Tekst i zdjęcie: Jerzy Chociłowski

Rozdział pierwszy, w którym będzie mowa o tym, że nie należy upijać się Bali, o cudzie na bagnach, innym świecie za cieśniną, nagich biustach, hippisach i erozji turystycznej oraz związanych z nią niepokojach, że któregoś dnia wszystko, co oryginalne, wyparuje z wyspy jak woda z imbryka

Nie żałowano Bali confetti poetyckich komplementów: Oblubienica bogów, Wyspa wieczystego uśmiechu, Klejnot tropików, Kraina bogów i demonów, Okruch raju, Wyspa dziesięciu tysięcy świątyń, Ostatni raj, Rajska wyspa. Nehru nazwał ją ładnie – Porankiem świata. Jest powiedzenie, że ludzie dzielą się na tych, którzy byli na Bali, i tych, którzy marzą, żeby tam pojechać. Na ogół każdy wraca stamtąd z mniejszą lub większą zadrą sentymentalną, na wielu rzuciła czar, przykuwając ich na zawsze do siebie.

Świat, jaki mógłby być

Zdarzają się jednak wyjątki. Pamiętam, rozmawiałem kiedyś w Sajgonie z dziennikarzem francuskim, który wrócił właśnie z urlopu na Bali i wcale nie zdradzał objawów typowej pobalijskiej euforii.

– Całe to gadanie o raju na Bali jest bzdurą – powiedział. – Nie ma żadnego raju. Paryż jest cudownym miastem dla turysty, który spędza tam parę dni czy tydzień, dla paryżanina, który w nim musi żyć, jest koszmarem. Podobnie nikt z Balijczyków nie uważa, że jest mieszkańcem raju. To złudzenie sfabrykowali kiedyś Europejczycy, przejęli je później Amerykanie, dziś poddają mu się Japończycy, którzy są Amerykanami Azji, Australijczycy, którzy się nudzą wśród swoich owiec, Singapurczycy, którzy się duszą na swoich 600 kilometrach kwadratowych, i rozmaici inni ludzie, którzy mają pieniądze, ale orientują się, że pieniądze to jeszcze nie wszystko.

– Tak czy owak ta fascynacja istnieje przecież dość długo. Coś w tym chyba musi być? Skąd się to bierze?

– Właśnie z popytu na taki arkadyjski krajobraz ze snów, taki wymarzony pejzaż: słońce, śmiech, spokojne życie bez trosk… Świat, jaki mógłby być. Każdemu śni się od czasu do czasu taki ogródek szczęścia, a Bali to nic innego, jak żywy kwiat z wyśnionego ogrodu.

– Więc jednak ten kwiat żyje?

– W pewnym sensie tak. Prawdą jest bowiem, że Bali to nie tylko morze, złociste plaże, palmy i uśmiechnięte panienki w spódniczkach z rafii, jak na przykład Tahiti, z której zrobiono cyrk dla turystycznego pospólstwa. Bali to także styl i sposób życia Balijczyków. Ich pasje artystyczne, ciągłe świętowanie, wesołe pogrzeby, tańce na dziedzińcach świątyń, nocne spektakle teatru marionetek, gracja kobiet…

– To jest obraz – ciągnął dziennikarz – który może zrobić wrażenie, tym bardziej że przyroda daje mu efektowne ramy: wulkany, jeziora, zachody słońca nad oceanem, dużo kwiatów, rozpusta zieleni.

– Czyli jest to jednak niezwykłe miejsce?

– Na pewno Bali jest wyspą z charakterem. Ale nie należy się nią upijać. Oglądana na trzeźwo, z dystansem, jest ciekawsza i prawdziwsza. To rada na wypadek, gdyby pan tam się znalazł.

[…]

Po długiej jeździe korytarzem asfaltowej szosy, w zieleni nagrzanej słońcem, w zapachu pól i drzew Denpasar jest trochę jak śledź podany na wety. Miasto jest zakurzone, nieporządne, bez wyrazu. Główna ulica Gajah Mada wydaje się całkowicie należeć do chińskich sklepikarzy, którzy sprzedają wszystko: złoto, ciastka, czajniki, a nawet naszą żubrówkę w butelkach 3/4 litra za 1,6 tysiąca rupii (około 4 dolarów). Sprzedają także kasety z nagraniami rozmaitych przebojów, przesłuchiwanych nieustannie przez młodocianych klientów, wskutek czego po kilkadziesiąt razy dziennie rozlega się na przykład melodia z filmu „Love Story”. Pojedynczo i w stadłach kręcą się wszędzie hippisi w poszukiwaniu miejsc, gdzie dałoby się jak najwięcej zjeść za możliwie najmniejsze pieniądze. Na szczęście dla nich gastronomia na Bali, podobnie zresztą jak prawie w całej Indonezji, jest ogródkiem nieźle zagospodarowanym. W byle jadłodajni lista dań składa się z kilkudziesięciu pozycji, w lepszych lokalach sięga kilkuset. W znanej z dobrego jedzenia, ale całkiem zwyczajnej restauracji Selera w Denpasarze naliczyłem w karcie dwadzieścia dziewięć zup (w tym z płetw rekina à 4 dolary), potraw mięsnych w różnych kombinacjach jarzynowych było czterdzieści trzy, dań na bazie klusek i makaronu – dziewiętnaście, ryżu – jedenaście, rozmaite frutti di mare, kraby, krewetki, steki rybne etc., plus jarzyny reprezentowane były przez dwadzieścia trzy utwory kulinarne.

Restauracje również należą do dżentelmenów o nazwiskach Kwong Ching czy Eng San-tong. Krążą tam natrętni jak moskity handlarze seryjnych produktów sztuki balijskiej: rzeźb, malowideł, krisów, masek, obscenicznych figurek, kościanej biżuterii.

Siedemdziesięciotysięczny Denpasar to na szczęście jeszcze nie Bangkok ani nawet Dżakarta. Pierwszym miastem Bali jest zresztą dopiero od roku 1953. Przedtem, od czasów holenderskich, stolicą była Singaraja, port w północnej części wyspy. W Denpasarze nie ma burdelików, zamaskowanych szyldami łaźni parowych, ani kabaretów, barów, kasyn gry, salonów z automatami hazardowymi. Zaraz po zmierzchu miasto cichnie, ciemnieje i zapada w miły, prowincjonalny letarg. Jasno oświetlony jest tylko pasar malam (nocny bazar) przy jalan Sulawesi, gdzie w mało higieniczny sposób można zjeść bardzo smaczne rzeczy, jak na przykład ryż z siekanymi krewetkami i cebulą albo kraby ze szparagami. Można tam również okazyjnie nabyć koszulę o rękawach niejednakowej długości, prawie nową walizkę i oszkloną ramkę z formułkami pańcza sila. Trochę ruchu jest także przy kinach, obwieszonych wielkimi płótnami reklamowych bohomazów. Na jednym strzela z pistoletu czarny jak sadza Sydney Poitier w niebieskiej marynarce, na innych Clint Eastwood zaprasza uprzejmie na dwie godziny grozy, a Bruce Lee rozprawia się z gangsterami.

Najśmieszniejsze (czy może najsmutniejsze) jest to, że ogromna większość Balijczyków nie bardzo zdaje sobie sprawę, iż obraz świata białych ludzi, ściślej: obraz Zachodu, jaki otrzymuje za pośrednictwem filmów, hippisów, kasetowej muzyki i wycieczek starych Amerykanek, to karykatura. I odwrotnie: to, co oglądają przybysze z Zachodu na Bali, jest także na ich użytek wulgarnie spłaszczone, pokryte tandetnym makijażem. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim tych, którzy z grubym portfelem w kieszeni przekraczają bramy jednej z hotelowych „świątyń kultu turystycznego”.

Katedrą wśród tych „świątyń” jest hotel Bali Beach w nadmorskiej miejscowości Sanur pod Denpasarem. Ta dziesięciopiętrowa, raczej szpetna w swej banalnej pudełkowatości filia Intercontinentalu była pierwszym (rok ukończenia budowy – 1966) budynkiem na wyspie mającym więcej niż cztery piętra. Tysiącosobowy batalion pracowników hotelu robi wszystko, by goście czuli się jak w inkubatorze. W ogrodzie jest basen z wieżyczką ratownika, przy leżakach stoją gongi, które wystarczy trącić młotkiem, by zjawił się rozradowany kelner. Kto ma pragnienie, nie musi fatygować się do baru: trunki i napoje są rozwożone ozdobnymi dwukołowymi bryczuszkami o nazwie dokar, miniaturkami tych, które zaprzężone w małe koniki krążą jako dorożki po ulicach Denpasaru. Można wynająć prau, dwupływakową łódź żaglową, można popłynąć ku rafom koralowym, nurkować z płetwami, łowić ryby i fotografować żółwie, odbywać przejażdżki łodzią o szklanym dnie. Jeśli komuś nie chce się wsiadać do klimatyzowanego autokaru, by obejrzeć w którejś z wiosek choreograficzne specjalności balijskie – taniec kecak czy barong – ma pokazy na miejscu. Bufet wliczony jest w cenę biletu.

[…]

Przestrzeń między dwoma biegunami lenistwa: hippisów i lokatorów hotelu Bali Beach, wypełniona jest tysiącami turystów mających ambicje przyjrzenia się wyspie nieco dokładniej. I to właśnie ta gęsta, ruchliwa masa przepłukująca codziennie wioski i miasteczka wyspy żłobi podobno najgłębsze bruzdy w „rajskiej” powłoce Bali.

Piszę „podobno”, albowiem zdania na temat wpływu, jaki wywiera na Bali potop turystyczny, są mimo wszystko podzielone.

Są tacy, którzy na przykład powiadają, że jeśli chodzi o wyspę, to druga wojna światowa miała dla Bali tę dobrą stronę, iż zahamowała lawinę turystów i opóźniła na jakiś czas nieuchronny rozkład kultury balijskiej.

Jednakże wśród tych, którzy pamiętają dawną Bali, jeszcze względnie mało skażoną zanieczyszczeniami cywilizacji, przeważają raczej pesymiści. Spotkałem Australijczyka, który stęskniony za wyspą, odwiedził ją ponownie po ośmiu latach i przyglądał się ze zgrozą rojom hałaśliwych gości hotelu Bali Beach. „Tę budę trzeba natychmiast wysadzić w powietrze!” – jęknął. Zreflektowawszy się, dodał: „Ale co to da? Oni i tak prędzej czy później zamordują tę wyspę, czyż nie?”.

To „mordowanie” trwa już dobrych kilkadziesiąt lat i lamenty na ten temat właściwie nigdy nie ustają. Oto, co pisał na przykład warszawski tygodnik ilustrowany „As” w jednym z numerów z 1935 roku: „Coraz częściej rajski spokój zakłóca warkot motorów i gwar obcych dźwięków, coraz częściej o ścianę puszczy uderza chrapliwy głos radia i gramofonu. Bali poczyna się cywilizować. Poczyna nabierać kultury. Czy kultury?”.

Pytanie nie od rzeczy. Kiedy się dziś jeździ po Bali, nietrudno o materiał do niewesołych refleksji. Mniejsza już o hałas. Jakże śmiesznie brzmią te narzekania sprzed czterdziestu lat na „chrapliwy” głos radia w epoce agresji tranzystorów i motocykli Yamaha. Są znacznie dotkliwsze szkody. Oto komercjalizacja sztuki jest faktem dokonanym, powstanie warstwy ludzi-sępów żywiących się turystycznym mięsem – też. Do środowiska młodzieży zakradło się zjawisko zwane sombong. Tak określa się kogoś, kto bezmyślnie małpuje zachodni styl życia. Podobno coraz częstsze są kradzieże, podczas gdy dawniej można się było nie martwić o zostawiony przed domem rower. Dzieci masowo uprawiają rodzaj sportowego żebractwa. Bezczelnemu wyciągnięciu rączki towarzyszy od razu wyznaczenie wysokości jałmużny: Give me one dollar! (Daj dolara!).

Co innego jednak dzieci, a co innego, gdy podobnie postępują dorośli. Któregoś dnia wybrałem się autobusem do wsi Sempidi niedaleko Denpasaru. Były akurat żniwa i na polach żęto, młócono i przesiewano ryż. Idąc groblą między poletkami, przypatrywałem się pracującym wieśniakom. Raz po raz ktoś przerywał swe zajęcie, wołając: Ada uang? Ada rokok? (Są pieniądze? Są papierosy?). Od czasu do czasu padało sakramentalne: Give me one dollar! Kiedy otwierałem aparat fotograficzny, domagano się opłaty za każde zdjęcie.

A przecież nikt z tych ludzi nie potrzebował w rzeczywistości wsparcia. Z pewnością nie byli bogaczami, ale też nie sprawiali wrażenia, że głód zagląda im w oczy. Zdemoralizowali ich po prostu turyści, dla których ten jeden dolar jest jak marchewka dawana małpom w zoo. Sempidi, wioseczka zresztą dość pospolita, nie jest wcale jakimś skandalicznym wyjątkiem. Gdzie indziej bywa podobnie, toteż coraz więcej jest niespokojnych głosów, że trzeba coś szybko zrobić, aby uchronić wyspę od degrengolady.

Miguel Covarrubias, malarz meksykański, jeszcze w latach trzydziestych przepowiadał posępnie, że Balijczycy przekształcą się z czasem w niewolników obsługujących z małpimi grymasami turystów jako kierowcy, kelnerzy, przewodnicy, najemni tancerze, modele fotograficzne. „Bali to nie martwa ruina – padają argumenty – którą można ogrodzić i pokazywać za pieniądze. Nie jest to również wielomilionowe miasto, jak Rzym czy Paryż, które może wchłonąć tłumy turystów i zachować swą indywidualność. Bali to żywa, autentyczna, unikatowa kultura egzystująca na malutkim okrawku ziemi, która pozbawiona pomocy, będzie nadal kaleczona, aż umrze”.

Jerzy Chociłowski, Bali – kwiat z ogrodu snów

Przeczytałeś/aś fragment książki Jerzego Chociłowski Bali – kwiat z ogrodu snów

Kup