Zaznacz stronę

Tekst: Mateusz Waligóra;
Zdjęcia: Alina Kondrat;

Opisywanie wędrówki cyframi to barbarzyństwo. Moja droga to nie kilometry, tylko emocje: smutek, cierpienie i ból, ale też radość, szczęście i spokój

 JAJKA: 2 września 2019, Wrocław, Polska

Kuśtykam szukając w kuchni przedmiotu, który wydaje określony dźwięk – zbliżony do krótkiego chrupnięcia. Otwieram lodówkę, znajduję jajka. Tłukę jedno z nich i… bingo! Miażdżona skorupka wydaje dokładnie taki sam dźwięk, jak pękająca kość piętowa. Teraz już wiem, jak mam to opisać.

KONIEC: 30 czerwca 2019, Wyspa Incahuasi, Salar de Uyuni, Boliwia

Wyspa Incahuasi tak naprawdę nie jest żadną wyspą, choć łudząco taką przypomina. Może była podwodnym wzniesieniem, gdy andyjski płaskowyż Altiplano wypełniało olbrzymie jezioro Ballivián? Może, ale to było w plejstocenie, teraz zaś zbiorowisko skał porastają kępy ostrej trawy i tysiącletnie kaktusy. Gdy stając na jej szczycie rozejrzysz się wokół, oślepi cię biel rozciągająca się po horyzont. Poczujesz się tak, jakbyś był na niewielkiej wysepce pośród morza soli i pewnie stąd ta nazwa: Isla Incahuasi, co znaczy „Dom Inki”.

            W szarości przedświtu stawiam ostrożnie kolejne kroki, klucząc między skałami wyspy. Jestem słaby, jeszcze przedwczoraj leżałem przecież pod kroplówką w niewielkim punkcie medycznym w miasteczku Uyuni, czując, jak z każdą kolejną kroplą w moje myśli powraca optymizm. Wykaraskałem się z choroby wysokościowej, a zakażenie bakteriami salmonelli zwalczam antybiotykiem – co złego może mnie jeszcze spotkKURRRRWWWWWWWA MAĆ! Lewa stopa wykręca mi się w niekontrolowany sposób. Słyszę wyraźne chrupnięcie, takie jak… jakby ktoś w pobliżu jednym mocnym uderzeniem zmiażdżył skorupkę jajka. Ból jest ogromny, ale jestem w stanie go wytrzymać, choć (tak między nami dodam, że) cieszę się, że poranne sikanie mam już za sobą. Stopa niemal natychmiast zaczyna puchnąć. Tak wiele razy w trudnych momentach swojego życia szukałem oparcia w słowach innych ludzi. Jestem zażenowany tym, że jedyne słowa, które odnalazłem na szczycie swych werbalnych możliwości to syczane przez zęby bluzgi. Miałem mocne nogi i głowę. Zabrakło szczęścia. 

DEMONY | PROLOG: 11 luty 2015 Andy Południowe. Argentyna

Pochłania mnie obezwładniającą bezradność, gdy wysoko w Andach na moich rękach umiera człowiek. W tym samym momencie, w którym zdaję sobie sprawę z tego, że to koniec, głowę wypełnia mi pustka, a wszystkie zrodzone w niej myśli odbijają się nieznośnym, głuchym echem. Nie znaliśmy się dobrze, czuję jednak, że wraz z nim odeszła też jakaś ważna część mnie. 

Przez kolejne tygodnie miotam się w bezsilności. Czy mogłem zrobić cokolwiek, by nie umarł? Czy lekarz, który był wówczas przy nas, nie popełnił błędu?  Czy ja nie popełniłem błędu? Te i wiele innych „czy” ciągną się w nieskończoność. Wypełniają wszystkie pozbawione snu noce, aż do momentu, gdy zastępuje je ostateczne: „dlaczego?”. Dlaczego odszedł? Resuscytacja na niemal siedmiu tysiącach metrów nad poziomem morza nie mogła skończyć się powodzeniem. Nie mogła?

Pięć miesięcy później stawiam pierwsze kroki na solnej pustyni Salar de Uyuni w Boliwii. Czy próba zrozumienia i okiełznania swych strachów przez odosobnienie i marsz jest dobrym wyjściem? Nie wiem. Nie mam nic do stracenia, więc idę.

EMOCJE | SALAR 1.0: 27 czerwca 2015, Colchani, Salar de Uyuni, Boliwia

Przejście największej solnej pustyni na świecie – to brzmi brawurowo, choć trasa liczy ledwie 150 kilometrów w linii prostej. Zawsze uważałem opisywanie wędrówki cyframi za barbarzyństwo. Te 150 kilometrów to przecież niezliczona ilość emocji: smutek, cierpienie i ból, ale też radość, szczęście i spokój. To właśnie z emocji, jak z maleńkich atomów składają się moje wędrówki. Czasem muszę się rozpaść, by dzięki drodze odbudować się na nowo. Wyruszyłem na Salar de Uyuni nie po to, by przeżyć coś ekstremalnego. Potrzebowałem raczej ciszy, która pozwoliłaby mi pogodzić się ze stratą i odnaleźć równowagę.

Gdy po siedmiu dniach marszu przez kompletną pustkę dotarłem do niewielkiej wioski Colchani, na powrót oswoiłem się z sobą. Jednocześnie poczułem też coś w rodzaju beznadziejnego zadurzenia. Wiedziałem już wtedy, że z pustyniami zawsze będzie łączyć mnie szczególna więź. I że jeszcze nie raz wrócę na Salar de Uyuni.

POKORA: 12 listopada 2018, Wrocław, Polska

Deszcz zacina o szyby, rozpraszając myśli, które próbuję spisać na kartce. Jeszcze niewiele ponad miesiąc temu maszerowałem przez Gobi. A teraz? Staram się nie zwariować od nadmiaru otaczających mnie bodźców. Gdy krople nareszcie ustają, powraca bezcenna cisza. To w niej notuję te słowa: „Pustyni nie można pokonać. Można ją przejść, jeśli ma się mocne nogi i głowę, dobry sprzęt i dużo szczęścia. Można, ale tylko wtedy, gdy sama na to pozwoli”. 

CISZA: 24 czerwca 2019, Salar de Uyuni, Boliwia

Po czterech latach znów jestem w Llica – niewielkiej wiosce położonej na zachodnich obrzeżach Salar de Uyuni. Tak jak za pierwszym razem, tak i teraz mam ze sobą aluminiowy wózek z biwakowym sprzętem, który umożliwia przetrwanie w temperaturach spadających do -20 stopni Celsjusza oraz zapasami żywności i wody. Llica w ciągu tych lat nie zmieniła się w najmniejszym stopniu, pewnie nigdy się nie zmieni – tak jak wszystkie wioski w zapomnianych przez Boga i ludzi miejscach. Może to i dobrze?

Tym razem nie jestem sam. Alina ze swoimi 170 centymetrami wzrostu (w kapeluszu) nie sprawia wrażenia „fotografa do zadań specjalnych”, ale to tylko pozory, bo w przeszłości pracowała w tak wymagających miejscach, jak lasy deszczowe Tasmanii, góry Kirgistanu, czy mongolska tajga. Łączy nas cel i obawy, choć te akurat mają inne źródło. Alina boi się głównie o to, jak delikatny filmowy sprzęt poradzi sobie z niskimi temperaturami i czy wyjdzie obronną ręką ze spotkania z wszechobecną solą. Ja zaś najbardziej boję się tego, po co tu przyjechaliśmy – dokumentalnego filmu opowiadającego o emocjach towarzyszących chodzeniu przez pustynie. Bo to przecież nieraz emocje skrajnie intymne, którymi dzielę się z innymi po uprzedniej filtracji. Czy Alina z tym całym hałasem migawek i dronów nie zaburzy tak cenionej przeze mnie pustynnej ciszy? Rozterki te wracają do mnie regularnie, także wtedy, gdy w Llica na grubo przed wschodem słońca po raz pierwszy pakujemy wózek, przygotowując się do wyjścia. Przypominam sobie słowa norweskiego polarnika Erlinga Kagge: „Cisza jest raczej ideą. Odczuciem. Wyobrażeniem. Otaczająca cię cisza może mnóstwo w sobie zawierać, lecz mnie najbardziej interesuje ta cisza, która jest we mnie. Cisza, którą w pewnym sensie tworzę sam. Dlatego nie szukam już wokół siebie ciszy absolutnej”. Gdy stawiam pierwsze kroki, czując za sobą opór wózka, jestem spokojny i gotów na spotkanie: z sobą, Aliną i pustynią.

Wiele faktów związanych z Salar de Uyuni potrafi wywrzeć wrażenie: to największe solnisko świata, jeden z najbardziej płaskich obszarów na Ziemi, a latem, gdy w okresie boliwijskiego lata pokrywa go cieniutka warstwa wody, także największe naturalne lustro na naszej planecie. Dla mnie niezmiennie najbardziej przytłaczająca pozostaje jednak jego przestrzeń i surowość krajobrazu – brak jakichkolwiek bodźców przykuwających uwagę, tylko ta cienka linia horyzontu oddzielająca od siebie dwa kolory i dwa światy: błękit nieba i biel trzeszczącej pod stopami soli.

W ciągu pierwszych godzin marszu nie potrafię uwolnić się od wspomnień sprzed czterech lat. Przemierzałem już Salar de Uyuni na rowerze i w samochodzie terenowym, ale dopiero marsz pozwala mi doświadczać tego miejsca w pełni: chłodu wiatru, oślepiającego słońca, a nawet faktury powierzchni, która za względu na pokrywające ją heksagonalne kształty zbudowane z soli sprawia, że ciągnięcie podskakującego na nich wózka nie należy do przyjemności. Dla Aliny to pierwsze kroki w Ameryce Południowej, dzięki czemu na wiele rzeczy mogę spojrzeć z innego punktu widzenia i coś, co zdawało się dla mnie oczywiste, nagle nabiera zupełnie nowej świeżości. Odkrywanie tej wyjątkowej pustyni na powrót sprawia mi wielką radość, choć byłem tu już tak wiele razy.

Po 25 kilometrach od wyruszenia rozkładamy namiot. Starannie zabezpieczam wszystkie odciągi gwoźdźmi wbijanymi w twardą jak beton powierzchnię soli – pomimo tego, iż wykonano je ze stali, wchodzą pod powierzchnię na niewiele więcej niż dwa centymetry, a następnie zaczynają wyginać się jakby ulepiono je z plasteliny. Jeśli w nocy przyjdzie burza lub huraganowy wiatr, który w tej części świata wcale nie są rzadkością, namiot stanowić będzie nasze jedyne schronienie.

Po zmroku zachęcam Alinę, by pomimo sporego mrozu wyszła z namiotu i zobaczyła najpiękniejszą Drogę Mleczną, pod jaką kiedykolwiek przyszło jej biwakować. Gdy wraca słyszę tylko: „W Mongolii robiła na mnie większe wrażenie”. Jeszcze zmieni zdanie.

 

DRGAWKI: 25 czerwca 2019, Salar de Uyuni, Boliwia

Nad ranem nie czuję się najlepiej. Kaszlę, a krótki oddech sprawia, że wszystkie czynności związane z pakowaniem przychodzą mi z trudem. Salar de Uyuni położony jest na wielkim andyjskim płaskowyżu – Altiplano, na wysokości przekraczającej 3500 metrów n.p.m. Aby bezpiecznie przebywać na takiej wysokości, należy się do niej zaaklimatyzować poprzez powolne przyzwyczajanie organizmu do funkcjonowania z mniejszą ilością tlenu zawartego w powietrzu. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, bazując na wielu miesiącach spędzonych w górach wysokich. Znam też swój organizm i jego dobre możliwości adaptacyjne, dlatego sytuacja ta tym bardziej staje się dla mnie niepokojąca. Rozwiązanie zagadki następuje kilka godzin później, gdy marsz co rusz zaczynają przerywać problemy żołądkowe. Wszystko jasne – zarażony bakteriami organizm skupia swoje siły na ich zwalczaniu, jednocześnie przestając się aklimatyzować.

Pomimo przeciwności udaje nam się przejść 20 kilometrów. Gdy leżę w puchowym śpiworze, moje ciało zaczyna drżeć, a ja nie potrafię nad nim zapanować. Już wiem, że nad ranem musimy wrócić do Uyuni. Alina, zamykając wejście do namiotu, zerka na niebo: „Wiesz co, masz rację – to najpiękniejsza Droga Mleczna, jaką widziałam w życiu”. Może mówi tak, by mnie pocieszyć?

TRUDNOŚCI: 26–28 czerwca 2019, Uyuni, Boliwia

Noc nie przynosi ukojenia, więc dzwonię po transport, który zabiera nas do szpitala w Uyuni. Alina jest naprawdę dzielna – bez mrugnięcia okiem filmuje moment, w którym pielęgniarki wielokrotnie próbują wkłuć się w jakąkolwiek żyłę, by pobrać krew do badań. Gdy kończę oddychać tlenem z butli, w gabinecie obok lekarz zna już wyniki – zarażenie salmonellą. Kolejne dwa dni, choć także stanowią część przygody, chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Po kilku bezskutecznych rozmowach z firmą ubezpieczeniową, w końcu udaje się umieścić mnie na oddziale niewielkiego punktu medycznego, gdzie podają mi kroplówkę. W bezradności pocieszam się słowami Sir Ernesta Shackletona: „Trudności są niczym więcej jak rzeczami, które trzeba przetrwać”. Teraz najbardziej potrzebuję siły.

 SIŁA: 29 czerwca 2019, Wyspa Incahuasi, Salar de Uyuni, Boliwia

Nigdy nie byłem mocarzem. Największa siła, którą posiadam, to siła woli, choć i ona w zbyt stężonej dawce bywa szkodliwa i wyprowadza na manowce. Pomimo osłabienia nie potrafię usiedzieć w miejscu, a już na pewno nie w zimnym, pokrytym kurzem Uyuni. Może dlatego decyzja o powrocie na pustynię wydaje mi się jedynym rozsądnym wyborem? W południe jesteśmy już w autobusie przecinającym bezkres soli. Wysiadamy na niewielkiej wyspie położonej pośrodku Salar de Uyuni.

Znów wszystko jest na swoim miejscu – dokładnie tak pomyślałem, patrząc w niezliczoną ilość gwiazd zdających się być na wyciągnięcie ręki. Migocą tak hipnotyzująco, że nie jestem w stanie oderwać od nich wzroku. Czasem któraś spadnie, ciągnąc za sobą długi ogon. Jakie mam życzenie? Nic specjalnego: mocne nogi i głowa oraz nieco szczęścia.

Numer 3/2019

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 3/2019.

Kup