazwyczaj trwały od trzech do czterech dni. Mówią, że miejsce to oddał Romom hospodar Ştefan cel Mare, za to, że cygańscy kowale szybko wykuli dużą ilość broni dla jego żołnierzy.

Cygańska Górka jest widoczna ze wszystkich stron. Również jej pałace. Tak, prawdziwe trzy-, czteropiętrowe pałace o najrozmaitszych formach. Góruje nad nimi ogromny dom z nie mniej pompatyczną złotą kopułą. Z boku twierdzy przypomina legendarną Kopułę na Skale w Jerozolimie. Jeśli podjedzie się pod wejście główne, odsłania się widok na budynek z portykiem i wieloma kolumnami. Elewacja zdobna w złocone płaskorzeźby, w tych samych kolorach lwy przy wejściu, rzeźby… Poziom kiczu tutaj, podobnie jak we wszystkich okolicznych budynkach, po prostu przytłacza. Wiele domów ma składane dachy pokryte cyną i ozdobione licznymi elementami dekoracyjnymi z tego samego materiału – to tradycyjna sztuka romska. Mimo że jest to „stolica” mołdawskich Cyganów, na ulicach wcale nie ma tak wielu ludzi. Większość wędruje gdzieś po świecie. Tylko pod niepozornym sklepikiem zawsze stoją jacyś wujkowie i nastolatki, którzy patrzą na mnie i mój aparat z mieszaniną podejrzliwości i ciekawości. Niektóre kobiety podchodzą i proponują, że powróżą. Dzieci tradycyjnie żebrzą o pieniądze.

Przy wąskiej, brudnej, nieutwardzonej ulicy znajduje się jeszcze jeden pałac.

Z trójką koni we frontonie, które przypominają kwadrygę Teatru Bolszoj w Moskwie, a w rogach – rzymscy żołnierze lub antyczni bogowie. Wieńczy go absolutnie nijaka kopuła, pokryta powłoką z tworzywa sztucznego. Zdecydowana większość „pałaców” pozostaje niedokończona. Wynika to częściowo z przepisów, które nie pozwalają ściągać podatków z niedokończonych rezydencji. Najśmieszniejsze jest to, że wszystkie te „teatry” i „Kopuły na Skale” zwykle stoją puste. Ich gospodarze gnieżdżą się w małych, skromnych domach. Pałace mają na pokaz. Każdy wie, że mieszkasz niemal w szopie, ale masz swój pałac z monogramem na fasadzie.

I to jest najważniejsze.

Przykładem sorockiego żywota „bogatych” Romów jest siedziba miejscowego barona Artura Cherara. Mieszka on w trzykondygnacyjnym budynku z arkadami, które z zewnątrz na pierwszy rzut oka wyglądają jak z willi gwiazdy Hollywood. Co prawda podwórze zarasta niestrzyżona trawa, a przy bramie stoją dwie radzieckie limuzyny: przerdzewiałe czajki bez opon. Mówią, że kiedyś korzystał z nich sekretarz generalny Jurij Andropow. Nie mogę zastać barona w domu, ale w internecie jest dużo zdjęć z wnętrza pałacu. W rzeczywistości w większości pokoje nie są używane, część wyposażono w bardzo skromne meble, na które może pozwolić sobie każda emerytka na państwowej poradzieckiej emeryturze. Cyganie nie zwykli przyjmować pracowników, a żona barona – już starsza kobieta – nie radzi sobie ze sprzątaniem tak dużego domu. Bo i po co, skoro nie korzystają z całego? Wypełnia się tylko w chwilach uroczystych. Na przykład w 1998 roku, w trakcie pogrzebu poprzedniego barona,  ojca Artura – Mircei Cherara. Jeszcze w czasach radzieckich był on jednym z pierwszych oficjalnych milio- nerów, dorobiwszy się na produkcji ekskluzywnej bielizny. Gdy zmarł, jego ciało było wystawione przez 40 dni w domu dla Romów z całego byłego Związku Radzieckiego, by mogli się pożegnać. Codziennie okładano go ogromną stertą lodu… W krypcie barona Cherara, ozdobionej jasnym indyjskim marmurem, zamontowano elektryczność, podłączono internet, postawiono telewizor, zostawiono telefon komórkowy i butelkę whisky. Wszystko, co zmarły miłował, ponieważ według tradycji zmarłemu niczego nie można odmówić. Plotka głosi, że pod kryptą wykopano jeszcze podziemny garaż dla jego auta. Nawiasem mówiąc, grób barona i jego „poddanych” można zobaczyć obok. Ten cygański cmentarz poprzez swoje charakterystyczne nagrobki z fotografiami zmarłych naturalnej wielkości wart jest uwagi nie mniej niż pałace.

Zabytek UNESCO
Do Kijowa postanowiłem wracać przez most w miejscowości Otaci. Pięćdziesiąt osiem kilometrów od Sorok drogą R7-R9, która biegnie na północny zachód wzdłuż Dniestru, pośród rozległych sadów. Produkują tu też wino, ale nie tyle, co w południowej części Mołdawii. Mniej więcej w połowie szlaku napotkamy wieś Rudi, w której znajdziemy kilka ciekawostek. Po pierwsze, Monaster Świętej Trójcy. W Mołdawii przeważa prawosławie, a więc to klasztor obrządku wschodniego. Chociaż kościół zbudowano w prawdziwie bukowińskim stylu i wygląda na jakieś pięćset lat, w rzeczywistości jest o wiele młodszy – datowany na koniec XVIII wieku. Handlarz Donciul ufundował go w miejscu źródła, które uzdrawiało chorych i przywracało wzrok ślepcom. Teraz znajduje się nad nim elegancka, drewniana altana. W czasach Związku Radzieckiego była tu szkoła z internatem, a teraz powróciły zakonnice. Jeden z budynków powstał w czasach międzywojennych w popularnym wówczas w Rumunii stylu neowołoskim, z charakterystycznym kształtem okien i obowiązkowymi wieżyczkami. Za klasztorem zaczyna się duży obszar rezerwatu leśnego, przez który przepływa rozłożysta rzeka Bulboaca. Szlak prowadzi do tzw. Tureckiego talerza – słowiańskiej osady z XII-XIII wieku, po której zachowały się zarośnięte drewniane wały. Miejsce oznaczone zostało kamiennym krzyżem.

Ale nie wszystko w tej wsi związane jest z chrześcijaństwem i jego symbolami.  Zachował się międzywojenny budynek z zabawnymi rzeźbami na fasadzie, a już prawie na wylotówce z Rudi, obok źródła, stoi drogowskaz kierujący do jednego z zabytków z listy UNESCO. To punkt triangulacji – Południk Struvego, utworzony w 1816 roku. Naukowiec astronom umieścił te punkty na mapie od Morza Barentsa do delty Dunaju, tym samym dokonując dokładnego pomiaru kształtu Ziemi. W Ukrainie takie punkty są trzy, w Mołdawii – jeden. W tym miejscu postawiono w 1852 roku pomnik, który właśnie odnowiono.

Przez Dniestr
W Otaci znajduje się wiele romskich pałaców podobnych do sorockich, ale most przez rzekę jest tylko jeden. Żegluga Dniestrem zaniknęła prawie całkowicie. Winić zależy Dniestrzańską Elektrownię Wodną, która znajduje się na terytorium Ukrainy, w obwodzie bukowińskim. Rzeka dramatycznie płycieje, w niedalekiej przyszłości będzie można ją pewnie przejść w bród. Ukraiński rząd planuje budowę nowej hydroelektrowni, przeciwko czemu protestują ekolodzy i aktywiści.

Jeszcze jeden rzut oka na mołdawską stronę przed odjazdem. Widać znak z napisem „drum bun”

– czyli „szczęśliwej drogi”. Dziękuję i ruszam do domu.

W Mohylowie Podolskim, zaraz za mostem, strażnik graniczny ogląda mój kijowski adres w paszporcie i z nieukrywanym zaskoczeniem mówi do swoich kolegów: „Patrz, Mykoła, w Kijowie jest ulica Mołdawska” (naprawdę jestem na niej zameldowany). Sądząc po wyrazie twarzy pograniczników, nie darzą zbyt dużym szacunkiem sąsiadów z drugiego brzegu, mimo tych wszystkich przejawów europeizacji Mołdawii czy naprawionych dróg. Sam Mohylów stwarza przy tym wrażenie jednego wielkiego i hałaśliwego bazaru. Nowe domy, plombą wstawiane między stare, rozwalające się, każdy obwie- szony szyldami i reklamami typu: „Skup włosów, złota. Drogo”.

Próbowałem zjeść zupę w jednej z lokalnych knajpek i zdecydowanie odradzam – lepiej wytrzymać głód do jakiegoś bardziej cywilizowanego miejsca. W Mohylowie znajduje się jedyny w Ukrainie pomnik Johna Lennona, zaraz obok posterunku policji. Jeśli pojedziemy wzdłuż Dniestru do zachodniej części miasta, do Nemyi, znajdziemy tam oryginalną, kwadratową, XIX-wieczną rezydencję Potockich. Wewnątrz zachowały się nawet duże piece, choć w czasach radzieckich mieściła się tu szkoła aktorska. Jest to unikatowa budowa w Ukrainie. Podobne widziałem tylko w Wilnie, co dowodzi po raz kolejny, że jesteśmy na historycznym terytorium wielkiej Rzeczypospolitej.

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup