Zaznacz stronę

Tekst: Wojciech Jagielski

Pierwszą podróż do Konga odbyłem na piechotę. Jak pielgrzymkę. Albo pokutę. Wydało mi się to właściwym sposobem wędrówki tam, „gdzie przykazań brak dziesięciu” – do krainy, w której zło kryjące się w ludzkiej naturze ujawnia się i bierze nad nią górę.

Wyruszyliśmy na kongijską stronę o świcie, by zdążyć przed nastaniem upału. Szybko zostawiliśmy za sobą Bujumburę i brzeg srebrzącego się poranną świeżością jeziora Tanganika. Dalej polna droga wiła się na wzgórze wśród falującej na wietrze, wysokiej słoniowej trawy. Nikt poza nami nie zmierzał do położonej na wysokim brzegu Uviry, jedynie w przeciwną stronę, w kierunku Bujumbury podążali z rzadka wieśniacy, pchając rowery objuczone piramidami kolorowych, plastikowych zbiorników z benzyną i olejem, workami z mąką. Jechali na targowiska w Bujumburze, by sprzedać towary, które odkupili za półdarmo od uchodźców Hutu z Rwandy, koczujących nad brzegami jezior Tanganika i Kiwu. Kongijczycy nie mogli się nadziwić, że biali z organizacji dobroczynnych już od ponad roku przysyłali Rwandyjczykom  żywność, leki, koce, brezentowe plandeki i błękitną folię, którymi uchodźcy kryli swoje chaty z bambusów, liści i trawy. Pomagali im z dobrego serca, choć uciekinierzy, zanim wcielili się w ofiary, sami byli okrutnymi zabójcami. 

W spojrzeniach, jakimi mierzyli nas wieśniacy, których mijaliśmy po drodze, nie było nieprzyjaźni, a jedynie ciekawość, a także pobłażliwość, jaką się ma dla kogoś, kto sam, z własnego wyboru, pakuje się w kłopoty. Ale wędrując drogą do Konga, nie czułem, by za moimi plecami zamykała się jakaś niewidzialna brama, odcinała drogę powrotu. 

 

*** 

 

– Pańskie dokumenty są nieważne – spocony oficer lekceważąco rzucił paszport na lepiący się od brudu stół z surowych desek. – Może je pan sobie zabrać. 

Rozparty na krześle w baraku, nad którym powiewała zielona flaga ze złotym słońcem i płonącą czerwonym ogniem pochodnią, wyglądał na równie zaskoczonego, co rozbawionego całą sytuacją. Niewielu cudzoziemców przekraczało granicę w Uvirze. Dla niego taki poranek zapowiadał dobry dzień. Zażądał zaświadczeń potwierdzających obowiązkowe szczepienia. W ciemnej izbie panował ciepły zaduch. Zapadło kłopotliwe milczenie. Przez uchylone drzwi z ulicy wdzierały się do środka krzyki żołnierzy i handlarzy walutą, dzwonki rowerów i wibrujące dźwięki dobiegającej z radia muzyki. Oficer otworzył szufladę i rozłożył na stole używaną strzykawkę i okrągłą, czarną od starego tuszu pieczęć. 

– Pięćdziesiąt dolarów – powiedział. 

Sięgnąłem po portfel, a on schował strzykawkę.
– Cholera to bardzo groźna choroba – rzucił, pieczętując książeczkę szczepień. Za drzwiami, przy granicznym, przegradzającym drogę szlabanie czekał inny żołnierz, który urzędowym głosem zażądał kolejnych pięćdziesięciu dolarów.
– Opłata graniczna – wyjaśnił. Kazał podnieść ręce i ustawić się do rewizji. Przeszukanie prowadził bez pośpiechu, nie zwracając na mnie żadnej uwagi. Z kieszeni koszuli wyjął paczkę rothmansów i wyciągnął z niej garść papierosów.
Trzeci żołnierz dopędził nas na piaszczystej drodze wiodącej do widocznej w oddali Uviry. Łapiąc oddech, domagał się dziesięciu dolarów.
– Aux militaires – wydyszał. – Na wojsko. 

 

***

 

Czwarty żołnierz chciał nas wziąć do niewoli jako szpiegów i najemnych żołnierzy nasłanych, by zabili prezydenta Mobutu Sese Seko. Wypatrzył nas na targowisku w Uvirze, skąd odjeżdżały autobusy do Bukavu. Podszedł do samochodu, zaglądając przez okno, zlustrował wnętrze pojazdu, zażądał, byśmy oddali mu paszporty i wysiedli. Kiedy odmówiliśmy, zaczął krzyczeć i wygrażać karabinem. 

Po utarczkach z kongijskimi żołnierzami na granicy autobus do Bukavu wydawał się przyjazną oazą. Podróżni, objuczeni tobołami, cierpliwie czekając, aż kierowca uzbiera wystarczająco wielu pasażerów, zaczepiali nas życzliwie, wypytywali o imiona, częstowali pieczoną kassawą i mandarynkami.
Nienawidzili żołnierzy i bali się ich. Poza gwardią przyboczną, dbającą o jego bezpieczeństwo, Mobutu od dawna nie płacił swojemu wojsku żołdu. Skarżącym się żołnierzom powiedział kiedyś: „Jesteście solą tej ziemi. Żyjcie z niej”. Żołnierze opuścili więc koszary i wmieszali się w lud. Na rogatkach miast i na ważniejszych skrzyżowaniach pobudowali posterunki, a drogi przegrodzili zaporami, które usuwali dopiero po pobraniu haraczu od kierowców i pasażerów. Inni krążyli na bazarach, ściągając od kupców podatek „na wojsko”. A gdy i tego było mało, nieopłacane stutysięczne wojsko urządziło dwie grabieżcze orgie, jakich nie widziała Afryka. Przez kilkanaście dni żołnierze jak szarańcza plądrowali bezkarnie w całym kraju sklepy, domy mieszkalne, hotele i biura, fabryki, magazyny i warsztaty samochodowe. Kongijczycy mieli aż nadto powodów, by przeklinać swoje wojsko. Właśnie ta wspólnota trwogi zdawała się przepełniać autobus poczuciem bezpieczeństwa. Ale kiedy zjawił się wygrażający nam żołnierz, uśmiechy z twarzy kongijskich chłopów zniknęły, a wraz z nimi przepadło złudzenie wspólnoty. Z dobrej kryjówki autobus przemienił się w milczący amfiteatr wystawiający przedstawienie o przemocy i samotności upokorzenia. Wymachując karabinem, żołnierz domagał się, byśmy wysiedli. Sam jednak nie kwapił się wejść do środka, by nas zakuć w kajdany, wywlec na plac, poniżyć. W obawie przed zamachem stanu Mobutu wydawał pociski tylko najbardziej zaufanym oddziałom. Żołnierz przed autobusem na takiego nie wyglądał. Nosił za duży mundur, nie miał żadnych dystynkcji. Pewnie nie potrafił nawet strzelać, a karabinu używał jak maczugi. 

W końcu, zniechęcony, dał za wygraną. Odgrażając się, że wróci z całym patrolem, zniknął wśród straganów na targowisku. Ruszył także autobus, upchany podróżnymi i ich bagażami.
Do Bukavu dojechaliśmy o zmierzchu. Aby uniknąć następnych spotkań z mundurowymi, na dworcu wzięliśmy taksówkę do hotelu Orchidea. Położony na wysokiej skarpie nad jeziorem i strzeżony przez wynajętych wartowników, był ulubionym miejscem miejscowych bogaczy i cudzoziemców. 

Na popękanym trotuarze przed wejściem do hotelu zatrzymał nas patrol żandarmerii. Dowodzący nim niski sierżant o twarzy poznaczonej bliznami zażądał, by pokazać mu paszporty. Kartkował je w milczeniu, strona za stroną, powoli, jakby celebrując przyjemność. Pozostali żandarmi zerkali mu przez ramię na postemplowane wizami paszportowe kartki. 

– Muzungu, widzę strach w twoich oczach – rzekł sierżant, zwracając paszporty. – Nie bój się, jestem twoim przyjacielem. Bardzo mi się podoba twój zegarek. Może mi go podarujesz w dowód przyjaźni? 

W hotelu uprzejmy recepcjonista wręczył nam klucze i zaprosił do baru.
– Na koszt firmy – powiedział. – Nie jesteśmy złymi ludźmi. To życie sprawia, że czasem takimi się stajemy. 

 

***

 

Kongiem rządził wtedy Mobutu Sese Seko, były sierżant, który dokonał zamachu stanu, a jako prezydent rozkazał tytułować się marszałkiem. Panował już czwartą dekadę, niemal tyle, ile istniało niepodległe Kongo. Nic dziwnego, że przywykł uważać państwo za swoją własność. Nie rządził nim, lecz władał, posiadał. Przed nim Kongo miało tylko jednego władcę, króla Belgów Leopolda II. Dzięki swojej przebiegłości, której dorównywały jego chciwość i mania wielkości, omamił mocarstwa Zachodu, które podbiwszy świat, dzieląc między sobą zdobycze, zgodziły się oddać Belgowi kongijski interior, serce Afryki uznane za kolonię nieopłacalną, bo zbyt odległą, niedostępną. Leopold otrzymał na własność terytorium prawie sto razy większe niż jego królestwo. 

Kongo okazało się skarbem. Ale by go zdobyć, należało zapuścić się daleko w głąb zakątków nieznanych, tajemniczych i groźnych. Tylko Leopoldowi nie zabrakło śmiałości i pychy, by to zrobić. Rozgłaszał, że będzie w Kongu walczył z niewolnictwem, niósł chrześcijańską wiarę, krzewił postęp i swobodę handlu. W istocie zaś od początku miał na względzie tylko zysk i wszechwładzę. Kongo stało się jego plantacją, kopalnią, łowieckim terytorium. Tubylców, którzy przypadli Leopoldowi wraz z ziemią, uważał za swoją własność, tak samo jak kość słoniową, diamenty czy kauczuk. Potrzebni byli tylko po to, by pomnażać bogactwo i wielkość władcy. 

Pomniejszymi „leopoldami”, naśladującymi króla, byli jego namiestnicy i zarządcy. Posłani w głąb kongijskiego interioru, na koniec świata, z dala od wszystkiego, stanowili o życiu i śmierci. Władza, jaką otrzymali, i swoboda czynienia wszystkiego, co się chce, kusiły tak bardzo, by poznać granicę bezkarności i zła, że prędzej czy później niemal wszyscy, niezauważenie dla siebie, przechodzili na drugą jej stronę. 

„Vive le Congo, nie ma nic lepszego nad nie!”. W kongijskiej opowieści „Duch króla Leopolda” Adam Hochschild przytacza list pewnego młodego białego oficera, który zaciągnął się na służbę u belgijskiego króla. „Tutaj jest się prawdziwie wolnym! Tu jest się wszystkim! Bo czemu nie!”.

Tak zachowywali się wszyscy władcy Konga. Mobutu, dawny poddany Leopolda, który przejął po nim obdarowane niepodległością Kongo, władał nim jak belgijski król, a jego gubernatorzy, generałowie i urzędnicy – jak Leopoldowi namiestnicy. Władzę oznaczającą dostęp do bogactwa i panowanie nad innymi, a przede wszystkim wyzwolenie z roli bezwolnych ofiar, dawały fotel prezydencki w Kinszasie, ale także mundur, karabin czy pieczęć. 

Pogodzeni z losem Kongijczycy zdawali się zresztą niczego innego ze strony wielkich i pomniejszych władców nie spodziewać. Czasami tylko wybuchały zbrojne bunty, których przywódcy obiecywali wielką zmianę. Nie potrafili jednak nigdy jej przeprowadzić, a w końcu sami z rewolucjonistów przeradzali się w kolejne wcielenia Leopolda.

 

***

 

W partyzanckim sztabie w Gomie przystemplowano mi wizę, zezwolenie na poruszanie się po terytoriach objętych rebelią. Z pieczęci w paszporcie zerkał uśmiechnięty Simba, bohater rysunkowego filmu „Król Lew”, który oglądałem z synem przed wyjazdem do Konga. Postać z dziecięcej kreskówki, nawet nie Król Lew, lecz rozbrykane lwiątko, została wybrana przez powstańców na herb rewolucji. 

Mobutu nosił szaty z lamparcich skór, a lew wybierany był zawsze na sztandary przez buntowników. „Simbami – lwami” nazywali siebie już rebelianci, którzy wzniecili na wschodzie kraju powstanie wtedy, gdy Mobutu ogłaszał się prezydentem. Do „lwów” należał także przywódca nowej rebelii Laurent-Désiré Kabila. Tamto powstanie Mobutu stłumił, a jego przywódców powywieszał. Kabila po trzydziestu latach tułaczki wrócił, by się zemścić i odebrać Mobutu królestwo, które doprowadził do upadku. Władza była dla niego wszystkim, ale rządzić nie potrafił. Wystarczyło dziesięć lat, by jego państwo stało się bankrutem, dżungla zarastała zaniedbywane plantacje i przez nikogo nienaprawiane drogi, linie kolejowe i lotniska. Kraj stał się nieprzejezdny. Musele, którego wynająłem w Gomie na przewodnika i tłumacza, przyjechał nad Kiwu z Kinszasy przed piętnastu laty. Nigdy już nie wrócił do domu, bo nie było go stać na samolot, jaki z rzadka latał do stolicy, a innego sposobu podróży nie było. Stanęły fabryki, przestały działać telefony, wodociągi, poczta i sądy. Żołnierze wynajmowali się jako nocni stróże albo rabowali na drogach. Poborcy podatkowi zagarniali do własnych kieszeni podatki, celnicy – cła, dyrektorzy kopalń przemycali diamenty. Sędziowie za łapówki wydawali wyroki, a nauczyciele zaliczali egzaminy, kasjerzy bankowi wypłacali klientom oszczędności, pobierając prowizję, a w szpitalach leczono tych, którzy zgłaszali się z własnymi lekarstwami. 

Poszczególne prowincje żyły od siebie niezależnie, a nawet prowadziły ze sobą wojny, których tłumienia, a także walki z rozmaitymi rebeliami odmawiało nieopłacane rządowe wojsko. Mobutu zresztą, obawiając się zamachu, i tak wolał prosić zaprzyjaźnionych władców Maroka, Francji czy Belgii, by przysyłali mu na pomoc spadochroniarzy lub najemników. Bałagan, jaki zapanował w Kongu, uniemożliwiał co prawda Mobutu rządzenie, ale także odsunięcie go od władzy. 

Ministrów traktował jak służbę, a państwowy skarbiec jak prywatne konto bankowe, z którego podejmował pieniądze według własnego widzimisię. Kiedy dworzanie mówili mu, że pieniędzy nie ma, kazał drukować nowe. 

W rodzinnej wiosce Gbadolite, w środku dżungli, wybudował pałac wspaniały jak Wersal. Jego poddani klepali biedę, a Mobutu lekką ręką wydawał miliony, by Muhammad Ali i George Foreman, najlepsi pięściarze świata, stoczyli pojedynek w jego stolicy. Nie uważał, by wydawane w ten sposób pieniądze można było wykorzystać z większym pożytkiem. 

Kiedy miał dość widoku biedniejącej stolicy, wsiadał ze świtą i dwiema żonami bliźniaczkami na statek i płynął w górę rzeki. Czynił to tak często, że nikt w jego państwie nie wiedział, gdzie władca znajduje się w danej chwili. 

Ale gdy nad jeziorem Kiwu wybuchło nowe powstanie, Mobutu leżał w szpitalu w Szwajcarii, gdzie leczył się z choroby nowotworowej. Choć groził, że jak dawni afrykańscy królowie w ostatnią wędrówkę zabierze ze sobą tysiące zabitych poddanych, by złożyć ich w żałobnej ofierze, wojna poszła łatwiej, niż ktokolwiek przypuszczał. 

Żołnierze Mobutu poddawali bez walki kolejne miasta i całe prowincje, wcześniej doszczętnie je plądrując. Buntownicy zajęli już Bukavu i Gomę, które Kabila przerobił na swoją stolicę. 

Powstańczy minister dyplomacji Bizama Karaha rozłożył się kwaterą w naszym hotelu. Zapewniał, że partyzanci podchodzą już pod Kisangani nad rzeką Kongo, a także pod Lubumbashi, stolicę bogatej Katangi. Odradzał jednak wyprawę do Kisangani drogą lądową. W okolicach Masisi i Walikale grasowały zbrojne bandy, które korzystając z chaosu, rabowały i wycinały w pień całe wioski. Szczególną trwogę wzbudzali wojownicy z plemiennych milicji Mai Mai, którzy wierzyli, że święta woda, którą polewali ciała, ustrzeże ich przed kulami wrogów. 

Podróż do Kisangani napawała mojego przewodnika Musele przerażeniem. Ostrzegał, że z wojownikami Mai Mai, odurzonymi alkoholem, narkotykami i zarażonymi przemocą, nie da się w żaden sposób porozumieć. 

Goma z pulsującej życiem i gwarem kupieckiej faktorii w sercu Afryki, jaką wydała mi się podczas poprzedniej podróży, poddana partyzantom przemieniła się w senny zaścianek. O rewolucji przypominały tylko frontowe komunikaty nadawane przez powstańcze radio Głos Ludu, a także śpiew partyzanckich rekrutów biegających o świcie główną aleją podczas gimnastyki. 

Zapytałem Musele o miliony rwandyjskich Hutu, którzy mieszkali w rozbitych wokół miasta uchodźczych obozowiskach. Zanim postanowili uciekać z Rwandy, Hutu dokonali tam krwawej zbrodni. W sto dni wymordowali prawie milion rwandyjskich Tutsi. Były ich dwa, trzy miliony. Przybyli nie jak uciekinierzy, lecz armia wycofująca się, by uniknąć otoczenia i klęski. Oszołomieni rozmiarem zbrodni i zajęci bez reszty zabijaniem, nie potrafili stawić czoła partyzantom Tutsi, którzy na wieść o mordach ruszyli z pobliskiej Ugandy z odsieczą swoim rodakom. Ratując się przed zemstą, Hutu uciekli do Konga. Wędrowali całymi gminami. Z sołtysami, prefektami, proboszczami, sądami, poborcami podatkowymi, ministrami, generałami, parlamentem, prezydentem. Cała armia Hutu z bronią w ręku przekroczyła granicę i rozłożyła się pod Gomą i Bukavu. Zamieszkali jak dawniej, u siebie. Każda wioska osobno, z własną starszyzną, władzami. Całe państwo Hutu przeniosło się z prawego na lewy brzeg rzeczki Rusizi i jeziora Kiwu. 

Na zboczach wulkanów, gdzie rozłożyli szałasowe obozowiska, spadły na nich klęski głodu i zarazy, jak kara za zbrodnię, jakiej się dopuścili. Ale cierpienie sprawiło, że w oczach świata ze zbrodniarzy przeistoczyli się w ofiary, którym zamiast kary należy się pomoc. Dzięki niej z zadymionego kłębowiska szałasów uchodźcze obozowiska stały się największymi metropoliami krainy Kiwu. Działało w nich trzy tysiące barów i restauracji, pół tysiąca sklepów, pięćdziesiąt zakładów fryzjerskich, krawieckich i aptek, dwadzieścia pięć rzeźni, cztery pracownie fotograficzne, dwa hotele i trzy kina. Było też piłkarskie boisko, na którym organizowano pojedynki pięściarskie, w których dawny mistrz z Rwandy, Jean-Marie Ugiramahoro, mierzył się z bokserami z Konga. Wygnańczym państwem Hutu władali ci sami ludzie, którzy dowodzili ludobójczymi rzeziami Tutsi. Na uchodźstwie szykowali się do nowej wojny, by wrócić do Rwandy i odzyskać utraconą władzę. – Gdzie się oni wszyscy podziali? – zapytałem mojego przewodnika i tłumacza. 

– Już ich nie ma – wzruszył ramionami Musele. – Ci, co się nie bali, wrócili do Rwandy. Innych zabili partyzanci, a ci, co przeżyli, są gdzieś tam, na zachodzie – pokazał ręką porośnięte zielonymi lasami wulkaniczne góry za miastem, skąd od rana dobiegała głucha kanonada. 

 

***

 

Najdalej zawędrowali najsilniejsi. Spotkałem ich w zasnutym sinymi dymami obozowisku szałasów na plantacji kauczuku pod Kisangani. Mężczyźni wycinali maczetami drzewa w lesie na opał i do budowy domostw, a na rozstawionych przy drodze straganach można było kupić warzywa, owoce, biszkopty i papierosy. Sprowadzali je z miasta oddzielonego rzeką Kongo, którą przepływało się wąskimi, wydrążonymi w pniach drzew łodziami. Najsłabsi, którym udało się przeżyć półroczną tułaczkę przez dżunglę i mokradła, rozłożyli się w Ubili, przy torach kolejowych, prawie sto kilometrów dalej. Panowała tu niczym niezmącona cisza, a półnadzy, wychudzeni nędzarze bez ruchu tkwili na poboczu wąskiej drogi, czekając w milczeniu na żywność i lekarstwa rozdzielane przez cudzoziemców z organizacji dobroczynnych. Jedyne dźwięki dobiegały z lasu, gdzie przywiezieni przez białych robotnicy kopali w czerwonej ziemi doły na zbiorowe mogiły. U kresu wędrówki ludzi opuszczały resztki sił. Umierali dziesiątkami, gdy ratunek był tak bliski. Codziennie znoszono na drogę do pogrzebania po kilkanaście trupów owiniętych w szare wojłokowe koce. 

Któregoś dnia, przyglądając się pogrzebom, napotkałem grupę kilkunastu kobiet, które właśnie wyłoniły się z dżungli jak leśne upiory. Obstąpiły mnie i pokazując co chwila las za plecami, jedna przez drugą próbowały opowiedzieć coś ważnego, zapewne historię ich odysei. Nie rozumiałem ich języka, a żadna z nich nie potrafiła mówić po angielsku ani francusku. Zamilkły w końcu, uznając moją obecność za bezużyteczną. Patrzyliśmy jeszcze na siebie chwilę w milczeniu, z żalem i złością, a potem odeszły drogą wzdłuż torów. 

W Ubili poznałem Teodora, geodetę z rwandyjskiego Butare. Najpierw uciekł do Bukavu, a gdy i tam wybuchła wojna, pieszo przewędrował z innymi uchodźcami aż do Kisangani. Opowiadał, jak przemierzając Kongo i szukając ratunku, uchodźcy niczym szarańcza plądrowali napotykane po drodze pola, jak ginęli z rąk broniących dobytku kongijskich chłopów, wpadali w zasadzki zastawiane na nich przez wojowników Mai Mai, jak gubili drogę, tonęli podczas przepraw przez rzeki, umierali z głodu, chorób, wycieńczenia. Pragnienie przetrwania stawało się silniejsze od solidarności. Ojcowie porzucali w lesie synów, synowie – ojców. Sił dodawał im tylko strach przed zmierzającymi za nimi krok w krok partyzantami. 

Uciekinierzy nie mieli złudzeń – partyzanci może i chcieli zdobyć władzę, ale chodziło im przede wszystkim o to, by zabić ich jak najwięcej, rozpędzić wygnańcze królestwo Hutu. Tutsi z Rwandy nie zamierzali czekać, aż ich wrogowie Hutu zbiorą na wygnaniu siły i wrócą z nową wojną. Aby najechać na Kongo, wywołali w nim wpierw zbrojne powstanie, na którego przywódcę wybrali Kabilę, starego partyzanta i przemytnika. Teodor przyznawał, że brał udział w pogromach Tutsi w Butare, zabijał jak wszyscy. „Tych Hutu, którzy odmawiali zabijania Tutsi, zabijano w pierwszej kolejności” – tłumaczył. „Trzeba było zabijać, żeby samemu przeżyć”. Żeby przeżyć, uciekł też do Konga. Ale w dżungli pod Kisangani myślał już tylko, by z ofiary znów przeistoczyć się w oprawcę, ponieść karę i spróbować jakoś dalej żyć. 

 

***

 

W zajętym przez partyzantów Kisangani rządził syn przywódcy powstania Joseph Kabila. Urzędował w starych koszarach nad rzeką. Nieśmiały, niezwykle poważny i niepewny siebie, czuł się skrępowany w roli powstańczego przywódcy. Wychowany na wygnaniu, nigdy wcześniej nie był w Kongu, nie potrafił nawet mówić żadnym z lokalnych języków. Nigdy nie miał też do czynienia z wojskiem ani przemocą. Przystał do powstania na polecenie ojca. 

– Wykonuję jedynie rozkazy naczelnego dowódcy – odpowiadał na większość moich pytań. – Nie znam jego zamierzeń ani nie wiem, gdzie danego dnia przebywa. To zresztą jest tajemnica, która ma zapewnić mu bezpieczeństwo. 

Kisangani było wymarłe, uciekła z niego połowa mieszkańców. Nawet wieczorami, gdy słabł upał, bezludne pozostawały szerokie bulwary, a ciągnące się wzdłuż nich bogate niegdyś sklepy i kantory sprzedaży diamentów straszyły wypalonymi witrynami. Głucha cisza panowała na nadrzecznych targowiskach i w tonących w tropikalnej roślinności pokolonialnych willach na przedmieściach. Zamarły wielkie portowe dźwigi nad rzeką. Kiedy partyzanci podeszli pod samo miasto i zaczęli je nocą ostrzeliwać z moździerzy, w Kisangani zaczęła się grabież. – Żołnierze i biali najemnicy rabowali wszystko, co się dało, sklepy, urzędy, domy – opowiadał mój tamtejszy przewodnik Robert, student miejscowego uniwersytetu dorabiający handlem walutą. – Załadowali łupy na statki i barki i odpłynęli do Kinszasy. 

Dzieła zniszczenia dopełnili mieszkańcy miasta, którzy po ucieczce żołnierzy ograbili je ze wszystkiego, co jeszcze pozostało. Dopiero wtedy przerazili się na myśl, że gdy partyzanci wkroczą do miasta i nie znajdą już żadnych łupów, wpadną we wściekłość i wyładują się na cywilach.
Robert też uczestniczył w grabieżach. Z okradanego przez tłum sklepu wyniósł trzy żelazka i odkurzacz. – Robiłem tylko to, co inni. Wiem, że postąpiłem źle, ale nie miałem innego wyjścia – tłumaczył. – Ale teraz jestem już dobrym człowiekiem. 

 

***

 

Od trzech dni koczowaliśmy na lotnisku w Lubumbashi, codziennie z nadzieją, że pojawi się samolot, którym wydostaniemy się z miasta.
O poranku zjeżdżaliśmy na betonowe lądowisko, ściskając w dłoniach kupione za pół tysiąca dolarów w powstańczym komisariacie i opatrzone pieczątką z lwiątkiem Simbą bilety na powstańcze samoloty latające z rzadka między miastami „wyzwolonych terytoriów”. Dopiero na miejscu okazało się, że był to bilet jedynie w jedną stronę. 

W Lubumbashi, stolicy południowej prowincji Katanga, huczało od plotek, że w mieście wybuchnie wojna. Wokół miasta mieli się zbierać biali najemnicy, by poprowadzić do szturmu żołnierzy Mobutu. Inni przekonywali, że do ataku ruszą miejscowi dygnitarze, którzy przy pomocy żołnierzy z sąsiedniej Angoli jeszcze raz spróbują oderwać Katangę od Konga i ogłosić ją niepodległym państwem. 

Powstańcze samoloty jednak nie lądowały w Lubumbashi, a piloci stojących na poboczu awionetek za lot do pobliskiej Ndoli po zambijskiej stronie granicy żądali zapłaty dziesięciu tysięcy dolarów od pasażera. W zamian zapewniali bezpieczeństwo, na pokładzie samolotu kieliszek szampana i kanapkę z łososiem. Tak właśnie przed kilkoma dniami odlecieli z miasta szefowie górniczych koncernów zaproszeni do Lubumbashi wraz z dziennikarzami przez przywódcę powstania Laurenta-Désiré Kabilę. 

W Karavii, najlepszym i jedynym czynnym hotelu w mieście, gdzie wszystkich zakwaterowano na koszt rebelii, Kabila podpisał z cudzoziemcami kontrakty na wydobycie katangijskich bogactw. Pobrał też od nich zaliczki w gotówce, które miały zapewnić partyzantom fundusze na zwycięski marsz na Kinszasę. 

Kabilę spotkałem tylko na lotnisku, gdy odlatywał awionetką do Południowej Afryki. – Jadę do Mandeli. On przekona Mobutu, żeby oddał władzę po dobroci – powiedział, wchodząc do samolotu. 

Sława partyzanckiego wiarusa i pogromcy tyrana najwyraźniej mu schlebiała. Przysadzisty, z ogoloną głową wyrastającą z szerokich ramion, w sportowych białych butach, luźnych spodniach i beżowej koszuli z krótkimi rękawami nie wyglądał ani na ludowego bohatera, ani na wojownika. Już prędzej na prezydenta. Pół wieku wcześniej prorok partyzanckiej rewolucji Argentyńczyk, Ernesto Che Guevara, upatrzył sobie w Kabili wspólnika do budowy lepszego świata i osobiście przybył do Konga, by tam zaczynać rewolucję. Szybko rozczarował się jednak Kabilą i jego skłonnością do whisky i łatwych kobiet. Na odjezdnym zapisał w pamiętniku: „Rewolucyjny przywódca musi być człowiekiem idei, gotów do poświęceń. Kabila taki nie jest”. 

Trzeciego dnia na lotnisku wylądował wojskowy samolot, z którego wybiegli żołnierze w panterkach i wiśniowych beretach. Któryś z dziennikarzy podsłuchał, że rozmawiali po portugalsku, i przekonywał, że to początek secesji Katangi. Sprawa wylotu z Lubumbashi stawała się coraz pilniejsza.

Tego dnia na skraju lotniska dostrzegłem ukryty pod eukaliptusami wielki samolot transportowy, wokół którego przechadzali się lotnicy. Ich wygląd, a przede wszystkim oszczędność ruchów znamionująca nieśmiałość wydały mi się znajome. Podszedłem i zagadnąłem po rosyjsku. 

– A skąd to droga prowadzi?
– A z Krasnodaru – lotnik w granatowym dresie nie wydawał się zaskoczony, że w tropikach usłyszał rodzinną mowę. Odlatywali tego samego dnia do Gomy, czekali tylko na załadunek.
– Co wieziecie? – zapytałem.
– A nam po co to wiedzieć? – odparł lotnik. – Ot, latamy, i to wszystko.
Nie pytając o nic, przysypiając na wypchanych tajemniczym ładunkiem jukach, wydostaliśmy się tego samego dnia z Lubumbashi do Gomy. Razem z nami wyjechali z katangijskiej stolicy wszyscy zagraniczni dziennikarze. Tych z nich, których później spotykałem w Południowej Afryce, Kongu, Sudanie czy Kenii, nigdy więcej nie musiałem nawet prosić o pomoc, wkupywać się w ich łaski jak ubogi krewny z prowincji.
Kilka dni po naszej ewakuacji z Lubumbashi z miasta wyjechali także angolscy żołnierze i przybyli wraz z nimi katangijscy partyzanci. Kabila wrócił z Południowej Afryki, a pół roku później jego wojska wkroczyły do Kinszasy. Mobutu zrzekł się władzy, wyjechał z kraju, a Kabila ogłosił się nowym władcą.
Wkrótce i przeciwko niemu wybuchła rebelia. Usadowiwszy się na tronie w Kinszasie, próbował się wyswobodzić spod kurateli swoich dobrodziejów z Rwandy i Ugandy. Ci zaś, niezadowoleni z jego hardości, postanowili pozbyć się go jak Mobutu.
Na wschodzie Konga wybuchła nowa wojna, która tym razem miała przerodzić się w najkrwawszy i najokrutniejszy konflikt zbrojny współczesnej Afryki. Buntowników wsparły Uganda, Rwanda, Burundi, które posłały do Konga swoje wojska. Na pomoc Kabili wojska posłały z kolei Angola, Zimbabwe i Namibia. Wielka kongijska wojna trwała w sumie siedem lat. Zginęło w niej ponad pięć milionów ludzi. To tak, jakby wyginęli wszyscy Duńczycy.
Zginął też sam Kabila, zastrzelony we własnym pałacu przez wartownika. Na prezydenckim fotelu zastąpił go jego nieśmiały syn Joseph. Gdy przejmował władzę, nie miał jeszcze trzydziestki. Podjął negocjacje z buntownikami, podpisał z nimi pokój i podzielił się władzą. Dobijając targu, kongijski prezydent i rebelianci ustalili, że o tym, kto dalej sprawować będzie władzę, rozstrzygną wolne wybory, jakich nie przeprowadzono tu od dnia uzyskania niepodległości. 

 

***

 

W dniu wyborów wieczorem poszliśmy do dyplomatycznej dzielnicy Gombe, na bulwar, żeby odetchnąć po upalnym, trudnym dniu. Podziwialiśmy rzekę, szarą i spokojną. Zachwycając się jej ogromem i potęgą, zerkaliśmy, czy jej bieg wciąż przecinają promy pływające z Kinszasy do Brazzaville, położonego na przeciwległym brzegu.
Wiedzieliśmy, że statki znikną z rzeki, gdy znów zatrzyma ją wojna. Prom na drugą stronę miał zaś być ostatnim ratunkiem, ocaleniem z miasta, nad które nadciągały nowe rozruchy i pogromy. Ale wyborczego wieczoru pobłyskujące kolorowymi światełkami promy wciąż pływały do Brazzaville. 

W wyborczą niedzielę od świtu w dzielnicach biedoty La Cité i Limete tłumy gromadziły się przed szkołami i urzędami, w których utworzono lokale do głosowania.
Kinszasa zamierzała głosować na wiceprezydenta Jeana-Pierre’a Bembę, na każdego, byle nie na młodego Kabilę. – To przybłęda, nie jest nawet Kongijczykiem – powtarzano w piwiarniach La Cité. – Zawdzięcza władzę obcym. Jak ojciec, jak Mobutu. Cudzoziemcy zawsze ustanawiali nam swoich lokajów za władców, by móc grabić Kongo. 

Pierwsze od dziesięcioleci wybory w rządzonym przez Kabilę Kongu rzeczywiście urządzali cudzoziemcy – ONZ i Unia Europejska, które przysłały też wojska pokojowe, by dopilnowały rozejmu. Kongijczycy byli zaś przekonani, że obce wojska mają otworzyć Kabili drogę na tron. Po cóż innego wydali miliony dolarów na organizację wyborów? Jasne, że po to, by utrzymać u władzy Kabilę, który porozdzielał już między nich górnicze koncesje. 

Tysiące rozlepionych po mieście plakatów wyborczych młodego prezydenta zostało oszpeconych czarnymi napisami „złodziej”. Za prawdziwego, stuprocentowego Kongijczyka podawał się Bemba. Jego zwolennicy maszerowali ulicami Kinszasy, wołając „Kongo dla Kongijczyków!”, wygrażając napotkanym cudzoziemcom i wzniecając co chwila rozruchy. 

Pierwszą noc po przylocie do Kinszasy spędziłem na lotnisku. Droga do miasta była zamknięta z powodu rozruchów. Zamieszki wybuchły na wiecu Bemby na stadionie, na którym przed laty Muhammad Ali pobił George’a Foremana. Wybuchła strzelanina, która unieruchomiła całe dziesięciomilionowe miasto aż do rana. 

Przed wyborami w Kinszasie huczało od plotek i mrocznych przepowiedni. Jedni mówili, że zwolennicy Bemby nie pogodzą się z porażką i prędzej puszczą miasto z dymem, niż uznają Kabilę za prezydenta. Inni powtarzali to samo o Kabili i jego generałach. Jeszcze inni wskazywali, że niemal wszyscy ubiegający się w wyborach o władzę mieli na sumieniu wojenne zbrodnie, które miały zostać wybaczone tylko zwycięzcy. Wszystkim pokonanym zaś groziły trybunały, więzienne cele albo szubienice. Jedno wydawało się oczywiste – nikt nie zamierzał przegrywać ani godzić się z porażką. Mając do stracenia wszystko, na wszystko też byli gotowi. 

W wyborczy wieczór ONZ ogłosiła, że z powodu groźby rozruchów specjalny samolot wywiezie z miasta cudzoziemców, a na lotnisko zabierze ich konwój eskortowany przez Legię Cudzoziemską. Komunikat wywieszono w śródmiejskim hotelu Memling, gdzie mieszkała większość obcokrajowców – przedstawiciele ONZ, Unii Europejskiej, dziennikarze, przedsiębiorcy. Memling zawsze cieszył się wzięciem u cudzoziemców. Tu mieszkali biali najemnicy ściągani na odsiecz przez Mobutu, a także biznesmeni, którzy w hotelowych barach przekupywali kongijskich ministrów. Tu ściągały prostytutki w nadziei, że noc z bogatym i wspaniałomyślnym klientem odmieni ich życie. W powyborczą noc w hotelowym barze spotkałem Mauro, włoskiego inżyniera, który na zlecenie ONZ naprawiał kinszaskie ulice i uczył Kongijczyków, jak kłaść asfalt. Zapytałem go, czy organizując Kongijczykom wybory, doglądając rozejmu, szkoląc urzędników i żołnierzy, a nawet ucząc, jak budować drogi, cudzoziemcy nie dokonują aby ponownej kolonizacji tego kraju. „Nie chcemy ich wyręczać, ale pomóc, więc uczymy tego, co u nas, w Europie, sprawdza się najlepiej” – oburzył się Włoch. „Nie wiem, czy to się im do czegoś przyda, ale dzielimy się z nimi tym, co mamy najlepsze”. Nazajutrz przed hotel zajechała kawalkada autokarów i oddział wytatuowanych żołnierzy w czerwonych beretach. Wyrwawszy się żwawo ze śródmieścia, karawana ugrzęzła w Masinie, duszącej się w zaduchu i brudzie dzielnicy slumsów wyrosłych przy drodze na lotnisko Njili. Żołnierze z Legii Cudzoziemskiej jadący na przedzie konwoju wyciągnęli karabiny, a kierowcy wojskowych pojazdów, głośno trąbiąc, zaczęli brutalnie spychać z drogi tarasujące im przejazd samochody, ciężarówki, autobusy, przechodniów i straganiarzy. Miejscowi pokornie ustępowali, przystawali, przepuszczali kolumnę cudzoziemców. Zbliżaliśmy się już do rogatek slumsów, gdy dostrzegłem chłopaka, który odskoczył w ostatniej chwili sprzed kół samochodów. Z furią sięgnął po kamień i cisnął nim w mijający go autobus. Przez tylną szybę, która z chrzęstem wsypała się do środka pojazdu, dobiegły z ulicy okrzyki radości i triumfu. 

 

***

 

Zwycięzcą wyborów w Kongu ogłoszono w końcu Josepha Kabilę. Bemba oświadczył, że został oszukany, i zaskarżył wyniki wyborów do sądu. Nazajutrz w Kinszasie, w eleganckiej, nadrzecznej dzielnicy Gombe, wybuchła uliczna wojna, w której zginęło prawie pół tysiąca ludzi. Korzystając z zamieszania, mieszkańcy slumsów splądrowali śródmiejskie sklepy. 

Po kilku dniach zaciętych walk żołnierze Kabili wzięli górę nad gwardią przyboczną Bemby, który aresztowany, został wkrótce wywieziony do Hagi, gdzie przed międzynarodowym trybunałem oskarżono go o wojenne zbrodnie. Wkrótce na wschodzie Konga wybuchły nowe powstania. Najpierw podniósł je samozwańczy generał kongijskich Tutsi Laurent Nkunda, który w swojej polowej kwaterze przyjmował zagranicznych dziennikarzy ubrany w paradny mundur z epoletami lub w strojną ślubną suknię przywiezioną mu jako łup przez jego partyzantów. 

Potem walki wybuchły w Ituri, najtrudniej dostępnym zakątku Konga, gdzie lokalni komendanci walczyli między sobą o to, którym spośród nich przypadnie władza i zapewniające bogactwo kopalnie, a którzy, pokonani, zostaną aresztowani i wywiezieni do Hagi jako zbrodniarze wojenni. Bestialstwa, jakich dopuszczano się podczas wojny w Ituri, przyćmiły wszystkie inne mroczne mordy, które zyskały Kongu złowrogą sławę Jądra Ciemności. W stolicy Ituri, Bunii, poznałem jednego z komendantów – Sambidhu Mungangę, który zanim przemienił się w krwawego watażkę, wiódł zwyczajne życie wioskowego policjanta. Dowodzeni przez niego wojownicy z ludu Lendu wycięli maczetami w pień wioskę Bogoro, należącą do wrogich Hemów. – W takiej wojnie jak ta wrogami byli wszyscy, także kobiety i dzieci. Ich zabijanie było usprawiedliwione i celowe – wspominał, popijając z butelki lemoniadę. 

Wojna – powiadał – oznacza, że upada porządek i łamane są wszelkie prawa, puszczają wszelkie hamulce. Kiedy walki ustają, nie powinno się więc ważyć win, szukać kary ani zemsty, a jedynie starać się przebaczyć i zapomnieć. Mówił też, że zamierzał wstąpić do rządowego wojska albo wrócić do służby w policji. – Do tego najlepiej bym się nadał – zapewniał. 

 

***

 

Podróżując przez lata do Konga, chciałem kiedyś popłynąć wielką rzeką, jego imienniczką, w dół jej nurtu, z Kisangani do Kinszasy, w kierunku odwrotnym, niż przemierzył ją parowcem Conradowski kapitan Charles Marlow. Jego wędrówka w górę rzeki w poszukiwaniu dotkniętego szaleństwem Kurtza przerodziła się w odkrywanie najmroczniejszych zakamarków ludzkiej natury i kryjącego się w niej zła, które w sprzyjających okolicznościach ujawnia się i bierze górę. Podróż w dół Konga zamierzałem wykorzystać do opowieści, że możliwa jest też przemiana odwrotna. Mimo tuzina wypraw do Konga nigdy jednak nie udało mi się odbyć podróży rzeką z Kisangani do Kinszasy, z Jądra Ciemności do portu. Wysyłano mnie do Konga tylko wtedy, gdy wybuchały tam nowe wojny, a wtedy rzeka, przecinana liniami, zamierała. Popłynąłem nią tylko raz, podczas podróży do zdobytego przez partyzantów Kisangani. Przewodnik zabrał mnie pirogą do rybackiej wioski ludu Wagenia, dzień drogi od miasta, w górę rzeki. Woda w Kongu miała brunatną barwę, płynęła powoli, dostojnie, jakby chciała podkreślić majestat rzeki. 

Mężczyźni Wagenia jak w czasach Conrada żyli z łowienia ryb. Ustawiali w rzece saki z bambusowych witek, w które nurt sam zapędzał ryby. Kobiety suszyły je potem na kamieniach i wiozły pirogami na targ do Kisangani. 

Wizytę w wiosce zacząłem od audiencji u wodza. Tata Beaka nie miał jeszcze trzydziestki, a wodzowski pióropusz z papuzich piór i szatę z małpich skór odziedziczył po ojcu, który rządził ludem Wagenia w czasach, gdy dorzecze rzeki Kongo było jeszcze własnością belgijskiego króla. 

Zapytałem go, co znaczy być dobrym wodzem. – Wódz jest dla swojego ludu drogowskazem, przykładem do naśladowania – powiedział po dłuższej chwili zastanowienia. – Jeśli będzie złym człowiekiem, jego poddani również staną się złymi ludźmi. 

 

Afryka. Opowieści podróżne

Przeczytałeś/aś tekst antologii „Afryka. Opowieści podróżne”.

Kup