Zaznacz stronę

Tekst: Dariusz Fedor;
Zdjęcia: Tomasz Fedor;

Dosa paratha roti dal, panir samosa ćhole bhature. Naan ciapati rasgulla murgh, tandur birjani thali. Prasad. Moja mantra kulinarna. Łowiłem do niej słowa, snując się po rozprażonym Delhi, zamawiając jedzenie na ulicy i w knajpkach, podsłuchując rozmowy na bazarach, w slumsach i na nowobogackim Connaught Place. Zachwycałem się ich pradawnym brzmieniem,nie rozumiejąc sensu. Aż wreszcie mantra złożyła się w powtarzalny rytm, który wbił mi się w pamięć na zawsze, a ja nauczyłem się, co znaczą słowa. Ale to było przy okazji. Bo ja do Delhi przyjechałem po Próg!

DZIEŃ PIERWSZY

Na placyku koło domu pod adresem Golciakkar Malvija Nagar wszystko jest poukładane. Na wprost ustawiają się tuktuki i taksówki z Ubera, z prawej – kolejka do baru szybkiej obsługi z sikhijskim jedzeniem, lewą stronę zamyka rząd skromnych budek z najtańszymi daniami w okolicy. Je się na stojąco przy okrągłych stolikach, na których mieszczą się dwa talerze, dwie mikroskopijne miseczki z sosami i łokieć. Żeby się oprzeć. Bo jest ciężko. Żar leje się z nieba, powietrze jest żółtawe – nie wiem, czy od pyłu, czy od słońca. Może od zmęczenia. To przecież dopiero godzina, jak przyleciałem z Polski.
– Tu się stołuję na co dzień, znam właściciela, jedzenie jest proste, ale smaczne i bezpieczne. Zjecie dosę i na razie wystarczy – decyduje Tomek.
To mój czwarty raz w Indiach, ale pierwszy nie w hotelach. Mieszkać będziemy w wynajętym mieszkaniu, jeść na ulicy. Trochę się boję. Budki nie odbiegają od ulicznego standardu Delhi, ale nijak nie dałoby się ich upchać w normach europejskich. Ba, niechby chociaż wschodnioeuropejskich! Gdzie tam!

Jeśli ten pierwszy posiłek miałby być ostatnim, to muszę chociaż zobaczyć, co to będzie i jak to się robi.

A o to akurat nietrudno, bo już zaczyna się parominutowy spektakl, odgrywany tu od lat przez tych samych aktorów wśród tych samych rekwizytów.

Pod płaską, podgrzewaną gazem patelnią o średnicy metra ogień chyba nigdy nie gaśnie, zawsze jest gotowa. Młody kucharz wylewa na jej środek 10-centymetrowy krąg białego ciasta o konsystencji naleśnikowego i – szur-szur – rozprowadza je gałganem, który kolorem i kształtem przypomina to, co woźna w mojej szkole na warszawskich Szmulkach w stanie wojennym trzymała w lewej ręce (w prawej miała wiadro).

Naleśnik ma już 50 cm średnicy, kolor delikatnie złoty, a pękające pęcherzyki powietrza dają mu delikatną fakturę, w której ja już widzę arabeski na czerwonym piaskowcu mauzoleum sławetnego Humajuna. 44 stopnie w cieniu, ale tu, przy garach z wrzącym olejem, parę stopni więcej. To pewnie dlatego widzę to, czego nie widać. Ale to w Delhi nic dziwnego.

Zwinięty w rulon naleśnik można napełnić gotowanymi warzywami, smarować sosem, ale my nie jesteśmy jeszcze gotowi na bogactwo kuchni indyjskiej – najpierw smaki proste. Ciasto cienkie jest jak opłatek i tak samo kruszy się na brzegach, w środku zachowując delikatną elastyczność. Lekko kwaskowe, podfermentowane. Odrywam kawałki i maczam w sosach z mikromiseczek. Pierwszy – kokosowy, łagodny, ma konsystencję papki. Drugi, dość ostry, o żółto-brązowym kolorze, jest rzadki. Dostajemy go więc z łyżeczką do wyjedzenia drobniutkich kawałków warzyw. Do popicia ćaj – herbata z mlekiem i przyprawami w kubeczkach-literatkach, bardzo słodka i bardzo gorąca. Dają ją tu na każdym rogu, gotując i przyrządzając w swoistych samowarach, albo czajnikach ustawionych na przenośnych kuchniach, albo i na paru cegłach. Od tego momentu gorącego ćaju w upale nie odmówię sobie ni razu.

Właściciel barku patrzy dumny: białym smakuje. Ośmiolatek z poważną miną obsługuje obok kociołek z olejem, szpikulcem przewraca na drugą stronę samosy – chrupiące pierożki z warzywnym nadzieniem. Na nie jeszcze nie pora. Płacimy po trzy złote od osoby i idziemy dalej. Nasyceni pierwszymi, podstawowymi smakami Indii. Po wypłowiałym błękicie nieba krążą rdzawe kanie.

A CO Z PROGIEM?
– Chodźcie, pokażę wam zapomniany meczet, którego nie ma w żadnych przewodnikach. To moje odkrycie – mówi Tomek.
– Stary? – pytam przez grzeczność, bo chyba wolałbym na kawę.
– XIV wiek.
– Jak to? I nie ma go w przewodnikach?
– Widać wszyscy o nim zapomnieli.
– Daleko?
– O, tu, zaraz za rogiem.

Wokół same bloki, na oko dwudziesto-, trzydziestoletnie, dzielnica sikhijska. Rozglądam się dookoła: gdzie tu można zmieścić coś starego? Pewnie jakieś ukryte maleństwo – myślę. Tomek pewnym krokiem prowadzi uliczką, przez zaułek. Po lewej i prawej żelazne furtki, na niektórych jak herby wykute dwie skrzyżowane szable – symbol dumnych Sikhów. Przy większości tabliczki z nazwiskami właścicieli, na każdej, obok różnych imion, jedno nazwisko: Singh. Bo wszyscy Sikhowie noszą to samo nazwisko, które lwa oznacza.

A oto już ostatni zakręt i… ogromny, kamienny, brązowy budynek wypełnia cały plac, sięga od kamienicy do kamienicy, niemal dotyka balkonów, na których suszy się pranie, stoją sprzęty domowe, przeciągają się panowie w podkoszulkach na ramiączkach. Widać go dopiero teraz, nowoczesność go obrosła, zakryła, wnika weń jak dżungla w Angkor Watt.

Kamienne schodki prowadzą nas w dół, jakby na dziedziniec, kilka bardziej odłupanych wiedzie w górę, do wąskich drzwi

(– Hej! – krzyknął jeden z czterech dzieciaków odbijających gałę od ściany i pomachał ręką. – Hej! – krzyknąłem i odmachałem), i już przekraczamy próg. Cisza. Mrok. Stajemy. Niech oczy przywykną. Nagle trzepot nad głową.
– Uważajcie, pełno tu nietoperzy, wiszą pod kopułami – ostrzega Tomek. – Nie są groźne, ale patrzcie pod nogi: lepiej nie stawać w miejscach, gdzie są ich odchody. Bo można samemu dostać kleksa z góry.

Ale jakże tu patrzeć pod nogi, gdy idzie się pośród gęsto stawianych, wspierających strop kolumn, których mnogość ginie w mroku, niczym w Mezquicie w Kordobie. Ściany są gładkie, bez zdobień. Widać tutaj, w meczetach, arabskie litery nie wyewoluowały jeszcze w arabeski. Zresztą po co miałyby ewoluować? W czasach wezyra Malika Makbula, wielkiego budowniczego Sułtanatu Delhijskiego, a więc i tego meczetu, rodziła się inna doktryna: próbowano – jakże udanie! – szukać syntezy islamu z hinduizmem.

Rozliczne wnęki udają okna, ale też pewnie pozwalały przysiąść, albo i przysnąć, znużonym wiernym, oszołomionym obrzędem, zdrożonym, rozmodlonym. Kwadrat światła w środ- ku wyznacza ramy wewnętrznego, odkrytego dziedzińca.

Ale my na razie dość mamy światła, chodzimy po cieniu.
– O, to pewnie kibla, wnęka pokazująca Mekkę. Czyli na wschód – dedukuję.
– A skąd! Wszyscy z Europy popełniają ten błąd. Tu są Indie, Mekka jest na zachodzie – śmieje się Tomek, a ja mam kolejną lekcję względności świata tego.
Sufit nie jest gładki, ma powypychane zagłębienia, jakby wypchnięte mocą modlitwy ku niebu.

– Idziemy na dach – komenderuje Tomek, a my potulnie, lekko oszołomieni siłą otaczających nas obrazów, ocierający pot coraz obficiej spływający z czoła, schodami (uwaga na dziury!) tak wąskimi, że ocieramy się ramionami o ścianki, wychodzimy na dach, na powietrze, na światło.

To, co wypchnięte ku niebu pod nami, tu zamyka się w formie kopuł – szorstkich, ciemnych, przyjemnie ciepłych w dotyku. Stoją pogrupowane w kwadraty: trzy na trzy, razem dziewięć, a środkowa jest dwakroć większa. Już rozumiem, już czytam zamysł architekta, zgodny ze świętą zasadą wielkich perskich budowniczych, którą można oddać jednym słowem: symetria. Równe rzędy kolumn tworzą porządek w płaszczyźnie poziomej. Mrok na dole, światło na górze. Wklęsłości na dole odpowiadają wypukłościom na dole. Kopuły w szyku. Ale w rogu dachu ta harmonia nagle pęka – jedna grupa kolumn zapadła się, światło wdziera się w mrok, resztki wklęsłości i wypukłości pomieszały się i to, co ręką ludzką uczynione, świadczy teraz o marności ludzkich planów i zamysłów.

– Chcesz Pana Boga rozśmieszyć? – zapytał mnie któregoś dnia Czecho-Słowak Milan, gdyśmy próbowali ułożyć sobie kolejny dzień camino do świętego Jakuba. – To mu powiedz, jakie masz plany. Przypomniała mi się ta anegdota i ten dzień mojej pielgrzymki właśnie tam, na dachu Khirki Masdźid, gdy patrzyłem na zwalone kopuły.

Khirki znaczy okna. Masdźid – meczet.

Hinduizm i islam w jednej wspólnej formie. Któryż to z wielkich poetów-mistyków sufizmu stworzył metaforę, która na wieki stała się pożywką dla uczonych dysput o poezji, religii, Bogu, człowieku? Obraz dwóch ptaków siedzących na jednym drzewie…?

Próbując to sobie przypomnieć, opieram się ufnie plecami o wypukłość kopuły na dachu Meczetu Okien, ona pozwala mi swobodnie wygiąć ciało w łuk, a że słońce już chowa się za domami Delhi, patrzę śmiało w górę. Po wypłowiałym błękicie nieba krążą rdzawe kanie.

A CO Z PROGIEM?

– Na kolację idziemy do knajpki sikhijskiej – zarządza Tomek. – To zaraz koło naszego domu, nie pożałujecie: nigdzie na świecie nie ma lepszej koźlęciny.

Z ulicy trzeba przejść obok oszklonej budki. W środku, na podwyższeniu jak na przypiecku, siedzi ze skrzyżowanymi nogami Sikh w średnim wieku. Z prawej strony na ściereczce ma ułożone białe kulki wielkości piłeczek do krykieta. Rozklepuje je, przerzucając między dłońmi i – i co będzie dalej?! Zajmujemy stolik z widokiem na tego klaszczącego i patrzymy z uwagą. Raz-dwa-trzy-cztery-pięć-sześć-siedem – i już z kulki jest płaski placek. Mężczyzna przerzuca do lewej dłoni, w prawą bierze poduchę wielkości bochna (znowu jakiś gałgan!), przerzuca placek na poduchę, pięcioma palcami lewej ręki robi w nim wgłębienia (po co?), nachyla się i wkłada rękę do czeluści pod nogami, z której bucha żar. To tanduri – piec w kształcie kotła, jakieś 50 cm średnicy na ponad metr głębokości. Sikh rękę cofa zeń szybko, placek przyklejony do wewnętrznej ściany czeluści zostawia. I zaraz powtarza akcję z klaskaniem i wkładaniem, i tak kilka razy, a po paru minutach sięga po cienki, długi pogrzebacz. Wprawnym ruchem zagłębia go w tanduri i wyciąga przyrumienione, z pięknymi, chrupiącymi pęcherzami, placki roti. To jeszcze nie dla nas, ale już naszą uwagę odciąga przystawka: mała cebulka dymka pokrojona w ćwiartki, a do niej zielony sos miętowy z przyprawami i limonka do wyciśnięcia. I sos czerwony, zapewne piekące chilli, zatem na razie niech czeka. Cebulka z limonką jest wyborna – słodko-kwaśna, orzeźwiająca. Sos ostry, ale nie przesadnie, by smak podkręcić. Chrupiemy z lubością pierwszy raz w życiu cebulę samą na surowo i jest nam błogo.

A tymczasem pojawiają się roti. Prosimy o suche, bez masła, chcemy, by i one nam chrupały. Prosto z pieca są i przekąską, i sztućcami – szybko opanowuję sztukę maczania, nabierania, wycierania tego, co na talerzu – plackiem. Do roti dostajemy dal, czyli soczewicę rozgotowaną w coś gęstszego niż zupa, a rzadszego niż sos, panir pakora – cząstki sera z mleka krowiego usmażone w cieście z mąki z ciecierzycy, ziemniaczki w ziołach. A jeszcze pikle na ostro (szczęśliwie mikroskopijne, bo w smaku nader konkretne). Aż wreszcie – koźlęcina! Podawana tu jako kebab, czyli zmielona, wymieszana z przyprawami, wymasowana do delikatności i nadziana na płaską szpadkę, na której jest pieczona w piecu tanduri. Soczysta, aromatyczna i rozpływająca się w ustach. Kieliszek dobrego czerwonego Jaspi negre z Prioratu byłby znakomitym uzupełnieniem, ale tu alkoholu nie podają. Choć w Indiach mówi się „pijany jak Sikh”, bo ta nacja ponoć najrzadziej sobie odmawia, to w knajpkach w Delhi alkoholu nie ma. Ale jest woda Himalaya, co na dzisiejszy pierwszy, upalny wieczór w zupełności wystarczy.

Pierwsza kolacja w cenie kilkunastu złotych od osoby zjedzona. Wracamy szczęśliwi, zmordowani, najedzeni, ale nie przepełnieni, do domu. Pachnie bardzo intensywnie i upojnie coś jakby akacje. Nad głowami, po czerniejącym niebie, krążą małe nietoperze.

A CO Z PROGIEM?

DZIEŃ DRUGI

Muezzin już skończył nawoływać swoich wiernych do modlitwy, teraz czas Sikhów. Z pobliskiej gurudwary przez głośniki płyną bhadźany (kirtany) – rytmiczna melorecytacja świętych hymnów. Z gwarem ulicy, porannym świergotem ptaków, szumem przelatujących samolotów i hałasem ulicy stapiają się w jedną miejską uwerturę. Partie w niej są rozpisane z wyczuciem, głosy ustawione odpowiednio, wszystko zharmonizowane, niczego nie ma tu w nadmiarze. Tak po prostu tu jest i gdy tak to sobie tłumaczę, hałas przestaje być hałasem.

Z balkonu widać podwórze, na którym codziennie parkują zakurzone samochody, a raz do roku bóg Rama w huku petard i w świetle fajerwerków zwycięża demona Rawanę podczas święta Daśehra. Z prawej mała gurudwara, dalej domki. I dopiero gdzieś na horyzoncie majaczy wielka wieża. To XIII-wieczna Kutub Minar z czerwonego piaskowca, wysoka na 73 metry – symbol zapanowania islamu nad Indiami. I ulubione miejsce samobójców, którzy ze szczytu skakali do nieba. Aż wejście na szczyt zamknięto. Teraz ten cud architektury wraz z przyległościami jest wielką atrakcją turystyczną i obowiązkowym punktem na mapie odwiedzających Delhi. My też tam pójdziemy, ale nie dziś. Bo dziś kawwali.
A CO Z PROGIEM?

Pamiętaj, abyś święte święcił. Zatem przede wszystkim ubierz się odpowiednio. Wkładam długie spodnie i błękitną kurtę – długą do pół uda koszulę z bawełny, w stójkę.

Na to kamiz, czyli dłuższa kamizelka w kolorze ochry, też w stójkę, dzięki czemu nie będę bardzo się odróżniał od islamskich elegantów. A do tego niebiesko-szary delikatny jak mgiełka szalik, który doda mi szyku.  Postanawiam, że wytrzymam w nim do 42 stopni. Jest 41. We włosy wcieram to, co wszyscy Hindusi: olejek migdałowy firmy Bajaj. Tomek ma strój podobny. Ewa ubiera się w szarawary, długą koszulę, a zwiewny szalik zarzuca na włosy tak, jak każe obyczaj. I wygląda zjawiskowo.

Ubrania kupiliśmy w ulubionym sklepie FabIndia, w którym nie ma szajsu dla ogłupionych turystów, a szaliczki u zaprzyjaźnionego kramikarza na bazarze Dilli Haat.

Taksówka z Ubera wiezie nas na miejsce – niemal pod sam dargah – mauzoleum sufickiego świętego Nizamuddina, żyjącego w XIII i XIV wieku. Jeszcze musimy się tam tylko przecisnąć przez tłumy mniej lub bardziej ortodoksyjnych muzułmanów zmierzające do i od jednego z najważniejszych sanktuariów sufizmu na świecie. Jeszcze tylko musimy nie zgubić się w gąszczu uliczek, między straganami. Jeszcze tylko musimy mieć szczęście, by to było dziś. Jeszcze tylko żeby temperatura nie wzrosła…

10 minut. Może 15. Tyle szliśmy, odprowadzani wzrokiem przez prawowiernych. Życzliwych i ciekawych ludzi. Byle nie urazić, byle nie popełnić jakiegoś religijnego faux pas…

I jeszcze jeden zakręt, jeden kram, jeden handlarz.
– Chcecie kwiaty? – pyta sprzedawca pąków czerwonych róż.
– Nie, nie chcemy.
– Jak to, bez kwiatów?
– Może kadzidełka?
– Białą czapkę haftowaną!
– Patrz, jakie piękne płachty ofiarne! Tu wymalowana Mekka, tu Medyna, tu grób Nizamuddina! I wszystkie obrazki z cytatów z Koranu!
– Buty zostawcie u mnie!
– Nie, idziemy jeszcze dalej, to naciągacze – pilnuje Tomek.
– Jałmużnę!!!
– Omiń.
– Ćorda! Odejdź!

Omijamy. Schylamy głowy pod łuczkiem bramki z marmuru i wchodzimy na placyk. Tu już nie ma handlu. Na wprost – biały budyneczek obłożony kwiatami, a w oknach z ażurowego marmuru poprzewiązywane czerwone niteczki. To w tym kierunku płyną modlitwy kobiet, to do tego budynku wchodzą tylko mężczyźni, by złożyć ofiary. Kilka metrów przed nim rozpościera się dywan.

– Tu siadamy i czekamy – oznajmia Tomek. – Tu się zacznie kawwali.

I już go widzę. Młody, otyły człowiek w kurcie jak moja taszczy pudło i usadawia się obok nas. Przy nim mości się drugi. Wyjmują z pudeł harmonium – zdumiewający instrument klawiszowy, na którym gra się palcami jednej ręki, a drugą pompuje miech jak w starych organach. Gruby ma tablę – bębenek dwustronny, który trzyma się na kolanach. Puk, puk-puk. Puuuuuuk. Uderza na próbę, moduluje, próbuje, wchodzi w rytm. Klawiszowiec podłapuje, szuka po klawiaturze tonu – jest! Uderzenie i dźwięk schodzą się, dźwięk trwa, rytm akcentuje – rodzi się melodia.

Gruby zaczyna śpiewać. Nie, zawodzi raczej, melorecytuje. Wsłuchuję się w tony – trochę fałszuje, żaden z nich nie jest wirtuozem, ale już dywan cały zajęty, naprzeciwko w skupieniu siedzi grupka po hindusku ubranych kobiet. Tak, to jest przedstawienie – śpiewanie poezji, śpiewanie modlitwy, tekstów natchnionych, godzinki sufickie, szukanie Boga nie w wywodach teologicznych, ale w żarliwej modlitwie, wypatrywanie Stwórcy w dziele stworzenia, kontakt mistyczny, ekstaza, transcendencja… To się udziela.

– „Uwielbiaj duszo moja Pana…”, „…uradowałem się wezwaniem, pójdziemy do domu Pana. I oto stoję u bram Twoich, Jeruzalem nowe, Kościele święty”; „on ciebie z łowczych obieży wyzuje i w zaraźliwym powietrzu ratuje…”, „Boże, obdarz Kościół swój jednością i pokojem”, „…Ty jesteś wszędzie, wszystkim jesteś Ty, lecz kamieniem nie bądź mi” – podkładam sobie pod nierozumiane – ale przecież zrozumiałe! – słowa śpiewaka te akty strzeliste, w których ja wyrosłem. I już włączam się w myślach w ten obrzęd, już się zgrywamy, już dosiada się kolejny śpiewak – głos ma mocniejszy, nie fałszuje, pewnie ciągnie kolejną modlitwę, kobiety z naprzeciwka zasłuchane, do grobu wchodzą mężczyźni niosący na głowach kosze pełne kwiatów, wokół pachnie wodą różaną, oni rozśpiewani, my zasłuchani, wszyscy rozmodleni – Amen!
A CO Z PROGIEM?

W drodze powrotnej jeszcze zatrzymujemy się na ćaj w pierwszym straganie od mauzoleum. Na miniplacyku przysiadają się do nas bracia muzułmanie i wypytują, z jakiego kraju jesteśmy, czyśmy muzułmanie, skąd Tomek zna hindi i urdu, czy czytamy Hafiza i Rumiego, jak nam się podoba. Kupuję tę płachtę dziękczynną z Mekką, Medyną i Nizamuddinem z cytatów z Koranu i długo, serdecznie ściskam na pożegnanie, patrząc głęboko w oczy, dłoń sklepikarza, który ma na szyldzie wypisane słowo „talib”. Czyli uczeń.
A CO Z PROGIEM?

DZIEŃ TRZECI

W nieocenionym dziele „India cookbook” autorstwa Pushpesha Panta wśród 1000 przepisów znalazłem aż 14 na parathę. Ten cienki placek z mąki i masła klarowanego ghee, o przepisowej średnicy 18 cm, nadziewany najczęściej ziemniakami z przyprawami, podawany jest w całych Indiach. A ja go zamawiałem wszędzie, gdzie był: na ulicach Delhi, w Agondzie, w Śimli, w knajpkach, jadłodajniach dworcowych i barach dla kierowców, w fast foodzie Hari Rams. Lekki, pożywny, smaczny, bardzo indyjski i zupełnie bezpieczny, bo robiony – jak zresztą większość dań ulicznych – na oczach klienta.

Ten dzień zaczęliśmy właśnie od parathy i obowiązkowego kubeczka ćaju. A potem poszliśmy po Próg. Ale to nie był dobry dzień na chodzenie po cokolwiek. W ogóle na wyjście na miasto. Temperatura wynosiła 44 stopnie i rosła.

A cóż to ten Próg? On się sam wymyślił. Którejś nocy, kolejnej niespanej, bo udręczony byłem tą bezustanną niepewnością wydawniczą, tą finansową udręką, że znowu może nie starczyć na kolejny numer, tym zadawaniem sobie pytania: „po co?”. Po co robić pismo z najlepszymi w Polsce autorami? Po co dzielić się inspiracjami? Po co więcej dawać, niż brać? Po co pomagać nie – zobaczyć, ale – poznać i zrozumieć?

Po co robić to tak ambitnie? Odpowiedziałem sobie jak zawsze: „bo tak trzeba”. A zamiast oglądać się za siebie, lepiej popatrzeć przed siebie – tłumaczyłem sobie. „Kontynenty” powinny mieć nagrodę, którą dawać będą komuś, kto się dopiero pojawia na scenie. Za dobrą książkę, za tekst, ale i za osiągnięcie, wyczyn, wyprawę, odkrycie, zdobycie – za wejście na wyższy poziom. ZA PRZEKROCZENIE PROGU. Próg to przecież początek podróży – podróż zaczyna się wtedy, gdy przejdzie się przez próg, wyjdzie za próg domu.

Gdy już nazwałem tę ideę, pomyślałem, że Próg to próg. To ma być kawał surowego drewna. Najlepiej egzotycznego – w końcu pismo jest podróżnicze. Niech to będzie shisham, czyli drewno różane, czyli palisander indyjski. Niebawem miałem być w Indiach, cóż więc prostszego. Zleciłem Tomkowi, by do mojego przyjazdu znalazł tartak i rzemieślnika w Delhi, który przytnie, wytnie i wyrzeźbi logo.

Tomek zapewne mnie przeklął. Szukanie tartaku w nowoczesnym, prawie 20-milionowym mieście, w tym upale, po omacku… Po czterech dniach łażenia po sklepach, kramach, galeriach, wypytywaniu, ktoś życzliwy podpowiedział mu, że daleko od centrum, w slumsach, są tartaki. „Jest szansa” – napisał do mnie.

Ja tymczasem przygotowywałem się do wyjazdu. Czytałem Williama Dalrymple’a, Rana Dasguptę, Jean-Claude’a Carrière’a i prof. Marii Skakuj-Puri, znakomitej indolożki mieszkającej w stolicy Indii, „Życie codzienne w Delhi”. I tam znalazłem zdanie, które mnie zdumiało: że słowo Delhi wywodzi się ze staroindyjskiego dehri lub dehali, znaczącego ni mniej, ni więcej, tylko: „próg”! Zatem jechałem po Próg do progu.

I jestem już w Delhi, i łazimy w pełnym słońcu po wielkich składach, wśród ogromnych pni, tarcicy, dech, kloców, w upale, który bucha jak z pieca. Wreszcie w stosie drewna wielkim jak chałupa widzę taką belkę, która wydaje mi się odpowiednia. Robotnik wyciąga ją i prowadzi nas do ogromnej maszyny do cięcia – sceneria jak z filmu „Ziemia obiecana”. Wielkie koło zamachowe, pas transmisyjny, pył zatyka nos – kloc się piłuje.

Hindus daje nam przycięty kawałek i mówi: teraz idźcie z tym tam – 100 m dalej, skręćcie w prawo i szukajcie rzemieślnika, który wam wyrzeźbi, co chcecie. 100 m dalej kończyły się składy, składziki, zaczynały się slumsy właściwe. Idziemy, przeskakując przez rynsztok, mijając kozy i umorusane dzieciaki, zdumione naszym widokiem. Po lewej i prawej ciągną się warsztaciki, w których ludzie siedzący w kucki kują coś w drewnie.

W betonowym domku z urwanym balkonem na dole jest stolarnia. I cień. Wchodzimy tam z ciekawości i z nadzieją, ale i po to, by wreszcie zejść ze słońca. Konsternacja. Rzemieślnicy przestali stukać, wpatrują się w białych, którzy niewątpliwie są co najmniej dziwakami – chodzą elegancko ubrani z klockiem surowego drewna po slumsach, gdzie tacy jak oni nigdy się nie zapuszczają.

– Tak, zrobią – oznajmia w końcu Tomek, który wpierw długo i dokładnie tłumaczy panu Sashikant Sharmie, czego chcemy.

Tydzień później Próg był gotowy.

Slumsy kończyły się kilkaset metrów dalej, oddzielone od reszty miasta szeroką ulicą. Po drugiej jej stronie dochodziliśmy do siebie w sieciówce Cafe Coffe Day, która z powodzeniem konkuruje w Indiach ze Starbucksem.

Ten dzień nie zaczął się dobrze, ale dobrze się skończył. W pobliżu Dźama Masdźid – Wielkiego Meczetu, na lewo  od głównego wejścia, za kramem ze ściętymi głowami kóz, przed kramami z częściami do motorów i samochodów, jest wąska uliczka Gali Kababian 16. Jest tam najlepsza kuchnia mogolska w Delhi, a może i na świecie. W zaułku po lewej siedzi kucharz-ekwilibrysta, piekący w tanduri na akord placki roti i rzucający je kilka metrów dalej wprost na tacę czekającego kelnera. A w środku, po schodkach w dół, przy paru skromnych stolikach serwuje się proste kebaby, kurczaki, roti, naan, puri… Obfity obiad to koszt ok. 50 zł dla dwóch osób, ale jest tu coś jeszcze: właściciele chlubią się tym, że są potomkami kucharzy cesarza Babura. Który rządził Sułtanatem Delhijskim w XVI wieku. I tamtego czasu sięga ta niepozorna knajpka.

A CO Z PROGIEM?

Pierwszym laureatem został Arun Milcarz. Tabliczka z jego nazwiskiem i uzasadnieniem jest do progu przybita czterema gwoździkami. Pierwszy – górny z lewej strony – przybiła pani Alicja Kapuścińska, a poprawiła jej i Ryszarda Kapuścińskiego córka Rene Meisner, która całkiem przypadkowo (a może nie całkiem?) przyjechała z Kanady. Zatem ten gwoździk ma dwie patronki. A może troje – wszak duch Ryszarda Kapuścińskiego krąży nad „Kontynentami” od początku…

Drugi gwoździk – prawy dolny – przybiła Elżbieta Dzikowska, która pisała dla „Kontynentów” od pierwszego numeru w 1964 roku, przerwała w stanie wojennym, a od tego numeru wznawia współpracę z „Kontynentami”.

Trzeci gwoździk – lewy dolny – wbił Wojciech Jagielski, pisarz, reporter, swego czasu korespondent wojenny, pisujący w tych „Kontynentach” od ich numeru pierwszego, czyli od roku 2012.

A czwarty gwoździk należy do jednego z fundamentów „Kontynentów” – Andrzeja Stasiuka. Który sam nie mógł go wbić, bo był w drodze. Z jego upoważnienia wbiłem go ja.

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup