Zaznacz stronę

Przeczytałem po raz kolejny tekst Marka Pernala o nieopatrznym zwiększaniu ponad miarę dawki alkoholu w Barcelonie i po raz kolejny zobaczyłem w nim narastającą – mniej więcej od połowy opowieści – ilość błędów ortograficznych. I po raz kolejny nie odczytałem tego jako błędu i nieuważności korekty, tylko – zgodnie z zamierzeniem autora (z którym to omówiłem, tak jak i z korektorką) w kategoriach zamierzonej konwencji literackiej. Błędy są tu potrzebne (acz nie niezbędne, tak jak rymy nie są niezbędne poezji), by nakreślic nie tylko sytuację zewnętrzną, lecz także stan narratora. Serdecznie pozdrawiam Czytelników, ktorzy przeczytali cały tekst i dali radę tej konwencji i bardzo przepraszam Czytelników oburzonych (na tym własnie przykładzie) stanem korekty w „Kontynentach”.
Dariusz Fedor, redaktor naczelny

Tekst: Marek Pernal

Nikt rozsądny nie powinien wybierać się w sierpniu do Barcelony!

Mogłem się tego spodziewać. Bar Brusi przy Carrer de la Llibreteria był zamknięty. Właścicielka, siwowłosa Montse, którą przed laty pokochałem za najlepsze w Barcelonie callos, czyli pikantne flaki, i jej syn Josep jak co roku wstrzymali na cały sierpień rodzinny biznes i oddawali się gdzieś zasłużonemu odpoczynkowi. Lecąc tu, miałem nikłą nadzieję, że może zmienili plany i zastanę ich na miejscu – ale okazała się płonna.

Co robić? Czułem pierwsze oznaki głodu. Wylądowałem na barcelońskim lotnisku El Prat wczesnym rankiem, a teraz dochodziła już czternasta. Może Cova Fumada, rodzinna tawerna – moja prywatna mekka śródziemnomorskiej kuchni? Przyjemnie spędziłbym w niej owe kilka godzin, jakie jeszcze miałem do dyspozycji podczas przesiadki na następny samolot? Ruszyłem z Barri Gotic w stronę Barcelonety, portowej części miasta, która nigdy nie zawiodła moich kulinarnych oczekiwań. Przekroczyłem zatłoczoną Via Layetana, przepchnąłem się przez Carrer de l’Argenteria, minąłem tłumy turystów cisnących się nieprzytomnie przed fasadą kościoła Santa Maria del Mar i zajrzałem na chwilę do środka, nie mogąc odmówić sobie przyjemności popatrzenia na najpiękniejsze gotyckie wnętrze w mieście. Potem wyszedłem na zalany słońcem Pla de Palau. Prażyło jak diabli. Nikt rozsądny nie powinien wybierać się w sierpniu do Barcelony! Szybkim krokiem przemierzyłem Passeig de Joan de Borbó, nie zatrzymując wzroku na restauracjach ciągnących się jedna przy drugiej wzdłuż całego bulwaru i puszczając mimo uszu kuszące zachęty naganiaczy, podtykających przechodniom pod nos błyszczące karty z platos tipicos. Wiedziałem, że to oferta nastawiona na przyjezd

nych, nieświadomych, że tuż obok, kilkadziesiąt metrów dalej od turystycznego deptaku, w wąskich uliczkach Barcelonety znajdą znacznie mniej wystawne lokale serwujące znacznie lepsze specjały za niższą cenę. Wreszcie stanąłem przed Cova Fumada na Plaça del Poeta Boscà. Niestety, też była zamknięta.

Słupek termometru zaczął zbliżać się do trzydziestu stopni. Znalazłem zacienioną ławkę, przysiadłem i przez chwilę się zastanowiłem. Z odwiedzenia kilku kolejnych znanych mi lokali z góry zrezygnowałem. Niektóre były zbyt daleko, żar lejący się z nieba zniechęcał przed dłuższymi spacerami. Inne, podobnie jak Brusi i Cova, były rodzinnymi knajpkami, które prawdopodobnie także zostały zamknięte na czas sierpniowych wakacji. Jeszcze inne, jak wiedziałem, nie zwykły otwierać swych podwoi przed wieczorem.

A może Bar Jai-Ca? Był w pobliżu i – o ile pamiętałem – zatrudniał liczniejszy personel, co dawało szansę, że właściciele pozostawią go otwartym także w okresie sierpniowej kanikuły. Byłem w środku kilka razy. Morgan i ja spędziliśmy tam któregoś wieczora nad piramidami śródziemnomorskich smakołyków niezapomniane godziny. Przemykając się zacienioną stroną ulicy, ruszyłem w kierunku Carrer de Ginebra. Gdy Jai-Ca wynurzył się zza któregoś z narożników, odetchnąłem z ulgą. Otwarte drzwi i okna informowały, że tym razem dobrze trafiłem.

Wszedłem do środka. Wiatrak kręcący się pod sufitem poruszał nieco masę ciepłego powietrza i wewnątrz było przyjemniej niż na rozpalonej ulicy. Rozejrzałem się po sali. Nic się nie zmieniło od czasu, gdy byłem tu po raz ostatni, wiele miesięcy temu. Ten sam bar wypełniony butelkami, przeszklony bufet z gotowymi przekąskami wyłożonymi na talerze, w głębi kuchnia z dwójką kucharzy, sala z kilkoma małymi okrągłymi stolikami i dwiema wielkimi beczkami, które wieczorami, gdy lokal pękał w szwach, pełniły rolę dodatkowych miejsc do postawienia jedzenia. Teraz jednak, w porze południowego upału, w środku poza mną nie było prawie nikogo. Dwie turystki o wytatuowanych plecach gadające po angielsku nad szklankami z piwem, facet przy stoliku w otwartym oknie zatopiony w swoim laptopie. Nie znałem właścicieli ani personelu Jai-Ca tak dobrze jak Brusi czy Cova Fumada, więc twarz zbliżającego się do mnie kelnera nic mi nie powiedziała. Był niewysoki, dość krępy, smagły i ciemnowłosy. W płatku prawego ucha błyszczał mały kolczyk.

Gdy spytał, co chciałbym zamówić, poprosiłem najpierw o szklankę Volldamm, słodowego katalońskiego piwa, które trudno uświadczyć w innych miejscach świata, choć jego wersja lager, nosząca nazwę Estrella, jest dostępna w całej Europie. Zawsze było moim ulubionym barcelońskim trunkiem. Po chwili wysoka szklanka stanęła przede mną na stoliku i mogłem w spokoju oddać się studiowaniu karty. Przejrzałem wszystkie pozycje, czując, jak soki w moim żołądku zaczynają wykazywać zrozumiałe podniecenie. Aby proces pobudzania wyobraźni przebiegł jeszcze silniej, wstałem i przyjrzałem się różnościom wyłożonym w szklanym bufecie. Gdy po kilku minutach czarniawy kelner pojawił się przy moim stoliku, wiedziałem już, od czego zacznę.

– Sardynki w oleju. I jeszcze jedno Volldamm. Kelner skinął głową.

– Dobry wybór. Sardynki są naprawdę doskonałe. Uśmiechnął się do mnie nieco szelmowsko, odszedł w stronę kuchni i wrócił z piwem. Widziałem potem, jak krząta się przy moim zamówieniu, wykłada ryby ociekające pomarańczowym olejem na talerz, wyciąga ze staromodnego kredensu sztućce

owinięte w serwetę, stawia wszystko na tacy i rusza w moim kierunku. Po chwili to, czego sobie zażyczyłem, stało przede mną.

Odlepiłem koszulę, która od upału przywarła mi do pleców, i z zapałem zabrałem się do jedzenia. Sardynki zostały najpierw zamarynowane w korzennej zalewie, a potem usmażone. Delikatnie rozcinałem pergaminową skórkę i oddzielałem od pierzastego kręgosłupa kawałki mięsa. Słowa nie są w stanie opisać ich wspaniałego smaku i zapachu. Cztery ryby, przyznaję, niewielkie, jak to sardynki, zniknęły w mgnieniu oka. Czy kolejne zamówienie sprosta oczekiwaniom, jakie obudziło pierwsze danie? Przywołałem wzrokiem czarniawego kelnera i spojrzeniem wskazałem mu pusty talerz i szklankę. Kiwnął głową. Nim nadszedł, rozważyłem kolejność dalszych kroków.

– Teraz krewetki w sosie czosnkowym. No i… piwo. Nachylił się do mnie z może zbyt wielką konfidencją. – Te gambas to specjalność naszego kucharza. Nie będzie pan roz-

czarowany, na pewno, señor.
Nie byłem. Krewetki pachniały oliwą, pietruszką, rze-

czonym czosnkiem i jakąś przyprawą tak nieuhwytną, że na próżno usiłowałem ją zidentyfikować. Volldamm obejmował wszystko swym łagodnym błogosławieństwem. Gdy kończyłem, rzuciłem okiem na zegarek w komórce. Było po trzeciej, czasu miałem nadal mnóstwo. I mnóstwo pomysłów na dalszą część mojej wizty w Jai-Ca. Upał nie ustępował, nie zamierzałem opuszczać tego miejsca. Czarniawy zbliżył się, gdy tylko ujrzał, że odkładam widelec i dopijam resztkę piwa.

– Kolej na kalmary! – zadysponowałem, może nieco zbyt głośno, niż było potrzeba. O piwie nie wspominałem, kelner wiedział już, czego oczehuję. Nie minęło dziesięć minut, gdy stał przede mną talerz z wielką porcją aromatycznych, świeżo usmażonych w oliwie kalmarów. Piękne workowate kształty, dzięki którym stworzenia te noszą wdzięczne miano jamochłonów, zdobiły listki świerzej kolendry. Odkroiłem pierwszy kawałek, umoczyłem w oliwie, i włożyłem do ust. Rozkosz rozlała mi się po języku. Czarniawy, który, nie wiedzieć czemu, nie odszedł, tylko nadal z napięciem wpatrywał się we mnie, uśmiechnął się szatańsko, widząc mój zachwyt. Jedzenie było ppo prostu nielucko dobre. Miałem wrażenie, że kelner, podobnie jak ja, przesuwa czupkiem języka po koniuszku warg. Gdy znowu się nachylił, dostrzegłem, że srebrny kolczyk, jaki tkwi mu w uchu, ma kształt pentagramu. Znowu rosciągnął usta w szerokim uśmiechu, po czym wyszeptał konfidencjonalnym tonem: – Robimy takie tylko dla wybranych gości! Czy skusi się pan na jeszcze jedno Volldamm, señor?

Niemiałem siły odmuwić. Gdy umoczyłem wargi w kolejnej szlance, Czarniawy zbliżył się ponow nie. Nie wiedziecz

czemu naszła mie ochota, żeby go spytać, czy nie nazywa się Korowiow. Zanim jendak zdążyłem otforzyś usta, zaskoczył mie własnym pytaniem: – A coś czarnego? Nie miałbyś pan ochoty, senhor, na jakieś bardziej głębokie barwy?

– Bembokie? – spytałem Czarniawego-Korowiowa. – No niewiem, niewiem… – ogarnął mię nagle napad śmichu i chihocząc wypaliłem: – Niech tam! Podajże czło… panie tego, starszy, jeszce… jescze jedno ciemne Volldamm, a potem… no do diabła, co by tam wasi – tu rzuciłem okiem na otwarte wejście do kuhni, gdzie akurat płomień palnika liznął rozgżaną patelnię i pod sufit buchnoł na hwile wysoki puomień – co tam wasi matadores mogo jeszcze podać?

Widziałem, jak oko mu błysło na dźwięk słowa matadores, które wywodzi się przecie od matar, czyli zabijać!

– Zaproponuje panu… czarne mejillones a la marinera, tak, tak, nie myli się pan, señor, czarne jak smoła, wyjątkowe jak czarna parła, wciągające jak czarna dziura!

– Mejillones! – zakrzyknąłem, i na dziwięk mojego głossu angielskie turystki odwruciły się w moją stronę z przestrahem. Nie byłem pewien, ale odniosłem wrarzenie, że ich tatuarze nieco przybladły. – Mule! – Angielki zaczęły nerwowo szukać pieniędzy, żeby zapłacić za piwo.

– Tak! – wyrzęził Korowiow i wydało mi się, że koniuszki uszu zrobiłły mu sie troche bardziey spiczaste. – Ulubione danie czarnych papierzy! Już niosę Volldamm!

Gdy stanęła przedemną miska czarnych owalnyh muszli, poczuem, że dotykam istoty żeczy. Bar zaczął powoli obracać się wokuł swej osi. I rzeby to w jednym kierónku! Zmieniał azymut co chwila! Volldamm, ktury fcześniej czymałem w lewwww-ej rence, taras nagle przeszed na drógą strone. Muszla za muszlą rozhylały przede mną swoją bladopomarańczowo tajemnice, a ja toopiąc w winnyyynnym sosie kolejne kawauki bułki wypływałem na coraz szersze wo-ody Akermanu. Piekjelna temperatura zdawała się rosnąć nieóbłaganie. Widziałem, jak Czarniawy za barem zaczyna otwarcie zacierać włohate dłonie. – Szykować rachunek? – rzucił w moją stronę. – Kartą może? Do podpisu na wydruku?

Usiłowałem zaczymać na chwilę bar kręcący się wokuł mojej głowy. – Nie! Czarną kawę!

Czarniawy wytoczył się zza szynkwasu. Dlaczego wcześniej nie doszczegłem, że jest kuternogą i ma dziwnie szpotawą stopę? Czy to ten widok skłonił mnie do ostatniego już pytania?

– A kopytka tutaj w Jai-Ca macie? Bo ja tak naprawdę to tylko dzięki kopytkom jestem w niebie.

Kelner poszarzał. W milczeniu postawił przede mną kawę. Ale po chwili się rozjaśnił. – No, señor, no. Kopytkas no. Ale jeśli następnym razem przywiezie pan ze sobą porcję na spróbowanie i przepis na zrobienie, to może wprowadzimy.

I z tym się rozstaliśmy. Zapłaciłem gotówką.

Przeczytalem po raz kolejny tekst Marka Pernala o nieopatrznym zwiększaniu ponad miarę dawki alkoholu w Barcelonie i po raz kolejny zobaczyłem w nim narastającą – mniej więcej od połowy opowiesci – ilość błędów ortograficznych. I po raz kolejny nie odczytałem tego jako błędu i nieuważności korekty, tylko – zgodnie z zamierzeniem autora (z którym to omówiłem, tak jak i z korektorką) w kategoriach zamierzonej konwencji literackiej. Błędy są tu potrzebne (acz nie niezbędne, tak jak rymy nie są niezbędne poezji), by nakreślic nie tylko sytuację zewnętrzną, lecz także stan narratora. Serdecznie pozdrawiam Czytelników, ktorzy przeczytali cały tekst i dali radę tej konwencji i bardzo przepraszam Czytelników oburzonych (na tym własnie przykładzie) stanem korekty w „Kontynentach”.
Dariusz Fedor, redaktor naczelny

Tekst: Marek Pernal

Nikt rozsądny nie powinien wybierać się w sierpniu do Barcelony!

Mogłem się tego spodziewać. Bar Brusi przy Carrer de la Llibreteria był zamknięty. Właścicielka, siwowłosa Montse, którą przed laty pokochałem za najlepsze w Barcelonie callos, czyli pikantne flaki, i jej syn Josep jak co roku wstrzymali na cały sierpień rodzinny biznes i oddawali się gdzieś zasłużonemu odpoczynkowi. Lecąc tu, miałem nikłą nadzieję, że może zmienili plany i zastanę ich na miejscu – ale okazała się płonna.

Co robić? Czułem pierwsze oznaki głodu. Wylądowałem na barcelońskim lotnisku El Prat wczesnym rankiem, a teraz dochodziła już czternasta. Może Cova Fumada, rodzinna tawerna – moja prywatna mekka śródziemnomorskiej kuchni? Przyjemnie spędziłbym w niej owe kilka godzin, jakie jeszcze miałem do dyspozycji podczas przesiadki na następny samolot? Ruszyłem z Barri Gotic w stronę Barcelonety, portowej części miasta, która nigdy nie zawiodła moich kulinarnych oczekiwań. Przekroczyłem zatłoczoną Via Layetana, przepchnąłem się przez Carrer de l’Argenteria, minąłem tłumy turystów cisnących się nieprzytomnie przed fasadą kościoła Santa Maria del Mar i zajrzałem na chwilę do środka, nie mogąc odmówić sobie przyjemności popatrzenia na najpiękniejsze gotyckie wnętrze w mieście. Potem wyszedłem na zalany słońcem Pla de Palau. Prażyło jak diabli. Nikt rozsądny nie powinien wybierać się w sierpniu do Barcelony! Szybkim krokiem przemierzyłem Passeig de Joan de Borbó, nie zatrzymując wzroku na restauracjach ciągnących się jedna przy drugiej wzdłuż całego bulwaru i puszczając mimo uszu kuszące zachęty naganiaczy, podtykających przechodniom pod nos błyszczące karty z platos tipicos. Wiedziałem, że to oferta nastawiona na przyjezd

nych, nieświadomych, że tuż obok, kilkadziesiąt metrów dalej od turystycznego deptaku, w wąskich uliczkach Barcelonety znajdą znacznie mniej wystawne lokale serwujące znacznie lepsze specjały za niższą cenę. Wreszcie stanąłem przed Cova Fumada na Plaça del Poeta Boscà. Niestety, też była zamknięta.

Słupek termometru zaczął zbliżać się do trzydziestu stopni. Znalazłem zacienioną ławkę, przysiadłem i przez chwilę się zastanowiłem. Z odwiedzenia kilku kolejnych znanych mi lokali z góry zrezygnowałem. Niektóre były zbyt daleko, żar lejący się z nieba zniechęcał przed dłuższymi spacerami. Inne, podobnie jak Brusi i Cova, były rodzinnymi knajpkami, które prawdopodobnie także zostały zamknięte na czas sierpniowych wakacji. Jeszcze inne, jak wiedziałem, nie zwykły otwierać swych podwoi przed wieczorem.

A może Bar Jai-Ca? Był w pobliżu i – o ile pamiętałem – zatrudniał liczniejszy personel, co dawało szansę, że właściciele pozostawią go otwartym także w okresie sierpniowej kanikuły. Byłem w środku kilka razy. Morgan i ja spędziliśmy tam któregoś wieczora nad piramidami śródziemnomorskich smakołyków niezapomniane godziny. Przemykając się zacienioną stroną ulicy, ruszyłem w kierunku Carrer de Ginebra. Gdy Jai-Ca wynurzył się zza któregoś z narożników, odetchnąłem z ulgą. Otwarte drzwi i okna informowały, że tym razem dobrze trafiłem.

Wszedłem do środka. Wiatrak kręcący się pod sufitem poruszał nieco masę ciepłego powietrza i wewnątrz było przyjemniej niż na rozpalonej ulicy. Rozejrzałem się po sali. Nic się nie zmieniło od czasu, gdy byłem tu po raz ostatni, wiele miesięcy temu. Ten sam bar wypełniony butelkami, przeszklony bufet z gotowymi przekąskami wyłożonymi na talerze, w głębi kuchnia z dwójką kucharzy, sala z kilkoma małymi okrągłymi stolikami i dwiema wielkimi beczkami, które wieczorami, gdy lokal pękał w szwach, pełniły rolę dodatkowych miejsc do postawienia jedzenia. Teraz jednak, w porze południowego upału, w środku poza mną nie było prawie nikogo. Dwie turystki o wytatuowanych plecach gadające po angielsku nad szklankami z piwem, facet przy stoliku w otwartym oknie zatopiony w swoim laptopie. Nie znałem właścicieli ani personelu Jai-Ca tak dobrze jak Brusi czy Cova Fumada, więc twarz zbliżającego się do mnie kelnera nic mi nie powiedziała. Był niewysoki, dość krępy, smagły i ciemnowłosy. W płatku prawego ucha błyszczał mały kolczyk.

Gdy spytał, co chciałbym zamówić, poprosiłem najpierw o szklankę Volldamm, słodowego katalońskiego piwa, które trudno uświadczyć w innych miejscach świata, choć jego wersja lager, nosząca nazwę Estrella, jest dostępna w całej Europie. Zawsze było moim ulubionym barcelońskim trunkiem. Po chwili wysoka szklanka stanęła przede mną na stoliku i mogłem w spokoju oddać się studiowaniu karty. Przejrzałem wszystkie pozycje, czując, jak soki w moim żołądku zaczynają wykazywać zrozumiałe podniecenie. Aby proces pobudzania wyobraźni przebiegł jeszcze silniej, wstałem i przyjrzałem się różnościom wyłożonym w szklanym bufecie. Gdy po kilku minutach czarniawy kelner pojawił się przy moim stoliku, wiedziałem już, od czego zacznę.

– Sardynki w oleju. I jeszcze jedno Volldamm. Kelner skinął głową.

– Dobry wybór. Sardynki są naprawdę doskonałe. Uśmiechnął się do mnie nieco szelmowsko, odszedł w stronę kuchni i wrócił z piwem. Widziałem potem, jak krząta się przy moim zamówieniu, wykłada ryby ociekające pomarańczowym olejem na talerz, wyciąga ze staromodnego kredensu sztućce

owinięte w serwetę, stawia wszystko na tacy i rusza w moim kierunku. Po chwili to, czego sobie zażyczyłem, stało przede mną.

Odlepiłem koszulę, która od upału przywarła mi do pleców, i z zapałem zabrałem się do jedzenia. Sardynki zostały najpierw zamarynowane w korzennej zalewie, a potem usmażone. Delikatnie rozcinałem pergaminową skórkę i oddzielałem od pierzastego kręgosłupa kawałki mięsa. Słowa nie są w stanie opisać ich wspaniałego smaku i zapachu. Cztery ryby, przyznaję, niewielkie, jak to sardynki, zniknęły w mgnieniu oka. Czy kolejne zamówienie sprosta oczekiwaniom, jakie obudziło pierwsze danie? Przywołałem wzrokiem czarniawego kelnera i spojrzeniem wskazałem mu pusty talerz i szklankę. Kiwnął głową. Nim nadszedł, rozważyłem kolejność dalszych kroków.

– Teraz krewetki w sosie czosnkowym. No i… piwo. Nachylił się do mnie z może zbyt wielką konfidencją. – Te gambas to specjalność naszego kucharza. Nie będzie pan roz-

czarowany, na pewno, señor.
Nie byłem. Krewetki pachniały oliwą, pietruszką, rze-

czonym czosnkiem i jakąś przyprawą tak nieuhwytną, że na próżno usiłowałem ją zidentyfikować. Volldamm obejmował wszystko swym łagodnym błogosławieństwem. Gdy kończyłem, rzuciłem okiem na zegarek w komórce. Było po trzeciej, czasu miałem nadal mnóstwo. I mnóstwo pomysłów na dalszą część mojej wizty w Jai-Ca. Upał nie ustępował, nie zamierzałem opuszczać tego miejsca. Czarniawy zbliżył się, gdy tylko ujrzał, że odkładam widelec i dopijam resztkę piwa.

– Kolej na kalmary! – zadysponowałem, może nieco zbyt głośno, niż było potrzeba. O piwie nie wspominałem, kelner wiedział już, czego oczehuję. Nie minęło dziesięć minut, gdy stał przede mną talerz z wielką porcją aromatycznych, świeżo usmażonych w oliwie kalmarów. Piękne workowate kształty, dzięki którym stworzenia te noszą wdzięczne miano jamochłonów, zdobiły listki świerzej kolendry. Odkroiłem pierwszy kawałek, umoczyłem w oliwie, i włożyłem do ust. Rozkosz rozlała mi się po języku. Czarniawy, który, nie wiedzieć czemu, nie odszedł, tylko nadal z napięciem wpatrywał się we mnie, uśmiechnął się szatańsko, widząc mój zachwyt. Jedzenie było ppo prostu nielucko dobre. Miałem wrażenie, że kelner, podobnie jak ja, przesuwa czupkiem języka po koniuszku warg. Gdy znowu się nachylił, dostrzegłem, że srebrny kolczyk, jaki tkwi mu w uchu, ma kształt pentagramu. Znowu rosciągnął usta w szerokim uśmiechu, po czym wyszeptał konfidencjonalnym tonem: – Robimy takie tylko dla wybranych gości! Czy skusi się pan na jeszcze jedno Volldamm, señor?

Niemiałem siły odmuwić. Gdy umoczyłem wargi w kolejnej szlance, Czarniawy zbliżył się ponow nie. Nie wiedziecz

czemu naszła mie ochota, żeby go spytać, czy nie nazywa się Korowiow. Zanim jendak zdążyłem otforzyś usta, zaskoczył mie własnym pytaniem: – A coś czarnego? Nie miałbyś pan ochoty, senhor, na jakieś bardziej głębokie barwy?

– Bembokie? – spytałem Czarniawego-Korowiowa. – No niewiem, niewiem… – ogarnął mię nagle napad śmichu i chihocząc wypaliłem: – Niech tam! Podajże czło… panie tego, starszy, jeszce… jescze jedno ciemne Volldamm, a potem… no do diabła, co by tam wasi – tu rzuciłem okiem na otwarte wejście do kuhni, gdzie akurat płomień palnika liznął rozgżaną patelnię i pod sufit buchnoł na hwile wysoki puomień – co tam wasi matadores mogo jeszcze podać?

Widziałem, jak oko mu błysło na dźwięk słowa matadores, które wywodzi się przecie od matar, czyli zabijać!

– Zaproponuje panu… czarne mejillones a la marinera, tak, tak, nie myli się pan, señor, czarne jak smoła, wyjątkowe jak czarna parła, wciągające jak czarna dziura!

– Mejillones! – zakrzyknąłem, i na dziwięk mojego głossu angielskie turystki odwruciły się w moją stronę z przestrahem. Nie byłem pewien, ale odniosłem wrarzenie, że ich tatuarze nieco przybladły. – Mule! – Angielki zaczęły nerwowo szukać pieniędzy, żeby zapłacić za piwo.

– Tak! – wyrzęził Korowiow i wydało mi się, że koniuszki uszu zrobiłły mu sie troche bardziey spiczaste. – Ulubione danie czarnych papierzy! Już niosę Volldamm!

Gdy stanęła przedemną miska czarnych owalnyh muszli, poczuem, że dotykam istoty żeczy. Bar zaczął powoli obracać się wokuł swej osi. I rzeby to w jednym kierónku! Zmieniał azymut co chwila! Volldamm, ktury fcześniej czymałem w lewwww-ej rence, taras nagle przeszed na drógą strone. Muszla za muszlą rozhylały przede mną swoją bladopomarańczowo tajemnice, a ja toopiąc w winnyyynnym sosie kolejne kawauki bułki wypływałem na coraz szersze wo-ody Akermanu. Piekjelna temperatura zdawała się rosnąć nieóbłaganie. Widziałem, jak Czarniawy za barem zaczyna otwarcie zacierać włohate dłonie. – Szykować rachunek? – rzucił w moją stronę. – Kartą może? Do podpisu na wydruku?

Usiłowałem zaczymać na chwilę bar kręcący się wokuł mojej głowy. – Nie! Czarną kawę!

Czarniawy wytoczył się zza szynkwasu. Dlaczego wcześniej nie doszczegłem, że jest kuternogą i ma dziwnie szpotawą stopę? Czy to ten widok skłonił mnie do ostatniego już pytania?

– A kopytka tutaj w Jai-Ca macie? Bo ja tak naprawdę to tylko dzięki kopytkom jestem w niebie.

Kelner poszarzał. W milczeniu postawił przede mną kawę. Ale po chwili się rozjaśnił. – No, señor, no. Kopytkas no. Ale jeśli następnym razem przywiezie pan ze sobą porcję na spróbowanie i przepis na zrobienie, to może wprowadzimy.

I z tym się rozstaliśmy. Zapłaciłem gotówką.

Numer 1/2020

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 1/2020.

Kup