Zaznacz stronę

Tekst:  Andrzej Paradysz

Rozdział: Czerniowce–Seret

Przyznaję, że niewiele wiem o Czerniowcach. Wjazd do miasta odczułem, bo zaczęło telepać całym autobusem. Już wiem, że kierowcy nie żartowali, mówiąc o jakości drogi w Czerniowcach. Uspokajali, abym się nie martwił, mam bowiem dobry rower. Nawierzchnia głównej ulicy w mieście liczącym ok. 260 tys. ludności doprawdy ma zapewne rodowód austriacki. Kamienna kostka z dziurami jak te na Księżycu jest mało optymistyczna, jeśli idzie o jazdę na rowerze.

Okazało się, że dwa aniołki wysiadają w tym mieście. Studiują kulturoznawstwo i wracają z wymiany studenckiej na Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Doskonale. Opowiadam nieco o sobie, a one w zamian o mieście. Jedziemy przez centrum. Pokazują ratusz, a na lewo najładniejszą ulicę – Kobylańską, gdzie jest Dom Polski. Dodam, że Olga Kobylańska to znana feministyczna pisarka bukowińska. Tłumaczą także, jak mniej więcej dojechać do Czerniowieckiego Uniwersytetu Narodowego im. Jurija Fedkowycza. Będę musiał jednak wrócić parę kilometrów z dworca pod ratusz.

Wysiadamy. Kierowca pomaga z rowerem i zaprasza mnie na zapiekankę. Jest bardzo miły i skłonny do pomocy. Cieszę się, ponieważ nie bardzo wiem, co się dzieje. Podbiega jakieś chłopisko, proponuje transport autobusem do Suczawy. Odjazd po siódmej, a przyjechaliśmy punktualnie o szóstej. Niesamowite. Tłumaczę swojemu kierowcy, że chciałbym zwiedzić miasto. Poszedł na dworzec sam dopytać, o której jest kolejny autobus. Uprzedza, bym nie zostawiał roweru. Kręci się wokół trochę matackich typków. Jest spore zainteresowanie moją machiną i tym, co na niej. Pytam kierowcy, jacy są tutaj ludzie. Ten uśmiecha się, kręci głową i mówi: Różni, tak jak wszędzie. Żegnam się z moim dobroczyńcą i ruszam w stronę ratusza.

Próbuję z początku jechać po „drodze”, ale przejechanie kilku kilometrów zajęłoby wieczność. Długa, prosta ulica przypomina z większej odległości korę bukowego drzewa74. W wielu miejscach poszarpaną, poranioną i nadgryzioną przez korniki, szkodniki, w tym ludzi. Ci w imię odwiecznie dopełniających się aktów tworzenia i niszczenia wzbogacają nawierzchnię o nieregularne, pozbawione ładu wyrwy, zbyt często wyrastające z, wydawałoby się jednolitej, kamiennej układanki okraszonej monumentalnymi krawężnikami. Mimo ich obecności wybieram jazdę po chodniku. Wokół nie ma wielu ludzi, ale widać miasto powoli budzi się do życia. Zaczynam odnosić wrażenie, że do niego nie pasuję. Moja bryczka i sakwy błyszczą niczym złoto. Wszystko wokół mocno nadgryzione przez niejeden ząb czasu. Tylko sam ja i to, co moje, takie nietknięte, nowe, dziewicze i jakby nieco w tym wszystkim zagubione, przez co doskonale widoczne. Przyznaję, to miasto nie jest dla mnie, za dużo tu linii wysokiego napięcia, czuję się, jakbym był trybikiem ogromnej fabryki. Trudno przez to wszystko dostrzec błękitne niebo. Mam nieodparte wrażenie, że jestem jakimś egzotycznym okazem, podziwianym niczym zwierzę w zoo w żelazną klatkę spowite. Zaiste, zwracam na siebie zbyt dużą uwagę. Zaczepia mnie zalotnie prostytutka. Odmawiam.

Po ok. kilometrze mijam prawosławny Sobór Zstąpienia Ducha Świętego w kolorze różowawym, choć nie amarantowym. Katedrę wzniesiono w latach 1844–1864, za panowania Habsburgów. W 1961 roku została zamknięta, a część wewnętrznej ekspozycji uległa zniszczeniu. W latach 70. stanowiła magazyn papierniczy. Świątynia została udostępniona wiernym w 1989 roku. W 2006 zaś obok wzniesiono pomnik metropolity Bukowiny – Eugeniusza, dzięki któremu doszło do sfinalizowania budowy tego kościoła.

Dojeżdżam do błękitnego ratusza o eleganckiej, nieprzekombinowanej fasadzie ze skromnymi zdobieniami, bez widocznego blichtru. Drogi się rozchodzą we wszystkie strony. Po prawej – najpiękniejsza aleja w Czerniowcach. Kobylańska wyłożona jest kamienną kostką, taką jak droga główna. Przynajmniej nie ma księżycowych dziur, bo nie poruszają się po niej samochody. Skręcam na lewo w poszukiwaniu uniwersytetu. Widzę krępego, łysego i starszego ode mnie mężczyznę w ciemnych okularach. Pytam o drogę, ten burknąwszy coś, zbliża się do mnie zdecydowanie za bardzo i ściąga okulary. Widzę jego obłąkańcze oczy, a w nich – bezkresną pustkę. Przestraszyłem się, ponieważ z pewnością ma coś na sumieniu. Jego spojrzenie zapamiętam do końca życia. Demoniczny wzrok delikwenta, który jakby nigdy nie spał, otępiały i pozbawiony choćby krzty ciepła. Już myślałem, że mam kłopoty, a ten załapał i mówi: Da uniwersytet. – Pokazuje prosto. Dzięki Bogu. Możliwe, że wędrowny filozof ukraiński Hryhorij Skoworoda, którego nauki Jan Paweł II postrzegał jako głęboko przeniknięte duchem chrześcijaństwa, również spotykał tego rodzaju osobników, skoro uważał, że człowiek ma dwie natury – „duchową” i „potworną”.

Podjeżdżam pod bramę główną. Na teren uniwersytetu nie mogę wprowadzić roweru. Jest zakaz – upomina mnie strażnik. Na szybko, obawiając się utraty środka transportu, robię zdjęcia budynkom uniwersyteckim. Kiedyś była tu rezydencja prawosławnych metropolitów Bukowiny i Dalmacji. Obiekt od 2011 roku wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wygląda rzeczywiście majestatycznie. Podziwiam go jednak krótko. Biorę rower i w drogę, a raczej w nogi. Czuję się jak dziecko błądzące we mgle.

Zajeżdżam błyskawicznie na aleję Kobylańską. Robię migawki i mijam nieziemsko piękną kobietę, która pozuje, jak się okazuje, wysokiemu brodaczowi z długimi włosami. To Sergey Akhremenko, fotograf, artysta i aktor, a jego supermodelką jest Anastasia Brichka – aktorka. Oczywiście robię zdjęcia temu cudowi natury. Upajam się jej uśmiechem, dającym ukojenie niczym powiew letniego wiatru w upalny dzień. Jej spojrzenie, namiętne i dzikie, nieokiełznane, zaprasza do gry zmysłów, obiecuje niezapomnianą przygodę. A moje wnętrze się gotuje. Ciśnienie rośnie i coraz trudniej nad nim zapanować, ale w jaki sposób tu zagadać? No cóż, koniec końców, w ferworze podniecenia nieudolnie powtarzam: Wow, beautiful. W odpowiedzi słyszę jedynie niewinny, niemal dziecięcy śmiech.

Opowiadam o planach i skąd się wziąłem. Fotograf Sergey robi ze mną kilka zdjęć i zaprasza na FB. Proszę o fotki z Nastią, niesamowicie urodziwą donną o wełniastych, lwich włosach i mongolskich rysach twarzy, czyli idealnym ucieleśnieniem wschodniego piękna. Oboje grali role aktorskie w serialu ukraińskiego reżysera Siergieja Skobuna pt. Legenda Karpat – Легенда Карпат z roku 2016. Występowali obok Mariji Jaremczuk i lidera grupy rockowej Druga Rzeka Valery’ego Harchishina. Serial jest ekranizacją legendy opowiadającej o ukraińskim bojowniku i bohaterze huculskim Ołeksie Dowbuszu. Kierował on ruchem wyzwolenia karpackich rebeliantów w XVIII wieku. Był wykształcony, biegle pisał i czytał, ale okradał bogatych i rozdawał biednym. Domagał się sprawiedliwości społecznej i sprzeciwiał wyzyskowi chłopów. Przemierzał Karpaty z watahą zbójów. Okradali kupców, mordowali mieszczan, podobno gwałcili polskie kobiety. Oficjalne źródła podają, że Dowbusz zwany Doboszem został zastrzelony w 1745 roku przez Stepana Dzwińczuka. Legendy mówią, że poszło o kobietę Stepana. Kiedy Dobosz zginął zastrzelony ze strzelby srebrnym nabojem (inne się go nie imały), wpakowano jego ciało na wóz i przewieziono przez wsie do Kołomyi. Następnie wystawiono jego zwłoki na widok publiczny w ratuszu. Znany polski poeta August Bielowski napisał Dumkę o Doboszu na podstawie ukraińskiej ludowej melodii. Sergey jest autorem zdjęć do filmu pt. Legenda Karpat. Według jednego z artykułów dziennikarskich artysta nie uważa siebie za „rybaka dusz”, ale jest przekonany – jego fotografie są w stanie tworzyć lepszy świat, a ludzie – są zmuszeni do myślenia. Ukończył wydział biologii jako specjalista od roślin szklarniowych. Początkowo pracował przy kwiatach oraz czyszczeniu basenów. Pewnego dnia żona owinęła mu kanapki w kawałek gazety, na którym była oferta pracy dla fotografa w studio „Mark”. Sergey ją przeczytał i postanowił się zgłosić. W taki oto sposób został fotografem. Uważa, że nie jest to zwyczajny zawód, ale filozofia życia, mająca na celu uczynienie tego świata lepszym.

Przeczytałeś/aś fragment książki

Anioły i demony na Bukowinie. Rowerem na pograniczu kultur, Andrzej Paradysz, wyd. Novae Res