Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcie: Anita Andrzejewska

Plemienny szaman, nawiedzony asceta, szalony wróżbita, artysta?

Zobaczyłam go na zdjęciu w galerii TS1, urządzonej w hangarze portu rzecznego w Yangonie. Wychudzona twarz, zapadnięte, nieogolone policzki, rzadkie, siwe włosy, czoło przepasane zielonym, sizalowym sznurkiem. W rozchełstanej koszuli, z cheerotem – birmańskim cygarem w wąskich, zaciśniętych ustach. I to gorączkowe spojrzenie ciemnych, błyszczących oczu spod zmarszczonych brwi, hipnotyzujące, przeszywające na wylot.

Pomyślałam: „wygląda na Tego, Co Dużo Wie”. Nie jak ci chiromanci czy astrolodzy z kanciapek pod pagodą Sule na centralnym rondzie w Downtown, którzy– pochyleni nad biurkami, w drucianych okularkach i białych, odprasowanych kołnierzykach – nie różnią się od urzędników, przychodzących do nich zapytać o pomyślny dzień na podróż lub dobrego kandydata na męża dla córki.

Nazywał się Aung Myint.

W upalny poranek, nabrzmiały duchotą przed nadciągającym monsunem, wlokłam się do jego domu zdezelowaną taksówką bez klamek. Daleko na przedmieściach, w bocznej alejce na betonowym murku odnalazłam mały szyld „Inya Gallery”. Myint, legendarny birmański malarz i performer, przywitał mnie na niedużym patio, zarośniętym bezładnie tropikalną zielenią. Wyglądał krucho. Kuśtykał, wspierając się na kuli, ubrany w tradycyjne, kraciaste longyi i czarną, wypłowiałą koszulę ze stójką, jaką noszą mężczyźni z grupy etnicznej Szan. Jego głowa, jak czaszka powleczona cienką skórą, wydawała się duża i ciężka w porównaniu z drobniutkim, wątłym ciałem. Podziękowałam, że mimo choroby zgodził się na spotkanie. Skinął głową i zaprowadził do pracowni. Nie był zbyt wylewny, raczej cierpliwie uprzejmy. Fotografując go siedzącego wśród obrazów, szukałam tego intensywnego wrażenia ze zdjęcia, które mnie tu zwabiło. Ale spojrzenie malarza, skryte za grubymi okularami, było nieobecne, zamglone przez zaćmę i ból fizyczny.

Pod bramę podjechała taksówka. Do pracowni wkroczyły dwie Francuzki i zaczęły buszować wśród wielkich, abstrakcyjnych płócien malowanych szerokim gestem. Przewalały sterty figuratywnych autobiograficznych rysunków z cyklu „Matka i dziecko”, malowanych jedną, płynną linią, techniką używaną w tradycyjnych muralach świątyń buddyjskich z XI wieku w Baganie, przypominającą linearne rysunki tuszem Matisse’a lub Picassa. W zachwycie kiwały głowami i odkładały na bok te, które najbardziej im się podobały. Gospodarz w milczeniu stał w kącie, patrząc na nie z twarzą doskonale obojętną.

W końcu pożegnały się i odjechały z niczym.

Zaraz po nich na patio wsunęła się lśniąca, biała limuzyna. Chudziutki kierowca o ciemnej skórze, w białych rękawiczkach, bezszelestnie otworzył drzwi, a z wnętrza wytoczył się ogromny grubas, obwieszony złotem, z białą twarzą, okrągłą jak księżyc w pełni, małymi, skośnymi oczami. Przy tym gigancie Aung Myint zmalał jakby jeszcze bardziej, jego ciało skuliło się i zgarbiło, ale zaczęło poruszać żwawiej, kiedy podreptał po szklankę wody dla grubasa. Przechodząc koło mnie, rzucił szeptem: „big boss”. Hierarchia uwidoczniła się jak na scenie: big boss swobodnie podał mi rękę jako pierwszej i władczym krokiem przemierzał przestrzeń, za nim zgięty wpół kuśtykał malarz, kierowca stał się niewidzialny. Patrząc na nieruchomą twarz Aung Myint, miałam wrażenie, że tylko jego ciało bierze udział w tym teatrze, jakby wyłącznie ono było obecne w tym wymiarze, a dusza przebywała zupełnie gdzie indziej.

Limuzyna odjechała i wróciliśmy do fotografowania. „Dla jakiej gazety robisz zdjęcia?” – zapytał. Powiedziałam, że jestem podróżującą fotografką i nie pracuję dla gazety, robię zdjęcia dla siebie, a w Birmie jestem po raz czwarty, bo ona mnie ciągle woła. Światło w ogrodzie było piękne. Jego postać wyglądała cudownie, a hipnotyzujące spojrzenie zabłysło, kiedy powiedział: „My, artyści, jesteśmy szaleni”.

Numer 3/2016

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2016.

Kup