Zaznacz stronę

Tekst: Elżbieta Dzikowska

Zdobyliśmy w tropieniu czarowników nowego sojusznika.

José Antonio Gonzalez, przedstawiciel Ministerstwa Turystyki w Los Tuxtlas, rozumował prawidłowo: trzeba reklamować, gdzie się da, atrakcje regionu. Najlepiej wyrobić sobie specjalność. Na Jukatan przyjeżdżają turyści, by podziwiać ruiny miast Majów, do Acapulco – żeby pogrzać się na zawsze tam pewnym słońcu, do San Cristóbal de Las Casas – na najsłynniejszy w kraju targ indiański. A do Los Tuxtlas niechaj przybywają leczyć się u czarowników! José Antonio jest przekonany, że magia nie szkodzi, a są ludzie, którym pomaga…

– Teraz kolej na czarną magię. Pójdziemy do Xolo? – zaproponował dyrektor miejscowego muzeum, Fernando Bustamante.

– A gdyby tak najpierw odwiedzić Telleza? – wtrącił José Antonio. – Może nie jest tak autentyczny jak José Xolo, ale sposoby ma ciekawe. Zwłaszcza do filmowania…

– To szarlatan – zareplikował don Fernando. – I…

Machnął ręką i przeprosił: nie może nam towarzyszyć, ma do załatwienia pilne sprawy. Spotkamy się później.

Skąd ten zawieszony głos, niedomówienia, wyraz niesmaku jakby…?

– Hej, chłopcze! – kilkuletni wyrostek oderwał się od hotelowej ściany i podbiegł do José Antonia, jak gdyby czekał tylko na jego rozkazy. – Prowadź do Telleza.

A więc wszystko było ułożone. Czarownik nie tylko nie będzie stawiał nam przeszkód, lecz jeszcze zaprasza, dba, żebyśmy nie zbłądzili. Sytuacja zapowiada się interesująco.

Z asfaltu śródmieścia Santiago Tuxtla zjechaliśmy na kocie łby zaułków, potem w krętą, wyboistą, ale ciągle miejską jeszcze drogę polną. Manuel Tellez oczekiwał nas przed bramą. Był to dom zwyczajny, ni to biedny, ni zamożny: wydał mi się zaniedbany, jak gdyby gospodarz nie przywiązywał wagi do spraw tego świata. Średniego wzrostu, raczej tęgi, o twarzy krągłej, ze szramami po ospie, koszula w kwiatki, na głowie kokieteryjnie przewiązana do tyłu chusteczka. I – pomalowane wargi. To dlatego typowy meksykański macho, ten supermężczyzna, na jakiego wyglądał don Fernando, nie polecał nam kontaktu z Tellezem! Dla nas jednak nie miały znaczenia upodobania gospodarza, ważny był jego zawód.

Najwyraźniej zależało mu na reklamie. Ale…

– Pokażę wszystko, co potrafię. Pod jednym warunkiem: dacie mi dyplom i zaświadczenie. Tutaj wszyscy czarownicy mają jakiś papier, mnie się zaś dyskryminuje. Też chciałbym sobie powiesić na ścianie jakiś dyplom…

Nie dysponowaliśmy dyplomem.

– Czy wystarczy ci pismo z wydziału turystyki, na blankiecie firmowym? – zaproponował Josó Antonio.

Pomedytował chwilę.

– Niechaj będzie. Ale żeby na pewno.

Jedna, druga brudna izba z odrapanymi ścianami i – jesteśmy w sanktuarium. Na ołtarzu tradycyjnie obraz Matki Boskiej z Gwadelupy, a także posążki Matki Boskiej z San Juan de los Lagos i peruwiańskiego świętego Marcina de Porrès. I Budda! Tłusty, uśmiechnięty, typowa figurka wykonana dla turystów może gdzieś w Hongkongu, Singapurze, a może w Japonii.

– To mój najlepszy protektor i pomocnik – informuje Tellez. – Rozmawiam z nim każdego ranka, prosząc, aby sprowadził mi dużo pacjentów z grubszą forsą. I nie zawodzi…

– A kula? – pytam, pokazując na sporą, o średnicy co najmniej ćwierci metra, kulę, która leży obok Buddy.

– To kula magiczna, widzę w niej choroby. Pochodzi z Niemiec Zachodnich – pochwalił się.

Wiedziałam, że posługują się kulą przy stawianiu diagnozy czarownicy, znachorzy i szamani z Azji, Afryki, nawet Majowie z niedalekiego Jukatanu, ale bywa to zazwyczaj mała kulka z naturalnego kwarcu bądź kryształu, znaleziona jakoby w tajemniczych okolicznościach. Czy można moc magiczną wyprodukować taśmowo w fabryce?

Ale spostrzegłam w sanktuarium i przedmioty autentyczne, gliniane figurki totonackich bogów. Skąd się tu znalazły? Tellez przywiózł je z El Tajín, głównego ośrodka kulturowego Totonaków, słynnego z piramidy niszowej. A więc mają sześćset, może tysiąc lat, bo Totonacy tworzyli swą cywilizację pomiędzy piątym a trzynastym wiekiem.

Trafił tam, bo całe jego życie było wędrowne. Urodził się w Tehuantepec, w stanie Oaxaca, ale już w dzieciństwie przeniósł się z rodziną do Papantli, na północy stanu Veracruz, właśnie niedaleko El Tajín. To tam matka, gdy miał lat trzynaście, zaczęła go uczyć praktyk magicznych. Kiedy się usamodzielnił – zaczął jeździć po całym Meksyku. Ale nigdzie nie zagrzał miejsca. W Santiago Tuxtla mieszka od dwóch lat. Dobra to ziemia dla znachorów. Na brak pacjentów się nie skarży, pracuje we wszystkie, prócz niedziel, dni tygodnia. Chciałby tu zapuścić korzenie. Dlatego przydałby mu się jakiś papier.

– Don Manuel…

W uchylonych drzwiach sanktuarium dostrzegłam pomarańczową twarz wąsacza w sombrero.

– Wchodźcie, zaczynamy…

Rozstawiamy światła, przygotowujemy kamerę filmową i aparaty fotograficzne. Zawsze mnie zadziwiało, że ludzie, którzy na ulicy nie pozwalają się fotografować (a jeśli – to żądają pieniędzy), nigdy nie protestują przeciwko robieniu im zdjęć u znachorów. A przecież jeszcze nagrywam ich intymne relacje! Reagują, jak gdyby znajdowali się pod wpływem jakiejś hipnotyzującej siły, która spętała im wolę.

I teraz siedmiu mężczyzn nie zwraca uwagi na naszą obecność. Przybyli tu w sprawie ważnej. Najważniejszej. Od trzech miesięcy nie spadła na ich pola kropla deszczu. Jeśli susza się przedłuży – nie ma co liczyć w tym roku na zbiór kukurydzy, słońce wypali młode jeszcze kiełki. Tylko Tellez może im dopomóc. Niech poprosi bogów…

Przypomniała mi się opowieść Joanny. W jednej z wiosek stanu Guerreo, mówiła, kiedy długo nie pada, znak to, że Indianie obrazili boga deszczu. Trzeba mu złożyć ofiarę. Rada starszych wybiera więc mężczyznę, przeważnie chłopca, i wyprowadza go na skraj wioski. Tam zostaje ukamienowany. Pytała księdza, czy nie można by zapobiec barbarzyńskiemu obrzędowi. Próbował. Co jednak może poradzić, kiedy istotnie, najpóźniej po upływie trzydziestu dni od złożenia ofiary, nadchodzi ulewa…

Nie podała mi Joanna nazwy wioski. Znowu powraca wątpliwość: prawda to czy bujna wyobraźnia malarki?

Teraz będę świadkiem rytuału bezkrwawego. Chłopi siadają półkolem na drewnianych stołkach.

– Miednica! – woła Manuel Tellez.

Młoda kobieta, pewnie służąca, przynosi miednicę z wodą. Z żółtego plastiku, jakże mało zda się mieć wspólnego z rytuałem! Chłopi siedzą skupieni, bez ruchu, nie dziwi ich ten oczywisty mezalians dawnych czasów ze współczesnością. Nie o środki chodzi zresztą, ważny jest rezultat.

Ostatnie przygotowania. Znachor stawia wokół miednicy cztery świece, mamrocze modlitwy. Nie rozumiem ani słowa.

– To w języku Totonaków – mówi José Antonio.

Powolutku, ostrożnie, zdejmuje Tellez z ołtarza przedkolumbijskie figurki. Zaczyna je kąpać w miednicy. Nabiera wodę dłonią, polewa, zanurza bogów, pryska na ich ciała, gładzi mokrą ręką. Twarze chłopów napięte, oczy w innym, przeszłym świecie. A bogom zdaje się być dobrze w wodzie; może naprawdę przypomną sobie teraz o potrzebach podopiecznych z ziemi?

Dawniej wierzono, że kąpiel bogów sprowadza deszcz. Teraz, bywa, funkcje glinianych idoli przejęły kościelne obrazy. Są miejscowości, w których, jeśli długo nie pada, kąpie się w rzece wizerunki katolickich świętych.

Tellez połączył prawdopodobnie zasłyszane opowieści i własne obserwacje, aby skomponować swój szczególny obrzęd.

– Aaaa…

Z gardła Telleza wydobywa się chrapliwy mruk, modlitwa staje się głośniejsza. To przecież szarlatan, jestem o tym przekonana, a jednak i mnie udziela się niesamowity nastrój. Kiedy Tellez zaczyna tańczyć wokół miednicy z bogami, przestaje być tłustą, śmieszną postacią. Celebruje magiczny rytuał i jest kapłanem. Po wyjęciu figurek z kąpieli ogłasza tonem, w którym nie ma miejsca na wątpliwość:

-– Deszcz spadnie najpóźniej za trzy tygodnie…

Rytuał skończony. Chłopi wysupłują z kieszeni pieniądze, dziękują. Wierzą, że ratunek przyjdzie…

– Oby tylko deszcz nie zawiódł – szepcze José Antonio – bo inaczej mogą wrócić i pobić Telleza. Może dlatego tak często zmienia miejsce zamieszkania…?

Zostaliśmy na chwilę sami w sanktuarium, Tellez wyszedł do pokoju-poczekalni, aby wybrać pacjenta, którego choroba kwalifikowałaby go do magicznej operacji.

 

[…]

 

Młody człowiek wydaje się trochę przestraszony, kładzie się jednak posłusznie na przykrytej prześcieradłem pryczy.

– Jak się pan nazywa? – pytam.

– Jorge Morales Valentín.

– Co panu dolega?

– Boli mnie brzuch.

– Był pan u lekarza?

– Nawet w szpitalu, ale wciąż boli…

– Zaraz pani powiem, co mu jest – wtrąca znachor. – Tylko spojrzę w kulę…

Ale nie postawił diagnozy od razu. Potrzebna magiczna oprawa kuracji. Wyciągnął więc Tellez spod ołtarza glinianą, starą kadzielnicę, napełnił ją kopalem, a gdy kawałki żywicy rozżarzyły się, wydzielając wonny dym – począł okadzać czarodziejską kulę z RFN, mamrocząc stosowne zaklęcia.

– Tak, to sprawa czarownika – zadecydował po chwili koncentracji. – Ktoś wprowadził obce, złośliwe ciało do brzucha Jorgego. Nie ma rady, trzeba operować…

Szkoda chłopca, ale dla nas wielka gratka.

– Wszystkie światła skierowane na łóżko! – dyryguje Halik. – Włącz magnetofon!

– Gotowe? – upewnia się Tellez. Jemu też zależy na tym filmowaniu.

– Tak, jesteśmy gotowi.

Zapalił w nogach pryczy cztery świece, okadził pacjenta kopalowym dymem.

– Rosita!

W rękach służącej trzepotał czarny, przerażony kogut. Przywykła widać do takich zabiegów, podała kurę Tellezowi. Krzyk ptaka był krótki. Znachor odrzucił ukręconą głowę i krew z koguciej szyi zaczęła płynąć wartko na odsłonięty teraz brzuch pacjenta. Za chwilę rozlewała się po nim czerwona, lepka kałuża. Teraz znachor pochylił się nad łóżkiem i przystąpił do właściwej operacji. Jedynym narzędziem chirurgicznym były jego usta. Przytknął je do zalanego krwią pępka i rozpoczął ssać. Obrzydliwy dźwięk siorbania… Kiedy skończył, policzki miał nadęte, jak gdyby wypchane. Rosita podsunęła talerzyk. Z wyraźną ulgą wypluł skrwawiony kłębek włosów.

– To on – powiedział ocierając twarz – powodował bóle. Teraz Jorge szybko powróci do zdrowia.

Służąca podawała właśnie szklankę z wodą do wypłukania ust, kiedy Halik krzyknął:

– Jeszcze raz, muszę powtórzyć ujęcie!

Na twarzy znachora widać było obrzydzenie. Ale wsunął z powrotem w usta zakrwawioną mierzwę i wypluł ją znowu.

– Powtórzyć!

Od początku. Kiedy po raz trzeci wypluł włosy, kazał je natychmiast wyrzucić na śmietnik.

– Butelka!

Rosita podała butelkę z aguardiente, wódką z trzciny cukrowej. Pociągnął spory łyk. Przełknie – czy wypluje? Opryskał wódką brzuch chorego, alkohol ułatwi mu obmycie krwi. Jeszcze jeden łyk, tym razem przełknięty, i był znowu w formie.

– W imię Ojca i Syna, w imię Wszystkich Świętych, w imię wszystkich dobrych sił – modlił się, kreśląc płonącą świecą znak krzyża nad zoperowanym miejscem.

– Rosita, podaj butelkę…

Napełnił szklankę i podtrzymując głowę pacjenta wlał mu do gardła kilka sporych łyków wódki. Chłopiec skrzywił się, prychnął, czknął, zakrztusił się, lecz po chwili najwyraźniej się ożywił.

– No widzicie państwo, już wraca do zdrowia… Teraz – pani? Już patrzyłem w kulę, trzeba zrobić operację czoła. Rosita, następny kogut!

Przekonałam się, że istnieją ciarki. Czułam już prawie, jak krew zalewa mi oczy, nos, usta… Brrr. Nie, nie chcę już być pacjentką. W następnych spotkaniach z czarownikami niech wystarczą obserwacje. Chyba rzeczywiście lepiej zawierzyć referencjom dyrektora muzeum, nie zaś dobrej woli urzędnika biura turystycznego.

– Szkoda, że się nie zdecydowałaś – ubolewał obłudnie Halik w drodze do hotelu Castellanos. – Może by pomogło, a ja chętnie powtórzyłbym zdjęcia…

Czarownicy. Elżbieta Dzikowska

Przeczytałeś/aś fragment z książki „Czarownicy”, Elżbiety Dzikowskej

Kup