Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Piotr Mojżyszek;

Wróciłem kolejny raz. Musiałem. Wystarałem się o pozwolenie na pobyt, diamonitirion, w wyznaczonym dniu wcześnie rano stawiłem się w porcie i popłynąłem

Kobiety
Kamienny stożek wciśnięty między drzewa stał zaraz przy ścieżce. Miał tylko wąskie wejście. Bałem się zajrzeć. Chwilę się wahałem, a jak ktoś będzie w środku? Na całym półwyspie jest ich ponoć dwieście, większość na samym końcu cypla, na wypalonym słońcem kamienistym płaskowyżu nazywanym przez mnichów „pustynia”. W całym basenie Morza Śródziemnego tak się kiedyś budowało.

Po prostu układało się kamienie jeden na drugim, bez żadnego spoiwa. Budowla zwężała się u góry i kamienie, opierając się o siebie, tworzyły schronienie. We Włoszech tak budowali pasterze, swoje szałasy nazywali trulli. Mnisi mówią na nie isichastirion – samotnia, pustelnia, odosobnienie. Jednak nie wszedłem.

Przyroda ma tu jakąś pierwotną moc. Tak jak puszcza, która zostawiona w spokoju przez człowieka wytwarza swój mikroklimat i magię. Ostatnie próby okiełznania tutejszej zieleni podjęli na początku XI wieku pasterze wołoscy. I gdyby tu pozostali, to pewnie półwysep wyglądałby teraz jak nasze Bieszczady. Piękne połoniny oblepiałyby góry, zdradzając ich kształty. Drzewa dawno wykarczowane, owce równałyby trawę. Jednak wygrała słabość. Mnisi nie mogli się oprzeć urokowi kobiet towarzyszących pasterzom, pasterzy więc przegnano. Cesarz wydał w 1060 r. złoty edykt, który orzekał, że „Kobieta jest tworem nieczystym”, i zabraniał wstępu na Athos wszystkim istotom płci żeńskiej. Tak jest do dzisiaj, już od niemal tysiąca lat. Przyroda odzyskała więc ostatecznie swój ląd, a mnisi dużo się musieli natrudzić, żeby wydeptać gęstą pajęczynę ścieżek w tym labiryncie.

Do góry
Piękne górskie trakty oplatające półwysep funkcjonują do dziś. Jednym z nich ruszyłem na Świętą Górę jeszcze długo przed świtem ze skiti Agias Annas – osady świętej Anny. To kawał drogi, trzeba wspiąć się z poziomu morza na ponad dwa tysiące metrów. Ale chciałem popatrzeć na wszystko to z góry, ze szczytu. Niebo było czyste, świeciły gwiazdy – pamiętam, bo zatrzymałem się na chwilę pod kaplicą i czekałem na mnicha, który miał mi przynieść oliwki i chleb na drogę. W środku trwały już modlitwy, daleko niosły się polifoniczne śpiewy i dym kadzidła. Potem, już wyżej, w lesie, ucichło. Moment wschodu słońca to magiczny znak dla przyrody. Nagle ptaki zaczynają szaleć, kwiaty się otwierają, unoszą się zapachy. Przeciąłem stary bukowy las, minąłem kamienną pustelnię i wyszedłem na sam kraniec półwyspu. Usiadłem i musiałem zmrużyć powieki, żeby przez słońce zobaczyć klify i błyszczące fale. Sergieja minąłem kawał drogi przed szczytem, jego sutanna była zupełnie przepocona.

Tu już nie ma drzew. Szlak trawersuje między poszarpanymi skałami, idzie się w słońcu.

Sergiej niósł kawał skały, już kilka dni tak się wspinał. Przyjechał z Rosji, żeby dołożyć swój kamień do budowy kaplicy na szczycie. Taka pielgrzymka, tłumaczył.

U góry ogromna przestrzeń. Zieleń pocięta plątaniną ścieżek i dróg. Tylko miejscami przebijają się konstrukcje klasztorów. Wyglądają krucho, przytłoczone gęstwiną. Wystają jakoś nierealnie, powykręcane i kolorowe. Wziąłem ze sobą do plastikowej butelki białe wino. Popijałem, schowany w cieniu, i zastanawiałem się, jak oni to budowali? Zawieszone nad przepaściami architektoniczne cuda. Musieli pracować solidnie. Materiały pewnie dostarczali na osłach i wspinali się na skały po drewnianych rusztowaniach, żeby układać kolejne warstwy kamieni. Wszystko rękami. I tak latami. Sprawdzałem i nie znalazłem żadnych opisów, nie odnalazłem też w antropologicznych opracowaniach informacji o farbach. Przecież te freski mają kilkaset lat i dalej świecą kolorami. Na zewnątrz wystawione na słońce, wiatr, deszcz, śnieg, mróz. W środku okopcone dymem świec i oliwnych lamp. A jednak ciągle opowiadają biblijne historie. W literaturze znajduję przypuszczenia, albo lakoniczne stwierdzenia, że receptura farb do dziś pozostaje sekretem.

Dzwon zabrzmiał potężnie i jakoś obco na tym szczycie. Uderzył w uszy. Sergiej doszedł w końcu do kaplicy na samej górze i ryczy. Całym sobą. Jakby coś wyszło z niego. Rzucił gdzieś ten kamień i teraz śpiewa na całe gardło psalmy. Nie wiedziałem, że trzeba zadzwonić w tej kaplicy. Wstałem i poszedłem, podobno każdy musi.

Trapezaria
Spędzić noc na szczycie Athos, to musi być przeżycie. Widać oświetlone nadmorskie bulwary na sąsiednich palcach Chalkidiki. Kassandra i Sithonia wieczorami tętnią życiem, u góry słychać muzykę. Wyspy falują światłami na morzu, przy dobrej pogodzie można dostrzec nawet żółte smugi dalekiego Pilionu. A w dole półwysep mnichów będzie spokojnie tonąć w ciemności i ciszy.

Dopiero przed świtem zaczynają się modlitwy. W godzinach lepiej tego nie określać, bo można się pogubić. Czas bowiem liczony jest tu inaczej, każdy klasztor ma swoje podejście. Głównie używa się kalendarza juliańskiego, a godziny biją zgodnie z bizantyjską tradycją. I tak w jednych klasztorach za południe uważa się moment wschodu słońca, w innych zaś zachodu. Do tego jeszcze dochodzą przesunięcia czasu zimowego i letniego. Robi się bałagan i wszystko to sprawia, że czas świętego półwyspu jest przesunięty od trzech do siedmiu godzin w stosunku do czasu świeckiego. Ostatecznie i tak nigdy nie wiadomo, która jest godzina, i to jest piękne. Wtedy jednak wszystkie dylematy rozwiązują wiszące w klasztorach zegary. Są dwa. Jeden pokazuje nasz czas, drugi ich. Czas święty i czas świecki. W Kavsokalivia liczą chyba jednak od wschodu słońca, bo na moim zegarku była trzecia nad ranem, kiedy wyciągnęli mnie z łóżka. Po dodaniu tych przesuniętych godzin oni mieli już chyba ósmą – to pora na śniadanie i modlitwy. Dostałem więc duży kubek wina, trochę suchego chleba i oliwki na tacy. Zjedliśmy w zupełnej ciszy. W cerkwi patrzyłem w sufit. Od trzeciej do siódmej – mojego czasu. Gdy o siódmej wzeszło słońce, dla mnichów było to południe. Śpiewali.

Nie rozumiałem słów, ale mnisi są mistrzami polifonii. Melodia sama prowadzi i po prostu czujesz te dźwięki. Na zewnątrz jeszcze ciemności. Poustawiane przy ikonostasie świece rozświetlały ciepłym światłem freski. Po tym porannym winie stwierdziłem, że nie ma lepszej pory i lepszego miejsca, żeby patrzeć do góry i podziwiać te dzieła. Po nabożeństwie każdy miał trochę czasu dla siebie. Potem wszyscy razem poszliśmy na obiad do trapezarii. O dziewiątej naszego czasu mnich na swoim zegarku ma czternastą. Dziwnie je się obiad o dziewiątej rano, dzień ma inny rytm.

Stół to po grecku trapezi. Je się zatem w trapezariach – długich salach, z półkolistym sklepieniem. Całych pokrytych freskami. Wzrok krąży, ucieka w górę i śledzi biblijne opowieści. Dopiero dzwonek wyrywa z tego zawieszenia. Jeden z mnichów uderza w gong i zaczyna czytać żywoty świętych, wtedy można zacząć jeść. Jedzenie proste, postne. Żadnego mięsa, a ryba tylko na największe święta. Dają to, co uprawiają w swoich ogrodach i sadach. Oliwki, ziemniaki, kapustę, pomidory albo fasolę. Chleb mnisi wyrabiają sami, do tego gruszka i dzbanek wody, czasem wina. Smakuje, bo nie ma nic innego. Potem drugi dzwonek i koniec jedzenia. Wkładam szybko do kieszeni jabłko i resztę chleba, żeby było na drogę.

Rodzynki
– Dzień dzielimy na trzy części po osiem godzin. Osiem godzin dla Boga, czyli modlitwy w cerkwi, czytanie pism, pisanie ikon, śpiewanie psalmów. Drugie osiem na pracę. Uprawy, mycie garów, pielęgnowanie ogrodów, gotowanie, łowienie ryb. Każdy ma przydzielone zadania na cały rok. A ostatnie osiem mamy dla siebie. Na odpoczynek, pranie, sen – wytłumaczył mi przy obiedzie Michalis, nowicjusz. On jest tu od roku. Wcześniej prowadził rodzinny hotel na wyspie. W ciągu dwóch lat zmarli mu ojciec, matka i siostra – został sam. Zostawił wszystko, zabrał tylko plecak i przyjechał tu. Każdy ma inny powód, mówi.

Po co przyjeżdżają tu mnisi? A pielgrzymi – czego szukają? I czy to pielgrzymi, czy turyści? Zastanawiałem się nad motywacjami, gdy widziałem ich z telefonami. Młodzi palili papierosy gdzieś z boku i grali. Starsi siedzieli w zbiorowych salach na łóżkach z tabletami i oglądali filmiki na YouTubie. Jorgos mówił, że przyjeżdża co roku, żeby pogadać ze swoim popem. Tłumaczył, że wielu Greków ma tu swoich duchowych przewodników. Jak pojawią się kłopoty w życiu, albo trzeba podjąć ważną decyzję, to przyjeżdżają i pytają, co robić.

Zastanawiałem się też w serbskim klasztorze Chilandar. Ojciec Simoneo otworzył pierwsze drzwi, potem drugie, weszliśmy po schodach. Kolejne drzwi, zamki. Długa sala, w końcu drzwi ostatnie. Zupełnie ciemno. Załączył lampy, przyklęknął i przeżegnał się kilka razy. Potem delikatnie otworzył gablotę. XII wiek, poczerniały po bokach kawałek drewna, delikatny i kruchy. Ale kolory mocne, żywe. W ciszy przyglądaliśmy się złotej zamyślonej twarzy z długimi włosami i brodą.

– Koło cerkwi mamy 800-letni krzew winorośli, widziałeś? – spytał, kiedy schodziliśmy po schodach na dziedziniec. – Wina z tego krzewu nie robimy, zbieramy owoce i suszymy. Po te rodzynki przyjeżdżają młodzi z całego świata, bo działają cuda – tłumaczył. – To najlepsze lekarstwo na bezpłodność.

Rifat poszukuje
Wieki mijają, a Athos trwa. Pustelnicy osiedlali się tu w jaskiniach już pod koniec VII wieku. Mnich Atanazjusz pierwszy klasztor – Megistis Lavras – zaczął budować prawdopodobnie w 963 r. Potem w kolejnych wiekach powstawały następne. Ponoć w najlepszym okresie było ich czterdzieści i w każdym mieszkało tysiąc prawosławnych mnichów. Dzisiaj kilka tysięcy mnichów z całego świata żyje w dwudziestu klasztorach. Oprócz tego wspólnoty zamieszkują osady zwane skitia i małe gospodarstwa rolne – kellia. Są jeszcze pustelnicy.

Athos przetrwał pirackie najazdy, podczas których grabiono klasztory, okres panowania tureckiego, pożary i susze. Potem były jeszcze greckie ruchy wolnościowe w XIX w. i potężny kryzys ruchu monastycznego w latach 60. XX w. Kiedy w 1963 r. zakonnicy święcili tysiąclecie swoich klasztorów, w założonym przez Gruzinów ogromnym Ivironie mieszkało chyba z trzech wiekowych mnichów. Wszystko się rozpadało. Minęło pięćdziesiąt lat i dzisiaj Iviron znów prężnie działa. Kiedy tam docieram nadmorską ścieżką popołudniem, w ogrodzie pracuje kilka osób. Inni zwożą starym traktorem jabłka z sadu, na dziedzińcu jest gwarno.

Wieczorem nie mogłem spać, poszedłem na spacer. Rifat z Albanii przyjechał dwa tygodnie temu. Też nie mógł zasnąć, kręcił się nerwowo po placu i palił papierosy w ukryciu. Spytał, czy też przyjechałem tu szukać pracy. On chodził od klasztoru do klasztoru i prosił. Mówił, że zatrudniają pracowników fizycznych do ciężkich prac. – Sami mnisi już nie dają rady z odnawianiem budynków, przyjmowaniem pielgrzymów, uprawami. Za duży ruch, i zatrudniają Albańczyków. Dostajesz pokój i tysiąc euro miesięcznie – tłumaczył mi na schodach cerkwi. Widziałem ich potem w porcie Vatopediou. Mieszkali w małym domku i po południu robili grilla. Zapach smażonego mięsa roznosił się daleko.

Czaszka
Archondaris to mnich, który opiekuje się pielgrzymami. Zazwyczaj przynosi w małej szklaneczce tsipouro – mocny winogronowy destylat z dodatkiem anyżu i loukoumades – orzechową galaretkę. Albo po prostu mówi, że cię tu nie chce. On decyduje, czy możesz zostać w klasztorze i gdzie będziesz spał. Zostać można zawsze tylko na jedną noc, potem musisz iść dalej. Winogronowa rakija dobrze robi. Cały dzień szedłem wschodnim, nieuczęszczanym szlakiem. Z klasztoru Stavronikíta do Esfigmenou. Sam, nie spotkałem nikogo. Po drodze w środku lasu minąłem wyschnięte źródło z wodą, w małym zagłębieniu ułożona była ludzka czaszka. Chwilę tam postałem i zastanawiałem się, czyja, kto i po co ją tu położył. Poszedłem dalej, bo w klasztorze trzeba być przed zmrokiem. Potem zamykają bramy i zostaje się z dzikami na zewnątrz.

Rano obierałem ziemniaki z nowicjuszami. Mówili mi, że słabnie pobożność świata. Ostatnio zrobiono wyjątek od cesarskiego edyktu i wpuszczono kotki na półwysep, bo podobno lepiej łapią myszy. Nowicjusze mają przed sobą jeszcze długą drogę: mycie garów, pranie, sprzątanie i łowienie ryb, nim staną się pełnoprawnymi mnichami. Pewnie do tego czasu posiwieją im brody i poskręcają się czupryny. Mówili, że podobno radio też już w którymś klasztorze pogrywa. Obierałem i zastanawiałem się, czy kiedyś odpuszczą. Czy Athos stanie się skansenem klasztornego średniowiecza? Mówili, że jak to skończymy, to trzeba iść zbierać pomarańcze.

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup