Zaznacz stronę

Tekst i zdjęcia: Piotr Milewski;

Wyjazd z Tokio
W autokarze, który późnym wieczorem wyruszył z tokijskiej alei Yaesu i miał przed sobą siedemset kilometrów drogi, zasypiałem i budziłem się na przemian, więc to, co udało mi się zapamiętać, przypomina rozrzucone fotografie: jaskrawe neony Tokio, które zdawało się nie pamiętać o wezwaniu do oszczędzania energii, światełka miast tańczące w ciemnościach, wschodząca pomarańczem tarcza gdzieś w środkowym Tōhoku, Morioka o pustych ulicach i skwerach wciąż jeszcze pogrążonych we śnie, majestatyczna góra Iwate skryta za płaszczem ciemnych chmur, zieleń pól ryżowych kwadrans później, gdy Iwate-san był już tylko sennym wspomnieniem, spacerowicze na rogatkach Hachinohe z psami, które próbowały się wyrwać i popędzić w chaszcze, wreszcie słońce, jakiego się na dalekiej północy nie spodziewałem – ostre i wszędobylskie.

A nie było jeszcze dziewiątej rano.

Poranek w Aomori
Przed dworcem w Aomori kręciła się garstka podróżnych, zupełnie jakbym trafił na tę porę dnia, gdy ci, którzy mieli wyjść z domów, już to dawno zrobili, a ci, co nie mieli zamiaru wychodzić na dwór, cieszyli się ciszą w swoich domach. Na prowincji, nieważne czy w Japonii, Zambii czy Islandii, dzień zaczyna się wcześniej niż w stolicy, wcześniej się też zresztą kończy.

Pustawy pociąg osobowy podwiózł mnie jeden przystanek do nowej stacji Shin-Aomori. Skinieniem głowy pożegnałem staruszka o okrągłej twarzy i załzawionych oczach, który przypatrywał mi się przez te pięć minut jazdy, dosłownie przeszywając mnie wzrokiem, a przy tym ani trochę nie reagował na moje spojrzenia, uśmiechy i próby zwrócenia uwagi. Czułem się tak, jakby wyciągnął mą duszę i bardzo uważnie, zdanie po zdaniu czytał zapisany w niej tekst. Tu, na północy, nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia. Zwykły robotnik może być szamanem, a gospodyni domowa mieć regularny kontakt z zaświatami.

Wypożyczalnię samochodów otwarto niedawno i wciąż lśniła nowością. Chętnych do wynajęcia środka transportu było niewielu, więc pracownik – żwawy mężczyzna po pięćdziesiątce – powitał mnie prawie jak zbawcę.

– Ma pan szczęście. Ostatnie trzy dni strasznie wiało i wszyscy szykowali się na nadejście tajfunu. A dziś pogoda jak się patrzy.

Na pierwszy rzut oka Aomori niczym nie różniło się od innych prowincjonalnych miejscowości wyspy Honsiu – wysokie hotele wokół dworca, okazałe i posępne gmachy urzędu prefekturalnego i miejskiego ośrodka kultury, a poza tym niskie, kilkupiętrowe kamienice czynszowe, stawiane na pewno nie z myślą o walorach artystycznych i długim trwaniu, oraz domki jednorodzinne – stłoczone ponad miarę, mimo że ziemi było tu pod dostatkiem i nie była ona droga – o dachach z blachy lub eternitu, świadczące o tym, iż nie mieszkają w nich krezusi. A mimo to Aomori miało swój urok, biły z niego naturalny spokój i powolność, tak trudne do odnalezienia w stolicy i większości miast równiny Kantō.

Droga na Półwysep Shimokita
Przez miasto prowadziła aleja, którą pamiętałem z samotnego marszu sprzed sześciu lat. Wyglądała tak, jakby ktoś w miejskiej zabudowie wykarczował prosty, nieproporcjonalnie szeroki trakt biegnący ze wschodu na zachód. Dopiero za miastem szosa nabrała właściwych miejscu rozmiarów, prowadząc przez zielone wzgórza przewiercone krótkimi tunelami, a potem tocząc się już brzegiem zatoki, coraz dalej na północ, przez osady rybackie o tej porze niemal wyludnione, o ubogich, choć solidnych, drewnianych domach stłoczonych blisko siebie dla ochrony przed wiatrem, przed którymi rdzewiał złom i części zamienne do kutrów. Mijały mnie prawie wyłącznie ciężarówki chłodnie śpieszące ze świeżym połowem do miasta.

Od czasu do czasu na poboczu mignęła sylwetka zgiętej wpół staruszki, której twarz skrywał kapelusz z długim daszkiem i obwiązana wokół głowy biała chusta spleciona w supeł pod dolną szczęką.

 

Popołudnie w świątyni Bodai-ji
Za Mutsu, o którym trudno cokolwiek powiedzieć poza tym, że było, droga zwęziła się jeszcze bardziej i zaczęła wspinać ostrymi zakrętami w górę. W jednej chwili otoczyła mnie gęsta i ciemna zieleń starych cedrów o grubych i tak wysokich pniach, że aby dojrzeć ich wierzchołki, musiałem mocno wyginać szyję. Powietrze ochłodziło się. Zapachniała żywica. Na poboczach uśmiechały się figurki boddhisatwów okutane w białe chusty i czerwone pelerynki. Wyłaniały się zza krzewów co kilkadziesiąt metrów, jakby za mną biegły, i myśl ta przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Zwykle chronią one podróżnych przed złem, ale tym razem ich uśmieszki nie wydawały mi się szczere. Wkrótce zauważyłem, że również kamienne słupy drogowe ubrane były w karminowe czapeczki. Szosa zaczęła opadać i po chwili stoczyła się w płaską dolinę. Przez otwarte okno do samochodu wpadł siarczany zapach, tak ostry i przenikliwy, że aż zakręciło mi się w głowie, a gdy wziąłem szybki drugi oddech, poczułem się jeszcze gorzej. Po lewej ręce skrzyła się wodna tafla o barwie spłowiałego błękitu, a na poboczu po prawej, w otoczonych jaskrawożółtymi kołnierzami kałużach, bulgotała wrząca siarka.

Tuż obok rzeka Sanzu – japoński Styks – płynęła leniwie w wylanym z betonu korycie i dopiero gdy odbiłem w bok, beton ustąpił kamienistej niecce. Obok szosy wznosił się stromy most. Wetknięte w dno jeziora postrzępione żerdzie prowadziły wzrok w dal ku wzgórzom i niebu, pozwalając po raz ostatni nacieszyć się ziemskim widokiem i pomarzyć o niebiańskich rozkoszach. Tu zaczynało się japońskie piekło. Osorezan. Góra Strachu.

Działo się to około 1200 lat temu. Czcigodnemu En’ninowi, wtedy jeszcze pobierającemu nauki buddyjskie w Chinach, przyśnił się wielki mistrz, który kazał mu po powrocie do domu odbyć pielgrzymkę na wschód kraju.

Po trzydziestu dniach wędrówki od Kioto miał En’nin odnaleźć święte miejsce i wyciosać tam statuetkę boddhisatwy Jizō. Po powrocie do Yamato mnich wyruszył w drogę i wytrwale przedzierał się przez nieznane krainy, aż trafił na Półwysep Shimokita. Tu odnalazł dolinę otoczoną przez osiem szczytów reprezentujących osiem płatków lotosu ze stu ośmioma kałużami bulgoczącego wrzątku odpowiadającymi liczbie grzechów i pokus buddyjskiego kanonu. (Co za niesamowita zbieżność liczb! Nie miałem zamiaru ani liczyć wzgórz – co nie było wielkim wyzwaniem, ani tym bardziej siarkowych kałuż, by nie psuć sobie humoru i nie zniszczyć tej pięknej legendy). Mnich od razu poznał to miejsce ze snu i bez zwłoki zabrał się do rzeźbienia boddhisatwy, a gdy skończył pracę, zbudował jeszcze wiatę, pod którą ustawił swe dzieło.

Dziś czcigodny En’nin zapewne nie poznałby tego miejsca. Brama do japońskiego Hadesu była przepięknie zdobioną, potężną konstrukcją z dwupiętrowym, spadzistym dachem i jako skarb kultury wpisana została na listę pomników dziedzictwa narodowego. Portier policzył pięćset jenów za zwiedzanie i podał mi broszurę z mapą, bym się przypadkiem nie zgubił, a siedzący na krześle przy kasie bezrobotny przewodnik życzył mi udanego zwiedzania. Spod bramy szeroki chodnik prowadził wprost do drugiej, a dalej prosto do pawilonu modlitwy. Świątynia Bodai-ji nie tyle chroniła, co raczej obsługiwała japońskie piekło. Już od ponad millennium buddyzm miał monopol na usługi funeralne, korzystając z panicznej obawy rodzimego kultu przed zbrukaniem i śmiercią. Usługi – dodajmy – bardzo lukratywne, nie tylko ze względu na całkowitą pewność, że nie zabraknie klientów, ale również dlatego, że o ich skuteczności nikt nie jest w stanie zaświadczyć. Strach przed śmiercią i tym, co następuje po niej, potrafi skłonić ludzi do największych poświęceń i ofiar.

Tuż za bramą, przed dwoma skleconymi pośpiesznie kramami osłoniętymi niebieską folią, tłoczyły się grupki ludzi. Niektórzy siedzieli na malutkich stołeczkach, inni stali, pilnując swojej kolejki do itako – niewidomych szamanek poślubionych bóstwom, które, wprawiając się w trans, łączyły się ze światem umarłych.

Zajrzałem do jednego z namiotów. Na zwiniętym na pół materacu siedziała staruszka w białym fartuchu, opasana buddyjskimi szarfami w kolorze krwi i fioletu. Na korpulentnym ciele jej głowa zdawała się mała i prawie pozbawiona szyi. Wyglądała jak przydrożny Budda. Kołysała się delikatnie, mieliła w dłoniach buddyjskie różańce o dużych, drewnianych koralach, potrząsała khakkharą i niedużym dzwonkiem i zawodziła. Wtem jej twarz napięła się. Ucichła melorecytacja i staruszka zapytała pielgrzymów, czego chcieliby się dowiedzieć.

– Nobu, nobu, nobu, nobu – powtórzyła gardłowym głosem i zaczęła przekazywać odpowiedzi z zaświatów. Mówiła szybko, łącząc wyrazy, a przy tym tak jakby się nie śpieszyła. Dosłyszałem tylko, że radziła, by się nie poddawać, nie żałować, że się czegoś dawniej nie zrobiło, nie dawać zmęczeniu. Słuchająca ją wieśniaczka popłakała się, a ja wycofałem się rakiem, czując, że słucham słów, które nie były mi przeznaczone.

Tuż przed czternastą przez głośnik zapowiedziano uroczyste nabożeństwo i chwilę potem w stronę głównego pawilonu ruszyła procesja mnichów. Wiatr podwiewał ich beżowe szaty, ukazując mięsiste, blade łydki. Wkrótce zaczęło się rytmiczne dudnienie bębnów i monotonna inkantacja, a ja ruszyłem w głąb japońskiego Hadesu.

Biel i pustka skalistego krajobrazu, żółte smugi w wyschniętych korytach strumieni, opary siarki, skwar i złowroga cisza przerywana jedynie skrzypieniem drewnianych masztów, cichym łopotaniem chorągwi, furkotem wiatraczków i krakaniem kruków przeszywały umysł i sprawiły, że już po chwili miałem ochotę stąd się wydostać. Najwidoczniej brakowało mi wiary. Jakiś demon wyczuł mą słabość i właśnie teraz dawał o sobie znać. Uciekać czy stawić mu czoła? Czy to zły duch tej krainy, czy może mój własny strach? Zza kłębów pary wyłaniały się okutane w białe fartuszki i czapeczki kamienne Jizō. U ich stóp porozrzucano słodkie herbatniki, ryżowe kulki, świeczki, pieniążki, kadzidełka i zabawki. Było wszystko, co może się przydać na drugim świecie. Przezorny zawsze zabezpieczony, a sztukę zabezpieczania się Japończycy ćwiczą przecież od dziecka. W otwartych słoiczkach z sake czerniły się ciała insektów, poległych w okropnych męczarniach, ku przestrodze tych, którzy chcieliby się połakomić na dary dla dusz z zaświatów.

– Mister, are you finding Kaki? – z zamyślenia wyrwał mnie okrzyk mężczyzny w kurtce z napisem „Guide”, a ja, nie wiedząc, co miałbym znaleźć, ani też czy słowo „znaleźć” nie pomyliło mu się z „szukać”, kiwnąłem przecząco głową.

– No? – upewnił się, machnął ręką i poczłapał dalej, zaczepiając kolejnych pielgrzymów.

W jednej z dolinek, tuż obok ośmiobocznej kapliczki, zdawało mi się, że widzę gromadę małych istot w białych czapeczkach, podkoszulkach i słomianych sandałach. Stały w grupkach przy kopczykach jedzenia i wyglądały, jakby falowały na wietrze. Pomyślałem, że musi sprawiać to rozgrzane powietrze. Podszedłem bliżej i wtedy spostrzegłem, że były to gałęzie krzewów i drzew obwiązane białymi tkaninami w sposób jednak tak przemyślny i precyzyjny, że przypominały ludzkie postacie pozbawione ciała. Patrząc w ich stronę, wyczuwałem smutek, żal i jakiś nieokreślony chłód. Wzdrygnąłem się na myśl, że trafiłem na piknik zjaw.

Poratowała mnie rodzina kaczek, która w tym momencie wylądowała nad plaży seledynowego jeziora Usori. Nie wiem, skąd tu się wzięła, czy to na przekór nauce, a może na złość nadgorliwym autorom bedekerów, bo według obu w okolicy – ze względu na śmiercionośną siarkę – nie powinno być w ogóle życia. Nad wodą, na Plaży Niebiańskiej (Gokuraku-hama) wetknięte w piasek sterczały drewniane pałeczki do jedzenia z wykaligrafowanymi czarnym tuszem imionami i bukiety sztucznych kwiatów o radosnych barwach. Kolorowe wiatraczki furkotały poruszane wiatrem, układając się w dwa chińskie znaki tworzące słowo „pokój”.

To nie był łatwy i przyjemny spacer. Z każdą chwilą ciążył mi coraz bardziej. Wiedziałem, że nikt nie jest tu pochowany, lecz wszystkie te tumulusy, wstążki, chusty i roznoszone przez wiatr podarki sprawiały, że czułem, jakbym stąpał po grobach. Wtem zza wzgórka dobiegł płacz dziecka. Odwróciłem się i ruszyłem w tamtą stronę, lecz nikogo nie odnalazłem. Może był to wiatr, a może płacz z zaświatów? Złapałem się na tym, że przyspieszam kroku.

W tym momencie zaświtała mi myśl, że niebo i piekło jest w nas samych i każdy z nas musi je odkryć i oswoić. Że wszystkie nasze grzechy musimy najpierw wyspowiadać sami przed sobą, że sobie sami musimy wybaczyć, by mogły być nam wybaczone. Wtedy życie i śmierć stracą swe najciemniejsze oblicza, a my staniemy się częścią jakiejś nieogarnionej całości i poczujemy się bezpiecznie. Nikt nas w tym nie zastąpi i nikt nam w tym nie pomoże. Poczułem ulgę, jakbym wyszedł z piekła wprost do raju, a przecież po drodze musiał być jeszcze czyściec. Ruszyłem ile sił przed siebie do gorących źródeł, schowanych w drewnianych wiatach na wprost wejścia do świątyni. Zanurzając się w siarczanej wodzie, wiedziałem, że z grzesznika nie zamienię się w świętego, ale jestem na właściwej drodze. Strach, niepewność, smutek i żal, wszystkie te uczucia, które sprawiają, że miast stąpać do przodu, zatrzymujemy się, kulimy, zamykamy w sobie i nerwowo rozglądamy wokoło, zostawiłem na białej plaży-cmentarzysku. Byłem gotów ruszyć do przodu.

Dzień powoli dobiegał końca. Szamanki w foliowych szałasach niestrudzenie recytowały modlitwy i przekazywały wieści ze świata zmarłych, jakby nie znały słowa „zmęczenie”. Kolejka szukających porady nie chciała się skrócić ani na krok, choć mnisi szykowali się powoli do zamknięcia bram. Zaczepiłem jednego z nich.

– Jak tu jest zimą?

– Hula wiatr i sypie śnieg.

– Co robią wtedy mnisi?

– Wracają do rodzinnych świątyń.

– Dlaczego?

– Bo zimą można w naszym piekle zamarznąć.

Z parkingu przed bramą świątyni zniknęły autokary wycieczkowe i rozgadane przewodniczki z chorągiewkami w dłoniach. Sprzedawca wiatraków pakował towar, a policjant, zdjąwszy drewniany szyld ze ściany posterunku, mocował się z zamkiem w drzwiach komisariatu. Świątynne pomocnice w kwiecistych chustach na głowach wracały pośpiesznie do domu, by zdążyć z kolacją dla mężów.

Wzmagał się wiatr, a nad doliną zagościły deszczowe chmury. Na myśl, że złapią mnie tutaj ciemności, znowu poczułem dreszczyk. To nie było miejsce, w którym chciałbym samotnie spędzić noc. Zjawy, upiory, błądzące duchy i siarka, przed którymi nie uratowałby mnie na pewno żaden, choćby najżyczliwszy jizō. Są takie miejsca, gdzie – nawet gdy czujemy się silni – nie warto kusić losu, a gdy wewnętrzny głos lub przeczucie podpowiada, że lepiej wziąć nogi za pas, trzeba to czym prędzej uczynić. Wsiadłem do samochodu i bez oglądania się za siebie ruszyłem na północ.

Zachód słońca na Przylądku Ōma
Półwysep Shimokita kształtem przypomina tasak, który odrąbał wyspie głowę i na znak zwycięstwa z północną hydrą zatknięty został na szpicy Honsiu. Na górnym rogu jego ostrza mieści się Przylądek Ōma – najdalej na północ wysunięty skrawek lądu. Tu, w krainie znanej z porywistego wiatru, który daje się we znaki przez okrągły rok, zniechęcając podróżnych do przyjazdu, znajdował się koniec świata Yamato. Za nim rozciągała się już tylko wzburzona toń i przeraźliwe, morskie stwory. Co było dalej, natenczas nikogo nie interesowało.

Kręta droga, na którą trafiłem, jadąc z głębi lądu, doprowadziła mnie do samego oceanu, a dalej potoczyła się przez miasteczka rybackie, w których trudno było o tej porze wypatrzeć żywego ducha. Nawet malutkie posterunki drogowe sklecone z dykty z syrenami migającymi czerwonymi światłami na dachach pozostawione były same sobie, a wracający do domów rybacy nic sobie z ich nie robili. Pędziłem, jak szybko się dało, by zdążyć na zachód słońca, a mimo to ledwo nadążałem za miejscowym kierowcą w miniciężarówce, który musiał tę trasę znać na pamięć, bo prawie w ogóle nie korzystał z hamulca. Gdy wreszcie stanąłem na skraju lądu, pomarańczowa tarcza świeciła się nisko nad ciemniejącym lądem na północy. Kilka minut później zanurkowała za wzgórza Hakodate. Hokkaido było na wyciągnięcie ręki. Zdawało się, że można wskoczyć do wody i przepłynąć wpław na drugi brzeg.

Właściciele restauracyjek oferujących talerz ryżu z owocami morza po cenach, które wydawały mi się zbyt wygórowane, oglądali w jadalniach telewizyjne wiadomości, nie zwracając uwagi na przechodniów. Najwidoczniej dzień na Przylądku Ōma dobiegł już końca, a na wieczór pełen atrakcji nikt tutaj nie liczył. Pojechałem w stronę portu, objeżdżając miejscowość dookoła i nie napotykając po drodze nikogo. Kilka razy udało mi się za to zgubić, bo wiele uliczek kończyło się ślepym zaułkiem. Ōma była zbyt mała, by rozkwitło w niej bujne, nocne życie, i poza jesiennym sezonem połowów, gdy krążyły tu duże pieniądze, a miasteczko spływało krwią olbrzymich tuńczyków, zdawała się być pogrążona w drzemce. W porcie również nic się nie działo. Samotny mężczyzna palił papierosa i najwyraźniej się nudził. Próbowałem go zaczepić, lecz na mój widok gwałtownie się obrócił i szybkim krokiem ruszył w stronę głównej ulicy. Gdy po drugim zawołaniu udało mi się go zatrzymać, wyglądał jak młodzieniec złapany na gorącym uczynku – spuścił nisko głowę i wzrok utkwił w chodniku. Zapytałem go, czy zna jakieś miejsce, gdzie o tej porze mógłbym coś zjeść. Zastanawiał się długo, po czym cicho stwierdził, że skoro już pytam, to proponuje mi wizytę w swoim barze. Lokal mieścił się tuż obok.

Wieczór w barze Saro
O takich miejscach można powiedzieć, że zaskakują, bo człowiek wchodzi, spodziewając się obskurnej, rybackiej mordowni, śmierdzącej rumem i dymem z papierosów, i huczącej od szalonych opowieści o morskich przygodach oraz kłótni o wielkość połowu, zastaje zaś schludną salę i grzeczną obsługę, a w menu potrawy z górnej półki (ale w przystępnej cenie!), desery, alkohole oraz kawę w kilku smakach. Lokal aspirował do miana kawiarni, o czym – poza wyglądem – świadczyła również jego nazwa. Saro. Trakt herbaciany.

W środku mieściło się pięć stolików i kontuar, za którym trzy niewiasty tęsknie wyglądały klientów: zadbana matka-właścicielka i zarazem żona mego nowego znajomego o ładnych, regularnych rysach twarzy i eleganckiej trwałej koloru bordo, pomocnica (zapewne jej młodsza siostra) o nieco zbyt pociągłej twarzy i serdecznym spojrzeniu oraz córka w krótkich, dżinsowych szortach i czarnych getrach okrywających zgrabne nogi, oraz uśmiechu, który niejednego mógłby zniewolić, a mnie tego wieczora dał nadzieję na coś, na co nadziei mieć nie powinienem.

Na mój widok kobiety zamilkły, potem cichutko zachichotały i zarzuciły na ubrania czerwone fartuszki. Speszony właściciel, odpalając jednego papierosa od drugiego, tłumaczył im, jak mnie poznał i skąd tu się wziąłem, co drugie słowo wybuchając śmiechem. Rozmawiali w lokalnym dialekcie, z którego niewiele udawało mi się zrozumieć.

Byłem jedynym klientem tego wieczoru. Podczas gdy szefowa-matka przyrządzała surową kałamarnicę w sosie z wnętrzności i pieczoną seriolę, młodsza barmanka próbowała zabawić mnie rozmową.

– W drodze na Hokkaido?

– Niestety nie.

– Szkoda, bo stąd bardzo blisko. W linii prostej niecałe czternaście kilometrów.

– Pięknie widać ją z przylądka.

– O tak. Zwykle pływamy tam na zakupy i by podreperować zdrowie.

– Nie lepiej na południe? – zapytałem. – Lądem?

– Ale nam bliżej na Hokkaido niż do Aomori. Lądem na zakupy jeździmy tylko wtedy, gdy na morzu sztorm.

– No a Tokio?

– Tokio – rozmarzyły się. – To tak daleko.

Ich codzienny świat kończył się na Mutsu. Dalej była kraina znana z opowieści – bajkowa, niemal mityczna, jak nie przymierzając inny kontynent. Tu nie liczyła się ciągłość twardego lądu, bo byli to ludzie morza.

Konwersacja toczyła się powoli bez udziału zamyślonego mężczyzny, który tylko słuchał opowieści kucharek i czasami zwracał się do mnie za ich pośrednictwem. Właściwie to głównie słuchałem ich opowieści, przerywanych długimi momentami ciszy, których nikt się nie wstydził.

Skończyłem posiłek i przed wyjściem chciałem zapytać jeszcze tylko o jedną rzecz, która mnie od dawna nurtowała. To miejsce i ta chwila wydawały się najlepszą z możliwych okazji.

– Co rybacy robią z pieniędzmi, gdy w sezonie trafi im się duża ryba?

Zapadła długa cisza.

– Spłacają długi – odezwała się wreszcie matka.

– Silniki do kutrów kupuje się teraz na kredyt. Paliwo też podrożało.

– No a to co im zostanie?

– Wydają na zabawę – mrugnęła powieką i cała trójka zachichotała.

Pożegnałem się i wróciłem do portu. Trójka młodzieńców na pustym placu odpalała sztuczne ognie.

Na jednym z kutrów rybak rozgrzewał silnik i sprawdzał sieci przed wypłynięciem.

Tę noc spędziłem, leżąc na betonowej promenadzie, odczytując mapę letniego nieba. Północna Gwiazda, Wielki Wóz, Mały Wóz, Orion, Koziorożec. Zwierzyniec, o którym niemal zapomniałem przez pięć lat spędzonych w Tokio.

Następnego dnia o piątej rano
Poranek spędziłem w porcie Ōma, podziwiając wschód słońca. Złota tarcza wzeszła szybko nad gładką taflą wody, nie dając szans na romantyczne uniesienie. Białe plamki kutrów powracających z nocnych połowów rosły i nabierały właściwych kształtów. Rybacy wyprowadzali psy na poranny spacer. Ich żony cierpliwie mąciły przybrzeżne wody długimi kijami w poszukiwaniu jadalnych muszli i wodorostów. Znudzeni mężczyźni zbierali się przy betonowym nabrzeżu, gapiąc się na pracujące poławiaczki. Wyglądali lepiej od swych żon – wyprostowani, o wygładzonych przez wiatr twarzach i rumianej, napiętej na policzkach skórze. Ich kobiety, zgięte niemal pod kątem prostym, na plecach dźwigały swój wiek, wilgoć i ciężką pracę. Twarze znaczyły im zmarszczki tak głębokie, że wyglądały jak plisowane spódnice, o których pewnie dekadę, dwie temu musiały nieraz marzyć. Półwysep za plecami drzemał jeszcze pod pierzyną chmur przesłaniających wzgórza, przez które dotarłem tu poprzedniego dnia. Dopiero godzinę później ukazały się ich zazielenione kontury.

Pozostałem w porcie, aż w powietrzu rozległ się ryk syreny i prom Bayu towarzystwa Tsugaru Kaikyō Ferry wyruszył w rejs przez cieśninę, zostawiając za sobą czarną smugę dymu i zapach spalonej ropy. Był to chłodny poranek, jeden z takich, w których człowiek cieszy się po prostu tym, że żyje i nic a nic nie przeszkadza mu samotność.

Przez rybacką wioskę Sai droga wiła się zygzakiem. Rybacy parkowali samochody na środku drogi, nie przejmując się przepisami i wiedząc, że w sobotnie przedpołudnie prawie nikt tędy nie jeździ. Pliszki wbiegały na szosę tuż przed nadjeżdżające samochody i odfruwały w ostatnim momencie, jakby chciały sprawdzić refleks kierującego. Za każdym razem zwalniałem, a ptaki, kiwając wesoło ogonami, znikały w zielonej gęstwinie.

Zza jednego z zakrętów wyłoniły się dwie staruszki okutane w białe chusty. Kręciły się przy krawędzi szosy, jakby odprawiały jakiś magiczny rytuał. Ledwie je minąłem, w powietrzu rozległ się świst, a następnie huk. W lusterku ujrzałem smugę dymu nad koroną krzaków. Babcie odpaliły racę, a potem znikły w gęstwinie, by pozbierać zioła. Chwilę później zatrzymałem się przy skale o nazwie Gankake-iwa, która wbijała się głęboko w morską toń i oferowała piękne widoki. Ścieżka na szczyt wiła się wśród gęstej zieleni. Przedzierając się pod skarlałą sosną obok malutkiej kapliczki, przed którą stała naruszona wiatrem brama, poczułem, jak ostra gałąź przecina mi skórę na udzie. Nic dobrego to nie wróżyło. Zatrzymałem się i złożyłem ukłon skalnemu bóstwu. Na szczycie jakaś niewidzialna siła zaczęła ciągnąć mnie w dół, w przepaść. Czyżbym poprzedniego dnia naraził się piekielnym mocom? Chwyciłem oburącz skałę, na której usiadłem. Nie było to bezpieczne miejsce. Nawet w jasności dnia kryło się tu coś mrocznego. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem na dół.

Droga na Przylądek Shiriya
Droga odbiła w głąb lądu i potoczyła się serpentynami przez przełęcze i gęste lasy. Jeszcze przez chwilę w tylnym lusterku obserwowałem, jak nad wzgórzami gromadzą się granatowe chmury, zapowiadając letnią ulewę. Wczesnym popołudniem dotarłem na drugą stronę półwyspu. Wiatr kołysał samochodem i przynosił drobinki morskiej piany z fal rozbijających się o nabrzeże. Powietrze miało słony posmak. Minąłem Mutsu, tak samo szare, betonowe i zajęte swoimi sprawami jak poprzedniego dnia, i ruszyłem znowu na północny wschód.

Przylądek Shiriya oddano we władanie dzikim koniom. Przyzwyczajone do ludzkiej obecności, cierpliwie znosiły wycelowane w swoją stronę szkła obiektywów i rozbrykanych młodzieńców popisujących się odwagą przed swoimi sympatiami.

Kryształowe powietrze sprawiało, że wyspa Hokkaido wydawała się bliżej niż poprzedniego wieczoru. Wiedziałem, że tym razem nie uda mi się na nią dotrzeć i czułem, jak budzi się we mnie tęsknota, uczucie, w którym marzenie miesza się z żalem i niespełnieniem, pozostawiając jednak dość miejsca na nadzieję. Tak samo czułem się przed dziewięcioma laty w porcie w Aomori, przyglądając się, jak spowity ciemnym dymem ucieka mi prom do Muroran…

Numer 2/2017

Przeczytałeś/aś tekst z numeru 2/2017.

Kup